Polska wieś – poza zasadą tolerancji

Zamiast mówić o konkretach i obiektywnych uwarunkowaniach, czyli np. o utrzymujących się dysproporcjach dochodów (nawet po wejściu do UE na wsi zarabia się przeciętnie 68% tego, co w mieście), poziomie wykształcenia (na wsi wykształceniem wyższym legitymuje się 7,5% ludności, a w miastach 23,2%), nierównym dostępie do kultury (już na początku transformacji liczba kin na wsi spadła pięciokrotnie, a liczba punktów bibliotecznych dziesięciokrotnie) czy dużo bardziej niekorzystnych na wsi niż w mieście warunkach życia, które przekładają się m.in. na tempo likwidacji różnic w rozwoju fizycznym populacji wiejskiej i miejskiej (co ciekawe, proces ten przebiega obecnie wolniej niż sto lat temu w Królestwie Polskim, pod rządami znienawidzonego zaborcy!), konstruuje się byty wyimaginowane. 

Nie ulega wątpliwości, że wieś i miasto stanowią nadal dwie dosyć różne wersje polskiego społeczeństwa, chociaż tak się składa, że najważniejsze zjawiska przesądzające o ich odmienności zazwyczaj nie są podnoszone w debacie publicznej.

Zamiast bowiem mówić o konkretach i obiektywnych uwarunkowaniach, czyli np. o utrzymujących się dysproporcjach dochodów (nawet po wejściu do UE na wsi zarabia się przeciętnie 68% tego, co w mieście), poziomie wykształcenia (na wsi wykształceniem wyższym legitymuje się 7,5% ludności, a w miastach 23,2%), nierównym dostępie do kultury (już na początku transformacji liczba kin na wsi spadła pięciokrotnie, a liczba punktów bibliotecznych dziesięciokrotnie) czy dużo bardziej niekorzystnych na wsi niż w mieście warunkach życia, które przekładają się m.in. na tempo likwidacji różnic w rozwoju fizycznym populacji wiejskiej i miejskiej (co ciekawe, proces ten przebiega obecnie wolniej niż sto lat temu w Królestwie Polskim, pod rządami znienawidzonego zaborcy!), konstruuje się byty wyimaginowane.

Mają one przekonać opinię publiczną, że obszary wiejskie naszego kraju zamieszkuje jakiś inny gatunek ludzi, stanowiący nieudaną mutację populacji miejskiej.

Owe skrajnie uproszczone i tendencyjne konstrukty dostarczane, niestety, przez przedstawicieli nauk społecznych, a następnie powielane w mediach, wypierają rzeczowe argumenty, są opacznie interpretowane i w rezultacie zaczynają służyć za uzasadnienie dla zjawiska marginalizacji czy nawet ekskluzji pewnych kategorii ludności, łącznie z ich fizycznym wykluczeniem.

Dotychczasowy przebieg debaty transformacyjnej oraz perspektywy, które już całkiem wyraźnie rysują się jako konsekwencje przyjętych na początku założeń, pozwalają z pełnym przekonaniem mówić o tej debacie jako o

neoliberalnym dyskursie rasistowskim, narzuconym polskiemu społeczeństwu przez elity opiniotwórcze, przesłaniającym rzeczywiste podziały i problemy.
Poniżej postaram się pokazać:
  • po pierwsze – że obraz wsi, wypracowany w minionym dwudziestoleciu, jest oparty w tym samym stopniu na niewiedzy, co na złej woli;
  • po drugie – że główną przyczyną deprecjonowania roli mieszkańców wsi w procesie transformacji nie są ich rzekome defekty, ale z gruntu niewłaściwa wizja tej transformacji;
  • po trzecie – że w toczonych sporach nie chodzi o prawdę, tylko o to, by – mówiąc kolokwialnie – „przyłożyć” przeciwnikowi (w tym przypadku mieszkańcom wsi, a zwłaszcza drobnym rolnikom), obojętne czy kijem, czy pałką.
Walory poznawcze, edukacyjne i etyczne toczonej w ten sposób dyskusji są – rzecz jasna – żadne. Taka dyskusja nie przyczynia się też – całą pewnością – do lepszego wzajemnego zrozumienia różnych grup społecznych, a o krzewieniu tolerancji nie ma tu nawet mowy.
Polska wieś – dłużnik czy wierzyciel społeczeństwa?

