GEN. IZYDOR MODELSKI: WOJSKOWE PRZYCZYNY KLĘSKI WRZEŚNIOWEJ w 1939r. CZEŚĆ III. PODCZAS WOJNY i Zakończenie

Wojna wrzesień 1939 r.Prezentujemy czwarty i ostatni z czterech odcinków Raportu – analizy, głównie wojskowej, przyczyn największej klęski w dziejach Polski, sporządzoną przez gen. Izydora Modelskiego na zlecenie Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego. Rzetelna analiza przyczyn klęski, zawarta w Raporcie umożliwia wyciąganie wniosków z błędów po to, aby ich więcej nie popełniać. Natomiast zaniechanie takiej analizy i tworzenie bezrozumnej legendy, jest haniebne i karygodne. Historię trzeba odkłamywać, ponieważ prawda, także gorzka, wyzwala i uczy, zarówno człowieka jak i Naród. Niestety w czasach 26 letniej „transformacji” mamy podobną sytuację, lecz jeszcze szybszego i bardziej skutecznego rozkładu Państwa Polskiego i polskiej armii, tak jak wtedy od zamachu majowego w 1926 r, czyli nielegalnego0 puczu, dokonanego przez Józefa Piłsudskiego. Dlatego w pełni zasadna jest mądra myśl wybitnego polskiego pisarza Stefana Żeromskiego, że „trzeba rozrywać rany polskie, by się nie zabliźniły blizną podłości”.

Redakcja KIP

 

 (Próba syntezy)

(Dokończenie)

 III. POCZAS WOJNY

Czytaliśmy wielokrotnie w polskich pismach, że Polska została wojną zaskoczona. Jest to może dobry argument w stosunku do zagranicy. U siebie w domu, w czterech ścianach, sami Polacy między Polakami możemy śmiało stwierdzić, że jest to argument kłamliwy, wysuwany przez koła byłego reżimu sanacyjnego dla celów samoobrony. Twierdzę nawet, że nie tylko możemy, ale musimy i ten argument sprostować, aby wreszcie wyrugować kłamstwo przynajmniej z Wojska, to jest korpusu oficerskiego, który ma być przecież uosobieniem honoru i honorowości.

Oczywiście: Hitler wojny nie wypowiedział i z punktu widzenia prawa międzynarodowego a nawet po prostu ogólnoludzkiej etyki stoi on, jak i naród niemiecki, poza nawiasem społeczeństw cywilizowanych. Ale to jest zagadnienie osobne. Nas interesuje inny aspekt: czy Polska mogła być i była napadem Niemców zaskoczona?

Twierdzę, że nie może być mowy o zaskoczeniu nas wojną ani z politycznego ani z wojskowego punktu widzenia.

Z politycznego punktu widzenia:

— stałe, wrogie do Polski nastawienie całej prasy niemiec­kiej przez lat dwadzieścia, gdyż nawet w okresie flirtów Hitler-Beck (niezmiennie powtarzające się zwroty jak blutende Grenzen, Diktat von Versailles, Polacken itd.);

— bardzo intensywna działalność B.D.O. (Bund Deutscher Osten) (między innymi bezustanne wycieczki młodzieży niemiec­kiej nad polską granicę, aby poznała „krwawiącą ranę” i nie zapominała o tej „krzywdzie”);

— zjazd pod patronatem rządu Rzeszy pokrzywdzonych mniejszości z całej Europy, na którym byli między innymi Ukraińcy z Małopolski, występujący przeciw Polsce, a nie dopu­szczono przedstawicieli mniejszości polskiej w Niemczech;

— tysięczne fakty, meldowane bez przerwy przez lata przez Oddział II Sztabu Głównego, świadczące o wybitnym antypol­skim nastawieniu całej machiny państwowej niemieckiej;

— działalność mniejszości niemieckiej w Polsce, organizo­wana i prowadzona przez radcę Szelichę z ambasady niemieckiej i konsulów niemieckich. Tak policja nasza jak i Oddział II Sztabu Głównego stale o tym meldowali.

— niezależna prasa polską, zwłaszcza ziem zachodnich, bezustannie od lat przestrzegała przed Niemcami, którzy pod płaszczykiem „paktu o nieagresji” knują przeciw Polsce;

— studium Mein Kampf Hitlera, gdzie sprawa polska jest omówiona bez osłonek. Od chwili dojścia do władzy Hitler rea­lizował program, wyrażony w Mein Kampf punkt po punkcie. Jasnym było, że przyjdzie kolejka prędzej, czy później i na Polskę;

— studium Rosenberga Mythos des XX Jahrhunderts. Ta mieszanka głupoty, doktrynerstwa, blasfemii i nihilizmu niedokształconego krzyżaka bałtyckiego tchnie nienawiścią do wszystkiego, co katolickie i słowiańskie, a szczególnie polskie. A przecież wiadomym było powszechnie, kim jest Rosenberg i co reprezentuje w ruchu narodowo-socjalistycznym;

— i wreszcie: Hitler, w żadnym ze swoich tak licznych przemówień, nigdy nie rezygnował z naszych ziem zachodnich. Za to wielokrotnie Kurier Poznański i inne dzienniki niezależne, podając tekst przemówień Hitlera, podany przez P.A.T. i obok niego tekst, podany przez prasę niemiecką i poza tym zasły­szany przez radio, wykazywał, że treść przemówienia Hitlera, podana przez P.A.T., a dostarczona jej przez M.S.Z., bywała zniekształcana przez opuszczenie zwrotów, użytych przez Hit­lera, które wyraźnie musiały alarmować opinię publiczna w Polsce.

Rzeczą właściwych naszych czynników jest zbadanie, czy taka działalność naszego M.S.Z. w Polsce nie równała się działalności „piątej kolumny” (zwłaszcza, że pan radca Weinstein nadal urzęduje w M.S.Z.)

Z wojskowego punktu widzenia:

– już w roku 1924 włoski generał Douhet wydał dzieło pod tytułem Armia powietrzna, w którym stawiał tezę, że lotnictwo będzie czynnikiem decydującym w przyszłej wojnie”,

– w roku 1929 twórca i były dowódca Reichswehry, Generaloberst von Seeckt napisał książkę pod tytułem Gedanken eines Soldaten. Jej konkluzją były dwa wnioski:

– wojnę przyszłości poprowadzi i rozstrzygnie Armia mała, zawodowa, ochotnicza, zmotoryzowana i opancerzona, wsparta przez silne lotnictwo;

- pozostała „duża” Armia powstanie jak ciężka, nieruchliwa masa, niejako „pospolite ruszenie”, dla wykorzystania zwycięstw Armii uderzeniowej, obsadzania krajów zdobytych, itd.

w roku 1934 francuski pułkownik de Gaulle wydał książkę pod tytułem Vers. l’armée de métier. Autor niemal proroczo przewidział wojnę przyszłości tak, jak ją — w pięć lat później — widzieliśmy w Polsce, w roku 1940 we Francji i obecnie — w roku 1941 — widzimy w Rosji. Pułkownik de Gaulle stwierdził, że armia przyszłości musi być opancerzona, gdyż pancerz znów będzie święcił triumfy na polu bitwy. Pozostałe jego postulaty, jak na przykład mała Armia zawodowa, zmotoryzowana itd. pokrywają się z postulatami generała von Seeckta. Na okładce drugiego wydania tej książki, która ukazała się w roku bieżącym w Londynie pod tytułem The Army of the Future, figuruje wiele znaczący napis: „Przepowiednia z 1934 roku. Francja nie zwróciła na nią uwagi, Niem­cy ją rozpracowali”;

– w tym samym roku 1934 niemiecki generał Guderian wydał książkę pod tytułem Achtung Panzer. Autor postawił już sprawę zupełnie jasno: przyszłą wojnę rozstrzygnie wojsko pancerne. Wagę tego dzieła podnosi fakt, że generał Guderian był dowódcą Wielkiej Jednostki pancernej, potem inspektorem wojsk pancernych i najpoważniejszym bodaj specjalistą w dziedzinie wojny pancernej w wojsku niemieckim;

– w roku 1935 niemiecki pułkownik Eimannsberger wydał grubą broszurę pod tytułem Der Panzerkrieg. Była to nowa przestroga dla nas, tak samo jak:

- w roku 1936 broszura majora Schella na ten sam temat. Studium powyżej wymienionych dzieł jak i książki generała Władysława Sikorskiego pod tytułem La guerre moderne, pomijając już setki na ten temat artykułów w wojskowej prasie zagra­nicznej, a przede wszystkim w Wehr und Wissen i Militärwo-chenblatt oraz w Przeglądzie Pancernym, Przeglądzie Piechoty, Przeglądzie Artyleryjskim i w Bellonie jest dowodem, że charak­ter totalny obecnej wojny pancerno-lotniczej musiał być znany już na wiele lat przed jej wybuchem nie tylko każ­demu podporucznikowi zawodowemu, ale przede wszystkim, wszystkim wyższym dowódcom.

Toteż mówienie dziś czy pisanie o „zaskoczeniu” nas tą wojną przez Niemców jest:

— albo zwykłym kłamstwem i obłudą, aby w ten sposób pokryć swą winę osobistą przed sądem opinii publicznej i sądem karnym, a ratować pozostałe strzępy „legendy” przed trybunałem historii;

— albo też zupełnym przyznaniem się: do nieuctwa w dziedzinie wiedzy wojskowej, do lenistwa w śledzeniu rozwoju myśli wojskowej, do zajmowania wysokich i bardzo wysokich stanowisk bez poczucia odpowiedzialności i bez wypełniania swoich obowiązków.

Zamiast się uczyć i studiować, pracować i rozmyślać nad naszymi możliwościami, wszyscy grali w brydża. Była to choroba zaraźliwa. Zły przykład dawali generałowie. Doły naśladowały. Nawet na manewrach i ćwiczeniach, inspek­cjach i podczas normalnej pracy, w przerwach obiadowych i po kolacji — aż do późnej nocy — grali wszyscy w brydża. Gdzie był, więc czas na ogólne i fachowe dalsze kształcenie się, czyta­nie, studiowanie, na śledzenie własnej i obcej myśli wojskowej i na wypoczynek ciała, więc i ducha? Rano zblazowani, niewys­pani zjawiali się na ćwiczeniach i nieraz podczas nich dyskuto­wali jeszcze ostatnią rozgrywkę. Toteż Jomini i Clausewitz, Moltke i Schlieffen, Foch i Prądzyński byli im tak samo nie­znani, jak Guderian i Eimannsberger, Sikorski, de Gaulle i Mossor, którzy pisali… jaka będzie przyszła wojna.

U nas Marszałek Piłsudski podobno również twierdził, że trzydzieści dywizji piechoty nie wystarczy, aby odnieść zwycięstwo. Nie rozumiał atoli czy nie chciał z niewiadomych mi przyczyn wprowadzić w życie podstawowych i zasadniczych warunków możliwości istnienia takiej Armii, a mianowicie, aby była ochotnicza, zawodowa, doskonale wyszkolona, opancerzona i wsparta silnym lotnictwem.

Następcy Piłsudskiego trzymali się kurczowo tylko pier­wszej części postulatu, to jest liczby trzydzieści, a drugiej zaś części — jak się zdaje — nie rozumieli.

