1.08. 1944 Powstanie Warszawskie.

kieżun 001

Kieżun 1

Powojennemu pokoleniu trudno jest sobie wyobrazić, jak wy­glądało nasze życie w Warszawie w czasie wojny: przez pięć lat godzina policyjna, to znaczy zakaz wyjścia z domu od godz. 21.00 do 6.00 rano, a okresowo nawet od godz. 19.00. Niemie­ckie patrole stały na straży tego rozkazu. Również w ciągu dnia ulice Warszawy były stale patrolowane przez zespoły niemieckich różno­rodnych służb bezpieczeństwa, często organizujących tzw. łapanki: zamykanie ulic i kontrolę dokumentów przechodniów. Wszyscy, którzy nie mieli akceptowanych przez Niemców dokumentów, byli aresztowani. Ich dalszy los to: albo więzienie na Pawiaku, albo obóz koncentracyjny, niewolnicza praca w Niemczech czy nawet publiczne rozstrzelanie. Okresowo dokonywano kon­troli całych dzielnic, wczesnym rankiem obstawiano jakąś dzielnicę żołnierzami z karabinami maszynowymi i przepro­wadzano rewizje i kontrole dokumentów w każdym mieszkaniu. W wyniku takiej kontroli na Żoliborzu zostali aresztowani m.in.: mój kuzyn inżynier Leon Gieysztor i dyrektor gimnazjum im. Księcia Józefa Po­niatowskiego dr Kazimierz Lisowski, w trzy miesiące później przyszło zawiadomienie z obozu w Auschwitz o ich śmierci.

Od 1943 r. organizowano też publiczne egzekucje. Spędzano prze­chodniów na jedną stronę ulicy, a z drugiej strony stawiano skazań­ców. W pierwszych egzekucjach skazańcy przed śmiercią wznosili zgodnie okrzyk: „Niech żyje Polska!”. Później zalepiano im usta, żeby nie mogli przed śmiercią zademonstrować swojego patriotyzmu. Do tego jeszcze nocne aresztowania, masowe rozstrzeliwania polskiej elity politycznej i intelektualnej w Palmirach pod Warszawą.

 W pierwszych egzekucjach skazańcy wznosili okrzyk „Niech żyje Polska!”. Później Niemcy przezornie zalepiali im usta

 

To stałe zagrożenie życia łączyło się jednocześnie z powszechną nędzą, rabunkiem zbiorów na wsi, tragicznym niedoborem żyw­ności, humorystycznie małym przydziałem żywności na kartki. Rozwijał się nielegalny handel jedzeniem, ale był on niezwykle os­tro zwalczany, w pociągach regularnie dokonywano rewizji bagaży podróżnych. Znalezienie jakiejś partii mięsa kończyło się areszto­waniem, a nawet zastrzeleniem protestującego pasażera. Tę łatwość zamordowania Polaka obrazuje nigdy przeze mnie niezapomniany incydent, który widziałem 19 grudnia 1939 r. na wiadukcie nad Dworcem Gdańskim. Pod górę szedł chodnikiem elegancki oficer niemiecki, z drugiej strony wyraźnie nieźle podpity, lekko zata­czający się mężczyzna w średnim wieku. Zbliżając się do oficera, z uśmiechem podniósł rękę z hitlerowskim pozdrowieniem i zabeł- kotał: „Heil Hitler”. Oficer natychmiast wyciągnął pistolet, celnym strzałem zabił pijaczka i spokojnie, chowając broń, poszedł dalej.

Niemcy akcentowali swoją rasową wyższość, każde zatrzymanie na ulicy do kontroli dokumentów to był wielki krzyk „halt” i nawet po kontroli oraz zgodzie na odejście – wrzask „raus”. Ta germańska buta była formą stałego manifestowania pogardy dla nas. W tram­wajach były oddzielne miejsca Nur Fur Deutsche – tylko dla Niem­ców. Były oddzielne restauracje. Wszystko to ukształtowało obok uczucia nienawiści, trudnej do zrozumienia przez współczesne polskie pokolenie, zbiorową postawę oporu.

