DO NIEBA NIE MOŻNA OD RAZU

 

Książka Wołyń donieba

Jacek E. Wilczur – historyk i politolog, urodzony we Lwowie. W czasie minionej wojny i okupacji Lwowa wraz z grupą dzieci rozbijał i okradał niemieckie wagony towarowe i magazyny wojskowe, otrzymując w ten sposób całą rodzinę. Dwukrotnie aresztowany. Osadzony i skazany na karę śmierci, odbity z więzienia w przededniu egzekucji. Jeden z najmłodszych żołnierzy Jana Piwnika – Ponurego. Dwukrotnie ranny w walkach z Niemcami, dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Ukończył dwie wyższe uczelnie. Doktorat uzyskał na Wydziale Historycznym UW. Pracował w Głównej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Opublikował w kraju i za granicą 23 książki poświęcone II wojnie światowej, ludobójstwu hitlerowskiemu oraz ok. 2000 artykułów, z czego ok. 600 poświęconych zagładzie narodów polskiego i żydowskiego, losom więźniów i jeńców wojennych w obozach niemieckich. Wykładowca akademicki – specjalista w zakresie niemcoznawstwa, dziejów Ukrainy i Litwy w latach II wojny światowej.

Do nieba nie można od razu. To szczególnego rodzaju kronika zagłady mieszkańców Lwowa po zajęciu miasta przez wojska niemieckie 30 czerwca 1941, opis bestialstwa ukraińskich nacjonalistów, męczeństwa Polaków i Żydów. Książka stanowi dokument epoki Holocaustu polskiego i żydowskiego.


Dlaczego napisałem tę książkę?

Czas, który opisany jest w tej książce przeminął i można mieć nadzieję, że przeminął bezpowrotnie. To, o czym mowa w książce, nigdy już nie powtórzy się w Europie. Jednakże odległość między tamtą epoką, tamtym czasem a dniem dzisiejszym jest krótka. Opisane w książce lata 1941-1943 na okupowanych ziemiach polskich, we Lwowie i na dawnych Kresach Wschodnich RP trwają nadal w pamięci tysięcy byłych mieszkańców. Zakodowane są one w pamięci ich dzieci i wnuków, utrwalone w dokumentach zachowanych w archiwach krajowych i zagranicznych, w literaturze historycznej, w opublikowanych wspomnieniach w Polsce i za granicą. Ci z mojego pokolenia oraz starsi od nas, którym udało się uniknąć śmierci z rąk niemieckich lub ukraińskich, zachowali w pamięci obrazy wydarzeń, które nastąpiły we Lwowie od 30 czerwca 1941 – czyli od wkroczenia ukraińskich batalionów Nachtigall i Roland podporządkowanych wywiadowi wojskowemu Abwehry oraz oddziałów Wehrmachtu – do 23 lipca 1944, kiedy to ostatni żołnierze niemieccy wycofali się z Miasta, do którego wkroczyła inna zaborcza formacja – sowiecka Czerwona Armia.

Tysiące ludzi, zmarłych w owych latach zorganizowanej zagłady, wskutek głodu, zimna, chorób, zamordowanych w bestialski sposób przez ukraińskie nacjonalistyczne bojówki i przez ukraińską policję pomocniczą, przez funkcjonariuszy specjalnych grup likwidacyjnych, przez oddziały SS, policji i regularnej armii niemieckiej, nigdy już nic nie powiedzą. Najczęściej ich szczątki spoczywają w dotąd nie ekshumowanych zbiorowych grobach na obrzeżach Lwowa, w zagajnikach i lasach podmiejskich, nie oznaczonych nagrobkami, krzyżami czy gwiazdą Syjonu, a nawet najmniejszym napisem. W jednej z tych mogił zbiorowych znajdują się szczątki moich najbliższych, rozstrzelanych, zakłutych bagnetami przez niemieckich nosicieli nowego porządku w Europie – Neuordnung i ich ukraińskich pomocników. Ci ze zbiorowych mogił nigdy już niczego nie powiedzą i dlatego żywi winni mówić za nich.

Uczestniczyłem aktywnie w owym czasie jako dziecko w działaniach, o których wolałbym nie pamiętać, ale czas, o którym mowa wymusił na dzieciach ich udział w owych wydarzeniach. W czasie, o którym mowa, dla niemieckich sądów doraźnych i sądów specjalnych, nie istniało rozróżnienie między dorosłymi i dziećmi, jeżeli idzie o Polaków i Żydów. W celi dziecięcej, w której przebywałem, był razem z nami dziewięcioletni Rysiek, którego lwowski policyjny sąd doraźny skazał na śmierć i wyrok został wykonany.

