Czy ministrowi Waszczykowskiemu doradzają obcy agenci ?

Stare porzekadło mówi: „czy król jest mądry i/lub czy ma mądrych doradców ? lub odwrotnie – zapisuje się to na konto króla”. Po poprzednim artykule pt. „Faryzejska retoryka <polskiej> dyplomacji” opisującym wypowiedzi i działania ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, prezentujemy poniżej dokonania „wybitnego” doradcy tegoż ministra – Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego z pytaniem jak w tytule. Polecamy ten artykuł Aleksandra Szychta pod tytułem „ Jak ocenilibyśmy tego człowieka ?” Oba te artykuły dowodzą co najmniej schizofrenii w polskiej polityce zagranicznej.

Redakcja KIP

Żurawski vel GrajewskiAleksander Szycht: Jak oceniliby Państwo tego człowieka?

Postuluje zdradę emigrantów pracujących w Wielkiej Brytanii, jak i Polaków na Litwie, publicznie ubliża patriotom, naraża skarb państwa, denuncjuje własnego ministra, chciał przyjmować muzułmańskich imigrantów, etc. Niestety ma wpływ na rządzących.

 Jałtańskie oddanie części praw polskich emigrantów w Zjednoczonym Królestwie za bazy NATO, zezwolenie na szykany wileńskich Polaków dla współpracy wojskowej z Litwą, narażanie Rzeczypospolitej Polskiej na stratę 4 miliardów złotych, zadenuncjowanie do mediów własnego ministra, któremu doradza, publiczne ubliżanie polskim potomkom ekspatriantów ze wschodu (przy okazji wdzięczenia się do człowieka, który chciałby od polskich podatników odszkodowań zapłaconych potomkom 100 tys. Ukraińców wysiedlonych w operacji „Wisła”), postulowanie przyjęcia muzułmańskich emigrantów przez Polskę, oficjalne okłamywanie i usypianie opinii publicznej w kraju, w kwestii rozwoju antypolskiego nacjonalizmu na Ukrainie. A w efekcie tego wszystkiego, wystawianie na wewnętrzne ataki własnego rządu, który jest już przecież atakowany z zewnątrz.

Przemysław Żurawski vel Grajewski, bo o nim mowa, to człowiek, który do tego stopnia „nieopatrznie” podaje piłkę do strzału drużynie przeciwnej, że w nawet przeciętnym zespole zostałby dawno ściągnięty z boiska i wymieniony na innego gracza. Co więcej, niemal każdy z jego pojedynczych wybryków, jest tak dyskwalifikujący, że nadaje się przeważnie nie na żółtą, lecz czerwoną kartkę. W normalnie działającym kraju dostałby ją bezzwłocznie, jednak w Polsce dostanie raczej… awans.

Pierwotnie wszedł w skład kilkudziesięcioosobowej, prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju, następnie zaś został oficjalnym doradcą ministra Witolda Waszczykowskiego.

Nikogo zatem nie powinno zdziwić, jeśli zostanie np. szefem Ośrodka Studiów Wschodnich. Ten ostatni, dla niewtajemniczonych, to rządowy „think tank”, a Żurawski vel Grajewski jest osobą, mogącą spowodować kontynuację polityki miękkości i uległości, wobec nacjonalizmów na wschodzie, którą wyborcy PiS kojarzą raczej z Platformą Obywatelską.

Polacy na Wyspach a’la Żurawski vel Grajewski w sosie jałtańskim

Działanie, wpisy, czy wypowiedzi Żurawskiego vel Grajewskiego, mogłyby najwyżej rozśmieszać, gdyby nie fakt, że są w skutkach tragiczne, nie tylko dla obozu rządzącego, ale i w konsekwencji dla Polski. Prosty przykład. Dotyczy, budzącej oburzenie, słynnej publikacji Daily Telegraph, zawierającej informację o zdementowanej później wypowiedzi ministra Witolda Waszczykowskiego. Chodziło o oddanie części praw Polaków w Wielkiej Brytanii, w zamian za jej poparcie dla budowy baz NATO w naszym kraju. W skutek tego rozpętała się burza. W konsekwencji przez 24 godziny, zarówno MSZ, jak i sam minister, Niezależna oraz skupione wokół media, portal wpolityce.pl i inni dementowali tę wypowiedź jako przekręconą. Te gigantyczne wysiłki, które powodowane były zagrożeniem utraty części żelaznego elektoratu o charakterze antyplatformerskim, zaprzepaścił post factum jedną publiczną wypowiedzią (!) ten sam doradca ministra.