Polski fenomen

Fenomenem historycznym było stworzenie w tych warunkach podziemnego państwa polskiego, politycznej reprezentacji rządu emigracyjnego w Londynie, podziemnej prasy, podziemnego szkol­nictwa, także wyższego. Powtarzam: był to fenomen również na tle innych okupowanych przez Niemców krajów Europy Zachodniej i Środkowej. Wszystkie one stworzyły jakieś formy współpracy z niemieckimi okupantami, formując choćby narodowe oddziały SS (np. Norwegia, Dania, Holandia, Belgia, Łotwa, Estonia, Alba­nia, Ukraina), a nawet odrębne dywizje pod niemieckim dowódz­twem, jak np. francuska antykomunistyczna Charlemagne walcząca pod niemieckim dowództwem w Rosji czy ukraińska dywizja SS. Do tego warto dodać działalność jedynej w okupowanej Europie podziemnej organizacji pomocy Żydom Żegota, która ocaliła po­ważny procent Żydów, mimo istniejącego w okupowanej Polsce, a nieistniejącego w okupowanych zachodnioeuropejskich krajach, prawa zbiorowej kary śmierci za nawet najmniejszą pomoc udzieloną Żydom.

 

Znaliśmy też już niemiecką perspek­tywę naszych losów, ideę „Lebensraumu”, przedstawioną w „biblii” Hitlera „Mein Kampf”, czyli stworzenia przestrzeni ży­ciowej dla Niemców na wschodzie, aż do jeziora Ładoga na północy, oraz tzw. Ost Plan – program wymordowania lub zesłania pod Ural 85 proc. Po­laków, zburzenia polskiej Warszawy i zbudowania 200-tysięcznego niemieckiego miasta Warschau, świadomość tej czekającej nas tragedii jeszcze się upowszechniła po likwidacji getta warszaw­skiego w 1943 r. Ugruntowało się wtedy przeświadczenie, że na­stępni będziemy my. Wobec tego zbrodniczego planu rosła kadra Armii Krajowej, rozwijały się podziemne szkolnictwo, uniwersytety, prasa, polskie podziemne sądownictwo wydające wyroki za zdradę, a także za wydawanie ukrywających się Żydów.

Raptem rewelacyjna wiadomość: 20 lipca 1944 r. próba zamachu na Hitlera. Począwszy od 22 lipca 1944 r., z radością widzimy wyco­fującą się armię niemiecką, która poniosła klęskę pod Warszawą. Ulice pełne brudnych, zmęczonych żołnierzy jadących nawet na zarekwirowanych wiejskich wozach lub wlokących się piechotą w nieregularnych szeregach, nieraz bez broni. W panice ucieka również niemiecka cywilna administracja, wyjeżdżają gubernator dystryktu Warschau Ludwig Fischer i komisaryczny burmistrz Warszawy Ludwig Leist. Widząc ten odwrót, z niecierpliwością czekamy na rozkaz Powstania, do którego przygotowujemy się już pięć lat. Mimo że posiadanie radia karano śmiercią, radiowe komunikaty były szeroko rozpowszechniane.

Nie ma rozkazu

Widzimy więc i słyszymy, że przyszedł czas na Powstanie, na radość, taką jak w 1918 r., z rozbrajania uciekających Niemców, uwolnienie Warszawy, przywitanie Czerwonej Armii w roli gospodarza i udo­wodnienie, że znana nam z artykułów podziemnego „Biuletynu Informacyjnego” opinia komunistów, że Armia Krajowa, zamiast walczyć, „stoi z bronią u nogi”, jest kłamstwem. Oczywiście bierzemy pod uwagę, że Polska Armia na Zachodzie jest już w Europie, możliwe więc będzie szybkie przetransportowanie Polskiej Brygady Spado­chronowej gen. Sosabowskiego, akurat ojca naszego szkolnego kolegi, i części innych oddziałów polskich do Warszawy. Klęska Wehrmachtu musi być szybko wykorzystana. Mija jednak 24,25,26 lipca, nie  ma rozkazu. Tymczasem na murach w Warszawie pojawia się komunikat Polskiej Armii Ludowej, mało znanej podziemnej orga­nizacji. AL to komuniści, ale Polska Armia Ludowa? Podpisany gen. Skokowski zawiadamia, że komendanci armii podporządkowani polskiemu rządowi w Londynie uciekli z Warszawy i wobec tego on, komendant PAL, obejmuje dowództwo nad wszystkimi polskimi podziemnymi siłami zbrojnymi, ale też nie daje rozkazu ataku.