22 czerwca 1941 w kilka godzin po tym, jak na Lwów, moje miasto rodzinne, spadły pierwsze niemieckie bomby, zacząłem zapisywać to wszystko, co się wokół mnie działo. Po zajęciu Lwowa przez Niemców nadal prowadziłem swoje zapiski, ale notowałem już tylko ważniejsze wydarzenia. Od 4 kwietnia do 1 października 1942 r. i od 29 grudnia 1942 do 29 września 1943 r. przebywałem w niemieckich więzieniach.

W pierwszym okresie była to cela przejściowa. Po krótkim w niej pobycie zostałem przeniesiony do celi dla małoletnich. Przy powtórnym aresztowaniu, od 4 stycznia 1943, po kilkudniowym pobycie w więzieniu wojskowym Wehrmachtu przy ul. Zamarstynowskiej, znalazłem się ponownie w Bycyrku przy ul. Kazimierzowskiej, w celi nr 3 dla recydywistów. Od 2 lipca do 29 września 1943 roku przebywałem w więzieniu w Stryju, w miejscu pracy niewolniczej, w majątku rolnym administrowanym przez holenderską jednostkę ochotniczą SS, we wsi Uhersko w pobliżu Stryja. W więzieniu i na robotach bardzo trudno było systematycznie prowadzić notatki. W przypadku przyłapania kogoś na spisywaniu wydarzeń, Niemcy zsyłali więźnia do obozu koncentracyjnego bądź rozstrzeliwali. W tym czasie notowałem wydarzenia na luźnych kartkach papieru zdobytych różnymi sposobami. Były to skrawki z opakowań przesyłek żywności od rodzin, papier z opakowań waty, a także na marginesach obrazków z wizerunkami świętych, dostarczanych do więzienia przez Radę Główną Opiekuńczą. Część tych zapisków zachowała się u p. Andrzeja Wasiutyńskiego, który siedział razem ze mną w celi i który z tego więzienia wyszedł. Po zakończeniu wojny odnalazłem go przez Polski Czerwony Krzyż. Wasiutyński wyniósł z więzienia moje notatki i zwrócił mi je w końcu roku 1947.

Nie wszystkie notatki zachowały się, część z nich przepadła, jednak większość wydarzeń z tamtego okresu zapamiętałem i mogłem je odtworzyć. Odtwarzając i rekonstruując moje zapiski, starałem się, aby zachować ich ówczesny styl i charakter. Z tych właśnie ocalonych zapisków, notatek i z tego, co zachowała pamięć, powstała ta niewielka książka.

Pierwsze wydanie książki pod tym samym tytułem: „Do nieba nie można od razu” ukazało się wiele lat temu, nakładem Książki i Wiedzy. Na krótko przed oddaniem do składu w drukarni tekstu, wydawca usunął spore fragmenty, więcej niż cały arkusz drukarski. Usunięto też pewną ilość zapisów z treści książki. Zaledwie pięć lat po polskim Październiku, obowiązywały nadal zapisy cenzury, choć w złagodzonej formie. Także kilkanaście lat później Wydawnictwo Prawnicze postanowiło zachować wierny tekst pierwszego, okrojonego wydania. Obecne wydanie zawiera oryginalny tekst mojego pamiętnika oraz liczne informacje uzupełniające.

W czasie, kiedy ukazuje się moja książka, na granicach Polski panuje spokój a trudności, które przeżywa mój naród są chyba typowe dla okresu transformacji, kiedy to kraj i spora część Europy znajduje się w stadium przemian – odeszliśmy z jednego systemu, zdecydowanie złego, ale daleko nam jeszcze do osiągnięcia innego, lepszego, sprawiedliwego dla wszystkich bez wyjątku. Nic nie wskazuje na to, ażeby ów pokój panujący na naszych granicach państwowych miał zostać w najbliższym czasie naruszony. Nie wolno nam jednak zapominać o niedawnej przecież straszliwej przeszłości.

Przekazana Czytelnikowi książka, głównie Czytelnikowi młodego i średniego pokolenia ma na celu przypomnienie naszego własnego losu, losu zmarłych, i mniej licznych żywych uczestników wydarzeń, unicestwienia Polaków i Żydów.

To, o czym mowa w książce, działo się nie tak dawno i niedaleko od naszych dzisiejszych domów. A przecież uczestniczyli w tych wydarzeniach ludzie, którzy nierzadko są dziś naszymi sąsiadami, chociaż jest ich już coraz mniej i ubywa ich w szybkim tempie. Wraz z nimi odchodzi wiedza i pamięć o latach dla Polaków i Żydów tak bardzo tragicznych.

