Strzeż się, Polsko!

Z José Gomesem Ferreirą, portugalskim komentatorem politycznym telewizji SIC, rozmawia Mirosław Wlekły
Zamiast ze słońcem Portugalia kojarzy się dziś z kryzysem. Co zyskaliście na wstąpieniu do Unii Europejskiej, a co zmarnowaliście? 
– Było mnóstwo rzeczy pozytywnych i mnóstwo negatywnych. Ale uważam, że saldo końcowe jednak jest dodatnie. Do 2020 roku dostaniemy 25 miliardów euro, które będą decydujące dla naszych dalszych inwestycji. Po wstąpieniu do Unii otwarły się możliwości, jakich nasz kraj nie miał od dawna. Dostaliśmy gigantyczną pomoc finansową i doradczą. Niestety, działo się to w kraju z wieloma ułomnościami, gdzie związki biznesu i władzy są zbyt bliskie. Co się wydarzyło? Dwie niebezpieczne rzeczy. Po pierwsze, nadmierna koncentracja kapitału w rękach niewielkiej grupy. Po drugie, państwo zaczęło konkurować z sektorem prywatnym, ubiegając się o fundusze europejskie. Poprzez wszelkie departamenty ministerstw, instytucje publiczne, urzędy miast i gmin, organizacje regionalne. Z początku miało to dobry wpływ na ekonomię, bo przybywało inwestycji. Dobrze to czy źle? Nikt się nad tym nie zastanawiał. Najważniejsze, że były inwestycje, praca i żyło się wspaniale. Ale ta gigantyczna pomoc europejska – dla instytucji publicznych, samorządów – przeznaczana była na projekty wymyślane przez decydentów politycznych: ministrów, prezydentów miast, regionalnych departamentów ministerstw – wszystkich, którzy byli pod wpływem partii rządzącej.

Co w tym złego? 
– Że te inwestycje nie przystawały do rzeczywistości. Tamte lata wykreowały rzesze specjalistów nieprzydatnych z punktu widzenia wolnorynkowej gospodarki. Kończyli studia, znajdowali świetnie płatną pracę, bo dawała na to Unia. Ale na wolnym rynku byli zupełnie niepotrzebni. To samo działo się w sektorze prywatnym. Tworzono firmy, które działały tylko dzięki pieniądzom z Unii, same na wolnym rynku nie były w stanie się utrzymać. Wszystko to zapewniło oczywiście wzrost gospodarczy, nowe miejsca pracy, ale jakość tego wzrostu była słaba.

Kiedy się o tym przekonano? 
– Portugalczycy przyzwyczaili się do życia dzięki pieniądzom z zewnątrz. Zaczęto więc coraz więcej pożyczać za granicą. A potem nadszedł czas wejścia do strefy euro i rządzący usłyszeli, że ta waluta to dla Portugalii „kaftan bezpieczeństwa”. Powiedziano nam: skorzystaliście na pieniądzach unijnych, zmodernizowaliście częściowo swoją ekonomię, urosła wasza gospodarka, a teraz, żeby wejść do klubu stabilnej waluty, musicie nam pokazać rygor w wydatkach publicznych. W 1995 roku nowy premier António Manuel de Oliveira Guterres z Partii Socjalistycznej uważał, że jeśli będzie wzrost gospodarczy, to sektor prywatny i państwowy z zadłużeniem sobie poradzą.

I pozwolono Portugalii przy takiej polityce na wstąpienie do strefy euro? 
– Traktat w Maastricht zakładał, że deficyt budżetowy nie może przekraczać 3 proc. W czasie rosnącej gospodarki państwo miało spore dochody i wcale nie było trudno taki deficyt osiągnąć. Ale władza zrozumiała, że nie może dalej pożyczać wprost z zagranicy.

I jak sobie poradziła? 
– Znalazła inny sposób na pożyczanie: system, w którym dług przyjdzie spłacać za wiele lat, dopiero następnym pokoleniom. Zaczęła na przykład budować autostrady w systemie SCUT (Bez Kosztów dla Użytkowników). Robiło się to tak: państwo przedstawiało plan, prywatni inwestorzy prosili o zagraniczną pożyczkę, za którą budowali autostradę, a państwo, zamiast pokryć koszt budowy gotówką, płaciło wielkie sumy za dzierżawy lub leasing przez 20 lub 30 lat. To pozwoliło państwu nie zwiększać deficytu. Powiększał się jedynie o roczne opłaty za autostrady. Inwestycje nie obciążały wprost budżetu Portugalii, a europejskie instytucje to tolerowały.