Ja po aresztowaniu trzech naszych kolegów z jednej kompa­nii i rekwizycji jej archiwum ukrywam się w mieszkaniu przy ul. Mickiewicza na Żoliborzu, będącym jednocześnie naszym składem broni. Mamy zarówno pistolety maszynowe, jak i broń krótką, granaty pol­skie i niemieckie, materiały wybuchowe („plastyk”), a nawet dwa hełmy. Zdenerwo­wani milczeniem kierownictwa, brakiem wykorzystania trwającej ucieczki Niemców i możliwości szybkiego opanowania War­szawy, poważnie dyskutujemy o potrzebie pobudzającego ataku naszymi siłami, aby zmobilizować innych. Mamy przecież szanse zablokowania arterii ucieczki niemieckiej przez most Kierbedzia. Szukamy kontaktów z kolegami z innych od­działów, licząc na to, że są tak samo jak my zbulwersowani brakiem szybkiej decyzji. Jednoczą się z nami. W ten sposób doprowadzimy do pełnej mobilizacji. Ostatecznie jednak poczucie dyscypliny woj­skowej zwycięża, czekamy na rozkaz.

Tymczasem nasza sytuacja niekorzystnie się zmienia: 26 lipca wraca do Warszawy gubernator Ludwig Fischer, nie ma już niemie­ckich wojskowych uciekinierów, nadjeżdża spadochronowa dywizja Herman Goering, lokując się na Woli. Wreszcie 27 lipca rozkaz gu­bernatora Fischera w formie apelu, wielokrotnie powtarzany przez wszystkie megafony umieszczone na ulicach Warszawy:

„Polacy! W1920 r. za murami tego miasta odparliście atak bolsze­wików, okazując w ten sposób swoją antybolszewicką postawę. Dziś Warszawa stała się znowu zaporą czerwonego potopu, a jej wkładem w walkę musi się stać udział 100 000 mężczyzn i kobiet w pracach przy budowie linii obronnych. Zbierajcie się głównie na placach: na Żoliborzu, przy pl. Unii Lubelskiej itd. Winni odmowy będą ukarani”.

Warszawa mówi „nie”

Oznaczało to, że Warszawa została ogłoszona fortecą „Festung Wars­chau” i będzie tak broniona, jak do niedawna Mińsk Litewski – do ostatniego żołnierza. Wiemy już, że w Mińsku Litewskim ewakuo­wano całą ludność w strasznych warunkach, a miasto zostało prawie całkowicie zniszczone (w 92 proc.). Po wojnie okazało się, że 40 proc. ewakuowanej ludności zginęło. W Warszawie ten niemiecki rozkaz był jednak podejrzany. Chcąc bowiem bronić Warszawy jako bardzo ważnego punktu strategicznego, nie można było akceptować istnie­nia w tym mieście-fortecy istnienia prawie 40-tysięcznej podziem­nej, uzbrojonej wrogiej armii i l00 -procentowo wrogiej ludności. Oczywiście Niemcy, mając wielu swoich szpiegów, dobrze o tym wiedzieli. Czy w ten sposób nie chciano więc po prostu zlikwidować tego zagrożenia, mordując zgłaszających się do pracy?