Jacek E. Wilczur


Do nieba nie można od razu (fragment)

1941 – Początek zagłady

22 czerwca
Staliśmy przed wejściem do kina Kopernik przy ulicy Kopernika, a nauczyciel kupował bilety na poranek, który miał się rozpocząć o godzinie 9. Od strony dworca usłyszeliśmy wybuchy jakby pocisków artyleryjskich albo bomb. Kolejka do kas biletowych posuwała się dalej. W minutę albo dwie po tym, wybuchy rozległy się o wiele bliżej i usłyszeliśmy samoloty. Bomby czy pociski uderzały gdzieś blisko, bo usłyszeliśmy huk i walenie się murów, żelaza i szkła. Nasz nauczyciel powiedział nam, że to na pewno manewry, ale mimo to nie poszliśmy już dziś do kina. Nauczyciel kazał nam rozejść się do domów i powiedział, że sprawa się na pewno wyjaśni. Po powrocie do domu dowiedziałem się, że miasto było bombardowane. Kilka domów zostało zawalonych, są zabici i sporo rannych. Ojciec mówi, że to nowa wojna.

23 czerwca
Nikt dzisiaj nie spał w naszej kamienicy. Zresztą w nocy trwało bombardowanie. O godzinie 5 nad ranem ogłoszono komunikat z Moskwy o nagłej napaści na Związek Sowiecki i o rozpoczęciu przez Niemców wojny. Komunikat głosił, że wojnę tę Niemcy przegrają. Z żywnością nie jest najgorzej, ale już się daje odczuwać jej brak. Można jeszcze kupić śledzie zwykłe i suszone, chleb, sól i inne produkty. Z mięsem jest już gorzej. Co kilka godzin w którymś sklepie wydają cukier i konserwy rybne.

24 czerwca
Rosjanie cofają się i ludzie mówią, że lada dzień do miasta wejdą Niemcy. Już w kilku punktach miasta strzelano z okien i piwnic do wycofujących się wojsk rosyjskich. Najgorsza jest grupa nacjonalistów i dywersantów ukraińskich (1) w śródmieściu. Zajmują oni kilka domów przy ulicy Strzeleckiej, na placu Strzeleckim i w domach przy kościele Panny Marii Śnieżnej. Kilku w nich Rosjanie schwytali i rozstrzelali.

Inni nadal strzelają do Rosjan. Ukraińscy nacjonaliści obezwładnili proboszcza parafii Matki Boskiej Śnieżnej i stamtąd, z okien kościelnych, ostrzeliwali kolumnę wojskową na placu Krakowskim. Rosjanie ustawili działo czołgowe do strzału w stronę kościoła, ale ludzie prosili ich, aby nie niszczyli polskiego kościoła, bo to nie Polacy ostrzeliwują kolumnę wojskową, tylko nacjonaliści ukraińscy. Oficer, czołgista, posłał żołnierzy, aby sprawdzili, kto strzela. Ukraińców wykurzono i kościół pozostał cały.

25 czerwca
Rosjanie ogłosili, że kto z mieszkańców miasta chce, może wycofać się razem z armią. Pociągi odjeżdżają z dworca Podzamcze i wszystkie są tak przepełnione, że ludzie siedzą w oknach. Wyjeżdżają przede wszystkim rodziny urzędników i pracowników sowieckich, ale i też sporo Polaków, którzy nie chcą wpaść w niemieckie ręce.

Rosjanie wyraźnie wycofują się nie tylko z miasta, ale w ogóle z całej Małopolski Wschodniej. Mimo to mówią, że wrócą tu znów. Wycofujące się kolumny idą w szyku bojowym. Przed i po ich bokach pod ścianami domów, maszerują żołnierze z bronią skierowaną w okna domów po przeciwnej stronie ulicy. Od czasu do czasu żołnierze strzelają. Obecnie, po kilku zamachach urządzonych przez nacjonalistów ukraińskich, oddziały mają się już na baczności. Jeżeli zdarzy się, że grupa wojskowa zatrzymuje się gdzieś na odpoczynek, wówczas żołnierze oddają ludności swój chleb, konserwy, nierzadko i bieliznę.