Poza tym — jak już wspomniałem na wstępie poprzedniego rozdziału — nasze najwyższe władze państwowe i wojskowe nie wierzyły w wybuch wojny, gdyż — jak mi mówił generał Miller w wielkiej tajemnicy wiosną 1939 roku — „nasz Oddział II Sztabu Głównego wykrył spisek Röhma przeciw Hitlerowi (w czerwcu 1934 roku), a rząd nasz zawiadomił o tym Hitlera. Hitler miał na to oświadczyć, że dopóki on jest u władzy, do wojny Niemców przeciw Polsce nie dopuści. Generał Miller twierdził, że mówił mu o tym generał Kwaśniewski. Inne źródła potwierdzają powyższą wiadomość, powołując się na generała Stachiewicza.

A przecież Oddział II Sztabu Głównego bezustannie — od lat — meldował o gwałtownych zbrojeniach niemieckich, jak przede wszystkim o niesłychanym wprost rozwoju wojsk pancernych i lotnictwa niemieckiego. Ukoronowaniem długoletniej i bardzo wydajnej w tej dziedzinie pracy Oddziału II było odtwarzanie narastającej koncentracji niemieckiej.

Toteż rozpoczęcie działań wojennych przez Niemców w dniu 1 września 1939 roku nie powinno było być zaskoczeniem ani dla rządu ani dla Marszałka.

Świadomość, że ani kraj, ani dowództwa, ani wojsko nie są gotowe do wojny, odebrała od pierwszej chwili spokój i rozwagę i jasne myślenie Naczelnemu Wodzowi, Szefowi Sztabu i zastępcy Szefa Sztabu „do spraw operacyjnych”. Skończyło się czcze gadanie o mocarstwowości, guziku, sile, zwar­tości i gotowości. Zagrały armaty. Rozpoczął się egzamin, na którym „… nieprzyjaciel zaczął stawiać pytania…” („U źródeł polskiej niemocy wojskowej”).

Hic Rhodus hic salta…!

Nic dziw, że Marszałek dostał gorączki” (L.dz.415/39).

Brak planu wojny powodował chaos w dowodzeniu. Upadła koncepcja obrony. Górę wzięła koncepcja cofania się. Jeżeli widzieli, wiedzieli i czuli to wszyscy oficerowie w Naczelnym Dowództwie, to tym bardziej dowództwa i wojsko walczące. To był dominujący czynnik niepowodzenia.

„…Ten stan gorączkowy naszych władz wyższych źle się odbił na nas. Poczuliśmy nerwowość i chaos…

Wnioski moje, to: …chaos w wyższych dowództwach…” (L.dz.2718/40).

„…Odpowiedział mi pan Generał, że był w Naczelnym Dowództwie, widział się z pułkownikiem Jakliczem chwilę, ale są tam tak zajęci, że w ogóle nie ma z kim gadać i że, jak się wyraził, chaos, bałagan, głowy potracili…” (L.dz.442/40).

„…Po dłuższych poszukiwaniach odnalazłem dowództwo na Rakowieckiej, lecz spotkany na korytarzu starszy oficer lot­nictwa uprzedził mnie, że nie mam się po co zwracać po roz­kazy do pp. Generałów, bo są w za wielkim strachu, by móc myśleć. Krotka rozmowa z oboma tymi panami przekonała mnie, że miał rację…” (L.dz.1631/39).

„… Sztab nie był właściwie używany jako taki: pracowałem w O.III Sztabu K.W. w tzw. Wydziale planów i rozkazodawstwa. Wydział planów nigdy nie był używany do planowania, czy do kalkulowania możliwości wykonania takiej lub innej decyzji. Strona redakcyjna rozkazów ograniczała się najczęściej do pisania rozkazów pod dyktando i do przedyktowania ich z kolei na maszynę. Tłumaczy się to gorączkowością pracy, a tę — niesłychaną szybkością zmian sytuacji, której nigdy nie można było opanować nie mając odwodów oraz zorganizowanej i pewnie działającej łączności do przekazywania rozkazów. W ten sposób Nacz. Dowództwo było raczej instytucją tylko rejes­trującą niepowodzenia wojenne bez możliwości reagowania, lub reagującą zbyt późno…” (L.dz.961/39).

„… Oddział III Sztabu Nacz. Dowództwa dzielił się na dwa wydziały: Operacyjny i Ewidencyjny.

W zakres pracy Wydziału Operacyjnego wchodziło plano­wanie i rozkazodawstwo.

W zakres pracy wydziału ewidencyjnego — szczegółowe ustalenie sytuacji poszczególnych Armii i położenia ogólnego oraz sporządzanie komunikatów informacyjnych o sytuacji wojsk własnych.

W rzeczywistości rozgraniczenie czynności nie było ściśle przestrzegane. Praca prowadzona była w sposób chaotyczny, w warunkach niezwykle prymitywnych, co wpływało na przemęcze­nie i odbijało się na wydajności pracy. Wpływało na to: brak planu, dorywczość decyzji i zarządzeń, częste zmiany n.p. Naczelnego Dowództwa i nieodpowiednie ich przygotowanie, tempo wydarzeń, wreszcie fakt, że Szef Sztabu wchodził zbytnio we wszystkie szczegóły pracy Oddziału.

Odział III Sztabu Naczelnego Dowództwa składał się głów­nie z oficerów byłego Oddziału III Sztabu Głównego z wyjąt­kiem kilku oficerów nowoprzybyłych…” (L.dz.148/39).

„… Tego, kto wieczorem dnia 5.IX. znalazł się po raz pierwszy w Kwaterze Głównej przy ul. Rakowieckiej — uderzyć musiał niesamowity obraz chaosu, jaki tam panował, spotęgo­wany przez warunki O.P.L. Wstęp do gmachu i swobodę kur­sowania po nim mógł mieć każdy, bez żadnej kontroli: służba bezpieczeństwa i ochrony nie istniała. Kto natomiast miał przed sobą konkretny cel do odszukania — mógł go szukać godzinami bez skutku; służba informacyjna nie istniała. Chaos rósł w miarę sprzyjających naprzód zarządzeń i czynności ewakuacyjnych. Dowódca Kwatery w zupełności nie panował nad sytuacją, tak, jak nie panował nad nią na swoim odcinku żaden z organów tegoż dowódcy. Na każdym kroku spotykało się objawy depresji i zarodki nastrojów panikarskich…

Trzeba przy tym zaznaczyć, że samo zestawianie sytuacji w Sztabie prowadzone było w atmosferze wzrastającego chaosu i braku systematyczności. Poszczególne meldunki dochodziły do rąk zainteresowanych oficerów z opóźnieniem, brakło czasu na ich zweryfikowanie i ocenę; treść meldunków często była niekompletna, źródło ich — często trudne do ustalenia. Jednym słowem — formalna strona pracy w wydziale sytuacyjnym szwankowała w najwyższym stopniu; aktualny obraz sytuacji nie odpowiadał nawet tym ograniczonym możliwościom, jakie stwarzała na ogół niewystarczająca, w poszczególnych wypadkach — wprost fatalna łączność Naczelnego Dowództwa z dowództwami na froncie…

Jeżeli warunki, w jakich funkcjonował Sztab N.W. w Warszawie nazwałbym niesamowitymi, to warunki, w jakich dokonano zmiany m.p. złożyły się na obraz wprost potworny. Kolumna samochodowa Sztabu, z chwilą wyjazdu z Rakowieckiej — utonęła w fali dzikiej ewakuacji ze stolicy i okolic. Nieprzerwany sznur samochodów, wozów i pieszych ciągnął wzdłuż szosy brzeskiej — w trzech, czterech kolumnach. Sam przejazd przez miasto i wyjazd z Pragi trwał parę godzin. Później, już na otwartej szosie, poszczególne samochody z trudem przebijały się przez zatory, powstające, co krok. Żadnych organów porządkowych, żadnej próby regulacji ruchu, absolutny zanik dyscypliny i zdrowego rozsądku ze strony kierowców i posiadaczy pojazdów. Dopiero poza Siedlcami sytuacja poprawiła się nieco: tłum uciekinierów pieszych i o ciągu kołowym pozostał w tyle.

Nowe m.p. nie było zupełnie przygotowane. Zbiórka oficerów Sztabu, ściągniętych pojedynczo do Brześcia, trwała do południa. Ostateczny wybór pomieszczeń dla pracy nastąpił w godzinach popołudniowych. Z jednego z fortów twierdzy na gwałt wyrzucano kwaterujący tam pluton żandarmerii, by na jego miejsce ulokować ściślejszy Sztab N.W. Elementarne przepisy biernej O.P.L. nie były przestrzegane. Wybrane pomieszczenia nie odpowiadały minimum wymogów pracy sztabu. Np. Oddział III gnieździł się w dwóch pokojach, łączących się ze sobą, z wejściem wprost z dziedzińca fortu. Pomijam to, że brakło wprost miejsca dla rozłożenia map i dokumentów, że sami oficerowie przeszkadzali sobie nawzajem w pracy, nachodzeni nadto przez pracowników innych oddziałów, ale — do tych pokoi wchodził bez kontroli każdy, kto chciał. U wejścia do fortu brakło posterunku informacyjnego, a że wejście do Oddziału III najbardziej rzucało się w oczy, więc każdy, kto miał cośkolwiek do załatwienia w forcie, uprawniony do tego czy nie — cywilni, szeregowi, oficerowie bez przydziału — przede wszystkim kierował się do Oddz. III. Rozłożone na sto­łach mapy i dokumenty były żerem oczu każdego przygodnego przybysza. Dodajmy, że w lokalu Oddz. III pracował osobiście Wódz Naczelny oraz Szef Sztabu (przybył do Brześcia wieczo­rem 8.IX.). W tych warunkach, przy zaniku wewnętrznej dyscypliny — wszelkie próby zaprowadzenia jakiego takiego ładu, a przede wszystkim przestrzegania koniecznych ostrożności w zakresie O.P.L. — pozostawały bez rezultatu[1].

Montowanie łączności rozpoczęto dopiero po zmianie m.p.

W Brześciu Sztab Naczelnego Wodza pozostawał do dnia 11.IX…” (L.dz.534/39).

„…Chaos w dowodzeniu był tak potworny, że my, oficero­wie Oddz. III wraz z płk Klimeckim planowaliśmy w Brześciu odsunięcie siłą od władzy płk Jaklicza… (ppłk dypl. art. O. — bez liczby).

Praca sztabu chaotyczna, bezplanowa…” (L.dz.78/A/40).

„… Na podstawie mojej obserwacji i udziału w działaniach powodem naszego niepowodzenia na odcinku przeze mnie obser­wowanym było:

1) …..

2) ….I

3) nieudolne kierownictwo…” (L.dz.78/A/40)

„… Dzień 8.IX.1939r. był przełomowym dniem prawie ogólnego przygnębienia w Sztabie (G.O. Narew), szczególnie, gdy z opowiadania kuriera Naczelnego Dowództwa, mjr dypl. …. można było wywnioskować, że Naczelne Dowództwo nie panuje nad sytuacją…” (L.dz. 1066/39).

„… Niestety cały entuzjazm do walki z odwiecznym wro­giem został zmarnowany przez nieudolność naczelnych władz wojskowych, tak samo jak dobytek ludności cywilnej został zmarnowany przez ewakuację przeprowadzoną bez planu, do której nawoływał przez radio ppłk dypl. Umiastowski, oficer znany mi z przekonań bolszewickich…

W czasie wojny zmarnowano przez brak kierownictwa i łączności szereg pięknych okazji do wyrównania poprzednio pełnionych błędów…” (L.dz.2795/40).