100 tys. warszawiaków zdolnych do prac fortyfikacyjnych to właśnie była cała warszawska Armia Krajowa. Warszawiacy nie wy­konali rozkazu, zgłosiło się tylko kilkadziesiąt osób. „W ten sposób decyzją podjętą przez nas, przez całą ludność Warszawy, odmowy wykonania wojennego rozkazu niemieckiego zagrożonego karą śmierci, to my, warszawiacy, sami rozpoczęliśmy już bunt: Powsta­nie Warszawskie”. Jednocześnie 100 tys. warszawiaków zostało ska­zanych na karę śmierci, bo taka jest kara za niewykonanie rozkazu w warunkach wojennych. Niemców stać było na realizację tego wy­roku, pokazali to później na Woli i Ochocie. Był to jedyny w historii II wojny światowej przypadek niewykonania niemieckiego wojen­nego rozkazu przez całą ludność jednego z okupowanych miast.

Dlatego też 28 lipca 1944 r. został wydany rozkaz dowództwa AK: „mobilizacja” do Po­wstania. Treść rozkazu otrzymanego przeze mnie brzmiała: „O godz. 20.00 cały zapas broni ma się znaleźć na ul. Marszałkowskiej, róg Sienkiewicza, 1 piętro, w opuszczonym lokalu po niemieckiej fabryce mundurów i bielizny żołnierskiej”. Ładujemy pistolety maszynowe, granaty i naboje do walizek, hełmy pakujemy do tekturowej torby, każdy z nas ma za pasem pod płaszczem po cztery pistolety, w kieszeniach płaszczów granaty obronne i dymne. Wie­ziemy wszystko dorożką. Jesteśmy punktualnie, jest duży zespół ok. 60 żołnierzy, dostajemy dalszy przydział pistoletów maszy­nowych. Mamy czekać na rozkaz wyjścia i dojścia do planowego obiektu natarcia. Czekamy z niecierpliwością całą noc. Niestety rano łączniczka przynosi rozkaz: „Broń przechować na miejscu zbiórki [była tam duża szafa pancerna – dop. W.K.], wracać do domu i czekać na rozkazy”. Wściekli tłumaczymy, że przecież zostaliśmy zdekonspirowani, bo masa ludzi przyszła do pracy 29 lipca dużo później, transporty broni też niejednokrotnie były widoczne, nasz dorożkarz, starszy człowiek, żegnając się z nami, odmówił zapłaty i powiedział: „Z Bogiem, chłopcy”.

Ten fragment historii wybuchu Powstania nie jest nigdzie przez tak krytycznie piszących o jego idei omawiany. Podaje się tylko, że podobno rozkaz wydał gen. „Monter”, ale nie wiemy, dlaczego go odwołano, jak go dyskutowano. Mamy bardzo szczegółowe opisy dialogów w kierownictwie AK w dniu 31 lipca i 1 sierpnia, a tu nic: kto ostatecznie wydał ten rozkaz? Kto go zmienił i dlaczego? Można się tylko domyślać, że jeszcze nie było groźby realizacji wyroku śmierci na ludność Warszawy, bo nie wróciły wszystkie zespoły żandarmerii i gestapo, albo że uzyskano wiadomość o wyjeździe premiera Miko­łajczyka do Moskwy i ryzykownie czekano na jej efekty.

30 i 31 lipca radio Kościuszko nadaje z Moskwy po polsku: „War­szawa drży od huku dział, wojska radzieckie nacierają gwałtow­nie i zbliżają się do Pragi. Nadchodzą, by przynieść wam wolność. Niemcy wyparci z Pragi będą się bronić w centrum Warszawy. Ludu Warszawy! Do broni, uderzcie na Niemców. Milion ludzi niech sta­nie się milionem żołnierzy, który wypędzi niemieckich zbrodniarzy i zdobędzie wolność!”.

