Wolny rynek czyli targ niewolników

Milton Fredman

Motto:  „Zasadą liberałów (raczej komunoliberałów, red.) jest dobrowolność transakcji – przez nią jest definiowany wolny rynek – oczywiście formalna wolność transakcji, tak jak np. kupno kromki chleba za diament od gestapowca w obozie zagłady” interesariusz z PL. Polecamy interesujący tekst blogera: zeb.neon24.pl  o tzw. „wolnym rynku” i rozwinięcie tego tematu na 3 linkach ze strony „KIP” na końcu artykułu.

Redakcja KIP.

 

Wolny rynek czyli targ niewolników.

Chciałem napisać apoteozę wolnego rynku.

To znaczy, kiedy byłem trochę uboższy w wiedzę i własne przemyślenia. Na własne nieszczęście jednak, zamiast bezmyślnie powtarzać przecudnej urody frazesy, zacząłem szukać argumentów, czytać, rozważać i doszedłem do wniosku, że ten wolny rynek w praktyce jakoś odbiega od teorii, to znaczy odbiegałby, gdyby się go udało gdzieś wprowadzić, bo przecież wszystkie problemy wynikają właśnie z tego, że wolny rynek w czystej swej postaci nigdzie nie istnieje. Hmm

Wolny rynek, jak każda utopia, jawi się swoim fanatykom (fanatyzm zwolenników to przecież jedna z cech utopii) jako urzeczywistnienie raju na ziemi. Już samo stawianie w centrum życia ludzkości wymiany towarów (handlu) jest utopią, bo handel jest jedynie jednym ze sposobów dystrybucji wytworzonych przez człowieka przedmiotów. Mieści się gdzieś między grabieżą a rozdawaniem. Sądzę, że nikt nie pochwali grabieży, a deliberacje nad wyższością handlu owocami pracy rąk własnych nad bezinteresownym oddawaniem tychże pominę. Pominę również rozważanie, czy dobry byt bierze się z handlu, z zysku, czy z pracy, i skupię się na owym „sewrze” handlu, czyli wolnym rynku.

Cóż to jest wolny rynek. Oddaję głos opinii publicznej, czyli Wikipedii:

Wolny rynek– rodzaj rynku, na którym wymiana dóbr dokonuje się w wyniku dobrowolnie zawieranych transakcji pomiędzy kupującymi, a sprzedającymi przy dobrowolnie ustalonej przez nich cenie. Na wolnym rynku kupujący i sprzedający nie podlegają żadnym ograniczeniom ani przymusowi ze strony podmiotów zewnętrznych (np. władzy publicznej), a warunki transakcji – w szczególności cena – zależą jedynie od ich obopólnej zgody.

Zgodnie z powyższą definicją, nawet targ niewolników może być wolnym rynkiem, gdzie kupujący dobrowolnie ustala ze sprzedającym cenę towaru, a władza publiczna nie nakłada żadnych restrykcji, co do warunków transakcji (w szczególności ceny). Może jednak czepiam się byle czego, bo moje zdolności pojmowania są niewystarczające, aby zrozumieć doniosłość problemu.

Spróbuję więc po kolei. Zgodnie z przytoczoną definicją cechą wolnorynkowych transakcji jest dobrowolność. Czymże owa dobrowolność jest. Znów posłużę się opinią publiczną (Wiki):

Dobrowolność – cecha działania etycznego, stanowiąca konieczny lub wystarczający warunek podlegania ocenom moralnym. Odpowiednimi przymiotnikami zastępującymi to słowo są: nieprzymuszony, niewymuszony, nieprzymusowy; spontaniczny, samodzielny, samorzutny, ochotniczy; bez przymusu, z własnej woli (dobrowolny datek).

Przytoczona opinia definiuje więc dobrowolność jako li tylko brak przymusu. O ile jednak dopuszcza ona osąd moralny takiego działania, to etymologia słowa („dobra wola”) wskazywałaby raczej, że tenże osąd powinien być zawsze pozytywny i tak na ogół dzieje się w rzeczywistości. Można to zilustrować popularnym powiedzeniem „widziały gały…”.