Bodaj najpopularniejszym wątkiem debaty o polskiej wsi pozostaje od lat twierdzenie, że stanowi ona balast rozwoju i jest tak zacofanym segmentem społeczeństwa globalnego, iż wymaga ciągłego dofinansowywania.

Jak wiadomo, chociażby z ciągłych sporów o KRUS, tylko pod groźbą strajków i blokad dróg trzeba utrzymywać na koszt reszty obywateli tych niewydolnych i niewydajnych, ale za to skrajnie roszczeniowych polskich chłopów. Poglądy takie, niestety powszechne, dowodzą jedynie ignorancji i nonszalancji tych, którzy je głoszą.

Kiedyś Julian Tuwim pisał o „strasznych mieszczanach”, którzy widzieli wszystko osobno.
Dziś mamy natomiast „straszne elity”, które widzą tylko to, co na powierzchni i nie są zdolne dostrzec tego, co ukryte głębiej, a co makroekonomiści nazywają „przepływami międzygałęziowymi”, czyli podskórnym transferem wartości z jednego sektora gospodarki do drugiego.
Przyjrzenie się kierunkom tych przepływów i ich zdecydowanej asymetrii pozwoliłoby skorygować potoczne mniemanie, jakoby wieś żyła na koszt reszty społeczeństwa. Było i jest dokładnie odwrotnie!

Już w czasach pańszczyzny, jak szacowali historycy gospodarczy, obciążenia świadczeniami dochodu wypracowanego przez chłopa przekraczały 97% albo 65% jego siły roboczej i wszystko to szło nie na utrzymanie państwa, ale głównie na „dziewki bose po same szyje” – jak o rozpróżniaczonej szlachcie pisał Karol Zbyszewski.

Reformy uwłaszczeniowe także nie służyły interesom wsi, ponieważ przebiegały trybem „pruskiej drogi do kapitalizmu”, a więc uprzywilejowały dużą własność.

Tę samą, która wkrótce potem – według słów Aleksandra Świętochowskiego – ochoczo pospieszyła na jarmark germanizacyjny i wyprzedawała majątki, by za uzyskane pieniądze jechać do Paryża i tam opłakiwać utraconą ojcowiznę.

W niepodległej już II RP starano się rozwijać kraj drogą „prostego przesuwania dochodu rolnictwa ku przemysłowi” (Józef Poniatowski), a więc nadal traktowano segment agrarny jako źródło pierwotnej akumulacji.

Lata PRL to ciąg dalszy tego drenażu, osiągającego zaraz po wojnie rozmiary rabunkowej eksploatacji wsi i jej zasobów – materialnych, finansowych i ludzkich. Skalę ówczesnych przepływów międzygałęziowych obliczano na co najmniej 30% dochodu rolnictwa indywidualnego, które musiało finansować forsowną industrializację, utrzymywać deficytowe PGR-y i za pół darmo żywić ludność miejską – „socjalistyczne miasta karmiono kradzionym chlebem” stwierdza dobitnie Andrzej Koraszewski. To, co latami „wypompowywano” ze wsi, na wieś już – rzecz jasna – nie wracało.

Jeśli ktoś myśli, że wraz z nastaniem gospodarki rynkowej sytuacja uległa poprawie, to się grubo myli.

Rolnictwo – twierdzą ekonomiści – pozostając w tej grze słabszym partnerem, nadal jest wykorzystywane, o czym świadczą choćby tzw. nożyce cen, czy utrzymujące się znaczne dysparytety dochodowe rolników.

Dodatkowo – i o tym się już nie mówi w debacie publicznej – wieś ponosi ogromne i całkiem wymierne koszty transformacji.