Antypolskie decyzje Roosevelta

Najbliższy doradca prezydenta Roosevelta, Harry Hopkins, zdaniem wielu historyków był radzieckim agentem

kieżun 2

Popatrzmy teraz, jak wyglądało zagraniczne polityczne otoczenie w okresie przed Powstaniem. Stany Zjednoczone decyzją swego Kongresu zachowały neutralność w wojnie rozpoczętej atakiem na Polskę w 1939 r., natomiast zgodziły się na masowe dostawy broni do Wielkiej Brytanii. Po niespodziewanym ataku Japonii Ameryka przystąpiła do wojny i po ataku Niemiec na ZSRR w 1941 r. stała się również aliantem Związku Radzieckiego, zawierając z nim umowę o bogatym zaopatrzeniu militarnym i gospodarczym. Ta pomoc udzielona wrogowi naszej chrześcijańskiej kultury zaniepokoiła amerykańskiego kardynała Francisa Spellmana, popularnie nazy­wanego amerykańskim papieżem, który zaproponował spotkanie z prezydentem. Roosevelt zgodził się na szczerą rozmowę pod warunkiem, że jego wyjaśnienia zostaną zachowane w tajemnicy do 25 lat po jego śmierci. Po wyrażeniu zgody na ten warunek wyjaśnił, że jego zdaniem największym złem świata jest system kolonialny, zbrodnicze wykorzystywanie potencjału gospodar­czego i pracy biednych skolonizowanych krajów przez zbrodnicze imperia kolonialne. Wielkie osiągnięcie narodu amerykańskiego to likwidacja systemu kolonialnego w Północnej Ameryce, jednak ten proces walki z kolonializmem nie zakończył się. Podstawowym ce­lem polityki Roosevelta było zlikwidowanie systemu kolonialnego, zaczynając od Imperium Brytyjskiego. Tu aliantem USA okazał się Związek Radziecki, który w swoich ideowych założeniach miał m.in. likwidację kolonializmu. Dlatego prezydent Stanów uważał, że ZSRR powinien po zwycięskiej wojnie z Niemcami zostać naj­bogatszym, największym krajem europejskim, z którym Ameryka zrealizuje proces światowej dekolonizacji. Kardynał Spellman ar­gumentował, że Związek Radziecki jest przecież wrogiem kultury chrześcijańskiej i wrogiem religii. Roosevelt wyjaśnił, iż Stalin już się zgodził, aby w oddziałach Armii Czerwonej byli prawosławni księża, a także restytuował centralne studium kształcenia no­wych popów. Obiecał też, że po zwycięskiej wojnie w ramach idei współdziałania z USA poważnie zdemokratyzuje system zarzą­dzania w Związku Radzieckim. Jak wiadomo, najbliższy doradca prezydenta Roosevelta Harry Hopkins był entuzjastą Związku Radzieckiego, według wielu historyków był po prostu radzieckim agentem.

 

To właśnie proradziecka polityka Roosevelta, niekorzystna dla Polski, uniemożliwiła odrodzenie naszego kraju w przedwojennych wschodnich granicach. Chodzi tu o dwie niekorzystne dla nas de­cyzje prezydenta Stanów. Pierwsza dotyczyła kierunku uderzenia na niemiecką Europę po pogromie korpusu gen. Erwina Rommla w Afryce. Winston Churchill zaplanował wówczas atak na Europę przez Grecję. Plan ten był już znany w polskim podziemiu, z satys­fakcją go dyskutowaliśmy. Grecja była okupowana przez Włochów, z nielicznymi garnizonami niemieckimi, ale co najważniejsze, na jej terenie działała dość silna partyzantka zarówno monarchistyczna, jak i komunistyczna. Opanowanie Grecji wyglądało więc na stosun­kowo łatwe. Dalsza droga na północ to prawie cały teren Jugosławii, opanowany przez wspomaganego przez Brytyjczyków Josipa Tito, następnie szybka droga na Węgry, które – jako formalny sojusz­nik Niemiec – nie były wówczas okupowane przez armię niemie­cką. Dalej na północ mamy już Słowację, która wkrótce zostanie ogarnięta antyniemieckim powstaniem, i Polskę z 400-tysięczną podziemną armią. Analizując ten plan w naszym AK-owskim śro­dowisku, liczyliśmy na to, że armia brytyjsko-amerykańska i pol­ska będą już za pięć-sześć miesięcy nad Wisłą. Armia niemiecka wzięta w dwa ognie szybko zostałaby pokonana. Nie byłoby mowy o utracie Lwowa i Wilna.