Pozwolę sobie założyć, że wolny rynek ma ambicje być przestrzenią działań moralnych1, czyli dobrowolność należy rozumieć nie tylko jako brak przymusu zewnętrznego, ale przede wszystkim wewnętrzną wolę czynienia dobra. Zanim jednak zaczniemy się w działaniu kierować wolą czynienia dobra – dobrowolnością powinniśmy wpierw umieć rozpoznawać dobro. Jak radzą sobie z tym teoretycy od wolnego rynku. Otóż twierdzą oni, że tego obiektywnego dobra nie sposób rozpoznać, że każdy ma swoje dobro i nikt, poza nim samym nie może wiedzieć, co dla niego jest dobre, dlatego redukują dobrowolność do stwierdzenia: ponieważ nie mogę rozpoznać, co dla innych jest dobre, to na wszelki wypadek skupię się na sobie, na własnej korzyści i to wystarczy, twierdzą oni, aby moje działanie cechowała dobrowolność. Ale za tym pójść musi krok następny, jeżeli bowiem skupiam się na własnej korzyści, dobrze byłoby, aby nikt mi w tym nie przeszkadzał, dlatego pojawić się musi żądanie niekrępowania szukania korzyści, czyli braku przymusu właśnie. Trzeba owym teoretykom oddać sprawiedliwość, gdyż głoszą (przynajmniej w teorii), iż nie tylko ja sam, ale i każdy poszukiwacz własnych korzyści ma prawo być nieprzymuszany. Tyle teoria, co na to praktyka.

W praktyce okazuje się, że największe korzyści daje przymuszanie innych. Nakładanie ludziom widzialnych kajdan zostało potępione, nie oznacza to jednak wyeliminowania przymusu. Ponieważ przymus daje największe korzyści, dlatego należy szukać innych dróg skłaniania ludzi, aby „dobrowolnie” pozwolili się zmusić do pracy dla mojej korzyści. Można to osiągnąć przez uzależnienie. Czy sprzedawca narkotyków dba o dobro swoich klientów. Nie, on wykorzystując ich słabość, pogłębia uzależnienie, budując przy okazji własną fortunę. Ale, ale… ktoś powie, że przecież to ćpuni, oni sami się w to wpakowali, nikt ich nie zmuszał. To prawda, ale jednocześnie nie ma chyba nikogo, kto by twierdził, że narkoman działa dla własnego dobra, że jest to dla niego korzystne i nawet on sam w przebłyskach świadomości zdaje sobie z tego sprawę. Czy więc w imię nieprzymuszania pozwolić handlarzom na korzystanie z cudzego nałogu, czy też stosując przymus eliminować uzależnienia, likwidując wolny rynek narkotyków i ograniczając pole poszukiwania korzyści dla producentów i dilerów. Ponieważ metody zwalczania narkomani nie są tematem tego tekstu, zasygnalizuję tylko, iż warto również rozważać, czy obecny sposób walki z narkotykami nie jest częścią narkobiznesu i sposobem na zwiększanie profitów ?

Załóżmy na chwilę, że narkobiznes nie jest akceptowalnym sposobem szukania korzyści. Przykład ten pokazuje jednak, że uzależnianie innych jest wysoce dochodowe i pozwala pod pozorami dobrowolności przymuszać innych do pracy na moją korzyść. Jak jednak uzależniać ludzi tak, aby się nie zorientowali. Bardzo prosto. Tak projektując wyrób, aby mógł on służyć jak najkrócej. Znów ktoś się może obruszyć, że na wolnym rynku natychmiast pojawiłby się wytwórca, który zaoferuje trwałe produkty i wyprze jednorazówki. Dlaczego więc dzieje się inaczej, dlaczego produkty, które mogłyby służyć lata, a nawet stulecia, są coraz bardziej nietrwałe. Odpowiedź chyba jest jasna. Ktoś, kto produkuje trwałe, solidne wyroby, nawet jeśli ta produkcja nie jest droższa, ktoś taki działa na swoją „szkodę”, bo jeśli np. wytwarza solidne samochody, to w miarę upływu czasu coraz więcej ludzi ma sprawne, „stare” samochody i spada sprzedaż nowych, więc producent musi sobie gdzie indziej szukać źródełka z korzyściami.