Miasto jest bombardowane przez samoloty, które mają bliską drogę z lotnisk do nas. Wozy milicyjne i zakładowe zwożą codziennie zabitych do kostnic przy cmentarzach. Władze wojskowe uprzedzają, aby nie podnosić z ulicy żadnych torebek z cukierkami albo czekoladą. Istnieją podobno dowody na to, że dywersanci niemieccy podrzucają zatrutą żywność. Liczą oni przy tym na to, że małe dzieci podnoszą wszystko, co znajdą. Ludzie mówią, że Stalin zapowiedział klęskę Niemiec. Nie wydaje nam się, aby to mogło szybko nastąpić, tym bardziej, że Rosjanie wycofują się.

28 czerwca
W kilku punktach miasta ludzie rozbili i obrabowali sklepy państwowe, tak jakby już żadnej władzy nie było na świecie. Tak zrobiono tam, gdzie nie ma w pobliżu komisariatów milicji. Najbardziej głupie jest to, że ludzie rozbijają na przykład sklepy z artykułami sportowymi albo sklepy z papeterią. Mieszkańcy boją się jeszcze ruszać sklepy w śródmieściu, ale na peryferiach miasta mało gdzie pozostał pełny sklep. Zresztą, sami sprzedawcy przychodzą cichaczem i wybierają ze sklepów towary.

29 czerwca
Dzisiaj miasto było już niczyje. Przez cały dzień widziałem dwóch żołnierzy rosyjskich. Nacjonaliści ukraińscy wychodzą już z domów. Nie boją się nikogo, bo nie ma już władzy w mieście. Podobno patrole niemieckie stoją już na rogatkach miasta od strony ulicy Janowskiej. Najbardziej rozgorączkowani są Żydzi, którzy nie tyle boją się Niemców, ile ukraińskich faszystów. Niektórzy Żydzi już teraz oddają na przechowanie sąsiadom-Polakom swoje cenniejsze rzeczy, meble, odzież, a nawet swoje dzieci.

Nie ma już w mieście sklepów, są tylko porozbijane pomieszczenia, w których mieściły się sklepy. Ludzie porozbierali nawet drzwi i futryny. To ciekawe, że jest im wszystko jedno, co grabią – ot, aby nie być gorszym od innych i też coś przynieść do domu. Sąsiedzi nasi – ukraińscy nacjonaliści – takim wzrokiem patrzą już dziś na wszystkich, że można się domyślić, co to by było, gdyby mogli działać swobodnie.

30 czerwca
Wojska niemieckie zajęły jednocześnie miasto z kilku stron (2). Piechota weszła od ulicy Żółkiewskiej i Zamarstynowa, a czołgi od Gródeckiej i lasku Brzuchowickiego. Również od strony Persenkówki wjechali Niemcy na motocyklach i wozach pancernych. Dworce kolejowe, Cytadelę, budynki więzienne i pocztę zajęły oddziały ukraińskich nacjonalistów.

Niemcy gotują w kotłach i kuchniach polowych pod gołym niebem i tu wyrzucają resztki. Wokół kotłów kręci się dużo biedoty i dzieci. W dawnym budynku NKWD można jeszcze znaleźć ziemniaki i resztki sucharów.

1 lipca
Dzisiaj na placu Strzeleckim zatrzymały się samochody, a ubrany w niemiecki mundur żołnierz – ze znakami stopnia na naramiennikach – odezwał się do mnie po ukraińsku. Spytał mnie, gdzie jest ulica Czwartaków i zażądał wskazania drogi. Jeden wóz pomalowany był na kolor ochronny, a drugi – to kryta celtą buda, która na drzwiczkach szoferki miała wymalowane ważki.

Przy ulicy Czwartaków był jeden dom zajęty przez wojsko niemieckie. Przed domem stał strażnik z automatem na piersiach. Podoficer dał mi paczkę papierosów, pół chleba i kazał poczekać. Po jakimś czasie podoficer wrócił z budynku z innymi jeszcze żołnierzami, wśród których było dwóch cywilów. Kiedy jednemu odchyliła się poła marynarki, zauważyłem kaburę z pistoletem. Oglądali mnie przez dłuższą chwilę, a potem jeden z cywilów spytał po polsku, czy mam ochotę zarobić. Kiedy odpowiedziałem, że tak, wtedy spytał mnie, czy umiem sprzątać, zamiatać i trzymać język za zębami. Powiedziałem, że umiem te rzeczy, ale on wyraził wątpliwość, czy w pojedynkę dam radę utrzymać w czystości cały budynek. Poradził mi, żebym sobie znalazł jeszcze jednego mikrusa i we dwójkę będziemy utrzymywać czystość w domu. Oprócz tego mamy czyścić buty i pasy skórzane.

