Wyprawa kijowska i jej mitologia (część 1 i 2)

Listowski_i_Petlura1920.jpg
25 kwietnia 1920 r. rozpoczęła się tzw. wyprawa kijowska. Wojska polskie, łamiąc ostatecznie faktyczny rozejm na froncie wojny polsko-bolszewickiej, uderzyły na zajęte przez bolszewików tereny Ukrainy. Stan liczebny wojsk polskich na początku ofensywy na Kijów wynosił około 60 tys. żołnierzy. Wspierała je Armia Czynna Ukraińskiej Republiki Ludowej w sile 3904 żołnierzy (556 oficerów i 3348 szeregowych).

Udział sojuszniczych wojsk ukraińskich wynosił zatem około 6% w siłach biorących udział w uderzeniu na Kijów. Wyprawę kijowską poprzedziło zawarcie 21 kwietnia 1920 r. sojuszu polsko-ukraińskiego, czyli tzw. umowy warszawskiej. Jej podstawą było porozumienie pomiędzy naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim i prezydentem URL Symonem Petlurą. Umowa została podpisana przez ministrów spraw zagranicznych Polski i URL (Jana Dąbskiego i Andrija Liwyckiego) i miała charakter tajny. Strona polska uznawała istnienie URL i rezygnowała z roszczeń do dawnych ziem I Rzeczypospolitej w granicach z 1772 r. Natomiast strona ukraińska rezygnowała na rzecz Polski z Galicji Wschodniej oraz większości terenów Wołynia i Polesia. Częścią składową umowy stała się tajna konwencja wojskowa z 24 kwietnia 1920 r, podpisana przez ukraińskiego gen. Wołodymyra Sinklera oraz działających w imieniu Piłsudskiego oficerów sztabowych Walerego Sławka i Wacława Jędrzejewicza.

Wyprawa kijowska stanowiła realizację tzw. koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego (w dużej mierze autorstwa Leona Wasilewskiego), sprowadzającej się najogólniej do utworzenia na ziemiach dawnej I Rzeczypospolitej federacji państw narodowych z przewodnią rolą Polski („rozprucie Rosji po szwach narodowościowych”). Działania te poparł premier (wówczas prezydent ministrów) Leopold Skulski – stojący na czele koalicyjnego rządu Narodowego Zjednoczenia Ludowego, Związku Ludowo-Narodowego, Narodowej Partii Robotniczej, PSL „Wyzwolenie”, PSL „Piast” i Stronnictwa Pracy Konserwatywnej. Jednak przeciwna działaniom Piłsudskiego była większość sejmowa – zarówno popierająca rząd Skulskiego endecja, jak i opozycyjna Polska Partia Socjalistyczna.

7 maja 1920 r. wojska inwazyjne zajęły Kijów, w którym 9 maja odbyła się defilada polsko-ukraińska. Wkraczające do Kijowa oddziały polskie spotkały się z rezerwą większości mieszkańców, nie uznających Polaków za sojuszników i w większości nie akceptujących władz Ukraińskiej Republiki Ludowej. Natomiast w Warszawie powracającemu z frontu Piłsudskiemu zgotowano wielką owację. Entuzjastyczne nastroje udzieliły się nie tylko jego zwolennikom. Związany z endecją marszałek Sejmu Wojciech Trąmpczyński w emocjonalnym przemówieniu przed kościołem św. Aleksandra powiedział: „Sejm cały nasz przez usta moje wita Cię Wodzu Naczelny, wracający ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał. Czynem orężnym zaświadczyłeś nie tylko o dzielności polskiego ramienia, ale wyrwałeś z piersi narodu i zamieniłeś w sztandar jego najlepszą tęsknotę, jego rycerstwo w służbie wolności narodów. Dzisiaj wie i widzi cały świat: Polska nie jest bezbronna! Naczelnemu Wodzowi naszej armii cześć!”.