Rozważanie o tandecie można oczywiście spuentować stwierdzeniem (brzmiącym dziwnie znajomo): wolny rynek jest cacy, to konsumenci nie dorośli do niego. Zamiast szukać korzyści, działają na własną szkodę, kupując nietrwałe produkty, może brak im rozumu, może to ich niedojrzałość, a może uważają, że taki stan jest dla nich korzystny. Niech każdy sam sobie odpowie, czy nie kupuje trwałych, solidnych wyrobów, bo uważa za korzystne otaczanie się tandetą, czy też nie jest to sprawa korzyści, ale przetrwania, czyli jego stan posiadania nie pozwala na zakup trwałych wyrobów, a jednocześnie są to przedmioty, których nabycia nie da się odłożyć do czasu zgromadzenia funduszy na trwały sprzęt. Z punktu widzenia producenta korzystne jest zatem, aby pracownik zarabiał na tyle dużo, aby mógł kupić tani produkt, jednocześnie na tyle niewiele, aby nie mógł odłożyć na zakup trwałych rzeczy, a jeśli jakimś cudem odłoży równowartość posiadanego urządzenia, wówczas to, które posiada powinno się zepsuć, aby nie dało się go naprawić. Dla producenta korzystne jest zatem utrzymywanie licznych mas balansujących na granicy przeżycia.

Porzucam kwestię robotniczą, bo jest to temat wart odrębnych rozważań i wracam do głównego tematu, czyli wolnego rynku jako przestrzeni szukania własnych korzyści. Przypomnę na początek twierdzenie, jakoby nie dało się rozpoznać, co dla drugiego człowieka jest dobre. A jednak handel niewolnikami nie jest powszechnie pochwalany, ba, jest nawet potępiony i zakazany tak, że nikt, nawet nieprzymuszony, nie może sprzedać się w niewolę. Czyż nie oznacza to, że niewolnictwo zostało rozpoznane jako niekorzystne dla niewolnika. Czyli w tym konkretnym przypadku korzyść nie bycia niewolnikiem jest obiektywnie wyższa niż posiadanie niewolnika. Czyż zatem nie można wysnuć zaprzeczenia tezy, jakoby (co najmniej w kwestii niewolnictwa) cudze dobro było nierozpoznawalne.

Skoro jednak istnieje jeden przypadek, w którym rozpoznano obiektywne dobro, to być może przypadków takich jest więcej, a może nawet w każdej transakcji udałoby się znaleźć to obiektywne dobro, gdyby zamiast partykularnej korzyści uważniej go poszukać (tego dobra). Być może sam fakt zgody obydwu stron na zawarcie umowy nie wystarcza, aby ta umowa była moralna.

Jak wynika z powyższych rozważań, najkorzystniejsze są ludzkie słabości. Czy jest to słabość fizyczna niepozwalająca rozerwać stalowych kajdan na nogach, słabość uzależnionego, słabość niedojrzałego dziecka, czy też słabość wynikła z konieczności zaspokojenia głodu (szeroko rozumianego). Jeżeli wolny rynek nie chce być targiem niewolników, dobrowolność transakcji musi być silną wolą czynienia obiektywnego dobra, a nie tylko szukaniem własnych korzyści. Obiektywne dobro powinno pomagać człowiekowi przezwyciężać własne słabości, czyli czasem oznaczać musi biznesową „stratę” (przezwyciężanie słabości zwanej chciwość). Na przykład, kiedy pracownik dostaje taką zapłatę, że po zakupieniu jedzenia zostaje mu coś więcej niż zużyte opakowania, chociaż „rynek pracy” pozwala nie przejmować się tym, czy wypłacane wynagrodzenie wystarcza nawet na jedzenie. Oczywiście oznacza to mniejsze zyski zatrudniającego, a w przypadku najmniejszych i najsłabszych firm upadłość, ale dyktatura chciwości to kolejny temat oddzielnych rozważań.