Pozwolimy sobie zacytować fragment artykułu, opublikowany przez portal wpolityce.pl, a odnoszący się do wypowiedzi ministra i następnie słów jego doradcy: „MSZ w międzyczasie złagodził nieco wymowę tej wypowiedzi. Zdaniem Żurawskiego vel Grajewskiego niepotrzebnie. „Czy ta cena byłaby wygórowana? Moim zdaniem nie, gdyż nie chodziło o pozbawienie Polaków na Wyspach przywilejów, jak to jest przedstawiane. Chodziło o pozbawienie możliwości wysyłania świadczeń na dzieci przebywające w Polsce”. I wszystko stało się jasne. Pomijając oczywistą moralną obrzydliwość tej wypowiedzi, wyjaśnijmy na czym polega problem Brytyjczyków w odniesieniu do Polaków, którzy zostawili dzieci w Polsce, a tymi, którzy je ze sobą wzięli. Nie wiadomo, na ile profesor z łódzkiej uczelni zdaje sobie z tego sprawę. Otóż nasi potencjalni sojusznicy w UE (bo Zjednoczone Królestwo faktycznie może spełnić tę rolę), wiedzą doskonale, iż Polacy to dobry materiał, żeby się rozpuścić i podreperować skład etniczny kraju, wobec nawały, kulturowo, krańcowo odmiennych i agresywnych imigrantów z byłych kolonii. Mają doświadczenie z rozpuszczaniem się Armii Andersa i wiedzą że to czysty interes. Za darmo.

Przecież Polacy zarobkujący w Wielkiej Brytanii, którzy nie sprowadzili tam swoich rodzin i dzieci, tak samo jak ci, którzy to zrobili – uczciwie pracują, a ich pociechy nawet nie „zajmują” miejsc w brytyjskich szkołach i przedszkolach. Powiem przekornie: W teorii powinni się bardziej bać, tak jak my, rozwydrzonych imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, że ci sprowadzą jeszcze swoje rodziny i będzie ich jeszcze więcej. Tymczasem jedyny problem to fakt, że dzieci, które pozostają w Polsce, nie ulegną asymilacji, przynajmniej w tak błyskawicznym tempie, jak te w Anglii, co więcej – ci Polacy, którzy pozostawili rodziny w Polsce, mogą tam po dorobieniu się wrócić.

A prawdopodobieństwo ich powrotu jest kilkukrotnie większe niż w wypadku tych, którzy się przez lata przyzwyczają, a ich dzieci depolonizują i będą miały angielskich kolegów. „Chcę wracać do domu”, mówił po polsku znajomy kilkuletni berbeć, który przyjechał w odwiedziny do Polski, a po angielsku mówi co najmniej tak samo dobrze. Na pytanie, skądinąd godnego szacunku Nigela Farage’a do Tuska, czy uczciwym jest, by Polacy, którzy pracują w Anglii pobierali świadczenia na dzieci w Polsce, ten drugi nie miał interesu, by mu wytrącić argument z ręki, tak samo w warunkach UE abstrakcyjnym pytaniem. Bo czy uczciwym jest korzystanie z wykształconych na koszt państwa polskiego i polskich podatników, specjalistów którzy pracują dla rozwoju Wielkiej Brytanii? Przemysław Żurawski vel Grajewski, zachował się jednak dużo gorzej.

Anglicy mają oczywiście prawo decydować, czy chcą dać obcokrajowcom pracującym na Wyspach świadczenia. Jednak wyodrębnienie jakiejś grupy z przyjaznego kraju, która tego socjalu by nie otrzymała jest świństwem i może spowodować ochłodzenie relacji z tym konkretnym państwem. Tego się obawiają i tu potrzebni są ludzie tacy jak PŻG, by Polacy już do nas nie wrócili, a naszym kosztem, właśnie tam, stali się ożywczym zastrzykiem. Sęk w tym, że apropos Wielkiej Brytanii, reprezentant łódzkiej uczelni zapomniał, iż „takimi” względami, rzekomej wyższej konieczności i bezpieczeństwa, Winston Churchill uzasadniał nie tylko Jałtę, ale i każdy krok do niej zmierzający. Z punktu widzenia angielskich polityków, tak właśnie to wyglądało, obiektywnie, nie sentymentalnie. Ktoś może powiedzieć, że nie można tych spraw porównywać, bo to dwie różne rzeczy. Można i trzeba, bo to to samo, iście diabelskie, amoralne, polityczne równanie matematyczne, oparte o strach człowieka, pseudorozsądek i niby tzw. wybór mniejszego zła.