Jednak Roosevelt podczas konferencji w Casablance 14 stycznia 1943 r. kategorycznie odrzucił ten plan i zdecydował o ataku na Sycylię i Włochy. Doszło do ostrej dyskusji Roosevelt-Churchill. Zaproszony Stalin nie przyjechał, wiedział dobrze, że Roosevelt dopilnuje jego interesów.

Druga wroga Polsce decyzja prezydenta USA zapadła w Teheranie 28 listopada 1943 r. Roosevelt, Churchill i Stalin przyjeżdżają do Teheranu. Roosevelt ostrzegany o grożącym mu zamachu chroni się przed nim w dobrze strzeżonym budynku ambasady radzieckiej. Wieczorem Stalin organizuje spotkanie tylko z tłumaczami, bez Churchilla. Znany mi stenogram tej rozmowy jest przerażający. Roosevelt od razu zaczyna od stwierdzenia, że granica Polski na wschodzie to linia Curzona „A” – bez Lwowa i zagłębia naftowego w Borysławiu. Oczywiście państwa bałtyckie pozostaną częścią Związku Radzieckiego. Roosevelt prosi jednak, żeby Stalin utrzy­mał tę decyzję w tajemnicy, bo chce po raz trzeci kandydować na prezydenta, a w USA jest prawie dziewięć milionów Polaków i nie może stracić ich głosów. Stalin zapewnia, że zachowa tajemnicę. Roosevelt wraca do USA i zapytany w Kongresie, czy w Teheranie rozmawiano o wschodniej granicy Polski, z teatralnym gestem uro­czyście oświadcza, że żadnych rozmów w sprawie granic Polski nie było. Mało tego, zaprasza przedstawicieli Kongresu Polonii i foto­grafuje się z nimi na tle przedwojennej mapy Polski, z palcem wska­zującym na Lwów. Widziałem to powiększone zdjęcie w Nowym Jorku u jednego z członków amerykańskiego Kongresu Polonii.

Tajemnica tej alianckiej zdrady została utrzymana także wobec rządu polskiego w Londynie. 10 października 1944 r., już po upadku Powstania, Stanisław Mikołajczyk przyjechał razem z Churchillem

20 | 28 LIPCA-3 SIERPNIA 2014 do Moskwy, aby uzgodnić udział rządu londyńskiego w kierownictwie Polski zajmowanej przez ZSRR. Była to inicjatywa Churchill W zebraniu brali też udział Mołotow i ambasador amerykański  Harriman. Rozmowę zaczął Mikołajczyk, stwierdzając, że pierwszym problemem jest ostateczne ustalenie granic Polski na wschodzie. Na to Mołotow stanowczo oświadczył, że granice według wersji „A” Curzona zostały już ustalone w Teheranie. Gdy zdziwiony Mikołajczyk zwrócił się z pytaniem do Churchilla, ten, podobno spuściwszy głowę, potwierdził informację Mołotowa. To nie do wiary, że Churchill, znając już zdradę i kłamstwa Roosevelta, stale namawiał Mikołajczyka do kontaktu ze Stalinem, organizując i wizyty w Moskwie w przeddzień Powstania, w czasie jego trwania i po jego zakończeniu, nie informując o decyzjach teherański sprzed 11 miesięcy.

kieżun 3

Osamotniona Warszawa

30 lipca 1944 r. Stanisław Mikołajczyk przylatuje do Moskwy, 3 sierpnia spotyka się ze Stalinem, który „umywa ręce” i odsyła do Związku Polskich Patriotów, grupujących komunistów kierowanych przez Wandę Wasilewską. Relacje z tych rozmów są bardzo smutne, nie ma porozumienia, polscy komuniści kategorycznie odmawiają współpracy z rządem londyńskim i jakiejkolwiek pomocy dla walczącej Warszawy, początkowo nawet negując fakt wybuchu Powstania, a później traktując je jako niepoważną „awanturę”.