„…zameldowałem między innymi, że dowódca G.O. „Narew” dopiero od swego podwładnego ppłk Tabaczyńskiego dowiedział się o otrzymaniu przez niego rozkazu z Naczelnego Dowództwa o opuszczeniu Ossowca, co było dużym zaskoczeniem dla gen. bryg. Młot-Fijałkowskiego…

Wobec tego pułk (133 z 33.D.P.) z Ossowca już wyszedł, ale na interwencję G.O. — Naczelne Dowództwo nadaje fonogram „obsada Ossowca pozostaje”…

Dowódca Grupy wysyła mnie do dowódcy odcinka Ossowiec, ażeby zapoznać się z sytuacją i w myśl wytycznych generała polecić ppłk Tabaczyńskiemu zorganizować akcję na Wiznę.

Wyjeżdżam z folwarku Michałki około godz. 10-ej wraz z kpt. Mościckim, który w Białymstoku miał do załatwienia swoje sprawy z O.P.L. Za Wysokiem Mazowieckiem w lewo Brok zasadzka wykonana przez obsługi c.k.m. na samochody pancerne npla (3-5 sztuk) wykryte w tym rejonie. Nie dojeżdżając do Stacji Mońki (za Knyszynem) mijamy powracający baon K.O.P. z taborem do Ossowca. W twierdzy, w kazamatach i obok nich leżą zmęczeni dzielni żołnierze, wszyscy włącznie do dowódcy pułku głośno wyrażają swoje zadowolenie, że powrócili z powrotem na pierwotne stanowiska, lecz trzeba znać duszę żołnierza, aby zrozumieć niewypowiadany wobec mnie żal i złorzeczenia na tych, którzy kazali im zrobić niepotrzebnie blisko 90 km marszu…” (L.dz. 1066/39).

„…Dnia 9. IX. 1939 r. w godzinach rannych przyszedł rozkaz Naczelnego Dowództwa, podpisany przez płk dypl. Jaklicza o skierowaniu pułku K.O.P. z Ossowca (pozostać miał tylko jeden baon) do rejonu Knyszyn-Białystok, celem załadowania. Pułk wyruszył z Ossowca, paląc jakieś mosty i składy, i późno wieczorem osiągnął nakazany rejon (40 km marszu), lecz wieczorem przyszedł nowy juzogram, odwołujący poprzedni rozkaz. Pułk – więc został skierowany z powrotem do Ossowca wywołało to olbrzymie rozgoryczenie…” (L.dz.2332/40).

„…Wczesnym rankiem otrzymuję zza Bugu rozkaz gen. Trojanowskiego (dowódcy O.K.I.), podporządkowujący moją dywizję gen. Plisowskiemu, dowódcy twierdzy Brześć n/B. oraz list gen. Plisowskiego żądający pomocy, zwłaszcza artyleryjskiej. Gen. Plisowski pisze, że jest bardzo naciskany. Uważam, że gen. Trojanowski, jako dowódca terytorialny okręgu, który już opuścił, nie ma prawa do dawania mi rozkazów. Ale na pomoc gen. Plisowskiemu przystaję dla względów operacyjnych. Przede wszystkim mam zamiar działać artylerią z mojego zachodniego brzegu Bugu; działanie to będzie się mogło zaznaczyć dopiero wieczorem (40 km odległości, przy czym artyleria nie będzie mogła iść sama).

W trakcie opracowywania decyzji przybywa dowódca Armii, gen. Przedrzymirski. Generał był już w 41.D.P. w Piszczacu, obecnie zaznajamia się ze stanem 33.D.P. Myślą przewodnią dowódcy Armii jest przebijanie się na południe. 41.D.P. już otrzymała rozkaz marszu. 33.D.P otrzymuje rozkaz maszerowa­nia za nią na Sławatycze, Włodawę, Chełm. Akcja na Brześć n/Bugiem tym samym odpada.

W dniu tym 33.D.P. osiąga rejon na zachód od Sławatycz.

Zaznaczyć muszę fakt, który omal nie pociągnął za sobą smutnych następstw: dowódca artylerii dywizji wydał bez mojej wiedzy i w tajemnicy przede mną rozkaz marszu artylerii dywizji za Bug. Obydwa dyony pod dowództwem mjr. Passen­dorfera osiągnęły Kodeń, częściowo przeszły rzekę, natknęły się na czołgi niemieckie i ledwie zdołały się wycofać. Pod moim naciskiem dyony zostały odnalezione i sprowadzone pod Sława­tycze, ale konie zostały zarżnięte wskutek niepotrzebnych for­sownych marszów w ciężkich piaskach. Wypadek ten przyta­czam, żeby wskazać, że dowodzenie wymagało niejednokrotnie dużego wysiłku, czujności i kontroli dowódców…” (L.dz. 1844/39).

…Dnia 22 i 23 września to dnie bitew Armii w celu prze­łamania oporu i dalszego marszu na południe.

W dn. 23.IX. na froncie Tomaszów – Tarnawatka – Zamość nacierają (od lewego): dywizja gen. Wołkowickiego, 41.D.P., Brygada Kawalerii gen. Andersa, Brygada Kawalerii płk Zakrzew­skiego, dywizja gen. Olbrychta, dywizja gen. Dindorf-Ankowicza, grupa gen. Kruk-Kruszewskiego. Jest motorowy pułk artyle­rii najcięższej, który nawet w tej ostatniej bitwie Armii nie dochodzi do głosu.

Bitwa ta nie doprowadza do pobicia npla lub przełamania frontu. Tymczasem bolszewicy są już na Bugu, na dosyć bliskich tyłach Armii.

Poszczególni dowódcy oceniają sytuację bardzo krytycznie. Gen. Piekarski zamierza przebić się nocą na bagnety. Dowódca Armii rozwiązuje wieczorem swój sztab i przestaje dowodzić.

Zbliża się koniec Armii.

24 września. A jednak przeciwnik widocznie też mocno ucier­piał, gdyż cofnął się na całym froncie o kilka kilometrów. W nocy i rano 24.IX. oddziały Armii przekraczają szosę Zamość-Tomaszów Lub. bez walki i posuwają się jeszcze kilka kilometrów.

Sytuacja jednak jest fatalna. Ogień artylerii npla panuje nad równinami o olbrzymich horyzontach, przez które prowadzą drogi marszu oddziałów.

Na wzgórzu nad płonącą Suchowolą spotykam kilku dowódców: gen. Kruk-Kruszewskiego, gen. Dindorf-Ankowicza, płk Karcza. Oddziały są porozbijane, płk Karcz jest bez konia, jeden jego pułk rozbity w bitwie, resztki drugiego poszły gdzieś w lasy . Nikt nie wie, co jest z 1.D.P. Widać ogólny bezwład i brak kierownictwa.

Dowódca Armii już nie dowodzi. Koniec Armii jest niewątpliwie bliski…” (L.dz. 1844/39).

„…System wydawania ustnych i niedokładnych rozkazów do przebijania się przez puszczę powoduje całkowity chaos i brak koordynowania wysiłków poszczególnych oddziałów, co przyczynia się również do klęski dywizji.

Jest niemożliwością zebranie oddziałów po wielkim i skutecznym bombardowaniu przez lotnictwo npla,. w obliczu naziemnego npla…” (L.dz.2538/40).

„…Praca w sztabie Armii była niezorganizowana, w sztabie panował niesłychany bałagan…” (L.dz.3549/40).

System dowodzenia (w Naczelnym Dowództwie) przypominał raczej dowodzenie pułkami niż Armiami — pisze Szef Oddziału III Sztabu Naczelnego Wodza, pułkownik dypl. Kopański (L.dz.325/39) dalej: „Zamiast wytycznych dla dowódców Armii, które by ich orientowały w działaniach chociaż na parę dni naprzód, dawano im zbyt częste rozkazy, wchodząc ponadto w szczegóły ich wykonania i tracąc przy tym niekiedy poczucie czasu i przestrzeni.

Nie pozbawiano dowództwa nieudolnych wyższych dowódców (gen. Fabrycy), a nawet powierzano im po nieudanych działaniach wyższe stanowiska (gen. Dąb-Biernacki). Wyznaczano lub przerzucano dowódców wyższych szczebli bez środków dowodzenia (gen. Sosnkowski, Piskor, Dąb-Biernacki, Skwarczyński)…”

Pierwsze dziury zapychano nielicznymi odwodami. Ale odwody skończyły się wraz z zaangażowaniem Armii odwodowej na południu i Armii rezerwowej (pułkownik Jaklicz) na północy, więc 4 lub 8 (jeśli kto woli) września „było dziur sześćdziesiąt, a kroków tylko sześć”…”. Wraz z końcem dowódców skończyło się też dowodzenie Naczelnego Wodza. Armie („Modlin” „Łódź”, „Kraków”, „Karpaty”) w ogóle odwodów nie posiadały.

Upadła więc — o ile w ogóle przedtem istniała — chęć bicia nieprzyjaciela. Opanowała Naczelnego Wodza i jego dwóch najbliższych doradców natrętna myśl odwrotu.

Doszedł do tego braku w dowodzeniu na najwyższym szczeblu, zupełny nieomal brak łączności, tak między Naczelnym Dowództwem i Armiami, jak pomiędzy sąsiednimi Armiami i wewnątrz Armii.

„…Połączenia z Naczelnym Dowództwem nie mamy (G.O. „Narew”), gdyż podobnie jak wczoraj w godzinach popołudnio­wych , radiostacja w Naczelnym Dowództwie nie odpowiadała (jak się później dowiedziałem, z obawy, żeby nie zdekonspirować Kwatery Głównej Nacz. Dowództwa)… ” (L.dz. 1066/39).

„… Gdy Armia gen. Kutrzeby znalazła się pod Łowiczem i uderzyła na Łęczycę i dalej na południe, walczyła grupa opera­cyjna gen. Thomme na linii Brzeziny – Stryków. Obie jednostki nic o sobie nie wiedziały, bo łączności nie było…” (L.dz. 2795/40).

„… Wróciliśmy z powrotem do Bielska (ll.DC.1939r.), gdzie około godz. 18-tęj przeprowadziłem rozmowę telefoniczną z kpt. Jędrzejewskim z Nacz. Dowództwa — podałem sytuację i prosiłem o wydanie wytycznych. Kazał mi zatelefonować za pół­torej godziny, co też wykonałem, lecz nikogo nie było w Nacz. Dowództwie w Brześciu…

…W tej sytuacji postanowiłem jak najprędzej dostać się do Brześcia, ażeby przekazać wiadomość o przejściu brygady (?) na postój do rej. Wysokie Litewskie, wierząc, że ta wiadomość będzie wykorzystana i nasze „Łosie” będą mieć wdzięczne zada­nie do wykonania.

Przeprawiliśmy się przez Bug w kierunku Janów Podlaski i przez Białą dojechaliśmy do Brześcia, było to około godz. 2-ej dnia 13.IX. Obudziłem szefa sztabu obrony cytadeli ppłk dypl. Hozaka (nazwisko może trochę przekręciłem) i przekazałem mu wiadomość, która, jak mi się zdaje, pozostała w aktach sztabu jako nienadany radiotelegram do Naczelnego Dowództwa…” (L.dz.1066/39).