Dwa zdania na Facebooku i ryzyko miliardowych strat

Gdyby Przemysław Żurawski vel Grajewski nadal pełnił rolę dziennikarza Gazety Polskiej pobiłby rekord Guinnesa. Napisał nieopatrznie (?) dwa zdania, które mogą budżet państwa, a więc podatników, kosztować 4 miliardy złotych, które pożyczyliśmy chwiejącej się Ukrainie. Już sama pożyczka, zwłaszcza w tej ilości, jakby jej mechanizmów działania nie definiować, jest sprawą kontrowersyjną społecznie. I oto w emocjach dyskusji na portalu Facebook, gdy jeden z dyskutantów w dość logiczny sposób podejrzewał, że Ukraina może nam tych pieniędzy nie oddać, Żurwski vel Grajewski odpalił publicznie, iż nie ważne czy nam sąsiad te pieniądze odda. Oficjalny doradca ministra musi zdawać sobie sprawę, że jest obserwowany przez służby sąsiednich państw i nie tylko. Jest to normalna praktyka, każdego funkcjonującego państwa, które dla swoich korzyści, często gospodarczych oraz innych interesów, pragnie poznać przyszłe ruchy na szachownicy.

Aby nie być gołosłownym pozwólmy sobie zacytować: Powstrzymywanie Rosji musi kosztować. Odda nie odda – warto zainwestować. W tej sytuacji są dwie możliwości. Pierwsza: Naraził skarb państwa na straty, zakładając iż nasz rząd zamierzał te pieniądze odzyskać. Druga: Rządzący brali pod uwagę stratę, a nie chcąc narażać się bardziej opinii publicznej, nazwali to pożyczką. O tym Żurawski vel Grajewski wiedział, znowu nie mogąc się, w przypływie energii, powstrzymać od podania tego do wiadomości publicznej. A można zastanawiać się, czy nie pełnił roli jednej z osób, która lobbowała wyjęcie tych czterech miliardów z naszej kieszeni.

„Platforma prowadziła rozsądną politykę na wschodzie.”

W 2013 roku, będący w opozycji PiS, stoczył ostrą walkę o uchwałę w sprawie Ludobójstwa Wołyńsko-Małopolskiego, skupiając przy sobie wszystkie partie polityczne za wyjątkiem Platformy i Ruchu Palikota. W tym samym czasie Przemysław Żurawski vel Grajewski porównał banderowskie, ideologicznie i na zimno przeprowadzone ludobójstwo do Rabacji Galicjskiej, które to porównanie, zostało na polsko-ukraińskich spotkaniach historyków oprotestowane przez polskich profesorów jako wyjątkowo prymitywna manipulacja. Niezależnie od potoku jego ówczesnych słów i przyznania, że działania UPA cechowało ludobójstwo, w kwestii uchwały PŻG stanął dokładnie na tym samym stanowisku, co Radosław Sikorski, Rafał Grupiński, Adam Michnik czy Janusz Palikot. W efekcie działań wymienionych ludzi, PiSowi i jego sojusznikom, których wokół siebie zebrał, zabrakło podówczas 10, a później, po powtórzeniu głosowania 8 głosów do przeforsowaniu mówiącej prawdę uchwały.

„Przyjęcie ostro zredagowanej uchwały będzie moralnym hołdem wobec prawdy historycznej i pamięci ofiar. Politycznym rezultatem tego kroku w wymiarze wewnętrznym będzie zdobycie sobie uznania ze strony środowisk kresowych przez tę partię, która poprze najradykalniejsze sformułowanie tekstu uchwały. Oddziaływanie deklaracji sejmowej na stan świadomości historycznej i politycznej Polaków będzie zależało od poziomu jej nagłośnienia w mediach. Przy założeniu, że będzie on duży, cała akcja obniży skalę sympatii proukraińskich w Polsce i zredukuje zdolność polskiej opinii publicznej do popierania tej linii polityki zagranicznej RP, która oparta jest na przeświadczeniu o konieczności wspierania niepodległości Ukrainy i politycznego przesuwania tego kraju na Zachód, czyli odsuwania go od Rosji. W wymiarze zagranicznym ostra uchwała doprowadzi do komplikacji w stosunkach z Ukrainą.” 

Retoryka PŻG w szeregu wszystkich wyżej wymienionych ludzi, w kontekście przyjęcia, późniejszej tzw. ukraińskiej ustawy dekomunizacyjnej, dopuszczającej karanie obywateli polskich na Ukrainie za mówienie prawdy o UPA, pokazuje wyjątkową polityczną ślepotę. Jednak jego poglądowa wolta z szeregu PiSu, tylko na pozór może się wydać zadziwiająca. Świadczy o tym inna historia. Pod koniec kadencji poprzedniego sejmu i swojej, prezydent Bronisław Komorowski odznaczył niejakiego Piotra Tymę.

