Kolonializm made in England (część 1-3)

Kolonializm made in England

Chyba nie ma nic gorszego jak odbieranie ludziom ich kraju, ubezwłasnowolnianie ich samych i zamienianie w niewolników.

Żaden naród nie może tego ścierpieć, więc czasem przez wieki walczy o niepodległość, a gdy ją już sobie wywalczy okazuje się, że jego własny rząd go sprzedaje temu samemu lub innemu najeźdźcy. Ten drugi okres nazywamy neokolonializmem.

W różnych encyklopediach można znaleźć różne definicje kolonializmu, ale są one encyklopedycznie „grzeczne”, oficjalne i naukowe, w związku z czym nie ukazują, czym kolonializm naprawdę jest. Choć patrząc na mapy świata z okresu międzywojennego, widzimy nagie fakty, to jednak trudno sobie zaiste wyobrazić, jak to się stało, że tak maleńki kraj europejski, jakim jest Anglia, potrafił sobie podporządkować olbrzymie obszary Afryki, Azji, obu Ameryk oraz Australię, Nową Zelandię i tysiące wysp na wszystkich morzach świata.

Dość powiedzieć, że sama tylko Wielka Brytania do lat 20′ XX wieku posiadała lub kontrolowała ¼ obszaru planety wraz z jej liczną populacją, chwaląc się, że w Imperium Brytyjskim nigdy słońce nie zachodzi.

Faktycznie do zakończenia drugiej wojny światowej w 1945 roku, poza Europą niewiele było krajów naprawdę niepodległych na świecie, ponieważ obok Anglii kolonie, dominia i protektoraty posiadały takie państwa europejskie jak Francja, Niemcy, Hiszpania, Portugalia, Holandia i Włochy.

Kolonializm rodzi się z najohydniejszej ludzkiej cechy jaką jest chciwość wraz z jej licznymi pochodnymi, jak pazerność, zaborczość, nieuczciwość, zakłamanie, złodziejstwo, oszustwo, przekupstwo, krzywoprzysięstwo, zanik ludzkich uczuć itd. Na temat kolonializmu napisano wiele tomów, zaś w bibliotekach można znaleźć setki tysięcy książek w taki lub inny sposób nawiązujących do sytuacji ludzi w krajach kolonialnych. W wielu z nich można znaleźć fragmenty, które jeżą włosy na głowie i u co bardziej emocjonalnych czytelników wzbudzają chęć natychmiastowego odwetu.

Muszę lojalnie przyznać, że czytając książkę Bruce Eldera pt. „Blood on the Wattle” o masakrach Aborygenów w Australii od 1788 do 1928 roku oraz „Maybe Tomorrow” Booriego Priora o traktowaniu ich do dziś, odczuwałem paraliżującą bezsilność, żal i oburzenie, a jednocześnie nie mogłem pojąć, jak może człowiek uważający się za „cywilizowanego” być tak prymitywnym barbarzyńcą i robić taką krzywdę bliźniemu. Ktoś tak „cywilizowany” jak Anglik — trzeba dodać.

Dopóki mieszkałem w Polsce, moje pojęcie o Anglikach było bardzo mgliste i dokładnie zgadzało się z obrazem, jaki utarł się w świadomości większości Polaków. Anglika widzi się jako nobliwego blondyna z małym płowym wąsikiem, siedzącego o 5-tej po południu w klubie i popijającego herbatę.

Taki Anglik jest również znany z powieści kryminalnych Conan Doyla, przedstawiających dwóch dystyngowanych dżentelmenów, Sherlocka Holmesa i doktora Watsona. Wielu z nas pamięta również Beatlesów, miłych długowłosych chłopców z Liverpoolu.

Czasami widziało się jakieś zdjęcia przedstawiające upozowaną grupę brytyjskich żołnierzy, zawsze w nieskazitelnie czystych mundurach oraz kolonialnych zdobywców ubranych na biało, zapiętych pod szyję, z białymi, korkowymi hełmami tropikalnymi na głowie.

Trochę bardziej prawdziwy obraz przedstawił Janusz Meissner w swoich powieściach o polskich dywizjonach lotniczych w czasie drugiej wojny światowej, ale był to nadal obraz niepełny i daleki od rzeczywistości.

Jeśli ten tekst przeczytają ci Polacy, którzy w takich lub innych okolicznościach zetknęli się z prawdziwymi Anglikami z racji chociażby wyjazdu na Wyspy Brytyjskie do pracy, wielu z nich przyzna mi prawdopodobnie rację, że Anglicy są narodem bardzo specyficznym i nie dziwota, że stać ich na różne rzeczy opisane w mojej książce.