„…Tymczasem z Armią gen. Szyllinga Sztab Nacz. Wodza nie miał przez kilka dni absolutnie żadnej łączności…

…W nowym m.p. wiadomości o położeniu na froncie otrzymywano z wielkim opóźnieniem i bardzo niekompletnie…

…Wobec zagrożenia Włodzimierza przez nplską broń pan­cerną z kierunku płd. zach. — w nocy z 13/14.DC. Sztab Nacz. Wodza opuścił Włodzimierz i po zatrzymaniu się przez 14.IX. w rej. Dubna — dn. 15JX. przybył do Kołomyi.

Nowa zmiana m.p. oznaczała zupełne przerwanie łączności pomiędzy Sztabem N.W. a dowództwami na froncie…” (L.dz.534/39).

„…W sztabie Frontu (gen. Dąb-Biernackiego) narzekano na brak łączności z Naczelnym Dowództwem…” (L.dz.534/39).

„…Na tym odcinku stwierdziłem kompletny brak łączności. Pamiętam, że w dn. 8.IX. płk dypl. Jaklicz z Nacz. Dowództwa dopytywał się telefonicznie, co się dzieje z G.O. gen. Młot-Fijałkowskiego. Właściwie już w dn. 9 i 10.IX. żaden oddział nie wiedział, jaka jest sytuacja, co robi jego sąsiad i jakie są rozkazy od przełożonych…” (L.dz.2332/40).

„…W dowodzeniu niezrozumiałym dla mnie było złe, a właściwie żadne, funkcjonowanie łączności radiowej. Niewątpliwie przyczyniły się do tego dwa fakty:

1) dostanie się do rąk niemieckich zasadniczego „czerwonego” szyfru w pierwszym dniu wojny w czasie walk 7.D.P. pod Częstochową,

2) źle interpretowany zakaz posługiwania się radiem przed zaangażowaniem, dla zachowania tajemnicy ugrupowania…” (L.dz.2740/40).

„…W ciągu popołudnia przychodzi rozkaz gen. Thomme, który wobec kompletnego braku łączności z Armia objął dowództwo…” (L.dz.833/40).

„…Brak łączności radiowej na szczeblu dywizja-Armia i niedostateczna między pułkiem i dywizją…” (L.dz.3895/40).

„…Łączności nie mieliśmy żadnej, ani z dywizją, ani z sąsiadami…” (L.dz.3625/40).

„…Łączność z Armią utrzymywałem za pomocą oficerów łącznikowych na samochodach, pracujących ofiarnie ze względu na ciągłe jazdy po terenach zajętych przez npla…” (L.dz.1683/40).

„…Po wszelkie rozkazy trzeba było jeździć, co w tych warunkach walki (powodowało, że) najlepiej przemyślany rozkaz nie trafiał do oddziału w czasie i przestrzeni. Z dywizją rozmawiać drogą radiową nie było można, gdyż pułk miał radio tylko Nr 2…” (L.dz.3818/40).

„…Łączności z G.O. wciąż nie ma… Gen. Plisowski spodziewa się w każdej chwili ataku na twierdzę, której obronę ogranicza do cytadeli. Szerszej łączności z dowództwami operacyjnymi twierdzy nie posiada… nawiązuję osobistą łączność z dowódcą Armii gen. Przedrzymirskim na Woli Wereszczyckiej. Generał nie ma łączności z Naczelnym Dowództwem. Przechwycił tylko część depeszy radiowej, nakazującej wycofanie się na Węgry.

Idziemy więc na Węgry…” (L.dz. 1844/39).

„…Z powodu wydania przez dowództwo Armii rozkazu zabraniającego użycia radia, własna stacja meteorologiczna poczęła jedynie odbierać komunikaty, nie nadając swych obser­wacji…

…O działaniach sąsiednich Armii brak wiadomości, gdyż Nacz. Dowództwo przeniosło się w Warszawie i nieznane są ich numery telefonów, a Hughes został przerwany w rej. Kutna przy sławnym przejeździe Kolejowym, gdzie szły wszystkie linie łączności przy torze na głębokości zaledwie 50 cm. Pierwsza bomba je przerwała, a splotu 150 przewodów nie sposób było naprawić, było to zresztą już przewidziane w czasie pokoju, ale nie liczono się w Warszawie z możliwością skutecznego bombardowania lotnictwa niemieckiego i meldunki Armii w tej sprawie do Sztabu Głównego pozostały bez odpowiedzi…

…Dowódca Armii „Łódź” nie decyduje się pozostać w Pabianicach i przenosi po chwilowym zatrzymaniu się tam, swe m.p. do Mszczonowa. Łączność z wojskami Armii zostaje utra­cona do końca… Opuszczając swoje m.p. w Łodzi i w Brzezi­nach Armia rozkazu op. nie wydała. Z wyjątkiem planu bitwy granicznej i obrony na linii rz. Warty i Widawki, dalsze przewi­dywania, dalsze linie obronne i kierunki wycofywania – się nie były w Armii znane, tak, że nie było wiadomo, dokąd wycofy­wać należy jednostki lotnictwa i służb lotnictwa… Radiostacja Armii, która została rozwinięta w Mszczonowie, podała szybko szyfrem zapytanie do Nacz. Dowództwa, na jakie odcinki Wisły ma się wycofywać Armia „Łódź”, jednak bez odpowiedzi…” (L.dz.256/39).

„…Całość działań obronnych Warszawy charakteryzuje brak łączności z przełożonymi. Na odcinku lotniczym było to specjal­nie przykre. Nie otrzymywaliśmy odpowiedzi na nasze żądania nie tylko skierowane przez radiostacje Armii, ale i przez dosko­nale funkcjonującą łączność radio-marynarki wojennej z Rako­wieckiej do Pińska. Również żadnej odpowiedzi na meldunki przesyłane samolotem… podawałem, gdzie na Mokotowie można lądować. Na te żądania nie otrzymałem żadnej odpowiedzi…

…Wobec decyzji zamknięcia się w Warszawie gen. Rómmel zaproponował odesłanie całej kawalerii gen. Andersa ku wscho­dowi, ta propozycja przesłana przez radio do Nacz. Dowództwa otrzymała pośpieszną aprobatę, wywołującą ironiczne komentarze w Warszawie, gdyż była to jedyna wieść, którą przez cały czas obrony otrzymaliśmy od Naczelnego Dowództwa…

…Muszę zaznaczyć, że wielką pomoc we wszystkim, a przede wszystkim w zorientowaniu się co się dzieje w Rumunii, przekazał mjr Wyrwicki, który nie chcąc się dać internować w Rumunii, na awionetce przyleciał do Warszawy…” (L.dz.1631/39).

„…Zagadnienie łączności w czasie działań wojennych nie było należycie przepracowane, a tym mniej przygotowane.

Bogato rozwinięta na Pomorzu sieć stała telefoniczna zupełnie nie była dostosowana do potrzeb wojennych i nie mogła być wykorzystana przez wojsko. Główne błędy polegały na tym, że nie przewidziano i nie wykonano wyminięć większych miast, stanowiących węzły łącznościowe. Zbombardowanie tych węzłów przez lotnictwo npla unieruchamiało natychmiast całą rozległą sieć. Następnie nie uregulowano zagadnienia ewakuacji i obsadzenia poszczególnych urzędów pocztowych przez personel wojskowy. Ewakuacja urzędów pocztowo – telegraficznych odbywała się w sposób dowolny i dziki, a skutek był ten, że często nie można było uzyskać połączenia na nieuszkodzonej linii, gdyż któraś z pośrednich central została samowolnie ewakuowana. Ciężar więc łączności spadł wyłącznie na kabel polowy, zapasy którego wyczerpały się w bardzo krótkim czasie.

Na całej linii zawiodła również łączność radiowa. Niejednolity sprzęt, niedostatecznie wyszkolona obsługa i nieżyciowe kpiny ruchu dały w efekcie nieużyteczność radia w boju i zrobiły z niego jeszcze jeden naddatek do i tak zbyt wielkiego taboru. Osobiście zmuszony; byłem do prowadzenia rozmów na mikrofon bez przestrzegania obowiązujących przepisów, gdyż w ten sposób mogłem uczynić z radia sprzęt użyteczny w boju. Szyfry zresztą od pierwszego dnia wojny były w posiadaniu Niemców (wpadły w ich ręce wraz ze sztabami i dowódz­twami, wziętymi do niewoli).

Zagadnienie to poruszam tylko w skrócie, gdyż przedstawia ono zbyt obszerny temat, wymagający szczegółowego, osobnego opracowania…” (L.dz. 1104/39).

„…W czasie całej wojny wyczuwałem brak łączności brygady z G.O., na co wskazywało działanie pozbawione wyraźnego celu i dla nas, dowódców pułków, często niezrozumiałe…” (L.dz.142/39)

„…Łączność drutowa, zarówno stała jak i polowa, funkcjonowała bardzo źle i tylko okresowo, a to z powodu ustawi­cznych bombardowań przez lotnictwo npla. Łączność radiowa nie funkcjonowała zupełnie…” (L.dz.5167/40).

„…Stan sieci łączności drutowej był bardzo zły, zupełnie nieprzygotowany na kierunkach działań i w dodatku sprzężony ze zautomatyzowaną Pastą, co potem fatalnie się odbiło na działaniach…

…Łączność drutowa wkrótce przestała istnieć, a łączność radiowa zawiodła zupełnie. Czy to przesada kryptonimów, czy wada budowy (lampy) nie wiem, ale fakt faktem, że tej łączności wprost jakby nie było…” (L.dz.361/39).

Tak z braku dowodzenia przez Naczelnego Wodza jak i z braku łączności i braku wykształcenia i charakteru wielu dowódców rozkazodawstwo na wszystkich szczeblach zawiodło.

„…Rano dnia 8.IX.1939 r. poinformował mnie gen. Piskor, że ma obronę Wisły na dużej przestrzeni, a do dyspozycji ma na razie pułk ułanów i dwie kompanie saperów…” (L.dz.2718/40).

„…Stwierdziłem dużą niezaradność na szczeblu pułku i dywizji w organizowaniu pracy. Tak np. niektóre pułki praco­wały tylko połowę stanu, gdyż zabrakło im łopat i kilofów, a nikomu nie przyszło do głowy zarządzenie od gmin dostarczenia potrzebnych narzędzi. W innych wypadkach nie kopano okopów w miejscach taktycznie ważnych w obawie przed koniecznością płacenia odszkodowania za szkody polowe.

Budowane stanowiska nie odpowiadały elementarnym potrze­bom wojny nowoczesnej: były złe lub zupełnie nie zamaskowane, nie posiadały wnęk strzeleckich przeciwczołgowych, nie miały urządzeń odwadniających (glina) i połączeń od tyłu, na odcin­kach pozbawionych naturalnej przeszkody — były bezbronne przed czołgami. W miejscach zalesionych nie były wykonane ani zawały, ani też ścieżki komunikacyjne.

Stanowiska czat bojowych, odwodów i artylerii zostały wybrane i rozbudowane dopiero na mój rozkaz, tydzień przed początkiem wojny.

Nadmienić muszę, że oddziały straży granicznej, zmobili­zowane już w tym czasie, nie dostały odpowiednich rozkazów i wykonywały różne prace fortyfikacyjne w miejscach nikomu i do niczego niepotrzebnych. Zespolenie ich wysiłku z pracami wojska nastąpiło również dopiero na mój rozkaz.