Ten ostatni jako prezes Związku Ukraińców w Polsce budzi z wielu powodów spore kontrowersje. Znany jest jako negacjonista Ludobójstwa Wołyńsko-Małopolskiego oraz piewca UPA. To człowiek który wraz ze swoim związkiem, liczy na to, że polscy podatnicy (a więc także potomkowie ofiar UPA) zapłacą potomkom 100 tysięcy Ukraińców, wywiezionych w operacji „Wisła” gigantyczne odszkodowania. Chodzi o pozostawioną przez nich ziemię i majątek, oczywiście pomimo uzyskania za PRLu ekwiwalentów i faktu, że UPA opierała o tych ludzi swoją zbrodniczą działalność.

Publiczne poniżanie działaczy społecznych i przyjaźń z negacjonistą

Tymczasem Tyma otrzymał od prezydenta Komorowskiego odznaczenie, za zasługi dla państwa polskiego. W sposób oczywisty wzbudziło to protesty polskich środowisk kresowych. Po objęciu urzędu przez nowego prezydenta, wystosowali oni apel o odebranie Tymie odznaczenia. W kontekście wcześniej wymienionych postaw doradcy ministra, jego reakcja na tę inicjatywę nie powinna dziwić, bo platformerską politykę określił on w pokrewnych sprawach na łamach Dziennika Łódzkiego jako rozsądną: Nasze państwo prowadzi w tej dziedzinie [okrutnego zamordowania 135 tys. Polaków] rozsądną politykę, czyli uznawania tego za kwestię delikatną, która nie powinna ważyć na stosunkach polsko-ukraińskich. Dziwi jednak wyjątkowo skandaliczna forma. Głupich w każdej nacji pod dostatkiem, niestety. Na szczęście ludzie określający się mianem „środowisk kresowych” nie rządzą Rzecząpospolitą. Przyjmij Piotrze proszę wyrazy mojej solidarności w tej sprawie.

Publicznie ubliżył bardzo dużej grupie wyborców, choć sam zwykł ją liczbowo marginalizować, w ramach zaklinania rzeczywistości, o czym za chwilę. Nawet gdyby jego zdaniem miał ubliżyć setkom głównych działaczy, ani go to moralnie nie usprawiedliwia z braku kultury, ani z kompletnego braku politycznej wyobraźni. To, że obraził np. Ewę Siemaszko i jej ojca, Krzesimira Dębskiego z rodzicami, Andrzeja Żupańskiego, ostatniego uczestnika akcji „Góral” w okupowanej Warszawie, autora niniejszego tekstu, który z niniejszą inicjatywą nie wychodził (ale ją popiera), mogłoby by zostać potraktowane z pobłażaniem. Jednak obrażanie ich najbliższych, którzy mieli wpływ na wychowanie, określali się jako środowiska kresowe, choć nigdy nie działali na dużą skalę, jest moralnie odrażające. Co więcej Przemysław Żurawski vel Grajewski, w poczuciu miłości własnej ujawnił, że jest z Tymą w stosunkowo nieokreślonych, lecz bliskich relacjach. Czytaj: Tyma ma pośredni wpływ na działania nowego rządu. A to już wobec najdelikatniej mówiąc wobec środowisk, nie tylko kresowo-patriotycznych, ale i większości patriotycznych jawi się jako fatalne. Ujawni się to z całą mocą, choć nie od razu. Na razie rząd będzie miał osłonę czadu, który pozostawiła po sobie PO.

Dyplomatyczny sygnał, że władze Litwy mogą bez większych przeszkód szykanować polskość

Jedną z najmniej roztropnych wypowiedzi doradcy ministra stanowiła nie ta w beztroskich dyskusjach na Facebooku. Udzielił jej jeszcze wcześniej, w ramach wywiadu dla portalu, mającego wśród wielu Polaków na Litwie opinię „kolaboranckiego”. Jednak nie to jest problemem, bo PŻG wcale nie musiał o tym wiedzieć i za to go akurat winić nie można. Ważne jest co powiedział, a dopiero to, w połączeniu z pechem wypowiadania się dla portalu zw.lt (Znad Wilii) daje wyjątkowo niesmaczną mieszankę PR-ową. Równie dobrze mógłby się wypowiadać ogólnikowo w latach 1943-44, dla Nowego Kuriera Warszawskiego o potrzebnym rozsądku Polaków. Niby byłoby to nic takiego, a i tak każdy w okupowanej Warszawie wiedziałby, o co chodzi i bynajmniej do profesora łódzkiej uczelni miłością by nie zapałał. I tak właśnie widzieli to Polacy na Litwie. Niestety na całe nieszczęście nie tylko oni, ale i nazwijmy to po imieniu, ich oprawcy. Aby nie być gołosłownym:

„Każdy nowy rząd Polski, decydując się na strategiczną współpracę z Litwinami, będzie musiał rozliczyć się z kwestii Polaków na Wileńszczyźnie. Będzie to znacząco utrudniało współpracę z państwem litewskim, o ile litewskie elity rządzące nie pójdą na ustępstwa. A te, ze swojej strony, najprawdopodobniej, nie ustąpią, licząc, że Polska i tak będzie współpracowała z nimi w zakresie polityki strategicznej wobec Rosji – bo musi. I to jest prawda. Niezależnie od tego, jaką politykę Litwini uprawiają w stosunku do mniejszości polskiej na Litwie, Polska musi, w zakresie bezpieczeństwa współpracować z Litwą. W przeciwnym wypadku Rzeczpospolita działałaby na korzyść Rosji, a to oznacza, że przeciw sobie. Litwy zaś inna współpraca z Polską, niż ta na niwie bezpieczeństwa, najwyraźniej nie interesuje.”
Niestety po swoim doradcy, powtórzył to minister Witold Waszczykowski, tak jak i powtarza po nim inne, wyjątkowo nietrafione wypowiedzi. Owszem zrobił to w sposób bardziej elegancki, ale odsłonił Litwie, że Polska w sprawie tamtejszych Polaków, nie planuje żadnych ultymatywnych ruchów, lecz dalej „dyplomacja, dyplomacja i raz jeszcze dyplomacja”. W wolnym tłumaczeniu, z języka właśnie dyplomacji oznacza to, „Możecie Polaków na Litwie okładać pałką, zamykać im szkoły, np. w ramach akredytacji, jak coś to pogrozimy wam najwyżej palcem”.

Abstrahując po raz kolejny od moralnej karygodności wystąpień Żurawskiego vel Grajewskiego, zawiera ona dość kuriozalną logikę. Polska owszem jest zagrożona ze strony Rosji, Polska winna mieć system sojuszy wsparcia itp., to nie ulega wątpliwości, co pokazują choćby czarne skrzynki i wrak Tupolewa w rękach Rosjan. Jednak, dlaczego to większa Polska wobec Litwy, kraju mniejszego, jeszcze bardziej wybitego na wschód, nieporównywalnie bardziej zagrożonego, ma być petentem? Jeśli my sami nie możemy się doprosić NATO o pewne sprawy, to doprosi się mała Litwa? Wolne żarty. Jest więc zdana tylko na nas. W konsekwencji obserwujemy u Grajewskiego brak elementarnej zupełnie wyobraźni, albo intencjonalne działania na rzecz osłabienia żywiołu polskiego.

Oddajmy swoją broń Ukraińcom i wpuśćmy imigrantów

Choć wyda się to może zadziwiające, ale profesor łódzkiej uczelni wypowiadał się publicznie w sprawie przyjęcia uchodźców z konkluzją do jakiej dochodzili lobbyści UE i międzynarodowe lewactwo oraz członkowie rządu PO: „Państwa członkowskie UE mają w sumie około 500 milionów mieszkańców. Wchłonięcie i dystrybucja w Unii nawet około 150 tysięcy uchodźców nie stanowi zagrożenia dla tożsamości etnicznej, religijnej czy kulturowej […] mamy pewną grę wyobraźni w tej sprawie. Ona jest oczywiście ważna, ponieważ nastawienie opinii publicznej w tej sprawie może tworzyć fakty polityczne […] Jednak w sensie faktycznym przyjęcie przez Polskę 2 czy 3 tys. uchodźców, czy nawet 10 tysięcy dla stabilności Polski, dla polskiej tożsamości nie jest problemem. Polska nie zostanie zalana wielką masą ludzi, jeśli przyjmie 10 tys. migrantów.” Jego wypowiedzi w tej sprawie wydają się wprawdzie chwiejne, zdaje się z racji grania w teorii dla konkretnej politycznej strony. To jednak nie ma znaczenia, skoro faktycznie coś takiego wyszło z jego ust.

Ten sam człowiek, który reprezentował wymienione wcześniej postawy, jeśli chodzi o oddanie Ukraińcom naszej własnej broni, mającej przecież służyć do obrony w razie niebezpieczeństwa – nam samym powołuje się na … „imperatyw moralny”. Co więcej jak wspomniał: „Dozbrojenie Ukrainy jest politycznym nakazem chwili i Polska powinna przeznaczyć na ten cel wszystkie dostępne środki, nie pytając nikogo o zdanie”. Jednak „nakaz chwili” to u niego coś więcej, niż tak jakby to zapewne chciał wyrazić, reakcja, „gdy u sąsiada pali się dom” (ulubione porównanie politycznie poprawnych, by z kolejnego powodu nie mówić o wymordowaniu dziesiątek tysięcy kobiet i dzieci). U tego człowieka, system myślenia oparty jest, jak można sądzić, wbrew pozorom, o emocje którymi się posługuje, a przed którymi przestrzega w kwestii Ludobójstwa Wołyńsko-Małopolskiego.