Zagarnięcie jednej czwartej świata odbyło się „ogniem i mieczem” w dosłownym tego słowa znaczeniu, chociaż w istocie miecz — który służy do walki wręcz i tym samym daje pewne szanse przeciwnikowi — został zastąpiony wielostrzałowym, szybkostrzelnym sztucerem, który przeciwnikowi uzbrojonemu w dzidę, kij, kamień lub łuk, nie daje żadnych szans.

Po spektakularnych zwycięstwach brytyjskiej armii nad „dzikimi”, zawsze przychodziła kolej na niesamowity wyzysk miejscowej ludności zamienianej w niewolników i zapędzanej do niewolniczej pracy.

Skolonizowane kraje były doszczętnie łupione ze wszystkiego co się dało załadować na statki i przetransportować do Anglii, aby karmić bezdenne paszczęki brytyjskich, powstających jak grzyby po deszczu fabryk.

Podbite kraje uważano za własność brytyjskiej korony, zaś zagrabione surowce za własność angielskich biznesmenów.

Encyklopedyczne definicje mówią, że kolonializm przysparzał bogactw metropoliom i powodował wzrost dobrobytu ich mieszkańców, co wygląda na bezczelną apoteozę kolonializmu pisaną przez ludzi, którzy sami niewiele widzieli, niewiele wiedzą, zaś ich definicje są jedynie kompilacjami tego co napisali inni.

Prawda wygląda zupełnie inaczej. Kolonie brytyjskie wzbogacały brytyjskich kapitalistów oraz skarb królewski, który ściągał z nich lichwiarskie podatki, inspirując do jeszcze większej zaborczości i szukania następnych krajów bogatych w surowce. Brytyjskie społeczeństwo nie miało z kolonii żadnych korzyści, zaś po wprowadzeniu mechanizacji w pierwszej połowie XIX w, szumnie nazwanej „rewolucją przemysłową”, straciło również wiele miejsc pracy. Nawet jednak ci, którzy pracę mieli, przymierali głodem, ponieważ ceny rosły, a płace nadal stały w miejscu, niezależnie od bogacenia się właścicieli fabryk.

Erę kolonialną zapoczątkowały wielkie odkrycia geograficzne, które tradycyjnie kojarzy się z początkiem europejskiego renesansu.

Z podręczników historii wiemy co ten termin znaczy, jednakże musimy sobie zdawać sprawę, że kryje się pod nim nie tylko pojawienie się geniuszy sztuki i nauki, ale przede wszystkim bogacenie się klas średnich i wyższych niektórych europejskich społeczeństw. Niższe ich warstwy nadal nurzały się w mrokach średniowiecza, nadal istniał feudalizm, ciemnota i wyzysk.

Niektóre co bardziej przedsiębiorcze jednostki klasy średniej przechodziły do wyższej klasy nie z racji swojego arystokratycznego urodzenia, lecz pod wpływem coraz bardziej pazernego gromadzenia dóbr materialnych. Tak było na przykład we Włoszech i Hiszpanii, które podniecone odkryciami nowych lądów zapoczątkowały podboje kolonialne. Jednak nadal prym wiedli Anglicy kolonizując znaczne obszary Ameryki Północnej.

Ponowne odkrycie Ameryki przez Kolumba wzbudziło w podupadającej Hiszpanii żądzę złota, zaś każda kolejna wyprawa konkwistadorska tylko ją wzmacniała.

Znaleziono na Ziemi krainy, gdzie naczynia kuchenne i inne przedmioty codziennego użytku były ze złota, co kolonizatorów utwierdzało w przekonaniu o prymitywizmie krajowców, którzy nie znali wartości tego kruszcu i lekkomyślnie marnotrawili to, co w Europie z szacunkiem i pietyzmem nosili na sobie najbogatsi.

Jakie bestialstwo towarzyszyło odbieraniu tych bogactw pokojowo nastawionym krajowcom, ukazują liczne publikacje na temat masakr Azteków, Majów, Tolteków i Inków. Wszystkie chwyty były dozwolone i cel uświęcał środki — celem zaś było złoto, więcej złota i jeszcze więcej złota.

Wkrótce się jednak przekonano, że złoto wcale nie jest najcenniejszym pierwiastkiem chemicznym, bo liczba jego nabywców ogranicza się do nielicznej grupy ludzi zamożnych. Wyrobem przedmiotów ze złota zajmowały się niewielkie warsztaty, a tymczasem z dekady na dekadę coraz szybciej powstawał wielki przemysł produkujący o wiele bardziej użyteczną i chodliwą masówkę, na której można zarobić o wiele więcej niż na złocie.