Samo utrzymanie ponad 600 tys. zwolnionych na początku przemian chłopów-robotników (niektórzy badacze szacują ich liczbę na trzy razy tyle) obciąża wieś sumą – jeśli brać pod uwagę tylko pensje utracone przez ludność dwuzawodową, i to pensje liczone jako minimalna płaca – przekraczającą 1 mld zł rocznie! Gdyby natomiast urealnić te dane, wyszłoby wielokrotnie więcej.

I tyle właśnie „przegrani” transformacji fundują „wygranym”, tyle rokrocznie wieś „dopłaca” do budżetu państwa – w tym wymiarze mieszkańcy wsi dofinansowują proces przemian.

W tej sytuacji pełne hipokryzji utyskiwania pod adresem segmentu agrarnego (że zacofany, niewydajny, ubogi) przypominają abominację, jaką w Dorianie Grayu budził jego własny portret. Jak wiadomo, wszelkie grzechy i występki tytułowego bohatera opowiadania Oskara Wilde’a odciskały się na płótnie, pozostawiając wygląd utracjusza w stanie nienaruszonym.

Polska wieś jest właśnie takim portretem Doriana Graya dla reszty społeczeństwa, które żyło dotąd (i żyje nadal) na jej koszt – warto wreszcie uświadomić sobie tę prawdę, choćby to było komuś z jakichś względów niewygodne.

 

Polska wieś jako przedmiot „mowy nienawiści”

Tak, jak w XVIII w. oświeceniowe autorytety dowodziły, że kości w głowie chłopów mają kształt narzędzi rolniczych, tak od dobrych dwudziestu lat współczesne autorytety starają się przekonać opinię publiczną, że w głowach dzisiejszych mieszkańców wsi tkwią jakieś bariery mentalne i fobie.

One to – cechy niejako wrodzone, odziedziczone po minionym ustroju, generowane przez specyficzną „kulturę” – a nie obiektywne wskazane wyżej mechanizmy, uruchamiane przez kolejne ekipy rządzące, są jakoby główną przyczyną niezadowalającej kondycji wsi i rolnictwa; one spowalniają procesy modernizacyjne całego kraju.

W drodze do Europy są zatem nasi chłopi piątym kołem u wozu, „kamieniami po kieszeniach i worami niepotrzebnych kartofli na plecach” – jak pisał Jerzy Jastrzębski.

Nic dziwnego, że skoro takie przeszkody utrudniają tym nieszczęśnikom prawidłowy ogląd sytuacji i dostosowanie się do nowych realiów, postulowano na początku „całkowitą wymianę ich aparatury mentalnej”.

Wszystkie proponowane środki zaradcze miały oczywiście nie tyle i nie tylko pomóc owym „ułomnym” członkom społeczeństwa (zwano ich też bez cienia sentymentu „zbędnymi”, „odpadami” lub „podklasą”), ale przede wszystkim usprawnić funkcjonowanie całego społeczeństwa tak, aby ci maruderzy nie spowalniali ogólnego marszu ku standardom zachodnim – powszechnemu zrozumieniu zasad demokracji, reguł wolnego rynku i europejskiego poczucia obywatelskości.

Ten ambitny projekt z dziedziny transplantologii nie został oczywiście zrealizowany, pojawiły się jednak inne, bardziej drastyczne pomysły.

Teraz mianowicie proponuje się ni mniej ni więcej tylko definitywne pozbycie się tych niereformowalnych i stanowiących ewidentny balast rozwojowy osobników przez skłonienie ich do opuszczenia Polski na stałe.
Najlepiej byłoby bowiem, żeby ta „nadwyżka demograficzna”, te „trudne do zagospodarowania zasoby pracy”, ci, których „systemy wartości i nawyki są niewspółmierne do potrzeb”, zaś próby włączenia ich w procesy rozwoju „wiązałyby się z nadmiernymi kosztami” – skromnie licząc jakieś 2–3 mln mieszkańców wsi – żeby wszyscy oni zechcieli udać się na „emigrację ostatnią”, przekonują autorzy książki pod tym właśnie tytułem.
No tak, wtedy zdecydowanie „szereg by się nam oczyścił”, tylko jakoś nie bardzo taka wizja pasuje do ideałów tolerancji i innych sloganów z repertuaru politycznej poprawności.