To mniej więcej tak, jak jego powoływanie się na „imperatyw moralny” w sprawie walczących Ukraińców, ale już nie walczących z dyskryminacją Polaków na Litwie, uznanie Polaków w Wielkiej Brytanii, rodzin ofiar wymordowanych przez UPA. Ktoś powie, że walczenie w okopach o życie, a np. o godność (ale i w sądach żeby komornik nie zabrał za polskość mieszkania polskiej rodzinie i dzieciom) – to nie to samo. A kto powiedział, że moralność ma istnieć tylko na jednym poziomie ludzkich dramatów? Jej wybiórcze stosowanie nie licuje szczerością, a rozróżnienie większej lub mniejszej ciężkości sytuacji służyłoby za usprawiedliwienie. Nie wspomnę jak bardzo karygodnym jest wypowiadanie przez „speca od czterech miliardów” myśli o konieczności przeznaczenia na cel pomocy zewnętrznej „wszelkich dostępnych [Polakom] środków”.

PŻG bronić zapewne mógłby się, że chciał, by Polska oddała broń każdą, którą tylko może, a nie całą posiadaną. Tyle, że kieruje nim właśnie ów „nakaz chwili”. Nie rozważa, że może nadejdzie dzień, kiedy Polakom – tę broń, która nie jest używana przez nasze szczątkowe wojsko – trzeba będzie rozdać. „W interesie Polski leży, aby armia ukraińska była jak najtwardszym przeciwnikiem wojsk rosyjskich i jak najmocniej wyczerpała ich siły i zasoby. Każdy rosyjski żołnierz, czołg, samolot, śmigłowiec, wóz bojowy, zestaw artyleryjski wyeliminowany na trwałe z walki przez Ukraińców nigdy nie pojawi się na polskiej ziemi ani nad polskim niebem.” 

Wspomniany nakaz emocjonowania się chwilą, absolutnie nie bierze pod uwagę, że na Ukrainie rozwija się ideologia tkwiąca głęboko korzeniami w skrajnej wrogości wszystkiemu co polskie. I może zaskakująco obrócić się przeciw nam, wbrew ciepłym zapewnieniom ukraińskich nacjonalistów. Jednak Przemysław Żurawski vel Grajewski, tyleż stanowczo, co panicznie również temu zaprzecza, bojąc się faktów niczym święconej wody, która rozprawi się z jego oryginalnym widzeniem świata.

Publiczne okłamywanie i usypianie społeczeństwa polskiego w sprawie zagrożeń

„Nie istnieje nic takiego jak banderowska Ukraina. Jest to wytwór propagandy rosyjskiej. Zważywszy na skalę wpływów wyborczych partii i polityków odwołujących sie do tradycji Bandery i UPA: Jarosz, Tiahnybok, Swoboda, Prawy Sektor ( w wyborach prezydenckich poniżej 2 % w parlamentarnych najwyższy wynik w obwodach konsularnych – a zatem za granicą – 8 %), jeśli Ukraina jest banderowska, to Polska jest palikociarska, albo młodzieżowo-wszechpolska, względnie Korwinowska. To wszystko absurd” poucza rozmówców w jednym ze swoich wpisów łódzki profesor.

Powielił tym samym, zresztą nie po raz pierwszy, neobanderowski zabieg propagandowy, mający udowodnić że oni sami neobanderowcy/banderowcy nie istnieją. Nota bene wmawianie o nieistnieniu czegoś lub kogoś, co rzeczywiście istnieje, na podstawie pseudodowodów to podstawowa reakcja obronna zła. „Bóg nie istnieje”, „szatan nie istnieje”, „granica między dobrem a złem nie istnieje”, a „wszystko zależy od „interpretacji””, itp… To też zresztą typowo lewacka logika, która uwielbia negować fakty. A jak się one mają w stosunku do twierdzeń Żurawskiego vel Grajewskiego?

Otóż, aby narracja nacjonalistom ukraińskim, czyli np. koledze Żurawskiego vel Grajewskiego – Piotrowi Tymie oraz jemu samemu, nie zdołała się rozlecieć, potrzeba utrzymywać, iż banderowcy to jakaś jedna konkretna partia czy organizacja. To mniej więcej tak, jakbyśmy utrzymywali (to nie porównanie ukraińskiego nacjonalizmu z polskim patriotyzmem, a wyłącznie punkt odniesienia), że patriotami są wyłącznie ci, którzy krzyczą najgłośniej, a często dokonują pokazowych i spektakularnych akcji, zaś patriotyzm kończy się wtedy, gdy dostają marginalny procent w wyborach.