Wraz z odkryciem licznych właściwości węgla, pełną parą ruszył przemysł wydobywczy, który dostarczał go do domów i fabryk. Odkrycie ropy naftowej zainspirowało olbrzymi boom przemysłu naftowego, który istnieje do dnia dzisiejszego i powoduje dalszą falę kolonializmu i międzynarodowych konfliktów zbrojnych. Spektakularne zburzenie Hiroszimy i Nagasaki oraz okres zimnej wojny, wywołały gorączkowe poszukiwania i eksploatację złóż uranu i innych pierwiastków radioaktywnych.

Ostatnio oglądam serię filmów opartych na cyklu powieściowym Agaty Christie, pt. „Miss Marple”. Tytułowa postać to staruszka o genialnym umyśle, wyjątkowej spostrzegawczości, zdolności kojarzenia i analizowania faktów. Oczywiście rozwiązuje wszystkie zagadki kryminalne ku zazdrości lokalnego inspektora policji. Filmy kręcone są w pięknej scenerii angielskiego miasteczka, w starych zamkach i wiktoriańskich domach, zaś dla wielu aktorów są one okazją do zagrania ostatnich ról w życiu jako niesamowicie bogaci, starzy ludzie.

Wyglądają tak, jak to sobie wyobrażamy w Polsce: płowy wąsik, elegancki garnitur, w domu antyki i kosztowne bibeloty, pielęgniarka, służba, kamerdyner i naturalnie szerokie znajomości wśród takich samych jak oni. Prawie każdy ma stopień co najmniej pułkownika, reszta zaś swoje majątki zdobyła lub odziedziczyła dzięki działalności kolonialnej swojej lub jakiegoś przodka.

Oglądając te sympatyczne filmy jestem przekonany, że niewielu jest takich, którzy zadają pytanie, jaką to „działalność kolonialną” ma na sumieniu ten i ów z tych nobliwych dżentelmenów?
Może jakiś jego przodek handlował niewolnikami?
Może uczestniczył w indyjskich powstaniach narodowych i strzelał do Hindusów jak do dzikich kaczek?
Może eksterminował australijskich Aborygenów, „zatrudniał” krajowców afrykańskich w „swoich” kopalniach?
Jednak jest jedno pytanie, które jak bumerang ciągle powraca. Czy angielska królowa i cała reszta „royalty” (czyt. pasożytów), zdaje sobie przez chwilę sprawę, jak te bogactwa są przesiąknięte krwią, łzami i potem zniewolonych ludzi?
Jak oni mogą spać w nocy i spokojnie umierać?

  Kolonializm made in England 2

Kolonializm to również handel niewolnikami. Wprawdzie w XV wieku był on w rękach Arabów, którzy odprowadzali niewolników do swoich sułtanatów na wschodzie Afryki i w Małej Azji, ale odbywało się to na stosunkowo niewielką skalę.

Prawdziwy biznes zapoczątkowali dopiero Anglicy, którzy od XVII w. prowadzili go w podbitych krajach afrykańskich, niejednokrotnie wykorzystując i podsycając waśnie międzyplemienne.

Kilkuosobowe grupy uzbrojonych po zęby białych rzezimieszków napadały na wioski, likwidowały tych, którzy stawiali opór, a resztę zakuwały w kajdany, prowadząc grupę jeńców do najbliższego punktu zbornego, po czym wyruszały na następne polowanie.

Po zebraniu odpowiednio licznej grupy, inni biali odprowadzali ją do najbliższego portu, gdzie niewolników pakowano na żaglowce udające się do Ameryki Północnej i na Wyspy Karaibskie.

Ten kto przeżył kilkutygodniową podróż na drugą stronę Atlantyku — nb. śmiertelność na statkach sięgała ponad 70%, głównie wśród dzieci — był sprzedawany na targu białym plantatorom bawełny i trzciny cukrowej.

Anglicy przez trzy wieki parali się tym procederem, sprzedając w końcu biznes Arabom, którzy od tej pory łapali Murzynów i dostarczali do portów, zaś Anglicy zajmowali się nadal transportem i sprzedażą w kraju docelowym.

W ten sposób Arabowie robili całą czarną robotę, zaś Anglicy w białych rękawiczkach resztę kokosowego biznesu.

Jak się obecnie oblicza, z Afryki wywieziono ok. 100 milionów ludzi. Ilu dotarło do miejsca przeznaczenia — tego nikt dziś nie jest w stanie powiedzieć.