Co w tym złego? Przecież budowa autostrad wyciągnęła z kryzysu Stany Zjednoczone. 
– W Portugalii inwestowano tak aż do 2002 roku, kiedy państwo straciło kontrolę nad wydatkami i deficyt przekroczył 3 proc. Polityka zmieniła się, gdy premierem został socjaldemokrata José Manuel Durao Barroso: zaczął kontrolować wydatki, zaciskał pasa, czego jednak Portugalczycy nie mogli zrozumieć. Dlaczego z powodu niewielkiego długu spowalniać inwestycje? – myślano. Tym bardziej że właśnie zaczęło rosnąć bezrobocie. Rząd był pod presją. A kiedy Barroso w 2004 roku został szefem Komisji Europejskiej, zastąpił go Pedro Santana Lopes, który tej presji nie udźwignął (z jednej strony społeczeństwa chcącego więcej inwestycji, z drugiej – wymagającej kontroli wydatków Europy). Po wyborach 2005 r. premierem został socjalista José Sócrates. Zapewniał, że będzie kontrolował deficyt, ale zadba też o wzrost gospodarczy. I zaczął powtarzać błędy swojego kolegi partyjnego Guterresa. Oficjalnie kontrolował deficyt, a tak naprawdę brutalnie zadłużał kraj. Dał też sygnał prywatnym inwestorom, że nadal mogą funkcjonować, pożyczając pieniądze za granicą i pakując je w inwestycje, których kraj i społeczeństwo nie potrzebują.
Jesteśmy małym krajem. Nie potrzebowaliśmy tylu autostrad, nowych szpitali, portów, centrów logistycznych. Wielu rzeczy nagle zrobiło się za dużo, a te inwestycje tylko wysyłały mylące sygnały dla ekonomii. Rozpędzonego pociągu nie dało się już zatrzymać. Państwo nie miało pieniędzy na inwestowanie, a firmy prywatne nie chciały więcej ponosić ryzyka. Rozwijały się więc inwestycje typu SCUT, wszystkie przy współpracy państwa i inwestorów prywatnych. Niby ryzyko na siebie brały firmy, ale tak naprawdę – w wyniku ukrytych renegocjacji czy gwarancji – cenę płaciło państwo. Już wtedy były głosy, że doprowadzi to nas do ruiny. Nikt jednak nie spodziewał się, że wydarzy się to tak szybko. A kiedy przyszedł kryzys, to jak zareagowały europejskie rządy? Uznały, że trzeba pobudzić gospodarkę, inwestować jeszcze więcej. Portugalia rozpoczęła więc wielki plan budowy szkół, likwidując budynki, które były w całkiem dobrym stanie. Masowo modernizowano centra miast. W 2009 r. były wybory, więc wydawano jeszcze więcej i obniżono podatki. Zmniejszono VAT, zatrudniano dodatkowych urzędników. Kto miał trochę pojęcia o ekonomii, już wiedział, że zbliża się tragedia. Ale rząd szedł w zaparte i socjaliści ponownie wygrali wybory. Okazało się, że to, co osiągnęliśmy 25 lat wcześniej, zboczyło na złe tory.

Co wy, Portugalczycy, przez te wszystkie lata sobie myśleliście? 
– Że najważniejsze są inwestycje. Bo jeśli nasza ekonomia będzie rosła, to długi jakoś się potem pospłaca. I stało się, co się miało stać. To wszystko wydarzyło się, mimo że wciąż odbieraliśmy pomoc od Unii Europejskiej. Dlatego mówię: strzeżcie się, Polacy! Wydawajcie mądrze pieniądze z Unii, nie pozwólcie marnotrawić ich na nieproduktywne inwestycje. Nie przeznaczajcie ich tylko na cele komercyjne: zbyt dużo nieruchomości, spekulacje akcyjne, niepotrzebne salony piękności czy centra fitness.
Nie skupiajcie się na inwestycjach, które zwiększą wyłącznie popyt wewnętrzny i nastawione są na poprawę jakości życia, na które wydawane są pieniądze z zagranicznych pożyczek. Zainwestujcie te pieniądze w rolnictwo i przemysł wysokiej jakości. Zredukuje to import i zwiększy eksport. Inwestujcie w handel, owszem, ale taki, dzięki któremu można by też zarabiać na obcokrajowcach: turystach i tych, którzy zamierzają u was inwestować. Ostrzegam, uważajcie na to!