PS

Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby wyrównanie szans, a można to osiągnąć poprzez dążenie do takiego stanu, aby każdy był właścicielem co najmniej swojego warsztatu pracy. Są procesy technologiczne, które wymagają fabryki i taśmy produkcyjnej, ale czy do szycia ubrań, do szycia butów (a zapewne znajdzie się wiele innych wyrobów) konieczna jest hala fabryczna, czy też może to robić rzemieślnik w swoim warsztacie usytuowanym we własnym domu (a i rodzina się wzmocni). Oczywiście dyktatura chciwości powie, że taka produkcja jest nieopłacalna, bo w fabryce odzieży tysiąc szwaczy w tydzień zrobi tyle, ile „chałupniczo” trzy tysiące krawców w dwa miesiące, i w efekcie te koszule będą pięć razy droższe, ale mając na względzie obiektywne dobro, należy co najmniej rozważyć partykularną stratę w postaci droższych spodni. Zresztą być może wtedy ktoś inny zechce „stracić” zamawiając „chałupniczo” wykonane buty i po pewnym czasie gospodarka przestawi się z ekonomii chciwości na gospodarowanie własnością.

PS2

Autor wyprasza sobie imputowanie mu poglądów niewynikających bezpośrednio z powyższego tekstu, a w szczególności twierdzenia jakoby był zwolennikiem socjalizmu, komunizmu, faszyzmu.

1Przyjmuję (tymczasem bez uzasadnienia), że nie ma czegoś takiego, jak neutralność względem moralności, czyli każde działanie albo jest moralne (moralnie dobre) albo jest niemoralne (moralnie złe).

zeb.neon24.pl

WYBRANE KOMENTARZE

Z długiej dyskusji pod tym tekstem wybraliśmy najciekawsze komentarze, ponieważ szkoda papieru i miejsca na stronie dla komunoliberalnych trolli, którzy są jak ściana tenisowa podpierana pieniędzmi – odbijają wszelkie logiczne argumenty na zasadzie: NIE BO NIE.

@programista 22:53:30

Nie wiem, czy doczytał Pan do końca, pozwoliłem sobie również stwierdzić, że: „najkorzystniejsze są ludzkie słabości”.
tak więc nie jest to przymuszanie bezpośrednie, ale wykorzystywanie ludzi, zniewolonych własnymi słabościami.

Co do przedziału czasowego, utrzymywanie bezrobocia pozwala na stały dopływ świeżych niewolników.

Ywzan Zeb 16.10.2014 23:01:11

@programista 22:53:30

„Z niewolnika nie ma robotnika” – starczy niewolnikom dać drukowane papierki i staną się wolnymi robotnikami posiadaczami makulatury co to ich wydajność będzie dużo większa niż niewolnika. bo gonią za tą makulaturą aby mieć jej więcej niż inni. takie to proste.. (budowniczowie piramid nie byli niewolnikami) tylko aby tego goim nie skumali zostało to zagmatwane tak, że obrót tą drukowaną (teraz już nawet nie trzeba drukować) makulaturą stał się nauką za którą można dostać profesurę czy nawet nobla jak się dobrze goim wkłada w głowy ideę wolności zamiast niewolnictwa.

wk..ny 16.10.2014 23:20:36

@programista 23:16:44

„umysłu zniewolić się nie da” co jak co, ale umysł zniewolić najłatwiej, wystarczy mieć monopol na wykształcenie, ale to nie jest tematem dyskusji.
Zresztą @zdenerwowany podał chyba dosyć dobry przykład, całą wartość pieniędzy pochodzi właśnie z umysłu.

Ywzan Zeb 16.10.2014 23:32:39

@Ywzan Zeb 23:32:39

Co jest dla mnie korzystniejsze mieć mniej wydajnych niewolników na stałe ode mnie uzależnionych, czy też wysokowydajnych pracowników, którzy w każdej chwili mogą odejść?
Nie z punktu widzenia całej gospodarki i wydajności, ale moich, partykularnych interesów.