Zbyt powolne tempo pracy, brak narzędzi i środków trans­portowych, brak sił roboczych i nieskoordynowanie wysiłku doprowadziło do tego, że w chwili wybuchu wojny pozycje obronne nie były wykończone, a na niektórych odcinkach — dopiero rozpoczęte.

Było to niewątpliwie karygodne zaniedbanie i przeoczenie, gdyż szereg tych niedomagań zdołałem bez większej trudności usunąć, tylko zabrakło już czasu na techniczne wykonanie wszystkich prac.

Niewątpliwie duży wpływ na taki stan rzeczy wywierała dwoistość władzy na terenie pomorskim i sprzeczność rozkazów wydawanych przez dowódcę Armii i dowódcę O.K. Jeden z nich nakazywał czynności wojenne, a drugi — przestrzeganie przepisów gospodarczych i norm pokojowych. Oddziały często nie wiedziały, który rozkaz mają wykonać…

…Żaden z dowódców dywizji nie znał zadania Armii i zamiaru jej dowódcy. Ugrupowanie całości Armii nie było znane nawet dowódcy G.O. gen. bryg. Bołtuciowi. Nie wiedział on nawet, gdzie znajduje się i jakie ma zadanie sąsiednia G.O. gen. Przyjałowskiego.

Przy późniejszych osobistych rozmowach z dowódcą Armii „Pomorze”, gen. dyw. Bortnowskim, stwierdziłem, ze nie miał on żadnych dyrektyw na dalszą miarę. Dowódcy dywizji również takich dyrektyw nie otrzymywali. Rozkazy z reguły zawierały wytyczne tylko na dzień następny, przy czym często były wydawane w czasie, uniemożliwiającym terminowe wykonanie zadania…”

…Sąsiadów dywizja nie miała. O miejscu i zadaniach innych G.O. Armii „Pomorze” nie byli poinformowani ani dowódca grupy, ani też dowódcy dywizji…

…Nakazem przez dowódcę dywizji o godz. 18-ej przeciwnatarcie 66.p.p., będącego w odwodzie dywizji, do wieczora nie wyszło, gdyż pułk ten był umieszczony zbyt daleko i rozstawiony ponadto baonami na przestrzeni prawie 15 km…

…Dn. 2.IX. 1939 r. natarcie niemieckie rozpoczęło się o godz. 7.30. Npl skupił cały ogień artylerii i posiadane czołgi w rejonie na południe od m. Rogoźno – Zamek, dążąc do rozdzielenia obydwóch naszych odcinków obrony.

Pomimo dzielnej postawy 65 i 64 p.p. były one spychane przez niemiecką broń panc. i powoli odchodziły w kierunku południowym.

Działania nasze w tym miejscu nie były należycie skoordynowane i nie posiadały wspólnego dowódcy. Natarcie nocne, podczas którego poszczególne baony były rzucane kolejno do walki doprowadziło do pogubienia się w terenie i błądzenia. Wskutek tego nakazana na rano przez dowódcę dywizji obrona posiadała charakter dorywczy i improwizowany.

…pomimo to oddziały własne dzielnie przeciwstawiały się czołgom i nie przepuściły tych ostatnich w głąb ugrupowania dywizji. Rozbito przy tym dalszych 6 czołgów…

…Dnia 7.IX. dywizja osiągnęła lasy na prawym brzegu Wisły na wprost Ciechocinka i miała rozkaz przeprawienia się przez Wisłę przy pomocy 16 i 4 baonu saperów.

Tymczasem o godz. 19-tej, kiedy wszystkie oddziały dywizji były już uszykowane do przeprawy i zbliżyły się do rzeki, otrzymałem z dowództwa Armii rozkaz zaniechania przeprawy w tym miejscu i skierowania się marszem forsownym do Włoc­ławka, gdzie dywizja przejdzie Wisłę przez most…

…Zaopatrzenie – ludzi w czasie tych marszów było bardzo złe, gdyż tabory żywnościowe nie nadążały za wojskiem, a część ich (tabor żywnościowy samochodowy) została skierowana przez dowództwo Armii spod Gołubia przez Toruń i dołączyła do dywizji dopiero we Włocławku…” (L.dz. 1104/39).

„…Tutaj z Komisji Wyładowczej otrzymałem pierwszy pisemny rozkaz dowództwa Armii.

Rozkaz ten nakazywał:

— rozpoznanie, a następnie zorganizowanie obrony linii rzeki Dunajec, frontem na zachód, na odcinku od przepraw w rej. Tarnów do przepraw w rej. Zakliczyn;

— umieszczenie po jednym pułku piechoty, każdy z dyonem artylerii w rej. Tarnów, w rej. Zakliczyn i w rej. Gro­mnik;

— umieszczenie m.p. 24.D.P. w m. Tarnów;

— pobranie map w K.W. Dębica.

Podkreślić muszę, że rozkaz ten ani słowem nie wspominał o ogólnym położeniu własnym lub o zamiarze dowódcy Armii, nie dawał żadnego zadania w zrozumieniu operacyjnym, nie wskazywał nawet celu i warunków taktycznych ewentualnej obrony rz. Dunajec w sensie określenia długotrwałości tej obrony, oparcia skrzydeł, łączności lub współdziałania z sąsia­dami itp. Zresztą wskazówki te na niewiele mogłyby się na razie przydać, gdyż mimo wyraźnej wzmianki w rozkazie, map w K.W. Dębica nie było, nie było, więc mowy o zorientowaniu się w rozmiarach czekającego dywizję zadania…

…W ten sposób pojęta obrona dywizji obejmowała front od ujścia rz. Biała (płn. zach. Tarnów) do rej. Wróblowice (około 20 km), a w razie zagrożenia od południa objąć miała rygiel Wróblowice — Babia Góra (10 km) — razem około 30 km…

…Po powrocie do m.p. zastałem informacje dodatkowe z dowództwa Armii, wskazujące na obecność w odległości dwóch przemarszów dziennych jakichś większych jednostek pancerno-motorowych npla, w kierunku płd. zach. od rejonu koncentracji dywizji (wobec braku map nie jestem w stanie umiejscowić dokładniej tych sił). Dowiedziałem się również, że na lewo od 24.D.P. działa grupa gen. Łukoskiego, ale gdzie ona jest, jakie jej siły i położenie, tego dowiedzieć się nie mogłem. W każdym razie mogła ona być gdzieś daleko i brak było z nią bezpośred­niej łączności. W dalszym ciągu jednak nie otrzymałem żadnych danych o położeniu ogólnym własnym i npla…

A tymczasem dywizja nie miała swoich środków rozpoznawczych, gdyż kawaleria dywizyjna i kompanie kolarzy jeszcze nie nadeszły, a lotnictwem dywizja nie rozporządzała zupełnie…

…Poza tym płk Schwarzenberg-Czerny przywiózł od dowódcy Armii, gen. Fabrycego, pozdrowienia osobiste dla mnie, zale­cenie oszczędzania mego zdrowia i uwagę, że dowódca Armii liczy na 24.D.P. na okres kryzysu.

Przyznaję, że wynik tego nawiązania kontaktu z dowództwem Armii zupełnie mnie nie zadowolił, gdyż nie wyjaśnił dostatecznie położenia, na rozpoznanie którego sama dywizja nie posiadała środków, nie wyjaśnił zupełnie zamiaru dowódców Armii i nie rozszerzył horyzontów w zakresie zadania, jakie miała, spełnić 24.D.P. Nie mogłem też odgadnąć, gdzie i kiedy dowódca Armii przewiduje powstanie „kryzysu”, o którym wspomniał i na czym miałby on polegać…

Rano otrzymałem rozkaz z dowództwa Armii, nakazujący 24.D.P. obronę przejść przez rz. Dunajec na odcinku od m. Czchów (na południu) do ujścia rz. Nida do Wisły (na północ). W uzupełnieniu tego rozkazu zwrócono mi uwagę na konieczność utrzymania łączności z sąsiadem na północy od Wisły w rej. Nowego Korczyna.

Zadanie to było zupełnie nierealne ze względu na:

- stosunek sił do odcinka, który miał być rozszerzony do przeszło 60 km.

- stosunek szybkości poruszeń oddziałów własnych (piechota i artyleria o zaprzęgu konnym) do szybkości ruchów broni pancerno-motorowej npla,

- zupełny brak szybkich środków rozpoznawczych,

- niedostateczność środków dowodzenia, a głównie łączności…

Późnym wieczorem nadszedł z dowództwa Armii rozkaz na dzień 6.IX., w którym w dalszym ciągu brakło sprecyzowania położenia ogólnego w rejonie interesującym 24.D.P., oraz brak jakiejkolwiek wzmianki o zamiarze operacyjnym dowódcy Armii. Rozkaz postanawiał krótko: „pozostać w dotychczasowym rejonie, ubezpieczając się od zachodu i od północy”.

Rozkaz ten był dla mnie ponownym zaskoczeniem i zagadką. Bowiem dywizja nawiązała już pierwszy kontakt z nplem na swym południowym skrzydle, a dowódca Armii nie tylko nie nakazywał zwrócenia uwagi na kierunek południowy (choć już dnia poprzedniego były wiadomości o istnieniu na południowym wschodzie jakichś większych sił pancerno-motorowych npla), ale wyraźnie odwracał moją uwagę na skrzydło północne, o ile zdołałem się zorientować, jeszcze na przedpolu Dunajca były jakieś większe oddziały własne (podobno część Armii Krakowskiej)…” (L.dz.5167/40).

Mógłbym tak cytować na kilku stronach jeszcze. Atoli już powyższe wyjątki charakteryzują dowodzenie w Armii „Karpaty” dostatecznie.

Ale ten sam dowódca Wielkiej Jednostki charakteryzuje też dowodzenie w Armii „Kraków”.

„…Dnia 6.IX.39 około godz. 3-ej otrzymałem telefonicznie rozkaz gen. Szyllinga (dowódcy Armii Krakowskiej), polecający 24.D.P. wykonanie „natychmiast” natarcia z kierunku na m. Brzesko, dla odciążenia skrzydła grupy gen. Boruty – Spiechowicza, które jest naciskane od południa.

Rozkaz ten uznałem za niewykonalny, a to z następujących powodów:

— o akcji nocnej na zachodnim brzegu Dunajca nie mogło już być mowy wobec nadchodzącego już świtu,

— do akcji dziennej, w czasie, której musiałem się już liczyć z koniecznością forsowania przejść przez Dunajec, dywizja nie była zdolna, nie posiadając artylerii,

— wszelka akcja zaczepna prowadzona większymi siłami wymagałaby jaśniejszego sprecyzowania położenia własnego i npla, o którym ciągle jeszcze nie miałem jasnego pojęcia, a nie posiadałem środków, by własnymi siłami sprawę tę wyjaśnić,

— każda akcja zaczepna prowadzona w dn. 6.IX. na Brze­sko musiała być sparaliżowana przez reakcję wielkiej jednostki pancerno-motorowej npla, która poprzedniego wieczora nawiązała już kon­takt z lewym skrzydłem dywizji, a która to reakcja musiałaby się skończyć rozbiciem własnych sił nacierających.