Wydawałoby się, że minęły bezpowrotnie czasy, kiedy na serio zastanawiano się nad wyeksportowaniem Żydów, kiedy ubolewano nad lenistwem Murzynów, czy dowodzono szkodliwego wpływu Cyganów (bo ci, jak wiadomo, nic tylko kradną i brudzą).

Łatwo wyobrazić sobie protesty, z jakimi spotkałby się dzisiaj pomysł pozbycia się jako „zbędnych” czy „szkodliwych” osób chorych albo gejów.

Nikt też nie wspomina, by do emigracji ostatniej „nominować” przedstawicieli ARGI – Anty-Rozwojowych Grup Interesu, jak ich precyzyjnie zdefiniował Andrzej Zybertowicz.

Dziwnym trafem takie pomysły ostatecznego rozwiązania rodzą się natomiast wobec polskich chłopów. Dlaczego?

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że używany w debacie transformacyjnej język wprost prowokuje do tego, aby traktować go nie w kategoriach neutralnego narzędzia naukowego opisu, ale raczej typowego przejawu „mowy pogardy i nienawiści”.

Pełno w nim bowiem określeń w rodzaju: „grupy złodziejsko-żebracze”, „wyuczona bezradność”, „postawy roszczeniowe”, „subkultura zależności i przestępczości”, „patologie socjalizacyjne”.

Jeśli takie mocne określenia pojawiają się w opracowaniach naukowych, nic dziwnego, że i dziennikarze nie pozostają w tyle pisząc o wsi, że jest synonimem zacofania, ciemnoty i obciachu”, „widownią moralnego rozkładu i lumpenproletaryzacji” oraz – i to już brzmi groźnie – „balastem, którego powinniśmy jak najszybciej się pozbyć”.

Język, jak wiadomo, służy nie tylko do opisu aktualnej sytuacji (funkcja konstatująca), ale także do generowania nowych sytuacji (funkcja performatywna). Najwyraźniej używane w tekstach naukowych i w publicystyce sformułowania oswoiły odbiorców z myślą, że mieszkańcy wsi to zbędny balast, a zbędny balast wyrzuca się po prostu za burtę.

Tak właśnie język może stać się niepostrzeżenie dyrektywą działania. I to właśnie dzieje się teraz na naszych oczach. Już całkiem wyraźnie mowa nienawiści wobec wsi zapowiada czynne akty przemocy.

 

Polski socjolog, czyli stara ciotka na kanapie…

Trzeba w tym miejscu wreszcie zapytać, jakie to wady polskie elity opiniotwórcze miały i mają do zarzucenia mieszkańcom polskiej wsi. Od samego początku zarzucano im np. tradycjonalizm, obskurancką moralność i religijność, nienowoczesny patriotyzm, odziedziczony po PRL egalitaryzm i brak postaw indywidualistycznych niezbędnych jakoby do modernizacji kraju, a nawet to, że głosują na partie prawicowe i konserwatywne (narodowe, katolickie, populistyczne).

W iście barokowym stylu mnożono określenia istniejących cech, zdecydowanie negatywnych z punktu widzenia zakładanych celów transformacji i przeciwstawiano im cechy postulowane – niewątpliwie pozytywne.

Pisano więc o potrzebie odrzucenia „ładu partykularystyczno-opiekuńczo-roszczeniowo-tradycyjno-wspólnotowo-egalitarnego” i zastąpienia go „ładem uniwersalistyczno-rynkowo-osiągnięciowo-innowacyjno-indywidualistyczno-antyegalitarnym”. Tyle tylko, że pomijano milczeniem opinie zaprzeczające takim konstatacjom.

Między innymi usilnie starano się nie zauważyć, że, jak pisze David Landes, potęgę Anglii udało się zbudować dzięki temu, że stosunkowo wcześnie rozwinął się tam nacjonalizm.

Nie czyniono też użytku z faktu podniesionego m.in. przez Michela Alberta, że dużo większe szanse na dynamiczny i stabilny rozwój mają społeczeństwa o przekonaniach egalitarnych i silnej solidarności, realizujące nadreński model kapitalizmu, a nie te, które kierują się bezwzględną rywalizacją, właściwą modelowi anglosaskiemu.