Ywzan Zeb 17.10.2014 00:03:03

5* :)))

„Przecudnej urody frazesy” w sprawie wolnego rynku stanowią chyba jakąś solidną bazę wyznawanych przez naszych lewaków wiary ekonomicznej;)
Wskazywałaby i na to i ta pała i komentarze poniżej.
Nb. na Kos odbywał się coroczny wielki targ niewolnikami dla całego obszaru More Nostrum.Wszystko zgodnie z prawem;)

sigma 17.10.2014 15:33:33

@niebieski2 10:06:43

A jednak utopia. Proszę spojrzeć na komentarz wyżej. @MSzach pisze:
„Nieuprzywilejowany wolny, niesterowany rynek w wielu branżach można wprowadzić od dziś.”
Proszę zwrócić uwagę na słowa „można wprowadzić”. Nie wprowadzono i uzyskano efekty, ale można.
Skoro można, to czy ktokolwiek zastanawia się DLACZEGO jednak się nie wprowadza, ktoś odpowiedział na pytanie, DLACZEGO ludzie w swej masie nie chcą tego dobrodziejstwa.
To też jest cecha utopii, że nie liczy się z rzeczywistością, skoro jest takie dobre, a ludzie tego nie chcą, to może mają powód ku temu, czy ktoś bada te powody?
PS. usunąłem, echo.

Ywzan Zeb 17.10.2014 17:08:09

@sigma 15:33:33

Lewicy? Myślałem, że wiara w niewidzialną rękę rynku jest domeną prawicy.

Ywzan Zeb 17.10.2014 17:11:07

@programista 00:14:02

Pańszczyzna jako przykład niewolnictwa – pominę.

Co do wydajności pracowników zostawię to i dodam do modelu jeszcze jeden, niezbędny element, czyli konsumentów.
Czy silni, świadomi swoich praw konsumenci są korzystni dla sprzedawcy, czy reklamy uderzają w najwyższe tony, czy też skupiają się na najprostszych instynktach?

Ywzan Zeb 17.10.2014 17:18:16

@Wszyscy

Przypominam najważniejszą tezę tekstu, którą pozwoliłem sobie powyżej wytłuścić:

Jeżeli wolny rynek nie chce być targiem niewolników, dobrowolność transakcji musi być silną wolą czynienia obiektywnego dobra, a nie tylko szukaniem własnych korzyści.

Ywzan Zeb 17.10.2014 17:19:34

@Torin 17:33:27

Chemik chce osiągnąć jakiś konkretny cel. A cel to już jak najbardziej może być dobry albo zły.
Nawet chemikowi nie uda się wykpić się od oceny moralnej 😉

Ywzan Zeb 17.10.2014 17:42:25

@Ywzan Zeb 17:19:34

Tworząc zasady społecznego współżycia określamy zasady etyczne, jakie mają obowiązywać. Umowy mają być zawierane w ramach tych zasad.

I w zasadzie – to wszystko. Jeśli w umowie społecznej jest założone, że można wykorzystywać innych dla indywidualnych korzyści, to nie można się dziwić, że jednostka będzie dążyć do uzyskania maksymalnych korzyści najmniejszym kosztem.
Tutaj zaś mamy, że są „uprawnieni” do takiego wykorzystywania (np. banki) i ci, którym tworzy się etykę opartą na empatii do bliźniego, a jeśli ta jednostka chce robić podobnie, jak „uprawnieni” to mu się mówi „o ty brzydki, zaraz cię ukażemy”.

Krzysztof J. Wojtas 17.10.2014 18:42:26

@Krzysztof J. Wojtas 18:42:26

Cytat:
„W wywodzie utożsamił Pan dobro z korzyścią osobistą.”

Jest akurat odwrotnie, w wywodzie właśnie protestuję przeciwko takiemu utożsamianiu.

Dobro traktuję jako tożsame z bytem (wszystko co istnieje jest dobre).
Z tym wszakże zastrzeżeniem, że dobro jest hierarchiczne, czyli należy w ocenie moralnej wyjść od dobra najwyższego – Boga .
wobec powyższego, słówko obiektywne dobro być może zostało użyte niefortunnie, powinno być szukanie najwyższego dobra.

Ywzan Zeb 17.10.2014 19:06:45

@Krzysztof J. Wojtas 18:42:26

Suma teologiczna Tom I Q5
Artykuł 3. Czy każdy byt jest dobrem?