Tymczasem wymieńmy tylko kilka, z przemilczanych, lub oddzielanych od siebie przez ludzi takich jak PŻG ścianą – faktów: Parlament uznał UPA za bohaterów, uczcił też zarówno dowódcę tej organizacji Romana Szuchewycza, jak i kata Powstania Warszawskiego Petra Diaczenkę, prezydent Poroszenko spotyka się z podstarzałymi członkami zbrodniczej UPA i publicznie cytuje autora ukraińskiego „Mein Kampf” czyli „Nacjonalizmu” Dmytro Doncowa. 

Premier Jaceniuk zachwyca się UPA, tak jak Ołeksandr Turczynow były marszałek Werchownej Rady, p.o. prezydenta przez wyborem Poroszenki. Zmuszono do takiej wypowiedzi nawet Witalija Kliczkę, a przeciętny polityk który chce być pierwszoligowym, musi wypowiedzieć podobną formułkę. Dzień powstania UPA staje się świętem pod pozorem święta Matki Bożej (ale bez złudzeń, to nie ze względu na Matkę Bożą). Członkowie radykalnego Prawego Sektora piastują wysokie stanowiska. Ukraińskie wojska frontowe posługują się nazistowską symboliką, w tym nawiązują do kolejnego kata powstania Oskara Dierlewangera.

Szefem IPN zostaje znany ideolog, manipulator i fan UPA w jednym Wołodymyr Wiatrowycz. Wiece i marsze chwały UPA rozszerzyły się ,nie tylko na centralną, ale i wschodnią Ukrainę. Nauka o tzw. „bohaterstwie UPA” wprowadzana jest oficjalnie do wszystkich szkół (na zachodniej Ukrainie istniała już dawno.). Parlament przyjmuje tzw. ustawy dekomunizacyjne, gdzie ukryto zapis o karaniu za mówienie prawdy o UPA, nie tylko Ukraińców, ale i obywateli polskich, którzy na Ukrainę przyjadą (Sic!). Warto wspomnieć o dość zabawnej rzeczy. Mianowicie ukraińscy nacjonaliści zapewniają, iż ustawa nie będzie krępować dyskusji naukowych oraz, iż te zapisy nie zostały jeszcze przecież użyte.

Należy o tym wzmiankować, bo kolega Tymy, Żurawski vel Grajewski często retorykę neobanderowców powiela, toteż nikogo nie powinno dziwić, jeśli tak powie. Tak czy inaczej, przykładów wydarzeń w ukraińskim życiu politycznym, można by mnożyć, ale to nic, dla łódzkiego profesora „banderowska Ukraina” nie istnieje, bo to wytwór rosyjskiej propagandy. Zbrodniczość niemiecka, wykorzystywana przez sowiecką propagandę, naprawdę istniała. Samo tylko użycie czegoś przez Rosjan, jakkolwiek winno w nas budzić, podejrzenia, możliwość powątpiewania, chęć zweryfikowania, nie upoważnia nas do automatycznej negacji, w tym nawet tego, czego sami doświadczamy i co widzimy na własne oczy, bo to już absolutna utrata kontaktu z rzeczywistością.

Podsumowanie oceny

Zabawne, że ten sam uczony, który ignoruje wszystkie fakty związane z wpływem neobanderyzmu na ukraińskie społeczeństwo, wyciąga wniosek i podejrzenia w stosunku do własnych rodaków z Wileńszczyzny, na podstawie li tylko jednej rzeczy: Georgijewskiej wstążeczki wpiętej zaskoczonemu Waldemarowi Tomaszewskiemu przez rosyjskich wyborców, o których, co ciekawe – Tomaszewski musi walczyć, z powodu działań ludzi, którym Żurawski vel Grajewski ze względu na sojusz militarny każe się kłaniać. Wszystko na podstawie polityki uległości wobec krajów słabszych, bądź będących w gorszej sytuacji (bo przecież ostra polityka z nimi jest nie fair), ale i mocarstw takich jak Wielka Brytania czy USA (bo przecież są więksi i mocniejsi). Szczęście, że rząd PiS z listy stałych ukłonów, wyeliminował Niemcy i Rosję. Szkoda jednak, że Żurawski vel Grajewski ma na nich wpływ, bo można by pomyśleć, że za każdym razem, gdy nam na czymś od innych zależy, jedyną techniką jest przyjmowanie postawy proszącej, z obawą, by nie urazić, gotowością, co mamy poświęcić, a nawet co sobie odciąć.