Nie dostrzegano również twierdzeń udokumentowanych szeroko zakrojonymi badaniami międzynarodowymi, że nie indywidualizm, ale wspólnotowość jest tą cechą, która gwarantuje postęp: „etos konkurencyjnego indywidualizmu jest skorelowany negatywnie z rozwojem gospodarczym.

Nie stwierdziliśmy żadnego wyjątku w tej sferze” – podkreślali z całą mocą Hampden-Turner i Trompenaars. O tym, że chcąc budować nowoczesne i liberalne społeczeństwo, i takąż gospodarkę, trzeba odwoływać się do nienowoczesnych i nieliberalnych wartości pisał Francis Fukuyama w swojej – podobno dobrze znanej, a przynajmniej często cytowanej przez polskich badaczy – książce o zaufaniu.

Wychodząc z powszechnie uznawanego założenia, iż do rozwoju ekonomicznego najbardziej przyczynia się zaufanie („przekonanie, iż innych członków danej społeczności cechuje uczciwe i kooperatywne zachowanie oparte na wspólnie wyznawanych normach”) i dopiero takie zaufanie buduje efektywny kapitał społeczny, Fukuyama mówi w którymś miejscu prostym tekstem, zrozumiałym, wydawałoby się, dla każdego: „kapitał społeczny manifestujący się w formie pozaracjonalnych zwyczajów, które z kolei wywodzą się z <> zjawisk w rodzaju religii lub tradycyjnej etyki, jest czynnikiem niezbędnym do właściwego funkcjonowania współczesnych instytucji gospodarczych i politycznych”.

Wynikałoby z tego, że w przypadku mieszkańców polskiej wsi, a zwłaszcza chłopów, mieliśmy do czynienia z istotnym i niestety niedocenionym zasobem nienowoczesnych, ale właśnie przez to jak najbardziej pronowoczesnych postaw i nieliberalnych, ale właśnie dlatego proliberalnych wartości, które jednak były niemal jednomyślnie deprecjonowane i potępiane.

Kapitał kulturowy polskiej wsi był ogromną szansą transformacji, niestety chyba już bezpowrotnie zaprzepaszczoną.

O tym, że polskich badaczy nachodzi poniewczasie refleksja, że coś poszło nie tak i że być może trochę przesadzili z potępianiem wspólnotowości i gloryfikowaniem indywidualizmu, świadczy znamienna wolta w poglądach czołowych socjologów.

Tak, jak poprzednio upatrywali oni główną przeszkodę dla rozwoju kraju w kolektywizmie (ponoć nagminnym zwłaszcza wśród mieszkańców polskiej wsi), tak obecnie winą za niedostateczny rozwój – zwany teraz „rozwojem molekularnym” (bo opartym wyłącznie na egoistycznych motywacjach i nie gwarantującym stabilności) – obciążają nadmierny indywidualizm, który cechować ma oczywiście znów polską wieś.

Jakim cudem w ciągu paru zaledwie lat społeczeństwo dokonało tak zasadniczej metamorfozy? Na ten temat badacze zachowują dyskretne milczenie. Zgodnie za to ubolewają: „Polska rozwija się niemal wyłącznie zgodnie z modelem molekularnym. Obcy nam jest rozwój wspólnotowy”.

No cóż, pewnie byłoby więcej tej wspólnotowości, gdyby i naukowcy, i media nie prześcigali się od dwu dekad w jej zwalczaniu.

Jeśli mamy dziś do czynienia z deficytem wspólnotowości, to tylko ich zasługa. Stanisław Bralczyk tak bowiem charakteryzuje atmosferę lat dziewięćdziesiątych:

„ […] propagowaną wartością jest w gruncie rzeczy ego, czyli egoistyczna samorealizacja odrzucająca wszystko, co może ją utrudniać czy ograniczać. Liczy się sukces indywidualny. Sukces się zautonomizował, dawne sukcesy (w liczbie mnogiej) powszechne, wspólne zastąpił sukces indywidualny”.