Postawienie problemu: Zdaje się, że nie każdy byt jest dobrem, bo:

Jak to widać z powyższych, pojęcie dobra dorzuca coś do pojęcia bytu; cokolwiek zaś dorzuca coś do bytu, zawęża czy zacieśnia go, umieszczając w jakimś określonym dziale bytu, np. dziale jestestwa, ilości, jakości itd.; a więc i dobro, dorzucając coś do bytu, czyni to samo, a tym samym: nie każdy byt jest dobrem.
Izajasz grozi: „Biada tym, którzy zło nazywają dobrem a dobro złem”. Widać z tego, że żadnego zła nie wolno uważać za dobro. Lecz jakże często zmuszeni jesteśmy powiedzieć: ta rzecz jest zła! A więc nie każdy byt jest dobrem.
Dobro ma to do siebie, że jest pożądalne; otóż materii pierwszej nikt nie pożąda, a ona może tylko jedno – mianowicie pożądać; nie można jej przeto uważać za dobro; a tym samym: nie każdy byt jest dobrem.
Zdaniem Filozofa, to, czym zajmuje się matematyka, leży poza obrębem dobra, nie zaś poza obrębem bytu; wszak to, czym się zajmuje, to jakieś byty; inaczej nie byłaby wiedzą; a więc nie każdy byt jest dobrem.

Wbrew temu: każdy byt, poza Bogiem, jest stworzeniem Boga; otóż, jak mówi Apostoł: „Wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre”. A Bóg? Bóg jest najwyższym Dobrem. A więc każdy byt jest dobrem.
Odpowiedź: Każdy byt, jako taki, jest dobrem. Czemu? Bo każdy byt jako taki, istnieje w rzeczywistości, a tym samym w jakiejś mierze jest doskonały, a to dlatego, że każde zaktualizowanie – ziszczenie – jest jakąś doskonałością; a jeśli tak, to przedstawia jakąś pożądaną wartość i jakieś dobro, o czym zresztą już była mowa. Stąd wniosek: każdy byt, jako taki, jest dobrem.
Rozwiązanie trudności:

Jestestwo, ilość, jakość i wszystko, co obejmuje, zacieśnia byt w tym sensie, że nadaje mu postać tej czy innej odrębnej istoty czy natury, a więc uposzczególnia go. Tego jednak dobro nie czyni. Owszem, dorzuca coś do bytu, ale tylko charakter czegoś pożądalnego i doskonałego, a to wiąże się z każdym bytem, bez względu na to, w jakiej postaci, tj. naturze występuje. A więc dobro wcale nie zawęża bytu.
[Owszem, niekiedy mówimy: ta rzecz – ten byt – jest zły]; ale wiadomo, jest on zły nie dlatego, że jest bytem, tylko dlatego właśnie, że mu brak jakiegoś bytu*; np. mówimy: człowiek zły, bo mu brak tej postaci bytu, jaką jest cnota; mówimy też: oczy złe, bo im brak czegoś należnego, mianowicie bo nie widzą wyraźnie.
Materia pierwsza: jak jest dopiero w możności bytem, tak również jest i w możności dobrem. Można też, idąc za platończykami, tak odpowiedzieć: Materia pierwsza jest niebytem, gdyż z pojęcia swego oznacza brak; mimo to jednak ma jakiś udział w dobru; polega on na tym, że w sobie ma ciążenie ku dobru, względnie podatność na dobro; trzeba więc powiedzieć, że to raczej ona [ciąży i] pożąda dobra, a nie, że się jej pożąda.
To, czym zajmuje się matematyka [a więc liczba, punkt, linia itp.], nie istnieje samoistnie, oddzielnie od rzeczy; gdyby istniało, byłoby i dobrem; a dobrem tym byłoby samo ich istnienie. Owszem, to czym się zajmuje, istnieje oddzielnie od rzeczy, ale tylko w pojmowaniu naszej myśli; w sensie: myśl nasza ujmuje to w oderwaniu od ruchu i materii*, a tym samym i od ich charakteru celu, który, jak wiadomo, ma charakter siły poruszającej. Całkiem zaś słuszne jest zdanie, że pojęciowo jakiś byt nie jest dobrem lub nie ma cech istotnych dobra, gdyż, jak już powiedziano, pojęcie bytu poprzedza pojęcie dobra.

Ywzan Zeb 17.10.2014 19:14:03

@Krzysztof J. Wojtas 19:27:01

„Odrzucam z założenia hierarchiczność jako podstawę struktury świata.”
Dalsza rozmowa nie ma sensu.

