• Jak dowiedział się Onet, firma Argenta kupowała od tureckiego producenta testy za ok. 34 zł za sztukę, a sprzedawała je polskiemu rządowi nawet za 209 zł za sztukę
  • Ministerstwo Zdrowia przyznaje, że nie wiedziało, za jaką kwotę Argenta kupowała testy z Turcji
  • Argenta tłumaczy wysokie ceny testów m.in. wysokimi kosztami transportu. Tymczasem przynajmniej jeden transport został sfinansowany przez polski rząd
  • Właściciele Argenty są związani ze środowiskiem PiS 
  • Już w marcu na rynku były dostępne tańsze testy polskich producentów. Rząd stawiał jednak na zagraniczne

Marzec był w Polsce najgorętszym miesiącem w walce z koronawirusem. Pogrążone w sprzętowym kryzysie szpitale zgłaszały rządowi braki środków ochrony osobistej. Ich dyrektorzy alarmowali, że w internecie można je kupić po spekulacyjnych cenach, wielokrotnie wyższych od tych, które obowiązywały przed wybuchem epidemii.

11 marca premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że serwisy OLX i Allegro nie będą mogły sprzedawać artykułów związanych z koronawirusem. Tak rząd chciał ukrócić proceder zawyżania cen tych produktów, słowem – spekulacji.

W tym czasie specjaliści alarmowali o potrzebie wykonywania większej liczby testów na koronawirusa, aby identyfikować i leczyć zakażonych ludzi. Tym bardziej, że liczba wykonywanych u nas testów wynosiła wówczas zaledwie kilkaset dziennie. Polski rząd szukał firm, które dostarczyłyby testy – i je znalazł.

34 zł od producenta, 209 zł od pośrednika

Z zagranicy testy zaczęło sprowadzać kilku polskich dostawców. Kontrakty wynosiły od kilku do kilkunastu milionów złotych. Wyjątkiem w tej stawce jest firma Argenta z Poznania. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że dostarczyła ona do Polski 365 tys. testów za 47 mln zł.

Większość z nich – ponad 340 tys. testów za 44 mln zł – pochodziło z Turcji. Były to testy Bosphore Novel Coronavirus produkowane przez Anatolia Geneworks. Łatwo wyliczyć, że za jeden test rząd płacił Argencie średnio 128 zł.

Zapytaliśmy Argentę, za jaką kwotę kupowała testy u tureckiego producenta. Poznańska firma odpisała: „Ceny zakupu tych wyrobów od producentów stanowią tajemnice przedsiębiorstwa objęte klauzulą poufności. W okresie, w którym Spółka oferowała testy, ich ceny podlegały bardzo dużym wahaniom z dnia na dzień w związku z niezaspokojonym popytem na nie”.

Dotarliśmy jednak do danych tej firmy, które wskazują, że w marcu Turcy sprzedawali Argencie testy za niecałe 34 zł za sztukę.

Z kolei Argenta dostarczała rządowi testy po różnych cenach. Jak przyznało nam Ministerstwo Zdrowia, najniższa cena za jeden test wynosiła 124 zł, a najwyższa – 209 zł. To oznacza, że Argenta sprzedawała rządowi testy od trzech do sześciu razy drożej niż kupowała je u producenta.

Zapytaliśmy Ministerstwo Zdrowia, czy wie, za jaką kwotę Argenta kupowała testy od tureckiego producenta. Ministerstwo odpowiedziało, że nie.

Zapytaliśmy też, czy resort zdrowia przed podpisaniem umów z pośrednikami badał ceny tureckiego testu na rynku. Ministerstwo odpowiedziało, że za zakupami od Argenty przemawiały „dostępność testów”, „pewność dostaw” i „obecność na polskim rynku” tej firmy.