Z miasta przyprowadziłem Krzyśka, z którym przyjaźnię się. U nich jest wielka bieda. Podobnie jak w moim przypadku, Krzysiek pochodzi z zamożnej rodziny, jego rodzice mieli wcześniej majątek, folwarki. Wprzód Sowieci a następnie Niemcy zabrali im wszystko. Pozwolono nam sypiać w suterenie, obok kotłowni. Jedzenia mamy dosyć i obydwaj zbieramy do puszek zupę, chleb i tłuszcz. Jutro zaniesiemy to do siebie do domu. Przed obiadem pójdzie Krzysiek, a wieczorem ja. Dzisiaj trzepaliśmy chodniki i paliliśmy śmieci na podwórzu. Krzysiek mówi, że ci żołnierze nie są tacy zwykli, jeżeli mają w sypialniach chodniki i piją wino.

2 lipca
Wieczorem policja ukraińska oblała dokładnie benzyną i spaliła wielką synagogę żydowską. Była to bardzo wspaniała budowla. Podobno drugiej takiej nie ma w Europie. Synagoga stała na Starym Rynku, a ogień był tak silny, że w kamienicach wokół niej szyby z gorąca wgięły się do środka. Koledzy moi, którzy mieszkają w pobliżu i widzieli ogień od samego początku, mówili mi, że do ognia wrzucono kilku Żydów.

Od niemieckiego żołnierza otrzymałem paczkę papierosów, którą oddałem ojcu. Zarobiłem również jedną markę niemiecką za wskazanie drogi niemieckim motocyklistom.

3 lipca
Spaliśmy dzisiaj z Krzyśkiem w kotłowni, kiedy nad ranem przyjechali Ukraińcy w niemieckich mundurach. Mieliśmy dziś z Krzyśkiem sporo roboty, bo buty żołnierzy były zabrudzone gliną, błotem, a nawet kałem. Kilku z nich miało spodnie poplamione krwią. Ci w spodniach ciemniejszego koloru, mieli również plamy na nich, ale trudno powiedzieć, czy była to krew, czy coś innego. Jeden z żołnierzy prał pod kranem chustkę do nosa całą we krwi. Ich samochody były uwalane błotem i gliną. Czyściliśmy buty od 6 rano do 9, a potem sprzątaliśmy podwórze.

Tego dnia zarobiliśmy sporo chleba, sera szwajcarskiego i smalcu. Nie dają nam pieniędzy za pracę, tylko żywność. Wszystko zaniosłem do domu. Bochenek chleba rodzina zjadła od razu, a resztę, to znaczy kromki chleba i kawałki mama pocięła i wstawiła do pieca na suchary. Papierosy oddałem ojcu, który mimo trudności nie może przestać palić. Potem oddałem mamie wszystkie pieniądze, które udało mi się zebrać za czyszczenie butów żołnierzom na ulicy Czwartaków.

4 lipca
Dzisiaj żołnierze wyjechali późno wieczorem i widziałem, jak ładowali broń. Wiemy już na pewno, że biorą oni udział w egzekucjach. Wracając przywieźli ze sobą dwa samochody ubrań cywilnych, okularów, butów i teczek. Prócz tego w wozach było kilka waliz. Wszystkie te rzeczy znieśli do wielkiego pokoju na parterze domu i kazali nam czyścić. Na ubraniach nie było krwi, ale były za to powalane ziemią i gliną. Podoficer kazał nam dokładnie przeglądać kieszenie i całą zawartość wrzucać do walizy. Wozy wróciły z Wulki, a żołnierze klęli dojazd do tej części miasta.

5 lipca
Dzień był podły. Żołnierze dwukrotnie wyjeżdżali: raz nad ranem, a raz późno wieczorem. Po powrocie zbili mnie i Krzyśka tak, że w tym dniu nie poszliśmy nawet do pokojów po zupę. Zauważyłem, że wśród nich jest dwóch oficerów z trupimi czaszkami na czapkach i literami SS na klapach. Jeden z nich mówi po ukraińsku tak, jakby nigdy nie służył w armii niemieckiej. Z drugiego wyjazdu, to jest wieczornego, żołnierze przywieźli sporo odzieży. Dzisiaj, w czasie czyszczenia ubrań, poplamiliśmy sobie ręce krwią, która częściowo zdążyła skrzepnąć. Mam trochę chleba z wczorajszego dnia, ale nie pozwalają nam z Krzyśkiem wychodzić poza budynek.