Era kolonialna w Australii zaczęła się od momentu lądowania kapitana Cooka w kwietniu 1770 roku. Wprawdzie kapitan miał zapowiedziane, żeby liczył się z krajowcami, ale jak to bywa w przypadku zetknięcia się krańcowo odmiennych kultur, nie zrozumiano się, doszło do kłótni, a następnie do salwy z muszkietów, której odpowiedział deszcz oszczepów, kamieni i bumerangów. Kilku Aborygenów zraniono, reszcie udało się uciec.

W styczniu 1788 roku kapitan Artur Phillip przywiózł do Australii pierwszy transport zesłańców i utworzył pierwszą kolonię karną w miejscu, gdzie obecnie jest Sydney. Rocznica zatknięcia przez niego brytyjskiej flagi 26 stycznia 1788 roku jest do dziś świętem narodowym Australii.

Świętujemy moment rozpoczęcia masowej eksterminacji Aborygenów oraz rabunku i eksploatacji ich kraju. Doprawdy hipokryzja typowa dla Anglików.

W 1839 roku do Australii przybył Paweł Edmund Strzelecki, z wykształcenia geolog i geograf, zaś z zamiłowania biolog i naturalista. Australia, Nowa Zelandia i Tasmania zawdzięczają mu pierwsze profesjonalne badania, które ujawniły istnienie złóż wielu minerałów, odkrycie wielu nieznanych do tamtej pory pożytecznych roślin oraz gatunków miejscowych zwierząt.

Strzelecki znalazł również złoto i bogate rudy srebra, ale ówczesny gubernator australijski, Gibbs, skłonił naiwnego Polaka do zatajenia tego faktu bojąc się gorączki złota i konsekwencji z nią związanych.

W kilkanaście lat później ktoś inny odkrył złoto, co mu przyniosło majątek i sławę — Strzelecki dostał dyplom i order.

Już w 1770 roku uczeni przybyli na żaglowcu Cooka uznali, że nowoodkryty kraj doskonale nadaje się do brytyjskiego osadnictwa i kolonizacji. Ich raporty spowodowały fale osadników, które od końca XVIII wieku nieprzerwanie płynęły aż do pierwszych dekad XX wieku.

Australia została początkowo podzielona na olbrzymie latyfundia nadawane szczodrze odkrywcom, a następnie kolonialnym dygnitarzom, które później były dzielone na mniejsze farmy. Jednocześnie dawano ziemię każdemu kto chciał i tyle ile chciał.

Pod koniec XIX wieku w Australii nie było już ani piędzi, która nie należałaby do jakiegoś białego, poza terenami pustynnymi, których nikt nie chciał.

Wszystkie te ziemie były wcześniej własnością Aborygenów i odbierane były brutalnie różnymi sposobami, w tym przy pomocy masakr grup plemiennych, trucia i zakażania śmiertelnymi chorobami.

Kolonizacja jest bezpardonowym niszczeniem bez liczenia się z konsekwencjami dla skolonizowanego kraju.

W Azji i Afryce nie byłoby dziś takiej nędzy i zacofania, gdyby te kraje pozostawiono samym sobie i pozwolono im na swoją własną politykę i gospodarkę. Istnieje wiele politycznych sposobów i można to osiągnąć, ale oczywiście trzeba chcieć.

Tymczasem kraje rozwinięte wolą zagarniać zasoby krajów zacofanych, nie troszcząc się o to co będzie dalej.

Tak zwany neokolonializm polega na tworzeniu w krajach zacofanych rewolucji, a następnie marionetkowych „demokratycznych” rządów totalnie podporządkowanych najeźdźcom, które oddają wszystko okupantowi za łapówki idące do jego własnej kieszeni.
W ten sposób odbywa się „legalizacja” pospolitego rabunku, bo w takich przypadkach kolonizator dostaje „darowizny” od oddanego mu rządu lub kupuje za bezcen od kliki rządzącej, która kraj traktuje jak swoją własność.

W obu przypadkach naród nie ma nic z tak pojmowanego „eksportu”, czyli jego sytuacja jest identyczna jak w przypadku zwyczajnego kolonializmu.

W krajach neokolonialnych kolonizatorzy nie budują lokalnego przemysłu, lecz prowizoryczne blaszane szopy, do których przenoszone są biznesy z krajów rozwiniętych. Zachodni biznesmeni zaopatrują je w przechodzone maszyny i linie produkcyjne, ale nadal większość operacji produkcyjnych odbywa się ręcznie. W ten sposób powstają fabryki, w których pracują miejscowi ludzie za dniówkę w wysokości na ogół nie przekraczającą jednego dolara. Niektóre fabryki wytwarzają półprodukty, które następnie są montowane, wykańczane i pakowane systemem chałupniczym, gdzie dniówka jest jeszcze niższa, bo zatrudnione są głównie dzieci.