Na co jeszcze? 
– Na partnerstwo publiczno-prywatne. Na inwestycje pięknie nazywane operacjami leasingowymi, które są wielką iluzją. Bo biznesy firm prywatnych mają zawsze gwarancje państwowe (jeśli nie bezpośrednie, to pośrednie). Jeśli nie będziecie ostrożni, będziecie w przyszłości cierpieć jak my. Za 20 albo 15, a może już za pięć lat też możecie prosić o pomoc Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
I kolejna przestroga dla Polski. Kiedy nowy kraj integruje się z UE, wraz z mnóstwem pieniędzy dostaje zbiór instrukcji dotyczących ochrony środowiska, przemysłu, handlu. Portugalia przyjęła wszystkie te regulacje, choć niektóre nie przystają do naszej gospodarki, do nawyków społeczeństwa. Wraz z rosnącą liczbą przepisów rośnie aparat państwowy, i tak już ogromny. Szefowie instytucji państwowych robią wszystko, by udowodnić przydatność rosnącej liczny urzędników. Już nie tylko absorbują przepisy unijne, ale tworzą dodatkowe, własne. Miasta mają więc przepisy, które w ogóle nie przystają do rzeczywistości. Tworzą na wszystko podatki i grzywny. Ministerstwa wymyślają kary i obostrzenia, które blokują rozwój gospodarki. Kto popełnia w Portugalii największe przestępstwa gospodarcze? Państwo, bo powstrzymuje ludzi od inwestowania. Ktoś chce zainwestować – pierwsza odpowiedź państwa jest „nie”. Druga: „nie”. A także trzecia i 20. Dopiero za 28. razem, po daniu łapówki, przedsiębiorca słyszy „tak”. To jest dopiero tragedia naszego kraju. To się niestety nasiliło, odkąd wstąpiliśmy do Unii. Strzeżcie się, Polacy! Nie pozwalajcie rosnąć aparatowi państwowemu, nie przyjmujcie absurdalnych dla was przepisów, które hamują przedsiębiorczość. Pozwólcie przedsiębiorcom inwestować. W Portugalii to już prawie niemożliwe, bo stworzono za dużo uregulowań i biurokracji.

Na przykład? 
– Pytam znajomego adwokata, który obsługuje biznes, jak to się dzieje, że mimo kryzysu jego firma wciąż rośnie. Mówi, że dzięki inwestorom z zagranicy. Kupują tu nieruchomości i już istniejące firmy. A dlaczego nie tworzą tu firm od podstaw? Jesteś głuptas, odpowiada. Przecież zdobycie pozwoleń to szaleństwo. Jest całkowita blokada. Nikt nie inwestuje w Portugalii, budując od podstaw, zatrudniając nowych ludzi, mimo że na rynku jest zapotrzebowanie i siła robocza nie jest tu zbyt droga. Powstrzymuje ich biurokracja. Sądownictwo też nie działa. Problemy przedsiębiorców nie są rozwiązywane przez lata. Pozostaje im łapownictwo. Polska ma wszelkie predyspozycje, by stać się świetnie prosperującym krajem. Już takim jest. Ale zagrożeń, jak widać na przykładzie Portugalii, jest dużo. Prawda jest taka, że wszystko, co zaczęliśmy osiągać dwie dekady temu, rozwinęło się w stronę niepotrzebnego zbytku. Tego przede wszystkim Polska musi uniknąć.
José Gomes Ferreira 
Wiceszef działu informacyjnego telewizji SIC, jeden z najchętniej słuchanych komentatorów politycznych Portugalii. Mówi się o nim: człowiek, który tłumaczy Portugalczykom kryzys. Nie owija w bawełnę, na politykach nie zostawia suchej nitki. „Przede wszystkim jestem obywatelem, potem dziennikarzem” – powtarza. W garażu zbiera paragony za wszystkie zakupy (nawet za kawę), żeby zmuszać przedsiębiorców do płacenia podatków. I żeby kontrolować swoje wydatki. Wielu widziałoby go nawet na stanowisku premiera.

Wypowiedz się