Tymczasem nie jest trudno ustalić, ile te same tureckie testy kosztują w specjalistycznych medycznych sklepach internetowych. Okazuje się, że tam jeden test można kupić za około 50 zł – prawie trzykrotnie taniej niż kwota za jaką kupował testy rząd za pośrednictwem Argenty.

Kupując po cenach rynkowych, rząd zaoszczędziłby więc polskiemu podatnikowi 79 zł na teście, czyli w sumie 27 mln zł.

Oszczędność mogła być jeszcze większa, ponieważ przedstawiona przez nas cena dotyczy jednego opakowania w sprzedaży detalicznej. Natomiast zamówienia hurtowe wiążą się z poważnymi zniżkami.

Dlaczego w takim razie Argenta tak drogo sprzedawała tureckie testy polskiemu rządowi? Jej prezes Sławomir Gnalicki tłumaczył to m.in. dużymi kosztami logistyki i transportu w czasie pandemii. Zaznaczył też, że „poza dwoma wyjątkami wszystkie koszty transportu, „handlingu” i obsługi celnej całości dostaw poniosła Spółka – co do zasady nie korzystano ze wsparcia ze strony Ministerstwa Zdrowia ani innych agend rządowych”.

Ta odpowiedź stoi jednak w sprzeczności ze stanowiskiem resortu zdrowia. W odpowiedzi na nasze pytanie o to, kto odpowiadał za transport testów Bosphore i ponosił jego koszty – Argenta czy rząd – biuro prasowe ministerstwa odpowiedziało: „Transport pierwszej dostawy testów z Turcji do Polski sfinansowany został przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, był to lot rządowy. Pozostałe dostawy są w gestii dostawcy”.

Polityczne powiązania biznesmenów z Poznania

Jak udało nam się ustalić, właściciele Argenty mają powiązania ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości.

Założycielem firmy jest Tomasz Zdziebkowski. Kilka lat temu pozbył się jednak udziałów na rzecz swojej żony Doroty Zdziebkowskiej oraz szwagierki Katarzy Zdziebkowskiej. Obecnie Tomasz Zdziebkowski jest prezesem Grupy Top Farm działającej na rynku rolniczym, a także międzynarodowego przedsiębiorstwa rolno-spożywczego Spearhead International.

Tomasz Zdziebkowski na konferencji w szkole o. Rydzyka w lutym 2020 Foto: Tytus Żmijewski / PAP

Tomasz Zdziebkowski na konferencji w szkole o. Rydzyka w lutym 2020

Założyciel Argenty jest znany nie tylko z biznesowej, lecz również politycznej aktywności. Udziela się m.in. w Akademickim Klubie Obywatelskim (AKO) im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, gdzie jest członkiem zarządu oraz trzyosobowej komisji rewizyjnej. – AKO to środowisko ściśle związane z PiS, sympatyzujące z takimi politykami jak Antoni Macierewicz. A do tego jest ultrakatolickie. Kiedy w polityce toczy się spór, AKO staje po stronie partii rządzącej – wyjaśnia nam osoba zorientowana w poznańskich układach towarzyskich i politycznych.

Wiele ważnych postaci AKO startowało do Sejmu i Senatu z list PiS. Jego pierwszy prezes prof. Stanisław Mikołajczyk był poznańskim kandydatem PiS do Senatu w 2015 r. Nie uzyskał jednak mandatu. Członkiem AKO jest też znany wydawca Tadeusz Zysk, który z list PiS, też bez powodzenia, startował do Sejmu, a w 2018 r. z ramienia tej partii kandydował na urząd prezydenta Poznania.

Ponadto Tomasz Zdziebkowski, tak jak minister zdrowia Łukasz Szumowski, należy do Zakonu Maltańskiego, w którym do niedawna pełnił funkcję skarbnika.

Jego żona Dorota Zdziebkowska także aktywnie udziela się politycznie. Podczas wyborów parlamentarnych 2019 r. została zgłoszona przez PiS do składu Obwodowej Komisji Wyborczej nr 38 w Poznaniu. Ponadto jest wiceprezesem Stowarzyszenia Warsztaty Idei Obywateli Rzeczpospolitej, które wydaje m.in. periodyk „Actum”, określający siebie jako „głos środowisk konserwatywnych, katolickich i prawicowych”.