6 lipca
Żołnierze wyjechali w nocy, a wrócili o 7 rano i poszli spać. Buty mieli obłocone i kazali nam czyścić wnętrza wozów. W budach znaleźliśmy kilka banknotów. Czuć było ludzkimi odchodami. Pomagał nam w czyszczeniu butów jeden z kierowców. Kiedyśmy skończyli już robotę, kierowca powiedział nam, że gdybyśmy komuś powtórzyli cokolwiek z tego, co się dzieje w domu przy ulicy Czwartaków, to zastrzelą nas i wrzucą do ustępu. W wozie znalazłem złotą obrączkę, którą oddałem szoferowi.

Po południu było jakieś święto czy coś w tym rodzaju. Jeszcze w obiad posypano całe podwórze świeżym piaskiem. Tym razem Ukraińcy pomogli nam palić śmieci. Przywieziono ścięte gałązki jedliny i ozdobiono nimi wnętrza pokoi. Zamiast jednego strażnika na warcie stało dziś dwóch, w tym jeden podoficer. Po obiedzie przyjechała ciężarówka, z której wyniesiono skrzynki z wódką i winem, paczki czekolady, mięso i chleb. Kucharz z dwoma pomocnikami robili kanapki i zastawiali stoły. Przy tej okazji dostaliśmy z Krzyśkiem sporo przylepek chleba i obrzynków kiełbasy. W największym pokoju, gdzie stał stół, ozdobiono jedliną wiszący tam portret Hitlera.

Około godziny 18 przyjechały trzy samochody. Wysiedli z nich oficerowie i jeden jeszcze żołnierz w mundurze, ale bez odznak. Tamci okazywali mu dużo szacunku i puścili przed sobą. Przez cały wieczór pito w budynku, a wrzaski były takie, że ludzie mieszkający naprzeciwko przystawali na ulicy. Żołnierze mają dużo płyt gramofonowych, nastawiali jedną po drugiej.

Wartownicy zmieniali się co pół godziny i szli do budynku pić. Jeden z nich – nazywali go Stećko – dał mi 100 papierosów i pudełko szprotek. Pokazał mi złoty zegarek i powiedział, że jest to geschenk za dobrą służbę dla Wehrmachtu. Kiedy wieczorem goście wyjeżdżali, stałem przy wejściu do budynku. Mężczyzna, ubrany w mundur bez dystynkcji, spytał dowódcę kompanii ukraińskiej, kim my z Krzyśkiem jesteśmy. Oficer coś mu tłumaczył i obydwaj odeszli w stronę wozu. Późno w nocy wartownik obudził mnie i Krzyśka i zaprowadził nas do dowódcy. Ten spytał mnie, czy wiem, co za wojsko zajmuje ten budynek. Powiedziałem, że Wehrmacht.

Oficer kazał mi opowiedzieć o swoim domu, o rodzicach i o tym, jak się to stało, że znalazłem się na placu Strzeleckim w momencie, kiedy stanęły tam wozy z ważkami. Potem oficer powiedział mi, że tu stacjonował oddział armii niemieckiej, który walczył z bandami dywersantów. Obecnie oddział odchodzi na front do Rosji. Oficer dał mnie i Krzyśkowi po trzy chleby i do podziału kilka konserw. Poza tym pozwolił nam wybrać sobie w magazynie po jednej parze butów. Powiedział nam też, że ze względu na interes armii nie wolno nam mówić nikomu o tym, co widzieliśmy, bo w przeciwnym wypadku będziemy mieli do czynienia z sądem polowym.

Kiedy z Krzyśkiem opuszczaliśmy budynek na ulicy Czwartaków, zauważyłem, że niektórzy żołnierze pakowali się, spinali wielkie torby polowe na rzemienie i czyścili walizy. W domu była wielka radość z chleba i puszek z wieprzowiną. Buty oddałem Julkowi, bo ja mam inne, w których dotąd nie chodziłem.

8 lipca
Niemcy wywożą autami ludzi za miasto – na piaski, koło Winnik – i tu rozstrzeliwują z karabinów maszynowych. Oprócz rozstrzeliwanych Żydów są Polacy – działacze społeczni i polityczni, młodzi księża katoliccy.

Ukraińscy nacjonaliści stoją na rogach ulic i dokładnie przyglądają się przechodzącym. Od czasu do czasu każą komuś odejść na bok i zabierają tych ludzi. Zatrzymują również ładne kobiety – najczęściej Żydówki, ale nie tylko. Kobiety czasem wracają, a czasem nie wracają. W tym drugim wypadku ludzie mówią, że czym ładniejsza, tym gorzej dla niej. Dziewczęta naszych sąsiadów wróciły i teraz z nikim nie rozmawiają. Siedzą cicho w domu i nawet już nie chowają się przed myszkującymi Niemcami.