Ponieważ jednak podlegałem Armii Małopolskiej (gen. Fabrycy), a akcja na Brzesko mogła mimo wszystko leżeć w ogólnym interesie operacyjnym, poleciłem swemu szefowi sztabu zameldować natychmiast telefonicznie o otrzymanym rozkazie i żądać potwierdzenia lub anulowania tego rozkazu. Po upływie około 20 minut szef sztabu zameldował mi, że dowódca Armii nie zgadza się na akcję 24.D.P. na Brzesko. O decyzji tej poleci­łem zawiadomić gen. Szyllinga.

Około godz. 6-ej zostałem zawiadomiony, że dowódca Armii, gen. Fabrycy, wyjechał z Rzeszowa udając się do m.p. 24.D.P. Ucieszyłem się tą wiadomością, obiecując sobie po tych odwiedzinach wyjaśnienia wielu zasadniczych wątpliwości.

Niestety, jak się okazało, gen. Fabrycy wyjechał podobno z Rzeszowa, jednak do 24.D.P. nie przybył w ciągu całego dnia…

…Około godz. 17-ej przeprowadziłem rozmowę telefoniczną z szefem sztabu Armii, płk dypl. Morawskim. Dowiadywał się on o położenie oraz chciał poznać me zamiary na przyszłość. Oświadczyłem mu, że na razie dywizja się broni, ale nie mogę przewidzieć, jaki będzie ostateczny wynik tej walki. Jeżeli chodzi o zachowanie się 24.D.P. w dniu następnym, to jest 7.IX., to:

- ciągle nie wiem, jakie 24.D.P. ma zadanie ogólne,

- postawa dywizji musi zależeć od wyniku walki w dniu bieżącym a mianowicie w razie widocznego i nieodwracalnego niepowodzenia obrony, musiałoby nastąpić wycofanie się w ciągu nocy i to aż zapewne za rz. Wisłoka — natomiast w wypadku skutecznej obrony uważam za wskazane pozostać na miejscu i w następnym dniu bronić się na dotychczasowych stanowiskach.

Na zapytanie, co zamierzam robić w razie otoczenia 24.D.P. w dniu 7.IX. przez oddziały pancerno-motorowe npla — odpowiedziałem, że w tym wypadku widzę tylko jedno wyjście, a mianowicie bronić się do następnego wieczora w zalesionym terenie na lewym skrzydle dywizji, a w nocy 7/8.IX. przebijać się. Płk Morawski zaawizował ukazanie się jakiegoś rozkazu Armii na dzień 7.IX. Przy tej okazji przestrzegłem go, że jeżeli 24.D.P. miałaby w ciągu nocy 6/7.IX. wykonać jakiś ruch, to w tej chwili (godz. 17-ta) jest ostatnia pora na zawiadomienie mnie o tym, gdyż wobec trudności w łączności mogę nie być w możności wykorzystania nocy. Płk Morawski przeszedł do porządku dziennego nad tą uwagą i polecił czekać na ukazanie się rozkazu Armii, nie informując mnie nawet, o jakie działanie może chodzić. Na ponowione żądanie przekazania mi wyników rozpoznania lotniczego sprzed lewego skrzydła dywizji, płk Morawski obiecał to zrobić…

…Około godz. 20-ej miałem ponowną rozmowę telefoniczną z szefem sztabu Armii, płk dypl. Morawskim. Rozmowa ta nie przyniosła nic nowego. W dalszym ciągu nie otrzymałem żadnych wytycznych działania na dzień następny ani też nie dostałem wiadomości z rozpoznania lotniczego. Mam czekać na jedno i drugie…

…O godz. 22-ej zostałem ponownie wezwany do telefonu przez dowództwo Armii. Mówił ppłk dypl. Majewski Tadeusz, oficer sztabu Armii. Odczytał mi on rozkaz dowódcy Armii, streszczający się w następujących punktach:

- 24.D.P. przechodzi pod rozkaz dowódcy grupy gen. Łukoskiego,

- w ciągu nocy wycofać się za rz. Wisłoka, gdzie stanąć w dowolnym rejonie,

- odchodząc wykonać zniszczenia,

- nawiązać łączność z dowódcą grupy.

Rozkaz podany w formie bardzo kategorycznej zaskoczył mnie do tego stopnia, że nieopatrznie po jego powtórzeniu przerwałem rozmowę. Gdy po chwili zastanowienia kazałem ponownie nawiązać połączenie z dowództwem Armii, by zażądać bliższych wyjaśnień, co do powodów tej decyzji oraz dowiedzieć się wreszcie o wynikach rozpoznania lotniczego — łączność tele­foniczna była niemożliwa…” (L.dz.5167/40).

„…Pułk podlegał dwóm dowódcom Korpusu, dowódcy bry­gady i od kwietnia dowódcy G.O. „Narew”. Wynikały stąd duże trudności w wykonaniu rozkazów i celowej pracy. Pułk należał do Podlaskiej B.K., miał wykonywać nakazany program i jedno­cześnie prace, nakazane przez dowódcę G.O. To koliduje.

Rozkazem dowódcy G.O. pułk objął odcinek graniczny Myszyniec włącznie —- Chorzele włącznie z zadaniem zorgani­zowania przedpola rz. Narew i przestudiowania wspólnie z bao­nem O.N. i straży granicznej możliwości działania w tym pasie. Przeprowadziłem dokładne studium terenu i możliwości działania opóźniającego, o czym meldowałem dowódcy G.O. i delegatom Sztabu Głównego. Niezwłocznie przystąpiłem do prac w terenie i wspólnych ćwiczeń dla zorientowania dowódców w ich zada­niach. W sierpniu zagadnienie opóźnienia zostało przez oddziały opanowane dostatecznie 31.VIII. w nocy jednak dostałem roz­kaz odmarszu w rej. Nowogród-Stawiski do brygady i zostawie­nia 1 szwadronu + 1 działa ppanc. Pułk odszedł osłabiony do 1/4 — a szwadron nie był w stanie spełnić sam zadań przepra­cowanych przez pułk. Toteż mimo bardzo dzielnej postawy (szarżą wziął do niewoli 3 czołgi) poniósł straty i zadania osłony kierunku nie mógł wykonać. Przygotowany teren nie był, wyzyskany.

Rozkazu mob. nie otrzymałem — a mobilizację pułku roz­począłem na własną odpowiedzialność, gdy mi dał znać starosta, iż zarządził pobór koni i wozów i zaczęli napływać rezerwiści. Na zapytanie, skierowane do szefa sztabu Korpusu, otrzymałem potwierdzenie telefoniczne…

…2.IX. pułk (3 szwadrony + 8 k.m. + 3 działka ppanc.) wszedł w skład brygady i działał wspólnie z nią w jej składzie.

Działanie brygady potwierdziło moje zdanie — brygada (trzy pułki) nie mogła wypełnić samodzielnego zadania w ogóle — a w żadnym razie powstrzymania dywizji panc. npla. Uwa­żam, że jeśli się stawia zadania W.J. kawalerii, musi się dać jej możliwości działania, — zatem wzmocnić ją, co najmniej do stanu 6 – 8 – 12 pułków, 2 baony piechoty motorowej, artylerią ciężką i czołgami. Taka jednostka może wywalczyć powodzenie i dzięki ruchliwości wykorzystać. Trzypułkowa brygada po spieszeniu przedstawia wartość baonu piechoty. Konno przy pościgu może dać piękne rezultaty. Tymczasem brygada musiała cały czas wypełniać zadanie przerastające jej możliwości — użycie nierealne spowodowało duże straty — a raczej jej zniszczenie. Rezultaty żadne…” (L.dz.142/39).

„…Zadanie dywizji zmieniano kilkakrotnie w ciągu dnia. Dywizja musiała nacierać na npla przygotowanego do obrony (18.D.P. niemiecka) bez rozpoznania, bo nie miała na to czasu. Dywizja otrzymała rozkaz wycofania się w ciągu dnia, mając sukces w czasie natarcia, a wiadomym przecież jest, że mowy być nie może o jakimś wycofaniu dywizji w biały dzień sprzed nieprzyjaciela, przygotowanego do obrony…” (L.dz. 187/40).

„…Słaby stan zaznajomienia z planem działań (choćby wstępnych) nawet dowódców dywizji, stąd niedostateczny ich wpływ na kierownictwo wypadkami (10.D.P. przez 36 godzin me miała łączności i działała na oślep, zaś w drugim wypadku wskutek sprzecznych rozkazów podzieliła się na dwie części)…” (l..dz.3895/40).

„…Zakres władzy między dowódcą Korpusu Nr VIII a ins­pektorem Armii, gen. dyw. Bortnowskim, nie był uregulowany – skutek był taki, że w tym samym czasie wychodziły z obu tych dowództw wręcz odmienne decyzje. Dotyczyło to powoły­wania oficerów, wykonywania prac fortyfikacyjnych i przydziału materiałów saperskich.

Np. dowódca O.K.VIII wydał rozkaz w dn. 29.VIH.39, aby zastępca dowódcy 14.p.p. wraz z III/14.p.p. pozostał we Włoc­ławku i wykonał prace fortyfikacyjne przedmościa Włocławek — grożąc wyciągnięciem konsekwencji służbowych, a Inspektor Armii wydał rozkaz tegoż dnia, by III/14.p.p ładował, się na .transport kolejowy i dołączył do 14.p.p. w rejonie koncentracji 4.D.P.

Ilość takich rozkazów była bardzo liczna…” (L.dz.1675/40).

„…9.IX.39 był ważnym dniem w życiu grupy. Około godz. 8-ej został doręczony rozkaz z Nacz. Dowództwa podający nowe zadanie dla grupy. Rozkaz powyższy nie był podpisany przez Nacz. Wodza, lecz z jego rozkazu przez płk dypl. Jaklicza. Na samym wstępie była mowa o jak najdłuższym oporze na linii Bugu i Narwi. Następnie było podane nowe O. de B., grupy: 18.D.P. Podlaska i Suwalska B.K., 33. i 41.D.P. 35.D.P., Mazowiecka B.K., zgrupowanie w Suwalszczyźnie, obsada Ossow­ca i zgrupowanie Grodno. W następnej kolejności (na początku drugiej strony pisma maszynowego) było zadanie dla grupy, nakazujące obronę kierunku na Brześć przez skoncentrowanie wojsk w rej. Bielska…, wykorzystać, w znaczeniu oprzeć się, kolejno na lasach Białostockich i na puszczy Białowieskiej. Zgrupowanie Grodno ma wycofać się na Krynki. Przypominam sobie dokładnie, że w zadaniu były użyte następujące słowa: „jak naj­szybszymi marszami nocnymi przejść do rej….”.

Po przeczytaniu rozkazu od razu zauważono sprzeczność pierwszego punktu z ostatnim, precyzującym zadanie dla grupy — zadawaliśmy sobie wówczas pytanie, czy to nie jest obawa przed odpowiedzialnością?

Do godziny mniej więcej 10-ej skrystalizował się ogólny wstępny plan działania dowódcy…

…Sztab opracowywał rozkazy, a gen. Podhorski otrzymał osobiście już ustne wytyczne, było to około godz. 11-ej, gdy stała się rzecz bardzo charakterystyczna.

Kpt. dypl. Matrybiński, oficer o silnym charakterze i dużej wiedzy, szef O.IV, sądzę, że przede wszystkim pod wrażeniem, że Białystok — nasza baza zaopatrzeniowa, posiadająca olbrzy­mie zapasy materiału int., ma być opuszczony bez walki — w formie rzadko spotykanej w pracy sztabów wpłynął na dowódcę grupy na zmianę decyzji. Generał zdecydował przejść do zwrotu zaczepnego. W tym celu obie brygady kawalerii zaangażować na kierunku Ostrów Maz. — Różan, a 18.D.P. — wykonać silne wypady w kierunku na Ostrołękę.