Ten system bardzo skutecznie zabija gospodarkę krajów zachodnich, ale rządy zdominowane i będące na garnuszku wielkiego biznesu, zdają się tego nie zauważać.

Na przykład w Australii przemysł coraz szybciej zanika, bo przenoszony jest do Indonezji, na Filipiny, do Korei, Wietnamu, Tajlandii i oczywiście do Chin.

W konsekwencji Australia utraciła wiele miejsc pracy i wielu Australijczyków musiało się przekwalifikować lub przejść na bezrobocie.

Z drugiej strony, ekstremalnie niskie płace w krajach, gdzie przenoszony jest przemysł, powodują, że ludność nadal żyje w biedzie, choć ma już co do garnka włożyć za pieniądze, które wydaje w supermarketach często należących do tych samych biznesmenów.

Większość supermarketów należy do wielkich zachodnich korporacji, które sprowadzając tanie, tandetne towary, kładą na łopatki miejscowy drobny przemysł, rzemiosło i rolnictwo.

To ostatnie zjawisko widzimy również w Polsce od początku lat 90′ XX w. do dzisiaj.

I oczywiście w Australii. Na półkach mamy amerykańskie pomarańcze, cytryny, jabłka, a nawet banany, choć w różnych miejscach Australii są tysiące sadów, których gałęzie łamią się od owoców.

W mojej okolicy są sady mango i avocado, ale na półkach leżą te same owoce sprowadzane 6 tys. km z Perth w Australii Zachodniej.

Najważniejszy jest bowiem biznes i jeśli dealer ma możliwość kupić taniej, to kupuje, zaś za transport przecież i tak zapłaci klient. Dealer i sklepikarz nigdy nie mogą stracić.

Dealerzy bardzo chętnie kupowaliby warzywa i owoce w Azji, ale australijskie przepisy są pod tym względem bardzo surowe i wszystko co przychodzi stamtąd jest przepuszczane przez komory gazowe lub napromieniowywane.

W australijskich supermarketach nad wieloma towarami wiszą duże tabliczki mówiące, że ten produkt jest „z dumą produkowany w Australii przez australijską firmę”, gdy się jednak bliżej przyjrzeć tym mikroskopijnym literkom na dole etykiety, okazuje się, że faktycznie został przywieziony z Tajwanu lub wielkich Chin, Korei lub jakiegoś innego kraju azjatyckiego.

Mówi nam to, że biznes jest wprawdzie własnością jakiegoś Australijczyka, ale jego zakład jest w którymś z tych krajów i tam odbywa się produkcja tego co jest właśnie na półce. I jest to na ogół produkt wprawdzie tani, ale supertandetny.

Naturalnie australijski biznesmen płaci cła i podatki, ale ma wielkie zniżki — od strony Australii za to, że pomaga krajowi zacofanemu, zaś od strony tamtego kraju, bo przyczynia się tam do rozwoju przemysłu.

Wszystko to oczywiście papierowa fikcja —  natomiast krociowy zysk zachodniego biznesmena jest jak najbardziej realny.

W ten sposób cywilizowane kraje rozwinięte „pomagają” krajom rozwijającym się. W przypadku zmiany koniunktury producent z dnia na dzień zwija biznes. Po prostu zostawia umyślnie zepsute maszyny i bezwartościową budę z falistej blachy, wsiada w samolot i wraca do kraju, gdzie dostaje wielkie odszkodowanie od firmy ubezpieczeniowej, w której biznes był ubezpieczony na wszystkie możliwe ewentualności. Tym, że załoga w tamtym kraju straciła pracę bez wypowiedzenia i finansowego zadośćuczynienia, nikt się nie przejmuje i pracownicy nie mają się komu poskarżyć, bo nawet jeśli istnieją związki zawodowe, są całkowicie zależne od lokalnych władz.

Neokolonializm ukrywa się poza różnymi parawanami. Amerykański Drang nach Osten ma na celu zaprowadzenie „jedynego słusznego i prawdziwego modelu demokracji”. Tak piszą zachodnie masmedia.

Amerykańskim podatnikom i wyborcom wmawia się, że „our boys” narażają życie, aby w podbitych i okupowanych krajach ustanowić sprawiedliwy ustrój, porządek, bezpieczeństwo publiczne, zapewnić edukację, zredukować biedę i wzbogacić naród oraz zlikwidować prymitywne wierzenia zastępując je „jedyną właściwą” religią chrześcijańską.