Niestety, 26 maja rozpoczęła się kontrofensywa bolszewicka, przed którą musiały ustąpić siły polskie. 8 czerwca Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego wydało rozkaz odwrotu z Ukrainy. Siły polskie, wraz z nielicznymi ukraińskim sojusznikami, opuściły ostatecznie Kijów 13 czerwca 1920 r. Potem nastąpiło to co piłsudczykowska mitologia historyczna nazwała „agresją” albo „nawałą bolszewicką”, czyli kontynuacja kontrofensywy Tuchaczewskiego i Budionnego w kierunku etnicznych ziem polskich. Ofensywy, która dotarła pod Zamość, Warszawę i Toruń i której Piłsudski nie był w stanie powstrzymać. Ocalenie niedawno odrodzonego państwa – wbrew stworzonej później legendzie Piłsudskiego – nastąpiło dzięki umiejętnościom i zimnej krwi zawodowych generałów (Tadeusza Rozwadowskiego, Józefa Hallera, Władysława Sikorskiego) oraz heroicznej mobilizacji narodu.

Kontrofensywa Tuchaczewskiego i Budionnego – nazywana w polskich mediach niezgodnie z prawdą historyczną „agresją bolszewicką” – była nieunikniona w sytuacji, gdy wyprawa kijowska przyjęła taki a nie inny cel wojskowo-polityczny. Tym celem było stworzenie „samostijnej Ukrainy” i realizacja utopijnego programu federacyjnego. Dlatego zaatakowano nie tam, gdzie były skoncentrowane główne siły bolszewickie, co umożliwiło im przegrupowanie się i przejście do kontrofensywy na całym froncie.

Wyprawa kijowska została przygotowana przez Piłsudskiego w tajemnicy przed rządem, Sejmem i opinią publiczną, która była przeciwna programowi federacyjnemu naczelnika państwa i nie akceptowała jego układu z Petlurą. Sam Petlura, wchodząc w układ z Piłsudskim, nie reprezentował narodu ukraińskiego ani żadnej jego znaczącej siły politycznej. Układ ten odrzucały prawie wszystkie inne poza petlurowcami ukraińskie siły polityczne, uznając go za zdradziecki. Tak też traktuje go współcześnie ukraińska historiografia nacjonalistyczna.

Program federacyjny Piłsudskiego nie miał żadnych realnych przesłanek powodzenia. Bazował jedynie na naiwnej megalomanii samego Piłsudskiego, która przejawiała się w bezpodstawnym przekonaniu o własnej sile i lekceważeniu przeciwnika („Wyście trupy, Moskale, i biali, i czerwoni”). Kolejnym przejawem tej megalomanii było ignorowanie twardych realiów politycznych – tzn. antypolskiego charakteru nacjonalizmów ukraińskiego i litewskiego. Irracjonalizm programu federacyjnego pokazała nie tylko wyprawa kijowska.

Tego irracjonalizmu dowiodła również postawa państw, które Piłsudski zamierzał włączyć do swojej federacji (Litwa. Łotwa, Estonia) i które w momencie, gdy wojska bolszewickie podchodziły pod Warszawę paktowały z Rosją bolszewicką i zawierały z nią układy pokojowe. Litwini nawet przyjęli w prezencie od bolszewików 6 sierpnia 1920 r. ukochane przez Piłsudskiego miasto Wilno. Nieco wcześniej wojska litewskie we współdziałaniu z bolszewikami przekroczyły tzw. Linię Focha (linia demarkacyjna pomiędzy Polską a Litwą, wytyczona 26 lipca 1919 r. w imieniu Ententy przez marszałka Ferdinanda Focha) i zaatakowały wojska polskie, zajmując Nowe Troki oraz stację kolejową Landwarowo. Pomogło to odciąć siłom polskim drogę odwrotu w kierunku Oran i Grodna. Czy nie był to już wtedy – w 1920 r. – wystarczający dowód bankructwa programu federacyjnego Piłsudskiego?

Wyprawa kijowska została przyjęta z niechęcią we Francji. Tamtejsze koła polityczno-wojskowe uważały, że Piłsudski powinien współpracować nie z Petlurą – watażką, o którym w Paryżu niewiele wiedziano – ale z „białym” generałem rosyjskim Antonem Denikinem. Jednakże rozmowy prowadzone na przełomie 1919 i 1920 r. w imieniu Piłsudskiego z Denikinem przez misję wojskową gen. Aleksandra Karnickiego zakończyły się niepowodzeniem. Wedle publicystyki propiłsudczykowskiej – z winy Denikina, który miał nie uznawać wolnej Polski. Faktycznie jednak na fiasku tych rozmów zaważyła niechęć Piłsudskiego do „białych” i przekonanie o słuszności swojego programu federacyjnego, któremu przeciwni byli zarówno dawni carscy generałowie, jak i bolszewicy.