Ywzan Zeb 17.10.2014 19:33:53

@Krzysztof J. Wojtas 19:49:30

Znowu mi Pan próbuje wcisnąć dziecko w brzuch.
Dalsza rozmowa przy Pańskich założeniach zmuszała by mnie do oddania Panu boskiej czci, a na to nie mam ochoty.

Skoro odrzuca Pan hierarchię bytów, to znaczy, że wszystkie byty są równe w ogólności, a w szczególności Pan jest równy Bogu (ja nie, bo ja uznaję hierarchię), a skoro jest Pan równy Bogu, to musi Pan być Bogiem i należy się panu boska cześć.

Powyższe rozumowanie wprost wynika z odrzucenia hierarchii bytów.
Bez zaakceptowania hierarchii bytów do żadnego konsensusu dojść się nie da.

Ywzan Zeb 17.10.2014 19:58:49

„wolny rynek” czy „RYNEK WYMUSZANIA” ?

(Handel) „Mieści się gdzieś między grabieżą a” podarunkiem, ale bliżej grabieży. Jednakże wg. zasady Johna Locke są dwa sposoby osiągnięcia bogactwa: „W kraju bez kopalni są jedynie dwie drogi do bogactwa: podboj albo handel.” (patrz n.p. „Karl Walker: Pieniądz w biegu historii”).

https://www.google.pl/?gws_rd=ssl#q=%22Karl+Walker%3A+Pieni%C4%85dz+w+biegu+historii%22

Obie drogi są dziwnie ze sobą powiązane.

„Zgodnie z powyższą definicją, nawet targ niewolników może być wolnym rynkiem ” i to nie należy rozumieć żartobliwie

http://pppolsku.blogspot.com/2012/03/lexde.html#Niewol

niewolnictwo w takiej czy innej formie jest w końcu istotnym atrybutem demokracji.

„Zgodnie z przytoczoną definicją cechą wolnorynkowych transakcji jest dobrowolność. … (i dalej) …
W praktyce okazuje się, że największe korzyści daje przymuszanie innych.” (największe subiektywne dobro)

Załóżmy, że strony handlujące dochodzą do warunków, które pozwalają im na akceptowalną wymianę. Z doświadczenia wiemy, przynajmniej ja, że warunki wymiany są odległe od od stanu „dobrego” a jedynie odpowiadają sytuacji, „to można jeszcze zaakceptować”, a więc o tym, że wymiana była dla obu stron „dobra” nie może być mowy. Była dobrowolna ? Raczej nie, gdyż dochodzi do niej POD PRZYMUSEM, sprzedający MUSI pozbyć się towaru, kupujący POTRZEBUJE go i MUSI go kupić.

Wynikało by z tego, że tzw. „wolny rynek” jest z racji swej zasady funkcjonowania „RYNKIEM WYMUSZONYM”, a więc przeciwieństwem prostej semantyki określenia. Ktoś, kto na rym „wolnym rynku” raz usiłował otrzymać kredyt, wie, że podstawą udzielenia kredytu jest szantaż, im bardziej kredytobiorca potrzebuje pieniędzy, tym wyższa lichwa, nazywana procentem.

Ywzan Zeb postawił nam ciekawe pytanie, na ile określenie „wolny rynek” może być semantycznie poprawne. Być może dla osób wykształconych w tzw. ekonomii

http://pppolsku.blogspot.com/2012/03/lexde.html#Ksztalcenie

jest pytanie Ywzana intelektualnie nie do opanowania, co zawdzięczają swemu wykształceniu, które uczyniło je kastratami, czy jak by Chomsky powiedział kapłanami, chociaż określenie kapłon byłoby z uwagi na kastrację odpowiedniejszym.

Postawienie pytanie przez Ywzana wydaje się mi bardziej ważkim, niż pytania i i co gorzej odpowiedzi takich luminarzy ekonomii jak A. Smith i K. Marks. Załączone linki pozwolą czytelnikowi lepiej zrozumieć genezę mego tekstu, nie są tu przypadkowo.

To, że ekonomia jest jedynie nagromadzeniem łgarstw, z którą chyba jedynie tzw. „historia” jest w stanie pod tym względem konkurować

http://pppolsku.blogspot.com/2012/02/fi.html#Histo

zauważyli już rozliczni nie-ekonomiści, pośród nich można znaleźć poetę i to nie byle jakiego.