Nie mówi się natomiast o niszczeniu odwiecznej kultury, na ogół bardzo surowych i skrupulatnie przestrzeganych zasad etyczno-moralnych oraz specyficznej obyczajowości, która budowała się przez tysiąclecia.
Wprowadzanie przez okupantów rozwiązłej zachodniej moralności i liberalizacji dotąd istniejących praw jest nazywane wprowadzaniem wolności, lecz faktycznie jest to uwalnianie okupowanego społeczeństwa od wielowiekowych tradycji, od prastarej kultury i wierzeń, czyli zastępowanie czegoś sprawdzonego na przestrzeni tysiącleci czymś, co istnieje od zaledwie kilku stuleci i nie sprawdza się w praktyce do dziś — ba, od ponad 50 lat wkracza w fazę paranoi.

Kolonializm made in England 3

Przekonanie o wyższości zachodniej kultury rodzi się z jej rzekomej „naukowości”.

Psycholodzy wiedzą lepiej co jest potrzebne jednostce, zaś socjolodzy wiedzą lepiej co jest potrzebne rodzinie i społeczeństwu.

Odwieczny model rodziny oparty na hierarchii starszeństwa, który w dawnych kulturach polegał na życiu pod jednym dachem co najmniej trzech pokoleń, został odłożony do lamusa.

Nikt już nie pyta starszych o zdanie i nikt się z tym zdaniem nie liczy. Jajo stało się mądrzejsze od kury, bo posiada komputer i rad zasięga z Internetu, który jest wyrocznią. „Co oni wiedzą?!” — mówi się o rodzicach i dziadkach. Dziś mamy inną epokę i inny sposób myślenia.
Wszelkie próby zaszczepiania obcej kultury w kraju, który już swoją kulturę posiada, spotykają się ze zdecydowanym oporem mogącym przybrać postać rewolucji.

Tak było w Chinach za rządów Mao, gdy rządząca klika chciała odwrócić odwieczną kulturę Chin do góry nogami. Chińskie więzienia i obozy pracy pękały w szwach od ludzi, których jedynym przewinieniem był opór i nieakceptowanie nowego porządku.

To samo widzimy we wszystkich krajach Trzeciego Świata, gdzie próbuje się nawracać naród na „jedyną prawdziwą demokrację” i „jedyną prawdziwą wiarę”.

Rządy, które używają parawanu „ustanowienia demokracji”, posługują się indoktrynowanymi specjalistami posiadającymi niewątpliwie dobrą motywację, ponieważ święcie wierzą, że to co robią, zapewni nawracanemu narodowi sprawiedliwy ustrój społeczny, ulepszy gospodarkę, przyniesie kaganek oświaty, prosperity, wolność słowa i przekonań, złagodzi surowe obyczaje i zlikwiduje przestarzałe i nieżyciowe kodeksy etyczno-moralne, zastępując je liberalnymi prawami i nadgniłą moralnością a la USA lub Europa. Słowem — zapewni im szczęście na zachodnią modłę, bo przecież inne szczęście nie istnieje.

Rządy krajów neokolonialnych dbają przede wszystkim o napełnienie swoich kieszeni jak najszybciej się da, bo jutro koniunktura może się zmienić i pójdą na zieloną trawkę, a być może nawet trafią do więzienia.

Drugim centrum zainteresowania jest prestiż. Żaden naród nie potrzebuje eleganckich wieżowców, pięciogwiazdkowych hoteli, reprezentacyjnych budynków tzw. „użyteczności publicznej”, do których nb. zwykły człowiek ma wstęp wzbroniony, pomników i obelisków, stadionów i olimpiad oraz całej pompy, która kosztuje miliardy dolarów płynących z kieszeni podatników.

Naród nie ma z tego żadnego pożytku, wprost przeciwnie — im większy jest „pic i świc, tym bardziej ubożeje. Tych wszystkich rzeczy potrzebuje klika rządząca, dla której są to pomniki budowane za życia, świadczące — ich zdaniem — o ich gospodarności, patriotyzmie i miłości do narodu.

W międzyczasie neokolonialne metropolie ciągną zyski z wywożonych surowców i produkcji miejscowego „przemysłu”, bo marionetkowe rządy traktują kraj jak swoją własność i nie mają żadnych obiekcji, żeby systematycznie okradać naród, do którego kraj faktycznie należy.