W rozmowie z Onetem Tomasz Zdziebkowski twierdzi, że jego działalność w tych organizacjach nie miała wpływu na zlecenia jakie dostawała od rządu Argenta. – Zapewniam państwa, że ja nie mam żadnego związku, ani wpływu na to, jakie Argenta dostaje zamówienia. Wiem tylko, że pozyskuje je w sposób absolutnie transparentny i uczciwy – podkreślił.

O kontakty z rządem zapytaliśmy również obecnego prezesa Argenty Sławomira Gnalickiego. – Nie posiadamy żadnych kontaktów rządowych. To do nas zgłosili się przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia z prośbą o wsparcie – odpowiedział nam prezes Gnalicki.

– Żadnych kontaktów? Proszę zapytać prezesa o wizytę w Argencie minister rozwoju Jadwigi Emilewicz – radzą nam pracownicy poznańskiej firmy. – To było tutaj wielkim wydarzeniem. Szeregowym pracownikom zabroniono schodzić na dół na czas wizyty. Nawet kawy nie można było sobie zrobić.

Tomasz Zdziebkowski potwierdził nam, że minister Emilewicz była w firmie: – Pani minister Jadwiga Emilewicz była wtedy w Argencie w ramach konsultacji z firmami Wielkopolski dotyczących ułatwień dla firm z ramienia Ministerstwa Przedsiębiorczości i Rozwoju – mówi założyciel Argnety.

Pytanie o wizytę w Argencie zadaliśmy też minister Emilewicz. Odpowiedziało jej biuro prasowe: „Minister Jadwiga Emilewicz, jeszcze jako Minister Przedsiębiorczości i Technologii odwiedziła firmę Argenta 3 września 2019 r. Jest to jedna z setek wizyt w polskich firmach rodzinnych, które pani Minister odbywa podczas swojej aktywności w całej Polsce”.

Pracownicy Argenty twierdzą też, że Tomasz Zdziebkowski był znajomym Kornela Morawieckiego, ojca premiera Mateusza Morawieckiego i często się tym chwalił. – Nie byłem dobrym znajomym śp. pana Kornela Morawieckiego. Widziałem go raz na żywo – odpowiada nam Tomasz Zdziebkowski.

Ministerstwo Zdrowia ignoruje polskie firmy

Masowe skupowanie przez pośredników testów z zagranicy odbywało się w czasie, kiedy rząd zapewniał o wspieraniu polskich przedsiębiorców. Ale gdy na rynku pojawiły się znacznie tańsze od zagranicznych polskie testy, zostały niemal całkowicie zignorowane przez rząd.

Pod koniec kwietnia w wywiadzie w „Dzienniku Gazecie Prawnej” minister zdrowia Łukasz Szumowski powiedział: „rozpoczynamy proces produkcji testów w Polsce. Robią to już dwie firmy i z obiema mamy już umowy”. Jak twierdzi menadżer jednej z polskich firm, w tym czasie testy były w ofercie od miesiąca. Ale od samego początku mało kto ze strony rządowej interesował ich produktami, a jeśli kupowano rodzime testy, to niewielkie ilości, stanowiące ułamek tych z zagranicy.

Mobilny punkt poboru wymazów w Bydgoszczy Foto: Tytus Żmijewski / PAP

Mobilny punkt poboru wymazów w Bydgoszczy

Jednym z polskich producentow jest Biomaxima z Lublina. Jak się dowiedzieliśmy, kilkukrotnie próbowała sprzedać rządowi swoje testy. Po raz pierwszy wystąpiła z ofertą testów immunologicznych, tzw. szybkich, na początku marca. W tamtym okresie minister Szumowski twierdził jednak, że według rekomendacji WHO takie testy są nieskuteczne. Ale jak przyznało samo Ministerstwo Zdrowia, 2 i 16 kwietnia rząd kupił przez pośrednika 185 tys. szybkich testów za 4,1 mln zł – z Chin.