Laznik 19.10.2014 13:48:02

Opublikowano za: http://zeb.neon24.pl/post/113969,wolny-rynek-czyli-targ-niewolnikow#comment_1041543

  1. W uzupełnieniu tego ciekawego tekstu polecamy przeanalizowanie 3 nastepujących, w tym dwóch pozornie tylko nie powiązanych:

Ezra Pound – GDZIE LICHWA…

Comments

  1. ijon says:

    Pisze Pan, że Liberał = komunista. I to jest dosyć ciekawe założenie 🙂 Komunizm był antytezą kapitalizmu, który bazuje na liberalizmie, idei wolnego rynku i związanej z tym swobodzie zawiązywania umów między jednostkami

    Wolny rynek widzi Pan jedynie przez pryzmat jego patologii. Nikt nigdy nie twierdził, że kapitalizm jest wolny od wad. Wolny rynek, w swoim założeniu, opiera się na swobodzie zawierania umów. To założenie jest oparte na tezie, że ludzie są, co do zasady dobrzy. Na drugim biegunie jest socjalizm, który swobodę zawierania umów zastępuje „centralnym planowaniem” i nad ideę wolności stawia równość, która w praktyce sprowadza się do równania wszystkiego w dół. Socjalizm zakłada, że ludzie co do zasady są ułomni i źli i tylko „światłe” przywództwo elit jest dla nich ratunkiem.

    • Klub Inteligencji Polskiej says:

      Szanowny Panie
      Posługuje się Pan propagandową „nowomową” wtłaczania ludziom mało zorientowanym ćwierć prawd ( czyli mieszanki mało ważnej prawdy z wielkimi kłamstwami). Więc syntetycznie odpowiem Panu stwierdzeniem Dawida C. Kortena – jednemu z Polaków, który na początku lat 90-tych, będąc chyba na w USA, powiedział mu z radością, że mamy wreszcie w Polsce kapitalizm – uzyskując od Kortena następującą odpowiedź: „ludzie którzy słyszeli syrenę komunizmu powinni być chyba uczuleni na jej kapitalistyczną siostrę, czyż nie ?” i syntetyzuje to w swojej książce pt. „Świat po kapitalizmie. Alternatywy dla globalizacji” następująco: „„Ludzie, którzy słyszeli syrenę komunizmu powinni być wyczuleni na jej kapitalistyczną siostrę. (…) Społeczeństwa oparte na ekstremistycznych ideologiach, czy to skrajnie lewackich ( surowa kolektywizacja i system represyjny), czy to skrajnie prawicowych ( bezwzględny indywidualizm i nieusprawiedliwiona chciwość ) są z natury rzeczy niestabilne. (…) Życie wykazuje, że obie te idee są ekstremistyczne, a zatem patologiczne. Bowiem życie udowadnia, że nie istnieje konflikt pomiędzy społecznością, a jednostką, gdyż w zdrowym żywym systemie obie wzajemnie się wspierają i wzmacniają”.
      Stwierdzenie, że „liberał=komunista” na Zachodzie jest oczywiste, ponieważ dzisiejsi liberałowie to byli komuniści, lub dzieci, albo wnuki byłych komunistów. U nas ta wiedza dopiero teraz dociera do społeczeństw, że obecni liberałowie i zwolennicy tzw. „wolnego rynku” to dzieci lub wnuki wdrożycieli Komunizmu Wojennego, którzy przeszli „przeobrażenie zupełne” ( termin stadium rozwoju wzięty z biologii owadów) i obecnie tych co nie podzielali i nawet obecnie – nie podzielają ich poglądów, to oskarżają o komunizm. Można takie zachowanie komunoliberałów wyraziście skwitować tak: „ubrali się jak diabeł w ornat liberalnego kapitalizmu i jeszcze ogonem na mszę dzwonią, zaganiając innych do tego siostrzanego z komunizmem ustroju”. Nie należy tu mylić z socjalizmem w okresie 1956-1989 w Polsce, który był zdecydowanie inny od komunizmu i kapitalizmu. Jest to celowe zniekształcanie pojęć w języku – w celu dezinformacji !!!

Wypowiedz się