To zachodni dealerzy dyktują co ma być produkowane, jakie są płace pracowników oraz ceny wyprodukowanych towarów. To zachodni dealerzy zajmują się eksportem, z którego zyski idą wprost do ich kieszeni. W neokolonialnym kraju pozostają tylko podatki, cło wywozowe (z olbrzymimi zniżkami) oraz groszowe płace robotników.

Kolonializm i neokolonializm to również działalność misjonarska. Chrześcijańscy misjonarze idą w drugiej linii tuż za kolonizatorami, zaś w niektórych przypadkach ją wyprzedzają, często zarabiając sobie na sławę męczenników.

Trudno się dziwić jeszcze nie sterroryzowanym „poganom”, którzy zabijają nieproszonych intruzów, próbujących nawrócić ich na jakąś dziwną, nową wiarę.

Wprawdzie nie zabijamy „jehowców” i innych apostołów chodzących po domach z jedną jedyną prawdą, ale zatrzaskujemy im drzwi przed nosem, co obrazuje negatywne nastawienie do każdego, kto chce zburzyć nasze dotychczasowe wierzenia.

Jednak musimy pamiętać, że w niedalekiej przeszłości nawracanie „pogan” odbywało się ogniem i trucizną, zaś ci, którzy zostali gwałtem ochrzczeni, byli niedobitkami krwawych rzezi. Tak było na przykład w Australii do początków XX wieku.
Misjonarska działalność ma głównie na celu zaliczanie coraz większej liczby sztuk, ponieważ każdy wierny jest „dobrowolnie” opodatkowany na rzecz takiego lub owakiego Kościoła.

KK 17

Nie łudźmy się, że celem nawracania jest enigmatyczne i iluzoryczne „niebo” zagwarantowane wyłącznie chrześcijanom.
Nie łudźmy się, że misjonarze zainteresowani są zbawianiem kogokolwiek. Jest to następny parawanik dla kolejnych fal kolonializmu i neokolonializmu — w końcu każdy chce upiec swoją pieczeń przy tym samym ogniu.

Jednym z największych bodajże paradoksów kolonializmu jest obowiązek dostarczania ludzi do sił zbrojnych kolonialnych metropolii.

W krajach typowo kolonialnych są to rekruci wcielani do metropolitarnej armii, zaś w dominiach i protektoratach, gdzie istnieją armie złożone z tubylców pod białym dowództwem, oddziały wspomagają regularną armię metropolii, najczęściej walcząc na pierwszej linii frontu.

W obu wojnach światowych po stronie brytyjskiej walczyły oddziały ze wszystkich ówczesnych kolonii, dominiów i protektoratów, czyli z Afryki, Azji (głównie z Indii), Kanady, Australii i Nowej Zelandii — w tym ostatnim przypadku obok białych byli również Aborygeni i Maorysi w ramach tzw. ANZAC (Australia, Nowa Zelandia, Afryka, Kanada).

Żołnierze krajów okupowanych są również wykorzystywani do dalszych podbojów kolonialnych. Innymi słowy, okupowany naród musi dać swoich najlepszych synów, aby przelewali krew za brudne interesy kolonialistów.

Biali najechali i skolonizowali Australię absolutnie nie zauważając istniejącej tam od wielu tysiącleci zaawansowanej kultury.

Nie spotkali bowiem kwitnących życiem miast, techniki, bibliotek, teatrów, uniwersytetów, świątyń i pałaców. Aborygeni nie mieli ani królów, ani arcykapłanów. Nie mieli parlamentu, konstytucji, sądownictwa, policji. Nie mieli zatem nic z tych rzeczy, które — zgodnie z wyobrażeniami białych — w całej historii były namacalnymi dowodami istnienia kultury, z którą należy się liczyć i którą trzeba uszanować.

Kolonizatorzy przywieźli swoją kulturę i od pierwszych kroków na australijskiej ziemi zaczęli ją na wszystkie strony demonstrować.

Jaka to była kultura świadczą ich czyny i sposób myślenia.

Zagarnięcie cudzej własności, pozbawienie tubylców podstawowych środków do życia, masowe gwałcenie kobiet, odbieranie dzieci, masakry całych grup rodzinnych i plemion, wyraźnie i dobitnie świadczą o ich kulturze, a właściwie o zupełnym jej braku.

Kto przyjechał z Wysp Brytyjskich? Kilka rodzin ze zubożałej i zdegenerowanej arystokracji, których członkowie z jednej strony zagarnęli dla siebie wszystkie eksponowane stanowiska, z drugiej zaś, rękami swoich administratorów, olbrzymie tereny.