2 marca polska firma ogłosiła, że będzie produkować poszukiwane przez Ministerstwo Zdrowia testy genetyczne. I tym razem nikt ze strony rządowej nie był nimi zainteresowania. Konkretne oferty na nie firma złożyła pod koniec marca i na początku kwietnia. Testy te, jak twierdzą przedstawiciele Biomaximy, są konkurencyjne jakościowo i cenowo w stosunku do zagranicznych. Są czulsze od tureckich, czyli szybciej wykrywają wirusa. Poza tym, tureckie testy muszą być przechowywane w temperaturze -20 st.C, a testy polskie w temperaturze pokojowej, co znacznie obniża koszty ich magazynowania. Odpadają też koszty transportu z Turcji. W końcu cena jednego testu od Argenty wynosiła średnio 128 zł, a polski test kosztuje 62 zł.

W kwietniu rząd zdecydował się na zakup jedynie 24 tys. testów od lubelskiego producenta. – Liczyliśmy na współpracę z Ministerstwem Zdrowia w większym zakresie, niż to się dotychczas udawało. Składaliśmy oferty na dwa rodzaje testów, udało nam się uzyskać zamówienie na ułamek naszej oferty i rządowego zapotrzebowania – powiedział nam Łukasz Urban, kiedy pisaliśmy pierwszy tekst na ten temat pod tytułem „Światowy interes”.

Drugi z polskich producentów tak naprawdę dopiero liczy na współpracę z rządem. To Medicofarma z Warszawy, która jest w trakcie produkcji w fabryce w Radomiu 150 tys. testów opracowanych przez Instytut Chemii Organicznej Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu. Są one wytwarzane na podstawie umowy pomiędzy Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego a PAN. Pierwsza ich partia zostanie przekazana przez PAN do ministerstwa za darmo na początku czerwca. Dopiero wtedy zapadnie decyzja, czy będą kupowane przez Ministerstwo Zdrowia.

Wstępny koszt jednego testu Medicofarmy wyliczono na 53 zł. Zatem one również są znacznie tańsze od tureckich testów sprzedawanych rządowi przez Argentę. Jednak na pytanie o ewentualne zamówienia z ministerstwa prezes Medicofarmy Cezary Kilczewski odpowiadał bardzo ostrożnie: – Mamy nadzieję na taką współpracę, bo po pierwsze jest zapotrzebowanie na takie testy, po drugie test jest polskiej produkcji, więc należałoby wspierać polskie firmy i polską myśl naukową, a po trzecie test jest konkurencyjny cenowo – powiedział nam.

Polski wiceminister podważa wiarygodność polskiej firmy

Na nasz pierwszy artykuł o handlu testami „Światowy interes”, w którym informowaliśmy, że rząd woli wydawać miliony na zakup testów na koronowirusa z Chin, Korei czy Turcji, zamiast kupować w polskich firmach, zareagował wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. Dzień po naszej publikacji, powiedział on w portalu WP.pl, że testy lubelskiej Biomaximy zostały poddane badaniom w laboratorium Państwowego Zakładu Higieny „i w wyniku tych badań otrzymaliśmy informację, że nie są to pełnowartościowe testy genetyczne”.

– Żeby odsunąć od Ministerstwa Zdrowia podejrzenia, że daje zarobić pośrednikom, którzy kupują testy na COVID-19 za granicą, a nie rodzimym producentom, minister Cieszyński zaatakował polską firmę. Jednak strzelił kulą w płot – mówi nasz informator.