Zdążyłem tylko zameldować, że npl jest żywy i należy się liczyć ze wzrostem jego nacisku na Wiznę, a sąsiad możliwe, że będzie wkrótce daleko od nas.

Krótkie rozkazy dla WJ, już około godz. 12-ej zostały wydane. Przed ich ekspedycją generał zgodził się wysłać oficera do N.D. (dla) zaaprobowania powziętej decyzji — wyjechał mjr dypl. Kwaskowski, kwatermistrz grupy. Rozkazy dla W.J. (gen. Podhorskiego jako dowódcy kawalerii oraz dowódcy 18.D.P.) zawieźli oficerowie sztabu.

Zapadł już zmrok, a wiadomości od mjr Kwaskowskiego nie było. Brygada rozpoczęła marsz. Dopiero około godz. 21-ej otrzymałem fonogram, nadany umówionym kodem między mną a mjr Kwaskowskim, treści następującej: „zgoda na działania zaczepne — wykonanie: brygady Suwalska i Podlaska; załoga Ossowca pozostaje”.

Natychmiast zameldowałem dowódcy grupy: „no widzisz, wiedziałem, że N.D. zatwierdzi”. Na to odpowiedziałem w obecności między innymi szefa sztabu i szefa O.III, że z tego wyciągam wniosek, że Nacz. Dowództwo dotychczas nie posiada żadnego planu…” (L.dz. 1066/39).

Rozpoczął się chaotyczny, przez nikogo nie regulowany odwrót. Gros naszych Wielkich Jednostek walczyło dwa do pięciu dni, a resztę czasu maszerowało.

Marsze w zupełności zniszczyły większość naszego wojska bez walki.

Wyścig piechura z motorem musiał wygrać motor. Źdźbło wyobraźni i nieco logicznych wniosków z tak bogatej na temat wojny totalnej i pancernej literatury własnej i obcej musiały nawet tępy umysł doprowadzić do dwóch decyzji. Pierwsza: stać!” — „uczepić się terenu, murów we wsiach, miasteczkach i miastach!” — „bronić się na miejscu!”. Ale tej decyzji nikt nie powziął, tego bezwzględnego rozkazu nikt nie wydał. Toteż wojsko odpływało w bezładzie do tyłu. Nie było też drugiej decyzji: „zatrzymać transporty kolejowe na Wiśle!” Byłby to tylko logiczny wniosek z doświadczeń bombardowań niemieckich w dniach 1, 2 i 3 września. Uratowano by w ten sposób 3.D.P., 12.D.P., i 36.D.P., nie licząc dziesiątek transportów najróżniejszych oddziałów pozadywizyjnych.

O przemęczeniu żołnierzy marszami, brakiem snu i wyżywienia mówią nieomal wszystkie sprawozdania. Przytaczam tylko trzy krótkie wyjątki:

„…Żołnierze, zmuszeni do całodziennego wykuwania w stwardniałej glinie każdego metra okopu i do noszenia w rękach 2-3 km faszyny — byli już przemęczeni przed początkiem działań wojennych…

…W następnych dniach 16.D.P. bez styczności z nplem wykonywała uciążliwe marsze nocne, początkowo po szosie, a następnie piaszczystymi drogami leśnymi. Żołnierze-rezerwiści, niewytrenowani do tak długich (do 45 km) marszów nocnych z trudem wytrzymywali ten wysiłek. Kolumny rozciągały się. Wozy łamały się i grzęzły w piasku, konie ustawały, trzeba było bardzo dużego wysiłku ze strony dowództwa dywizji i dowódców pułków, by marsze te uregulować i wykonać w czasie. Pomimo wszystko straty marszowe były duże.

Zaznaczyć muszę, że oficerowie, a szczególnie młodzi, w większości wypadków zawodzili pod względem wytrzymałości fizycznej i nerwowej.

Dużą rolę odgrywało to, że nikt nie widział celowości wykonywanych poruszeń, gdyż sytuacja ogólna nie była znana ani dowódcy G.O., ani dowódcy dywizji. Marsze więc posiadały wszystkie znamiona szybkiego odwrotu bez styczności z nplem. Takie też wrażenie odnosiła i ludność cywilna, zrywając się z miejsc, pakując dobytek i uciekając w popłochu za wojskiem i stając się celem dla bestialskich bombardowań, wykonywanych dzień w dzień przez lotników niemieckich. Szosy i drogi pomorskie były na dziesiątki kilometrów zawalone rozbitymi wozami, poszarpanymi zwłokami kobiet i dzieci i setkami zabitych koni i bydła…” (L.dz.1104).

…Wieczorem dnia 9.IX.39 wyruszyła 16.D.P. w kierunku Łowicza z ogólnym zadaniem (łącznie z 4.D.P.) ubezpieczenia od wsch. i płd. wsch. Armii „Poznań”.

Stan moralny dywizji był bardzo dobry, gdyż oddziały nieco wypoczęły i wiedziały, że idą na npla. Przestało ciążyć nad nami poczucie beznadziejności bezcelowego odwrotu…” (L.dz. 1104/39).

„…26.D.P. w czasie od 4.IX. do 19.IX. maszerowała nocami przygotowując się w ciągu dnia do obrony, nacierając lub bro­niąc się, co spowodowało ogromne przemęczenie całej dywizji, z czym się jednak nie liczono, mimo kilkakrotnych meldunków dowódcy 26.D.P.

Żołnierz niemiecki natomiast był zawsze wypoczęty, nasy­cony i wchodził świeży do wałki, podwożony przeważnie samo­chodami na bliskie odległości od frontu…” (L.dz. 187/40).

„…Żołnierze głodni i zmęczeni do najwyższego stopnia, z otartymi i odparzonymi nogami. Odpoczynek. Przyjechał mjr Ochęduszko i lekarz jarosławskiego baonu O.N. por. dr Armeń­ski, który po krótkim odpoczynku zaczął przegląd nóg i zaopa­trzył niższe schorzenia nóg. Stwierdził, że około 85 % ludzi jest niezdolnych do dalszego marszu…” (L.dz.2386/40).

Marsze też, a nie walki zniszczyły bezużytecznie Grupę Operacyjną generała Kowalskiego i Grupę Operacyjną Kawalerii generała Andersa.

A było to tak:

„…Dnia 8 września odbyła się w Warszawie przy ul. Rakowieckiej Nr 6 w godzinach przedwieczornych odprawa, na której Szef Sztabu Naczelnego Wodza, generał Stachiewicz, wydał ustnie generałowi Rómmlowi zadanie dla tworzącej się grupy Armii, na której dowódcę wyznaczył w imieniu Naczel­nego Wodza generała Rómmla. Zadaniem tej „Grupy Armii” było: „…na północy podporządkowana Armia generała Przedrzymirskiego ma bronić Narwi, Armia „Łódź” broni Warszawy od Modlina do Pilicy, na południu generał Piskor broni górnego biegu Wisły, na przedpolu generał Kutrzeba, z którym brak łączności, ma współdziałać z ewentualnym wypadem Armii gene­rała Rómmla, uderzając od północy na zaangażowane pod War­szawą jednostki nieprzyjaciela.

Zadanie było wydane bardzo ogólnikowo, łączność z genera­łem Przedrzymirskim była przez Hughesa, odprawa trwała bar­dzo długo przy pomocy monet przesuwanych na mapie. Został zawezwany generał Czuma, który przedstawił plan obrony samej stolicy i poczynionych przygotowań.

Na zakończenie generał Stachiewicz wziąwszy mnie na bok powiedział mi: „Wiem, jaki Pan Pułkownik ma wpływ na generała Rómmla, proszę go podtrzymywać, musicie się tu bronić do ostatka, my Wam pomożemy”… Szef Sztabu Głównego ściskając mnie i jeszcze raz rekomendując hart ducha wsiadł do samo­chodu i około godziny 23-ej wyjechał z resztką Sztabu…

…Generał Rómmel wiedział w pierwszych dniach obrony Warszawy, że poza pierścieniem broni pancernej otaczającej od zachodu miasto, na dalekim przedpolu maszerują ku wschodowi: resztka Armii „Łódź” pod dowództwem generała Thommé i dotąd nie zaangażowana w walki Armia generała Kutrzeby.

Generał Thommé miał się wycofać z Łodzi na Warszawę i przeprawiać na południe od Warszawy, generał Kutrzeba na Warszawę i Modlin. Było to wiadome jedynie z przypuszczeń, gdyż wątpliwym było, czy rozkazy do nich doszły…

Zadanie obrony trójkąta Wisły i Narwi, powierzone genera­łowi Rómmlowi przez Szefa Sztabu Głównego, zostało już po 48 godzinach sparaliżowane przez rozkaz Naczelnego Dowódz­twa wycofania się Armii generała Przedrzymirskiego dla osłony Brześcia.

Armia ta, rozciągnięta wzdłuż rzek Bugu i Narwi i mająca tylko luźny kontakt przez swą prawoskrzydłową grupę kawalerii z Grupą Operacyjną generała Młota-Fijałkowskiego, która biernie działała w rejonie Łomży, utrzymywała silnie nawet nacierając rejon na północ od Modlina, natomiast wyrwanie 1.D.P.Leg. ze środka jej ugrupowania z rozkazem odmarszu dla osłony Naczelnego Dowództwa w Brześciu, pokrzyżowało możliwości dowódcy Armii…” (L.dz.1631/39).

„…Dnia 9 września przed południem przyleciał samolotem do Warszawy podpułkownik dypl. Marecki i wręczył osobiście generałowi Rómmlowi list własnoręczny Marszałka Rydza-Śmigłego, datowany 8 września 1939 roku (bez podania miejsca postoju). Istotna treść tego listu była następująca:

„…Na wstępie jest powiedziane „wszystko uważam za stracone”, względnie „opór nasz został całkowicie złamany”. „Warszawa postanowiła się bronić. Mianuję Pana dowódcą Obrony Warszawy. Obronę należy urządzić zarówno z zachodu, północy i wschodu, jak również i z południa”. Innych dyspozycji nie było.

W drugiej części był rozkaz odesłania gen. bryg. Stachiewicza, Szefa Sztabu Głównego do Naczelnego Dowództwa, jako zbędnego w Warszawie. List ten ppłk dypl. kaw. Śmigielski ma przechowany w kraju…” (L.dz. 1062/A/40).

Dnia 12 sierpnia 1941 roku w Londynie Szef Oddziału III Sztabu Naczelnego Wodza mówił mi, że list powyższy zawoził on, to jest pułkownik dypl. art. Marecki, do Warszawy samolo­tem, że mu go wręczył Marszałek osobiście, że on go doręczył 9 września 1939 roku osobiście generałowi Rómmlowi, że w Warszawie nie zastał już Szefa Sztabu Głównego, generała Stachiewicza, że zawiózł również samolotem list generała Rómmla, który wręczył Marszałkowi w Brześciu.