Walcząca Warszawa jest osamotniona. Szybko kończą się zrzuty broni z nielicznych lotów z Włoch polskich i zagranicznych pilotów, bo są one zbyt ryzykowne, a Sowieci nie chcą udostępnić swych lotnisk. Joanna Wieliczka-Szarkowa w swojej książce „Powstanie Warszawskie 1944” cytuje wyjaśnienie stanowiska rządu radzie­ckiego w tej sprawie. Andriej Wyszyński, radziecki wiceminister spraw zagranicznych, oświadczył, że „rząd sowiecki nie może sprzeciwić się zrzutom przez samoloty angielskie lub samoloty amerykańskie, stanowczo nie życzy sobie jednak, by lądowały na terytorium ZSRR”. Churchill zaproponował Rooseveltowi wspólną depeszę interwencyjną do Stalina w tej sprawie, ale odpowiedź prezydenta USA potwierdzała jego proradziecką politykę. Odmówił, pisząc, że „z powodu długofalowych ogólnych planów wojny taka depesza byłaby dla niego bardzo niekorzystna”.

Podobnie tragicznie wyglądała sprawa naszych uprawnień wy­nikających z konwencji genewskiej w sprawie jeńców wojennych. Rząd polski w Londynie już po wyrażeniu zgody 25 lipca 1944 r. na ewentualny wybuch Powstania w Warszawie rozpoczął starania o  szybkie ogłoszenie przez aliantów, że Armia Krajowa to krajowe oddziały Polskiej Armii w Wielkiej Brytanii, ma wszystkie upraw­nienia przewidziane w konwencji genewskiej. W związku z tym przystąpiliśmy do walki z biało-czerwonymi opaskami z literami W.P., Wojsko Polskie, a nie Armia Krajowa. Jednak publiczne ogło­szenie przez aliantów naszych genewskich uprawnień nastąpiło dopiero 30 sierpnia. Niemcy nie respektowali ich do końca Powsta­nia, mordowali wziętych do niewoli, gwałcili kobiety żołnierzy AK, nie było żadnego mocnego komunikatu ze strony aliantów, iż mogą być zastosowane represje w stosunku do licznych jeńców Niemców w obozach brytyjskich. Niestety nasi alianci nie tylko nas oszukali, lecz również wykazali zdumiewającą obojętność na los Warszawy. Norman Davies – autor jak dotąd chyba jedynej tak poważnej i ob­szernej (942 strony) naukowej pracy o Powstaniu – cytuje też list reprezentanta rządu brytyjskiego do ambasadora polskiego w Lon­dynie w sprawie pomocy dla Powstania Warszawskiego. Autor, opi­sując szczegółowo trudności we wszystkich formach potencjalnej pomocy, kończy zdaniem: „Dlatego obawiam się, że w związku z tym rząd Jego Królewskiej Mości nic nie może zrobić”.

 

Grecka tragedia

Na tle czasami wręcz nieprzyzwoitych napaści na ideę Powsta­nia i szkalowania jego dowódców w dalekich od poważnego war­sztatu naukowego publikacjach wyróżnia się jakże trafna ocena sformułowana przez wybitnego profesora, historyka, prezesa PAN Aleksandra Gieysztora, w czasie okupacji członka AK-owskiego Biura Informacji Politycznej i wybitnego uczestnika Powstania. Określa on historię Powstania 1944 r. jako tragedię grecką – sy­tuację, w której każda forma rozwiązania jakiegoś problemu daje negatywny wynik. W przypadku Powstania 1944 r. straty ludz­kie sięgające 200 tys. osób i całkowite zniszczenie miasta. Gdyby jednak Powstanie nie wybuchło, to w Warszawie ogłoszonej jako forteca „Festung Warschau” musiałaby zostać zlikwidowana polska podziemna prawie 40-tysięczna AK, która w każdej chwili mogła przystąpić do dywersyjnej, groźnej akcji. Podstawą tej akcji mo­głaby być również realizacja kary za odmowę udziału w budowie fortyfikacji. Likwidacja AK musiałaby być szybko przeprowadzona, ale nie stanowiłaby dla Niemców żadnej trudności. Znana już na pewno kierownictwu AK (wiem, że meldunek o tym został przeka­zany 31 lipca) tajna data przewidzianej ewakuacji cywilnej ludności niemieckiej na 2 i 3 sierpnia sugerowała, że akcja wymordowania AK-owców będzie miała miejsce najpóźniej 3 sierpnia. Natych­miast po tej akcji musiałaby być przeprowadzona ewakuacja całej ludności Warszawy, tak jak to miało miejsce w Mińsku Litewskim. Jest rzeczą oczywistą, że nie można bronić miasta-fortecy z wie­lotysięczną wrogo nastawioną ludnością.