W momencie rozpoczęcia wyprawy kijowskiej opinia publiczna Europy Zachodniej uznała, że Polska jest agresorem i prowadzi politykę imperialistyczną. Uważały tak nie tylko lewica (zarówno komunistyczna, jak i socjaldemokratyczna) i ruch robotniczy, ale niemała część odległych od lewicy elit politycznych Zachodu. Dlatego w krytycznych dniach sierpnia 1920 r. Polska nie mogła liczyć na znaczącą pomoc wojskową Zachodu. Publicystyka propiłsudczykowska podkreśla, że strajki przeciwko wojnie Polski z Rosją bolszewicką, które wybuchły w lipcu 1920 r. w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech i Czechosłowacji, miały być inspirowane przez Komintern. Niezależnie od tego czy taka inspiracja rzeczywiście była czy nie, strajki te trafiły w antypolskie nastroje opinii publicznej w tych krajach.

Tylko i wyłącznie mitem stworzonym przez piłsudczyków – nieustannie w Polsce powielanym – jest twierdzenie, że w sierpniu 1920 r. Polska ocaliła Europę, a nawet cały świat przed „nawałą bolszewicką” (w egzaltowanej wersji „zarazą bolszewicką”). Bitwa warszawska nie była starciem milionowych armii, jak to sugeruje polska mitologia historyczna. Pod Warszawę dotarły stosunkowo szczupłe siły bolszewickie. Obie armie Tuchaczewskiego (3. i 16.), atakujące bezpośrednio Warszawę, liczyły na pierwszej linii zaledwie 30 tys. żołnierzy (razem z innymi jednostkami tyłowymi ok. 45 tys.), czyli niepełny stan trzech dywizji. Słynna 27. dywizja bolszewicka liczyła w polu 3 tys. ludzi, czyli miała siłę pułku. Jedna polska armia broniąca całego przedmościa Warszawy liczyła natomiast nieco pod 30 tys. ludzi. Na skutek mitologizacji kampanii wojennej 1920 r. powstało w Polsce przekonanie, że miał wtedy miejsce jakiś gigantyczny najazd jeśli nie milionów, to przynajmniej setek tysięcy bolszewików.

Często przytaczany rozkaz Tuchaczewskiego z lipca 1920 r., w którym była mowa, że przez trupa „białej Polski prowadzi droga ku ogólnoświatowej pożodze” nie jest bynajmniej dowodem realnej groźby podboju Europy przez bolszewików. Armia Tuchaczewskiego była wtedy za słaba, żeby podbić Europę Zachodnią. Tym bardziej nie mogła połączyć się z żadnymi tamtejszymi siłami rewolucyjnymi, ponieważ rewolucja socjalistyczna w Niemczech upadła rok wcześniej.

Polska w 1920 r. ocaliła nie Europę, ale jedynie swoją niepodległość. Ocaliła ją dzięki słabości przeciwnika, męstwu polskiego żołnierza i zimnej krwi generała Rozwadowskiego, któremu Piłsudski sześć lat potem rzucił w twarz: „Bitwę warszawską wygrałem ja”. Bezpośrednią przyczyną pojawienia się wojsk bolszewickich pod Warszawą w sierpniu 1920 r. była nieudana wyprawa kijowska, czyli próba realizacji przez Józefa Piłsudskiego utopijnego programu federacyjnego.

To wszystko wydaje się oczywiste, ale nie jest oczywiste dla powstałej w II RP mitologii piłsudczykowskiej, która pod koniec XX w. i na początku XXI w. została przyswojona przez siły solidarnościowe i postsolidarnościowe. Mit o rzekomym ocaleniu przez Polskę w 1920 r. Europy przed „nawałą” vel „zarazą bolszewicką” i słuszności programu federacyjnego Piłsudskiego ciąży od 100 lat nie tylko nad polską historiografią, ale i nad polską polityką. Fałszywa historia jest nauczycielką fałszywej polityki. Wspomniany mit legł w dwudziestoleciu międzywojennym u podłoża koncepcji politycznych obozu prometejskiego, przejętych później w uproszczonej formie przez część polskiej emigracji politycznej po 1945 r. i opozycję korowsko-solidarnościową w PRL, a po 1989 r. przez wyrosłe z tej opozycji elity polityczne III RP.