Nie ma najmniejszej wątpliwości – dokładnie takie wzory kreowały media, do takich działań zachęcali politycy, o konieczności odrzucenia atawistycznych więzów wspólnotowych i zastąpienia ich figurą zindywidualizowanego podmiotu rozpisywali się socjologowie.

Nie minęła dekada, a socjologowie – niczym stara ciotka na kanapie, która tylko „siedzi i ma za złe” – znów krytykują i pouczają polskie społeczeństwo.

 

Od liberalizmu do rasizmu

Jakie wnioski płyną z dotychczasowych ustaleń?

Przede wszystkim widać wyraźnie, że polskie elity albo przez pomyłkę, albo z premedytacją wybrały niewłaściwy model transformacji.

Niewłaściwy, ponieważ – co wynika z cytowanych powyżej opinii – na dalszą metę nie rokował zadowalających efektów, za to – jak wiadomo – wiązał się z ogromnymi kosztami społecznymi.

Niewłaściwy także dlatego, że oznaczał bezpodstawną, ale niezmiernie jadowitą krytykę istniejących postaw i rodzimych tradycji kulturowych, co musiało zaowocować, zdiagnozowaną niedawno przez Ryszarda Legutkę, mikromanią Polaków, podczas gdy – jak przekonywał już Jan Stanisław Bystroń – w momentach przełomowych i w obliczu istotnych wyzwań każdemu społeczeństwu potrzeba przede wszystkim wiary we własne siły, poczucia własnej wartości, czyli pewnej niezbędnej dozy megalomanii.

Niewłaściwy wreszcie z tego powodu, że umożliwiał niedopuszczalne i skrajnie niebezpieczne dzielenie społeczeństwa: na tych, którzy dysponują odpowiednimi „kompetencjami kulturowymi”, są „normalni”, a więc nowocześni i europejscy, oraz na tych, którzy „zatrzymali się w procesie ewolucji do kapitalistycznej normalności”, są więc w nowych warunkach niepełnosprawni i niepełnowartościowi.

Używane w debacie transformacyjnej sformułowania, przyjmowane milcząco założenia i cały repertuar stosowanych od dwudziestu lat zabiegów dyskursywnych nie pozostawiają wątpliwości, że pod hasłami demokracji i liberalizmu przemycano idee w gruncie rzeczy rasistowskie, oparte na przekonaniu o kulturowym determinizmie postaw i mentalności.
Ta odmiana rasizmu, zwana we współczesnej antropologii rasizmem kulturowym, polega na esencjalizowaniu, reifikowaniu i naturalizowaniu cech kulturowych przypisywanych danej grupie w celu wykazania jej odmienności, gorszości i w rezultacie – zbędności.

Rzeczywiście, narracje snute przez przedstawicieli socjologicznego mainstreamu i następnie kolportowane w mediach, budowały skrajnie zdychotomizowaną wizję społeczeństwa, gloryfikując „wygranych” i stygmatyzując „przegranych”.

Z tej racji, że postępy kapitalizmu i związane z tym osiąganie wszelkich innych zachodnich standardów w sferze ekonomicznej, społecznej czy politycznej przedstawiano w kategoriach swoistej „misji cywilizacyjnej”, język opisu polskiego społeczeństwa niepostrzeżenie przekształcił się – jak pisze np. Michał Buchowski – w narzędzie jego „orientalizowania”, czyli prezentowania znacznej części Polaków jako swego rodzaju tabunu „dzikich”, ostatnich „Irokezów” Europy; należy ich jak najszybciej oświecić i skolonizować, a gdyby stawiali opór – pozbyć się ich. (Jeśli przy tej okazji ubędzie elektoratu partiom innym niż postępowe, europejskie i liberalne, tym lepiej. I może o to właśnie w tym wszystkim chodzi).