9 lipca
Niemcy zajęli i zagospodarowali już budynki więzienne przy ulicy Łąckiego, Zamarstynowskiej i Kazimierzowskiej. Do budynku przy ulicy Pełczyńskiej zwożą różnych nauczycieli, pisarzy, oficerów. We Lwowie działa jakaś grupa wojskowa, która nie zabija zwykłych Żydów ani zwykłych Polaków. Ci Niemcy mają listę z nazwiskami i adresami, a poza tym miejscowi nacjonaliści ukraińscy służą im informacjami. Wszystkich aresztowanych zwożą najpierw do siebie, a potem na cmentarz żydowski przy ulicy Janowskiej. Rozstrzeliwuje ich specjalna grupa. We Lwowie zabrano już z domów wielu takich ludzi i zabito.

Ci Niemcy chodzą w zielonkawych mundurach, a niektórzy z nich mają wszyte w mankiety rękawów czarne opaski. Są również i tacy, którzy mają naszyte litery SS, a oprócz nich inni, bez żadnych odznak. Na ich samochodach wymalowane są symbole ptaków, ważek i komarów. Najwięcej jest wśród nich Ukraińców, ale jest też kilku Niemców. Każdy z nich ma oprócz automatu lub karabinu jeszcze i pistolet na pasie, a wielu nosi bagnety wojskowe. Ukraińcy i Niemcy ze specjalnej grupy mordują ludzi w kilku miejscach miasta. Najłatwiejsza jest śmierć tych, którzy umierają na łyczakowskich i kleparowskich górkach, bo unikają przed śmiercią bicia.

Ustawia się wówczas więźniów w dole pod pagórkiem piaskowym, a Niemcy strzelają do nich z karabinów i automatów. Po każdej salwie oficer albo podoficer dowodzący egzekucją podchodzi do leżących i każdemu strzela jeszcze w głowę. Gorzej jest z ludźmi, których zabija się w budynkach policji i bojówek. Ci przed śmiercią są jeszcze bici.

11 lipca
W czasie egzekucji na Kortumowych Górkach udało się jednemu z rozstrzeliwanych uciec. Obecnie ukrywa się on obok nas, u sąsiada Ukraińca, który nie wyda go, bo sam jest przeciwko Niemcom. Ten uciekinier jest z zawodu inżynierem chemikiem i pracował przed wojną w zakładzie naukowym Politechniki Lwowskiej.

W dzień przebywa on u sąsiada, a na noc przychodzi do nas i sypia na poddaszu. Z obcymi ludźmi boi się rozmawiać, ale nam opowiedział, jak to było u Ptaszników. Aresztowano go 2 lipca i tego samego dnia wieczorem, razem z innymi, został przewieziony do budynku dawnego więzienia – Brygidek. Wszystkich tych ludzi wprowadzono do korytarza i trzymano w takim tłoku, że nie można było się ruszyć i niektórzy załatwiali na miejscu swoje potrzeby. Po pewnym czasie zaczęto ich pojedynczo wywoływać w stronę drzwi prowadzących na zewnętrzny dziedziniec więzienny.

Kiedy aresztant wychodził z korytarza, za drzwiami otrzymywał cios młotem w skroń. Wtedy upadał, a stojący obok Ukrainiec w mundurze Wehrmachtu – uzbrojony w karabin z nasadzonym bagnetem – przekłuwał serce i brzuch leżącego. Inni odciągali od razu ciało i wrzucali je na stojący obok wielki wóz.

W momencie, kiedy nasz inżynier miał dostać młotem, zjawił się jakiś oficer w mundurze Wehrmachtu, z czarna opaską wszytą w mankiety rękawa. Oficer kazał przerwać zabijanie i odwołał na bok Ptaszników. Zaraz po tym włożono resztę zabitych na wóz, który wyjechał przez bramę od strony ulicy Karnej. Inżyniera i resztę więźniów wprowadzono do korytarza. W ciągu godziny przyjechało dziesięć dużych samochodów, które stanęły obok bramy wejściowej przy ulicy Kazimierzowskiej. Do każdego wozu wepchnięto, ile się tylko dało, aresztantów, a między jednym a drugim wozem jechali na odkrytych małych samochodach – Ptasznicy. Ulicami: Kazimierzowską, Janowską i nowo zbudowaną drogą wozy jechały na Kortumówkę i tu stanęły. Więźniów z pierwszych samochodów rozstrzelano na dole, w małym jarze, dokąd ich po jednym sprowadzono. Ostatnim więźniom kazano zbiegać w dół i strzelano do nich z tyłu. W tej właśnie grupie był nasz inżynier. Kiedy ludzie zaczęli zbiegać, odezwały się z tyłu strzały, a zaraz potem krzyki trafionych ludzi.