Głównym i nierealnym celem wyprawy kijowskiej było stworzenie antyrosyjskiej Ukrainy – państwa buforowego pomiędzy Polską i Rosją, które miało być albo polskim protektoratem, albo częścią planowanej przez Piłsudskiego „federacji”. Ta „federacja” w myśli obozu prometejskiego i jego epigonów przybrała kształt Intermarium (Międzymorza), czyli antyrosyjskiego bloku państw w Europie Wschodniej pod przewodem Polski. Irracjonalna wiara w powstanie zależnej od Polski i antyrosyjskiej Ukrainy, jak również Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii (Intermarium), od stulecia jest ideą przewodnią polskiej myśli „mocarstwowej”, a po 2014 r. przybrała w niektórych środowiskach postać szczególnie groteskową i zarazem niebezpieczną. Wiary tej nie zachwiały nawet tragiczne doświadczenia historyczne z nacjonalizmem ukraińskim i litewskim. Wydaje się, że nie zdoła nią zachwiać cokolwiek, bo sekciarstwo polityczne jest odporne na logikę.

Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

P2667 k bis.jpg
Setna rocznica wydarzeń z 1920 r. jest okazją dla politycznych epigonów piłsudczyzny i prometeizmu do powielania i utrwalania tendencyjnego przekazu historycznego, a przede wszystkim do uzasadniania ówczesnej polityki Piłsudskiego i tym samym nawiązującej do niej polityki wschodniej współczesnej Polski.

Temu został poświęcony m.in. noworoczny „Biuletyn IPN” – nr 1-2 (170-171), styczeń-luty 2020 – zatytułowany „Sojusznicy Polski w XX wieku”. Więcej niż połowa tego numeru dotyczy polityki i sojuszników Piłsudskiego w 1920 r. Są to następujące teksty: „Piłsudskiego projekt wschodni” (Andrzej Nowak w rozmowie z Anną Zechenter), „Geneza sojuszu polsko-ukraińskiego w 1920 roku” (Mirosław Szumiło), „Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 roku” (Andrij Rukkas), „Wywiad wojskowy Ukraińskiej Republiki Ludowej w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku” (Marek Kozubel), „Stanisław Bułak-Bałachowicz i jego żołnierze” (Kazimierz Krajewski), „Operacja »Zima«. Współpraca polsko-łotewska w wyzwoleniu Łatgalii na Łotwie” (Eriks Jekabsons), „Polska i Gruzja w 1920 roku” (Paweł Libera), „Borys Sawinkow. Polityk, który chciał wybawić Rosję od niej samej” (Łukasz Dryblak). Już same tytuły tych artykułów sugerują, że Piłsudski miał rzekomo w 1920 r. poważnych sojuszników, a jego projekt federacyjny był realny.

Prof. Andrzej Nowak tak widzi genezę federacyjnych planów Piłsudskiego: „Dorastał w świecie, mówiąc dzisiejszym językiem, wieloetnicznym i wielowyznaniowym, z tradycjami geopolitycznymi zakorzenionymi w odwiecznej walce z Moskwą. Z mlekiem matki wyssał przekonanie, że Litwa może przetrwać tylko w związku z Polską, czyli w unii”. Od razu nasuwa się refleksja, że było to przekonanie całkowicie subiektywne i wręcz irracjonalne. Zupełnie nie podzielali go w 1918 r. i później nacjonaliści litewscy, którzy swojego politycznego mentora widzieli w Niemczech, a nie w Polsce. Poza tym te „geopolityczne tradycje” Liwy zakorzenione w „odwiecznej walce z Moskwą” to mit. Chodzi tu głównie o powstanie styczniowe, wywołane przez obóz czerwonych wbrew wszelkiej logice politycznej, do którego na Litwie akces zgłosiła część zubożałej polskiej szlachty, ale bynajmniej nie Litwini.