Uwagi końcowe

Refleksja nad wzajemnym postrzeganiem się i innymi relacjami na osi: wieś – miasto prowadzi nieuchronnie do wniosku, że są to relacje zapośredniczone i zdominowane przez uformowany w ciągu minionego dwudziestolecia dyskurs transformacyjny, który należy rozpatrywać nie jako wierne odzwierciedlenie rzeczywistych zjawisk, ale wprost przeciwnie – jako świadomie podejmowaną próbę ich kształtowania.

Manipulatorskie zapędy większości uczestników debaty o polskiej wsi okazują się zresztą niczym więcej, jak typową strategią podejmowaną przez, mniej lub bardziej samozwańcze, „centrum” stawiające sobie za cel – bardzo ciekawie pisze o tym m.in. Tomasz Zarycki w swej niedawno wydanej książce – najpierw symboliczne, a potem praktyczne zdominowanie „peryferii”.

Kwestią otwartą pozostaje oczywiście pytanie, na ile polskie społeczeństwo okazuje się podatne na kolejną wersję „nowomowy”, na ile kreowane przez sterników masowej świadomości stereotypy stają się podstawą rzeczywistych uprzedzeń, czy wyraźnie rasistowskie założenia dyskursu nie zaowocują aktami nietolerancji i przemocy.

Wszystkie te pytania, co nietrudno zauważyć, odsyłają do jednego, zasadniczego: Na ile Polacy poddawani procesom integracji europejskiej i usilnie edukowani przez swoje elity w wartościach europejskich, potrafią zachować integralność wewnętrzną, czyli – ostać się jako społeczeństwo?

Izabella Bukraba-Rylska

Socjolog, prof. nadzw. dr hab. Pracownik Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk oraz Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi badania i publikuje prace z zakresu problematyki socjologii wsi, kultury w społecznościach lokalnych i migracji zarobkowych ludności wiejskiej. Jest autorką ponad 200 artykułów i kilkunastu książek na ten temat. Ostatnio wydała w PWN przekrojową monografię pt. „Socjologia wsi polskiej”.

Od Redakcji KIP:

Na kanwie prawdziwie naukowego artykułu Izabelli Bukraby-Rylskiej podzielimy się 2 refleksjami na temat świeckiej religii, czyli nauki i jej wyrobników – naukawców:

  1. Kilka lat temu na seminarium doktoranckim w Szkole Głównej Handlowej w Instytucie Finansów, Korporacji i Inwestycji poproszono o referat doktoranta, który pisał prawdę o kredytach frankowych. Piszący te słowa uświadomił wcześniej doktorantowi, że będzie potraktowany jak „podsądny” i „ustawiony do szeregu” poprawności naukowej i politycznej, radząc, aby zaprosił praktyków do tego hermetycznego środowiska naukowego. Przygotowana w Instytucie „ustawka” zbicia d… doktorantowi się nie udała, ponieważ dyskusja potoczyła się w nieplanowanym kierunku. W tej sytuacji Pani doktor dyrektor Instytutu zabrała głos i mówi tak:
MY TU NIE ZAJMUJEMY SIĘ NAPRAWIANIEM ŚWIATA, MY ZAJMUJEMY SIĘ NAUKĄ !!!
  1. Kilkanaście lat temu piszący te słowa został wezwany do zapłacenia mandatu drogowego w warszawskim urzędzie skarbowym, gdzie w pokoju inspektora przeczytał na drzwiach szafy następującą sentencję:
CZYM SIĘ RÓŻNI TEORIA OD PRAKTYKI ?
TEORIA JEST WTEDY, GDY WSZYSTKO WIEMY, A NIC NIE DZIAŁA !!!
PRAKTYKA JEST WTEDY, GDY WSZYSTKO DZIAŁA, A NIKT  NIE WIE DLACZEGO !!!
W NASZYM URZĘDZIE ŁĄCZYMY TEORIĘ Z PRAKTYKĄ W TAKI SPOSÓB, ŻE NIC NIE DZIAŁA I NIKT NIE WIE DLACZEGO !!!

[piszący te sentencje dzielił się nimi na wielu konferencjach i seminariach z różnych dyscyplin naukowych, w tym socjologicznych, gdy naukowcy zachowywali się tak, jak opisani wyżej socjologowie ]

Wypowiedz się