Inżynier biegł coraz dalej, aż do skraju jaru. Ponieważ nie trafiła go żadna kula, wlazł na stromą dosyć ścianę pagórka i zaczął zbiegać w dół, w stronę lasku kleparowskiego. Ptasznicy ciągle jeszcze strzelali, ale w pobliżu inżyniera nie było już żadnych aresztantów. Niemcy strzelali już tylko do niego, ale była noc i zła widoczność. Inżynier wpadł w lasek, a stamtąd okrężnymi drogami przyszedł na Kleparów, skąd w przebraniu robotnika dostał się do nas.

14 lipca
Właściwie nie ma zwyczajnych egzekucji. Niemcy i ukraińska policja zabijają gdzie się da, nawet w bramach domów. Wystarczy o kimś powiedzieć, że był komsomolcem albo, że jest Żydem, a już takiego zastrzelą albo zatłuką na śmierć kolbami i kopniakami. Na placu Krakowskim Ukraińcy zabili dwóch chłopców – Polaków, o których ktoś powiedział, że na pewno są Żydami. Okazało się potem, że chłopcy byli Polakami, a rodzice ich mieli dozorcówkę przy ulicy Legionów. Ukraińscy nacjonaliści i niemiecka policja wyszukują spisy organizacyjne partii, Komsomołu, a nawet szkolnych organizacji pionierskich. Według znalezionych list wybierają z domów ludzi – często młodych chłopców i dziewczęta. Najpierw biją ich i wypytują o nazwiska i adresy innych, a następnie rozstrzeliwują na łyczakowskich piaskach, w Winnikach i na cmentarzu Janowskim. Zdarza się często, że przed egzekucją gwałcą młode dziewczęta.

Po mieście chodzą ukraińscy nacjonaliści i szukają rosyjskich i polskich książek. Rozbijają drzwi do bibliotek, czytelni i wypożyczalni, wynoszą książki na ulicę, a następnie palą je. W ten sposób zniszczyli już wiele bibliotek i prywatnych zbiorów. Spalono nawet książki z bibliotek szkolnych, zbiory książek w internatach i bursach. (…)


Przypisy

1). W czasie napadu na ZSRR Niemcy sięgnęli do powszechnie przez siebie stosowanej metody V kolumny. Oparciem dla działalności dywersyjnej na terenie Ukrainy Zachodniej inaczej, na dawnych Kresach Wschodnich RP, była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). W roku 1940 OUN rozpadła się na dwa odłamy: melnykowców i banderowców. Współpracowała z Niemcami.

2). Wojska niemieckie zajęły Lwów 30 czerwca 1941. Pierwsze jednostki wkroczyły do miasta w nocy z 29 na 30 czerwca o godzinie 3:15. Były to oddziały wchodzące w skład specjalnej grupy Abwehry pod dowództwem Oberleutnanta dra […]: I batalion specjalnego pułku dywersyjnego Brandenburg pod dowództwem mjra Heinza, batalion Nachtigall oraz grupa oficerów Abwehry i jednostka Geheime Feldpolizei – Tajnej Policji Polowej Wehrmachtu, określanej potocznie polowym gestapo. Była to formacja odpowiedzialna za zbrodnie wojenne w pasie przyfrontowym. Mordowała jeńców sowieckich, Żydów i podejrzanych Polaków. Grupa ta przyśpieszyła wejście do Lwowa na wieść o uśmierzeniu przez oddziały sowieckie próby powstania i wystąpień dywersyjnych ukraińskich nacjonalistów, chcąc im przyjść z pomocą. Niemieckie jednostki liniowe marszałka von Rundstedta (Heeresgruppe Süd), a konkretnie dywizja strzelców górskich, tzw. Enzdivision, wkroczyła do Lwowa dopiero w siedem godzin później. Wraz z grupą Oberländera przybyła do Lwowa czołówka polityczna OUN, która przystąpiła do organizowania niepodległego, inaczej całkowicie uzależnionego od Niemców, satelickiego wobec Trzeciej Rzeszy państwa ukraińskiego.

Jacek E. Wilczur „Do nieba nie można od razu”, Oficyna Wydawnicza ECHO, Warszawa 2002.

Wypowiedz się