Prof. A. Nowak uparcie pielęgnuje ten mit stwierdzając, że dziedzictwo powstania styczniowego, to „pamięć Rzeczypospolitej, którą próbowano odbudować na nowo w 1863 r. jako wspólnotę trzech narodów: Litwinów, Polaków i Rusinów. W pamięci Piłsudskiego zachowało się przeświadczenie, że te trzy nacje i tradycje gnębione przez moskiewski imperializm mogą razem tworzyć ogromną siłę. (…) Na Syberii mentorem młodego Piłsudskiego stał się Bronisław Szwarce, jeden z organizatorów Powstania Styczniowego, świadek epoki, podtrzymujący tradycje powstańcze. Obaj uważali, że do pokonania carskiej Rosji potrzebna jest współpraca wielu narodów”.

Prof. A. Nowak udaje, że nie wie, iż idea wskrzeszenia Polski w 1863 r. jako „Rzeczypospolitej Trojga Narodów” było zupełną abstrakcją polityczną, w którą nie wierzyli nawet co niektórzy przywódcy powstania styczniowego. Na pewno mało kto chciał o tym wówczas słyszeć spośród etnicznych Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Ta polityczna abstrakcja została przyswojona przez Piłsudskiego – ukształtowanego na fałszywym micie powstania styczniowego i polskiego romantyzmu politycznego – i legła u podstaw forsowanej przez niego w latach 1918-1920 „idei federacyjnej”. U podstaw tej idei nie było jakiegokolwiek realizmu politycznego. Opierała się ona jedynie na romantycznych marzeniach i niczym więcej, a to w polityce jest niedopuszczalne i niewybaczalne. Nikt – ani w 1863, ani w 1918 r. – nie oczekiwał na Litwie, Białorusi i Ukrainie powrotu pod płaszczykiem „idei federacyjnej” polskiego panowania, kojarzonego tam wyłącznie z władzą „polskich panów”, czyli obszarników ziemskich. Nikt też tam tego nie oczekiwał później i nie oczekuje dzisiaj, co warto za każdym razem uświadamiać obozowi politycznemu, z którym sympatyzuje prof. A. Nowak.

Pan profesor zresztą wcale nie ukrywa tego, jaki był rzeczywisty charakter „idei federacyjnej”. Mówi o tym wprost: „W przypadku Piłsudskiego nie warto mówić o ideach federacyjnych inaczej niż jako o narzędziu. Wyłącznie tak należy na to patrzeć. Nie, Piłsudski ideowym federacjonistą nie był. W znanym liście do Wasilewskiego z 1919 r. pisał, że modne są »doktrynki federacyjne«, więc trzeba mówić tym językiem”. Chodziło zatem tylko o język. Za parawanem tego języka o „federacji” kryła się faktycznie idea polskiego panowania na Wschodzie. Problem w tym, że tylko Piłsudskiemu wydawało się, a dzisiaj wydaje się to jego epigonom, iż polskie panowanie jest dla Białorusinów, Litwinów i Ukraińców lepsze od rosyjskiego. Takiego przekonania te narody wtedy jednak nie podzielały i nie podzielają go tym bardziej teraz. Jeśli już – to punktem odniesienia będzie dla nich Berlin, dzisiaj także Waszyngton, a nie Warszawa. Dlatego próba realizacji koncepcji Międzymorza – dziecka „idei federacyjnej” – w istocie zawsze będzie prowadziła do realizacji niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, czyli wtłoczenia Polski w niemiecką strefę wpływów. Ewentualnie będzie – jak obecnie – narzędziem utrwalenia amerykańskiej dominacji politycznej nad tą częścią Europy.

Młode, a co za tym idzie agresywne nacjonalizmy litewski i ukraiński, które weszły na arenę dziejów pod koniec pierwszej wojny światowej dzięki protekcji Berlina i Wiednia, nie dążyły bynajmniej do jakiegokolwiek związku z Polską. Nie tylko dlatego, że były w latach 1917-1918 politycznym narzędziem Berlina i Wiednia, ale przede wszystkim dlatego, że historycznie postrzegały Polskę jako zaborcę (nie wnikam czy słusznie czy nie), a co za tym idzie wroga ich aspiracji niepodległościowych w stopniu znacznie większym niż Rosję. Czy tego epigoni piłsudczyzny naprawdę nie są w stanie dzisiaj pojąć? Nie tylko po stu latach od wydarzeń roku 1920, ale po późniejszych tragicznych doświadczeniach z nacjonalizmami litewskim i ukraińskim, zwłaszcza z okresu drugiej wojny światowej.