Rzeczywiście, we wtorek 25 maja Państwowy Zakład Higieny (PZH) na swojej stronie internetowej wydał „oświadczenie w sprawie testów firmy Biomaxima”. Informuje w nim, że ponownie je zbadano i „Rezultaty tych analiz potwierdziły zgodność uzyskanych wyników z metodami referencyjnymi PZH na poziomie 99 proc. i tym samym pełną skuteczność testu w diagnostyce molekularnej w kierunku COVID-19”. Przypominano również, że polskie testy przeszły pozytywne badania we francuskim Instytucie Pasteura i dopuszczono je tam do sprzedaży. Na koniec Instytut oświadczył, że swoją opinię wysłał do Ministerstwa Zdrowia.

Łukasz Szumowski podczas wczorajszej konferencji ogłasza IV etap odmrożeń Foto: PAP

Łukasz Szumowski podczas wczorajszej konferencji ogłasza IV etap odmrożeń

Testy polskiej firmy przechodziły laboratoryjne badania w PZH aż dwukrotnie. Po raz pierwszy na początku kwietnia, drugi raz po wypowiedzi wiceministra Cieszyńskiego.

Dla porównania, tureckie testy Bosphore oraz chińskie LifeRiver (oba kupowane przez Argentę) zaakceptowano jedynie na podstawie przedstawionej dokumentacji. Dlaczego tak się stało? „Z uwagi na konieczność pilnego podejmowania decyzji w sytuacji stanu epidemicznego, zakupów dokonywano na podstawie dokumentów przedstawionych przez oferenta, certyfikatów jakości oraz deklaracji zgodności wydanej przez producenta” – wyjaśnia w mailu Ministerstwo Zdrowia.

W tej sytuacji rodzi się pytanie, dlaczego aż tak dokładnie trzeba było prześwietlać polskie testy? Zapytaliśmy o to dyrektora PHZ dr. Grzegorza Juszczyka. – Trzeba było to rozbudować, poszerzyć i wskazać dokładnie ten wątek, który tam został zinterpretowany przez pana ministra nieco inaczej – odpowiedział wymijająco dr Juszczyk. Jednak na konkretne pytanie, czy polskie testy są dopuszczone przez PZH, odpowiedział: „Tak, absolutnie tak”, przyznając jednocześnie, że już pierwsze badania PZH uznały te testy za pełnowartościowe.

Zły proceder

Zdaniem specjalistów chaos w zamówieniach publicznych jest dużym problemem od początku epidemii, a to z powodu szkodliwych zmian w prawie.

– Podstawowym błędem, który zrobił rząd było wyzbycie się obowiązku zamawiania dostaw i usług na podstawie prawa zamówień publicznych – powiedział nam Krzysztof Izdebski, zajmujący się korupcją i przejrzystością życia publicznego prawnik i dyrektor programowy Fundacji ePaństwo.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że to są skomplikowane procedury, niekoniecznie przystające do czasów pandemii, ale wiele krajów poradziło sobie w ten sposób, że publikowało na przykład ogłoszenia o tym, że poszukuje się konkretnych towarów. A polski rząd nie musi tego robić, podobnie jak nie ma obowiązku publikowania informacji o zawartych umowach. W takich okolicznościach, firmy które mają jakieś personalne związki z obecnym rządem, mają po prostu większe szanse na otrzymywanie zamówień – powiedział.

– Po drugie jest to bardzo zły proceder w kontekście przejrzystości całego procesu i w kontekście wsparcia dla polskich firm produkcyjnych – dodał Krzysztof Izdebski. – Polskie firmy produkcyjne dzięki dużym zamówieniom rządowym miałyby szanse na szybszy rozwój. A tak zostały tej szansy pozbawione. Tak że na tym przykładzie widać wyraźnie do czego prowadzi brak konkurencyjności i świadome wyłączenie prawa zamówień publicznych.

Napisz do autorów: marcin.wyrwal@redakcjaonet.pl; edyta.zemla@redakcjaonet.pl; mateusz.baczynski@redakcjaonet.pl