Zesłańcy wywodzący się z najniższej klasy społecznej Wielkiej Brytanii, a właściwie z marginesu społecznego, którzy w łańcuchach zostali doprowadzeni z brytyjskich więzień wprost na pokłady statków, a następnie w takim samym stanie rozładowani na australijskim wybrzeżu.

Każdy z nich miał coś na sumieniu — często było to niewielkie przewinienie popełnione, żeby przeżyć kolejny dzień ich nędznej egzystencji, lecz stosunkowo duży procent stanowili notoryczni i groźni przestępcy.

Fala osadnictwa, która nastąpiła wkrótce, składała się z brytyjskich chłopów, którzy nie byli w stanie utrzymać się na mikroskopijnych gospodarstwach w kraju.

W ślad za nimi przybyli awanturnicy i męty społeczne różnego autoramentu, którym nie chciało się pracować i liczyli, że w Australii będą mieli barwne i łatwe życie. Któż z nich znał pojęcie kultury nie mówiąc już o jej posiadaniu?

Głównymi dowodami na brak kultury jest chciwość, żądza, złość, przywiązanie do rzeczy materialnych i egotyzm. Te atrybuty były na australijskim lądzie nieznane do czasu pojawienia się białych.

Kolonizatorzy mieli ich w nadmiarze — były wynaturzone do takiego stopnia, że wprost przelewały się poza krawędzie ich osobowości. Istnieje wiele publikacji usiłujących zaokrąglać kanty, które mówią, że powodem konfliktów było niezrozumienie przez Aborygenów wyższości i doskonałości kultury europejskiej.

Inaczej mówiąc „dzicy” nie mogli pojąć, że kradzież ich mienia i strzelanie do bezbronnych okradzionych jest dla ich dobra, i że to przejaw wyższej kultury, do której się powinni przystosować. Trzeba przyznać, że Aborygeni próbowali czasem naśladować „kulturę” kolonistów, zabijali osadników i kradli bydło, ale takie zachowanie oczywiście prawie zawsze kończyło się masakrą.

Aborygeni pozornie nie posiadali niczego, a mimo to faktycznie mieli wszystko, co im było potrzebne do wygodnego, spokojnego, bezpiecznego i szczęśliwego życia. Mieli ziemię i przyrodę, które były niewzruszoną podstawą ich egzystencji. Doskonała symbioza z Naturą pozwalała rozumieć i właściwie przyjmować jej wszystkie procesy. Aborygeni byli częścią Natury w dosłownym tego słowa znaczeniu i nigdy z nią nie walczyli, lecz zawsze akceptowali.

Podstawą kultury aborygeńskiej jest nieagresja i pokorne godzenie się z losem jaki by on nie był. Czy ktoś ich tego kiedyś nauczył, czy może wypracowali to w czasie niezliczonych tysiącleci istnienia ich rasy, tego nie wiadomo.

Wiadomo jednak, że takie podejście nie rodzi się z dnia na dzień, czego dowodem są nieliczne kraje zachodniej cywilizacji, które potrafiły w ciągu paru wieków osiągnąć wysoki standard kulturalny dzięki systematycznym procesom prawidłowego rozwoju społeczeństwa.

Idealny rząd to całkowity brak rządu, czyli rządy ogółu ludności. Takie były założenia właściwie pojmowanego socjalizmu i komunizmu, które jednak nie sprawdziły się w praktyce, ponieważ doprowadziły do powstania klasy rządzącej, przeobrażonej bardzo szybko w dyktaturę.

Społeczeństwom wmawiało się, że partycypują w rządzeniu krajem, ale w rzeczywistości rządziła klika stosując coraz bardziej obłędną politykę hegemonii, imperializmu i militaryzmu w stosunkach międzynarodowych, zaś zamordyzmu w stosunku do własnego narodu.

Takie postępowanie nie ma oczywiście nic wspólnego z prawdziwym socjalizmem, który zademonstrowali Aborygeni. (cdn.)

 Piotr Listkiewicz

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Uzupełniające artytkuły:

„Ukraina zamieniła się w kolonię USA”

Straszak dla dzieci

Jastrzębie gniazdo

Koniec potęgi dolara, świat drży w posadach

Opublikowano za: https://pl.sputniknews.com/blogs/201803307660772-sputnik0wielka-brytania-kolonializm-historia/

https://pl.sputniknews.com/blogs/201804017667976-kolonializm-anglia-australia-aborygeni-listkiewicz-sputnik/

https://pl.sputniknews.com/blogs/201804037687590-sputnik-wielka-brytania-kolonializm/

Wypowiedz się