 

W tych warunkach Warszawa jako niezwykle ważny punkt stra­tegiczny broniłaby się, ale siła Armii Czerwonej ostatecznie by ją złamała i Sowieci szybko ruszyliby na Berlin. Tak więc rezygnacja z Powstania dałaby równy, a może ze względu na wybicie całej warszawskiej AK nawet gorszy, rezultat. Ewakuowana w okrutny sposób ludność poniosłaby podobne straty jak ludność Mińska.

W obronie Europy

Warto jednak pamiętać, że Powstanie Warszawskie bardzo spowol­niło marsz Sowietów do zwycięstwa. W związku z jego wybuchem Stalin wstrzymał ofensywę Armii Czerwonej na linii Wisły i przez pięć i pół miesiąca nie ruszył na Zachód, a ofensywę skierował na południe. Powstaje problem, jak daleko zaszłaby Czerwona Armia na prostej linii wschód-zachód, gdyby nie było decyzji wstrzy­mania ofensywy pod Warszawą? Znany pisarz i dziennikarz Józef Szaniawski cytuje opinię radzieckiego marszałka Wasilija Czujkowa, dowódcy obrony Stalingradu, który w drugim, poprawionym wydaniu swoich wspomnień wojennych opublikowanych w Rosji w latach 90. pisze: „Wojnę można było zakończyć w Polsce rok wcześniej, a więc nie w maju 1945 r., ale w grudniu 1944 r., gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca Front Białoruski w sierpniu 1944 r. Moglibyśmy dojść dalej na zachód nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu. Los wojny potoczyłby się inaczej. Ileż milionów istnień ludzkich udałoby się ocalić. Ile żołnierzy mniej by poległo?”.

Rosjanie znad Renu na pewno by się już nie cofnęli, Związek Radziecki wzbogacony o czwartą największą potęgę przemysłową świata prawdopodobnie do tej chwili panowałby nad Europą, a my w dalszym ciągu żylibyśmy w PRL. Są też i inne sugestie politycz­nego wpływu powstańczego zrywu: rezygnacja Stalina z utworzenia z Polski jednej z sowieckich republik, wstrzymanie marszu Armii Czerwonej z Legnicy na Warszawę w 1956 r. i zgoda na to, żeby Polska była najlepszym „barakiem” w radzieckim obozie, z kilkunastoprocentowym prywatnym sektorem gospodarczym i ze znacznie większą łatwością prywatnych kontaktów zagranicznych niż w innym demoludach.

Czyżby więc Powstanie Warszawskie stało się kontynuacją pol­skiej tradycji obrony Europy łacińskiej przed najazdami bizantyjsko-azjatyckiej kultury? Przyjmując tę hipotezę, mielibyśmy histo­ryczny ciąg: obrona Europy i jej łacińskiej kultury przed Tatarami pod Legnicą w 1241 r., obrona Europy przed najazdem kultury muzułmań­skiej pod Wiedniem w 1683 r., obrona Europy przed najazdem krwawej idei komunizmu pod Warszawą w 1920 r. i  wreszcie Warszawa 1944 jako nie­przewidziana zapora przed stalinizacją większości Europy.

Witold Kieżun

Wypowiedz się