Również red. Piotr Zychowicz – drugi obok prof. A. Nowaka znany epigon piłsudczyzny i prometeizmu – pisze dzisiaj całkiem otwarcie o rzeczywistym charakterze „idei federacyjnej”. Tekst „Wielki plan Piłsudskiego” [1] Zychowicz zaczyna od stwierdzenia: „Federacja z Ukrainą miała być imperialną Rzeczpospolitą w nowej formule. Miała przywrócić Polsce hegemonię w regionie”.

Nie o federację sensu stricto zatem Piłsudskiemu chodziło, ale o „polskie imperium” nawiązujące do terytorialnego kształtu Polski przedrozbiorowej, o którym nadal śnią współcześni epigoni piłsudczyzny. Już w latach 1918-1920 nie był to bynajmniej wielki plan polityczny, a jedynie irracjonalne i niebezpieczne marzenia. W dodatku w Polsce nikt poza Piłsudskim i wąskim gronem jego najbliższych, fanatycznie oddanych mu wyznawców, w powodzenie tego planu nie wierzył. Ponadto status Ukrainy w tej „federacji” miał przypominać status Generalnego Gubernatorstwa w okresie okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej.

To była woda na młyn młodego nacjonalizmu ukraińskiego i jego późniejszej atawistycznej nienawiści do Polaków. Rzeź wołyńsko-małopolska z lat 1943-1944 miała swoją praprzyczynę m.in. w „idei federacyjnej” Piłsudskiego, co w Polsce mało kto chce sobie dzisiaj uświadomić. Wreszcie 90% ukraińskich sił politycznych było wrogo nastawione do polityki Petlury i uważało jego umowę z Piłsudskim z kwietnia 1920 r. za zdradę narodu ukraińskiego. Tak wiec Zychowicz – pisząc, że „federacja” z Ukrainą miała przywrócić hegemonię Polski sprzed 300 lat na Wschodzie – uprawia klasyczne chciejstwo. Identyczne jak piłsudczycy i prometeiści w okresie II RP. Taka jest prawda o ich „polityce mocarstwowej” teraz i obecnie.

Prof. A. Nowak jest też świadomy, że Piłsudski wiedział, że jego „idee nie zostaną przyjęte w Paryżu – podobnie jak jakiekolwiek ambitniejsze plany polskie. Zachód przyzwyczaił się do kadłubowego Królestwa Polskiego utworzonego na kongresie wiedeńskim i kończącego się na Bugu. Taką Polskę miał na myśli prezydent USA Woodrow Wilson, umieszczając w orędziu do Kongresu słynny 13. punkt przewidujący powstanie niepodległej Polski. Miało to być państwo w granicach Królestwa Kongresowego z Galicją Zachodnią i jakimś dostępem do morza, może tylko z wolną żeglugą przez Wisłę. Mocarstwa zachodnie przewidywały maleńką Polskę, która nie przeszkadzałaby Rosji. Odbudowanej wielkiej Rosji”.

Ani jednak Piłsudski, ani zafascynowany nim prof. A. Nowak, nie potrafili wyciągnąć z tych faktów wniosku co do szansy powodzenia „idei federacyjnej” i jej prometejskiej mutacji w postaci koncepcji Międzymorza. Albo bowiem myślimy kategoriami realizmu politycznego, albo uprawiamy marzycielstwo. Między jednym a drugim jest bardzo głęboka przepaść. Pan profesor nie jest też chyba świadomy tego, że próba realizacji „idei federacyjnej” zaważyła na klęsce Polski w 1939 r. 17 września 1939 r. miał swoje źródło m.in. w wydarzeniach 1920 r., podobnie jak i stanowisko mocarstw zachodnich zajęte wobec wschodniej granicy Polski na konferencjach w Teheranie (1943) i Jałcie (1945).