Nie chodzi o to, że trzeba każdego i zawsze traktować szantażem, lub dyplomatyczną pałką, ale trzeba ją mieć w zanadrzu, zagrozić czasem użyciem, a kiedy nie ma wyjścia, należy zrobić to bez wahania. Nie musimy, zawsze, wszędzie i wszystkiego poświęcać, zaciskać zębów, bo ktoś nie da nam ciasteczka, tak jak i nie musimy zawsze każdemu wygrażać. Przykłady ciągów zadziwiającego rozumowania łódzkiego profesora są liczne, jak choćby, że państwo ukraińskie nigdy nam żadnego majątku nie zagarnęło, a czyniło to zawsze imperium rosyjskie. Prócz przyswojenia pojęcia „paserstwo” można wskazać sprawę nieoddania kościoła Marii Magdaleny we Lwowie i innych budynków sakralnych i nie tylko, właśnie przez państwo ukraińskie, a i to konkretnie przez te kręgi adorowane. Naciągana retoryka jest ogólnie u ludzi Żurawskiemu vel Grajewskimu pokrewnych rażąco widoczna. To tak, jak utrzymywanie, że nacjonalizm ukraiński ma charakter antyrosyjski, a nie antypolski (czasami dla uwiarygodnienia dodaje się słowo „przede wszystkim”).

Oczywiście zabronione jest dostrzeganie, że kierujący tym ruchem, oficjalni idole, opomnikowani jak nikt inny na Ukrainie, większość życia spędzili na walce z państwem polskim i Polakami, a Rosja stanowiła dla nich zabójczy, lecz nadal zaledwie epizod tej walki. Przez głowę im nie przechodzi, że to rozumowanie jest za bardzo skażone „nakazem chwili”, czyli dniem dzisiejszym, gdy na Ukrainie trwa wojna z prorosyjskimi separatystami. Pomyślenie o jutrze, o różnorodności wypadków i nagłych zmian sytuacji w grę tutaj nie wchodzi, po co ma psuć wrażenie, iż dzisiejsza rzeczywistość realizuje choć trochę myślenie życzeniowe. Jeśli jest wojna na granicy z Rosją, to jak neobanderowcy mają się Polakom z całą mocą, w swych poglądach i zamiarach ujawniać? Przecież i tak, nawet teraz, widać ich na scenie politycznej aż za dużo. Po co otwierać walkę na więcej niż jeden front, kiedy można bezpieczniej, tak z osobna? Czy tak trudno spojrzeć na banderyzowaną Ukrainę jako na element potrzasku, którym zaciskają nas zarówno Niemcy, jak i wbrew pozorom, w sposób bardzo sprytny – Rosja?

Można by powiedzieć, że PŻG zachowuje się jak „słoń w składzie porcelany”, ale jednak słoń ma pewne prawo do swojej własnej, dzikiej świadomości i nie jest profesorem łódzkiej uczelni. Toteż chyba winna doradcę ministra obowiązywać choćby minimalna odpowiedzialność za czyny i słowa. Chyba że traktuje się go jako swoistego członka klanu. Niechaj postawę tego człowieka zilustrują na koniec dwie rzeczy. Pierwszą jest cytat zachęcający do przekazania broni Ukrainie: „Przemysław Żaurawski vel Grajewski twierdzi, że należy przekazać Ukrainie tyle broni, ile tylko możemy jej dać. Na pierwszym jej egzemplarzu, wręczonym uroczyście, winna zaś widnieć stara polska sentencja, wypisywana na szablach, które dawano w prezencie młodym szlachcicom: „W Twoją młodą silną dłoń wdzięczni bracia dają broń. Bij jak dotąd mężnie wroga, za Ojczyznę, w imię Boga”.”

Trudno nie dostrzec, że ten człowiek jedną nogą stoi w mało realnym świecie. Jeden ze wspólnych znajomych, poglądowo mi bliskich, bronił go mówiąc, iż vel Grajewski jest pasjonatem, nie tylko uwielbia epokę napoleońską, ale i kolekcjonuje żołnierzyki etc. Nie wiem, czy to prawda, a nie mam szans tego sprawdzić, jeśli tak, to nie ma w tym nic złego i mógłbym tylko pozazdrościć oraz pogratulować. Zresztą, jeśli nawet rozumieć to w ten sposób, że w każdym mężczyźnie tkwi w mniejszym, lub większym stopniu mały chłopiec, to jest to niejednokrotnie bardziej pozytywne, niż negatywne. Jednak, gdy grymaśne ignorowanie faktów powoduje tupanie nogą, wyzwiska, a także przymuszanie innych do własnych, oderwanych od rzeczywistości wizji, które mogą siać spustoszenie, byłoby lekką przesadą, aby opiekunowie na to pozwalali, zwłaszcza jeśli pociechę kochają.

Aleksander Szycht

piątek, 05, luty 2016 17:28

Opublikowano za: http://www.prawy.pl/z-kraju/12640-jak-oceniliby-panstwo-tego-czlowieka

Wypowiedz się