O tym jak Piłsudski traktował partnerów proponowanej przez siebie „federacji” świadczy też podjęta przez niego w 1919 r. próba zamachu stanu w Kownie. Wspomina o tym prof. A. Nowak: „Żołnierze polskiej konspiracji, czyli Polskiej Organizacji Wojskowej, mieli w końcu sierpnia 1919 r. obalić tam rząd i proklamować nowy – litewski, ale propolski. Przewrót się nie powiódł, zamachowców aresztowano, siedzieli później długie lata w twierdzy kowieńskiej. Po sierpniu o żadnym porozumieniu polsko-litewskim już oczywiście nie mogło być mowy. Jasne stało się, że Wilno można utrzymać przy Polsce tylko siłą, a Litwini uznali, że głównym zagrożeniem dla ich narodowości jest związek z Polską, a nie z Rosją”.

Pan profesor nie wyciągnie już jednak wniosku, że Piłsudski robił w tej sytuacji to samo co bolszewicy. Jak bolszewicy obalali rządy w innych państwach i ustanawiali w ich miejsce swoje to źle, a jak Piłsudski robił coś takiego to dobrze? Tak wygląda to myślenie w „kategoriach mocarstwowych”?
Prof. A. Nowak szczerze też przyznał: „Ukraińcy z Galicji Wschodniej, najmocniej związani z wizją własnego państwa, widzieli sprawy inaczej. Ci, którzy najsilniej czuli się Ukraińcami, uważali Polskę za wroga. Galicja Wschodnia była zapewne ważniejsza dla Ukrainy niż Nicea dla Włoch. Także Ukraińcy znad Dniepru nie poparli w swojej masie Petlury, bo zaznali już od 1917 r. kilkunastu rządów, kolejnych rekwizycji, przemarszów wojsk. Byli po prostu śmiertelnie znużeni”. Nie dlatego. panie profesorze. Dlatego, że również myśleli kategoriami narodowymi i Petlura była dla nich zdrajcą. Po prostu nie widzieli różnicy pomiędzy Ukrainą będącą w „federacji” republik radzieckich, a będącą w „federacji” z Polską. Dlatego rachityczny „sojusz” Polski z Petlurą nie miał żadnego sensu i dlatego „wyprawa kijowska” zakończyła się fiaskiem i ściągnęła na Polskę śmiertelne niebezpieczeństwo ze Wschodu.

O planach tej „wyprawy” prof. A. Nowak mówi następująco: „Tuż przed rozpoczęciem operacji kijowskiej Piłsudski mówił dowódcy tego odcinka frontu, gen. Antoniemu Listowskiemu, że trzeba będzie dać osłonę Ukraińcom przynajmniej do końca lata. Zakładał, że będą oni mieli kilka miesięcy, by tam okrzepnąć. I że to oni pod dowództwem Petlury sami wywalczą sobie później drogę do Morza Czarnego”. Przecież to były surrealistyczne mrzonki. Dla pana profesora nie jest to oczywiste? Petlura miał tylko kilka tysięcy ludzi i nikt go na zajętych przez wojska polskie terenach Ukrainy nie poparł.
Także prof. A. Nowak mówi otwarcie o błędach militarnych Piłsudskiego: „Mylnie zakładał, że bolszewicy przyjmą walną bitwę na odcinku ukraińskim i że uda mu się ich tam pokonać w decydujący sposób. Bolszewicy tymczasem wycofali się z Kijowa, a on uderzył w próżnię. Wojsko Polskie zajęło miasto, ale wroga nie rozbiło. Piłsudski nie docenił też siły zapowiadanego natarcia [bolszewików] z północy, idącego przez Białoruś”. Taki los spotykał każdego kto atakował Rosję – bez względu na jej barwę polityczną – poczynając od Napoleona.

Bohdan Piętka
CDN
[1] P. Zychowicz, „Wielki plan Piłsudskiego”, www.dorzeczy/historia, 23.04.2020.
Fot. 1 DP Leg. wkracza do Kijowa (for. Muzeum Niepodległości), koloryzacja Mirosław Szponar
Myśl Polska, nr 19-20 (10-17.05.2020)

Opublikowano za:

http://www.mysl-polska.pl/2288

http://www.mysl-polska.pl/2303

Wypowiedz się