Gdy przyleciał do Brześcia, właśnie pułkownik dypl. Jaklicz tłumaczył niezadowolonemu generałowi Stachiewiczowi, dlaczego kazał odejść 1.D.P.Leg. spod Wyszkowa. Miał to być zamiar „uratowania wszystkich nietkniętych jeszcze wojsk do Małopolski Wschodniej”. Pułkownik Marecki dodał jeszcze, że generał Stachiewicz nie chciał powierzyć dowództwa Armii „Warszawa” generałowi Rómmlowi „ze względu na jego stan nerwowy i fizyczny”

Gdy w dniu 2 kwietnia 1941 roku w hallu hotelu „Rubens” rozmawiałem z Szefem Sztabu Naczelnego Wodza o odejściu 1.D.P.Leg. znad Bugu pod Wyszkowem, co spowodo­wało załamanie się całego frontu na północ od Warszawy i uni­cestwiło koncepcję wielkiej bitwy na przedpolu Warszawy i o Warszawę, generał Klimecki powiedział do mnie: „Tę nieszczęsna decyzję spowodował Jaklicz na Marszałku, gdy Stachiewicz pozostał w Warszawie…”.

Potwierdza to i opisuje jeden z oficerów dyplomowanych z Oddziału III Sztabu Naczelnego Wodza.

„…W dniu 10 lub 11[2] września (ścisłej daty nie pamiętam) około godz. 11-ej w mojej obecności płk dypl. Jaklicz zameldo­wał Nacz. Wodzowi, że w Małkini ukazała się broń panc. npla. W tym czasie. 1., 33. i 41.D.P. oraz Mazowiecka B.K. przeszły już na południowy brzeg Bugu, który obsadzały od Małkini do Narwi, więc zachodziła obawa przeskrzydlenia tych jednostek od wschodu. Na czym jednak płk dypl. Jaklicz opierał swój meldu­nek, nie wiedziałem i nie wiem, ale ja słyszałem tylko, że od kogoś z Oddz. IV telefonował jakiś oficer z terenu i podał mu tę wiadomość, jako zasłyszaną od ludności cywilnej. Toteż zwróciłem płk dypl. Jakliczowi uwagę po cichu, że ten meldu­nek nie jest sprawdzony. Zostałem na to przez niego zmonitowany, a ponieważ wówczas już byłem oficerem odcinkowym Armii gen. Piskora (organizowanej dla obrony środkowej Wisły), więc byłem mniej dokładnie zorientowany w sytuacji ogólnej i sądziłem, że moja uwaga była rzeczywiście nie na miejscu.

Na podstawie tego meldunku Nacz. Wódz rozkazał mnie osobiście zaraz wziąć dwa silne samochody i trzech żandarmów i w razie potrzeby „przebić się” do dowódców 1., 33. i 41.D.P. z ustnym rozkazem, natychmiastowego opuszczenia rz. Bug i wycofania się w ogólnym kierunku na Białą Podlaską. Nacz. Wódz podkreśla kilkakrotnie, że te jednostki miały rozkaz wycofania się na Warszawę i że ten rozkaz zmienia, by „urato­wać je” przed zamknięciem w rej. Warszawy. Dowództwo nad 1., 33. i 41.D.P. i Mazowiecką B.K. miał objąć gen. Kowalski i on miał uregulować odejście znad rz. Bug, a w razie pościgu przez npla miał podpalić za sobą lasy dla zatrzymania nieprzyjacielskiej broni pancernej.

O godz. 12-ej wyjechałem z Brześcia i bez przeszkód dotar­łem kolejno o godz. 17-ej do płk dypl. Zieleniewskiego 33.D.P.), gen. Piekarskiego (41.D.P.) i gen. Kowalskiego (1.D.P. i podległa mu już Mazowiecka B.K.). Zameldowałem tym dowódcom nowy rozkaz Nacz. Wodza i dowiedziałem się, że wszystkie te W.J. spłynęły znad Narwi przez most pod Wysz­kowem i że dopiero po tym rozciągnęły się wzdłuż Bugu, ale do Małkini nie sięgają i nie wiedzą, co tam się dzieje. W trakcie mojej bytności u gen. Kowalskiego, około godz. 21-ej, przyjechał tam gen. Krzisch, który jechał z Łomży przez Małkinię. Na moje pytanie, co tam się dzieje, gen. Krzisch powiedział mi, że jechał tamtędy i że spotkał tam jakiś oddział Obrony Narodo­wej oraz baterię artylerii plot. i że tam nic o broni panc. npla nie słyszał, a w lasach na północ jest 18.D.P. i 1.B.K. z grupy gen Młot-Fijałkowskiego.

Wobec takich zmian wiadomości poprosiłem gen. Kowalskiego o opóźnienie odejścia jego grupy znad Bugu do rana dnia następnego, wysunięcie jakiegoś wzmocnienia do Małkini, oraz — o ile to się da — przerzucenie Mazowieckiej B.K.. na jego wschodnie skrzydło celem jego osłony i nawiązanie łączności z oddziałami gen. Młot-Fijałkowskiego w rej. lasów na północ od Małkini. Ja miałem wrócić do Brześcia i przedstawić ponownie sytuację Nacz. Wodzowi celem uzyskania nowych rozkazów. Gen. Kowalski zgodził się na to i polecił mi zameldować, że czeka do godz. 6-ej rano i że jego sytuacja jest o tyle trudna, że otrzymuje on rozkazy od dowódcy Armii, gen. Przedrzymirskiego z Modlina, od Szefa Sztabu Głównego z Warszawy, od gen. Młot-Fijałkowskiego z Łomży i wreszcie rozkaz, który ja przywiozłem od Nacz. Wodza. Różne te rozkazy gen. Kowalski uważał za kolidujące ze sobą, a nawet sprzeczne i prosił o wyjaśnienie jego podległości. Sytuację na swym odcinku gen. Kowalski oceniał optymistycznie i twierdził, że może się trzymać nad Bugiem, a npl nie wytrzymuje przeciwnatarć naszej piechoty, której straty są niewielkie i głównie pochodzące od artylerii npla, która strzela dużo i dobrze. Poza tym gen. Kowalski wyraził mi swoje zastrzeżenia, co do wartości bojowej 22. i 4l.D.P., którym musi ciągle pomagać (były to jednostki rezer­wowe i — o ile pamiętam — niekompletne).

Z tym odjechałem do Brześcia około godz. 22-ej i przez zatłoczone szosy oraz przez świeżo zbombardowane i płonące Siedlce dotarłem do Brześcia około godz. 3-ej rano. W sztabie dowiedziałem się od oficera dyżurnego (ppłk dypl. Przybylski), że w ślad za mną po południu wyjechało trzech oficerów, do tych samych dowódców dywizji celem zmienienia zawiezionych przeze mnie rozkazów dla gen. Kowalskiego i jego W.J. Wobec tego, rano zameldowałem Szefowi Oddz. III cały wynik mojej bytności w tych W.J., moją umowę z gen. Kowalskim, co do odejścia znad Bugu o godz. 6-ej rano i prośby jego, co do uregu­lowania podległości…” (L.dz.1533/40).

Odejście 1.D.P.Leg. było zupełnym zaskoczeniem dowódcy Armii „Modlin”, generała Przedrzymirskiego, i spowodowało katastrofę całej Armii „Modlin”. Potwierdza to jeszcze następu­jące sprawozdanie:

„..Od 1. do 11.IX. byłem w Warszawie w D.O.K.I. i dowództwie Obrony Warszawy jako kurier z własnym samo­chodem.

Dnia 11.IX. o godz. 20-ej otrzymałem z dowództwa Obrony Warszawy rozkaz, który miałem doręczyć dowódcy Armii, gen. Przedrzymirskiemu, wyjeżdżając pierwszy raz poza teren obrony.

Pierwszym ujemnym wrażeniem był fakt, że nie otrzymałem nawet przybliżonego m.p. dowództwa Armii, tylko ogólny kie­runek na Siedlce. Wyjechałem natychmiast spod ronda Washing­tona na Saskiej Kępie, napotykając od ul. Grochowskiej począw­szy na nieopisany bałagan i panikę wśród cofających się taborów. Były to tabory różnych jednostek, cofające się w bezładzie. Zatarasowały one całą szosę aż do skrzyżowania dróg pod Miłosną, zajmując całą jej szerokość, tworząc czasami nawet cztery szeregi, tak, że przejazd w kierunku Warszawy był abso­lutnie niemożliwy. Jednocześnie tworzyły się, co chwilę stałe zatory. O sile tego zatarasowania mówi fakt, że odcinek szosy od ronda Washingtona do Miłosny, długości mniej więcej 15 km, jechałem samochodem od godz. 20-ej do 6-ej rano, czyli 8 godzin, torując sobie drogę często z rewolwerem w ręku. Jed­nocześnie podczas przejazdu przez lasy aniński i wawerski pow­stawały fałszywe alarmy o dywersji niemieckiej w tych lasach, powiększające panikę i wywołujące bezładną ogólną strzelaninę nawet z k.m., którą każdorazowo z trudem opanowywałem, doprowadzając do zaprzestania ognia. Nie mogłem stwierdzić, jakie powstały straty przy tym wzajemnym ostrzeliwaniu się; Po przejeździe przez skrzyżowanie koło Miłosny droga stała się wolniejsza, tym bardziej, że tabory zaczęły nad ranem zjeżdżać do lasów. Dojeżdżam do Mińska Mazowieckiego, lecz niestety niczego nie mogę się dowiedzieć o dowództwie Armii gen. Przedrzymirskiego. Kierują mnie dalej na Kałuszyn. Tutaj spotykam nowy obraz. Całe boki szosy i brzegi rowów przydrożnych zajęte są uciekającymi żołnierzami, wszyscy bez broni, duża część bez butów, lub buty na plecach. Dowiaduję się, że są to dezerterzy z 1.D.P., uciekający w kierunku Kałuszyna. W Kałuszynie samym tłoczy się masa tych żołnierzy na placu i na ulicach. W Komendzie Placu znów nie mogę otrzymać żadnej wiadomości o dowództwie Armii, dowiaduję się natomiast, że w mieście jest dowódca 1.D.P. Po ciężkich trudach dostaję się do dowódcy, który również nie może mi dać żadnej wiadomości o m.p. dowództwa Armii. Kieruję się dalej na Siedlce, będąc od rana kilkakrotnie ostrzeliwany z k.m. przez lotników. W Siedlcach spotykam szefa sztabu D.O.K.I., płk dypl. Aleksandrowicza, przybyłego z misją zahamowania i opanowania ucieczki, od którego otrzymuję wiadomość,, że 9.D.P.[3], wchodząca prawdo­podobnie w skład Armii gen. Przedrzymirskiego, stoi w Miedzeszynie na linii Warszawa – Otwock i poleca mi jechać do niej, gdzie prawdopodobnie dowiem się o m.p. dowództwa Armii. Jednocześnie ostrzega mnie, żebym nie wracał z Siedlec na Miłosne, lecz szosą na Garwolin, ponieważ niemieckie oddziały pancerne znajdują się już. o 3 km od szosy pod Kałuszynem. Kieruję się nie do Garwolina, lecz przez Seroczyn do Siennicy, żeby stąd przez Otwock dotrzeć do Miedzeszyna. W Siennicy’ spotykam przypadkowo dowódcę etapów Armii gen. Przedrzymirskiego i dowiaduję się, że dowództwo stoi w wiosce Jerusal około 20 km na południe od Kałuszyna. Ostrzeliwany kilka­krotnie przez lotników w drodze do Siedlec, docieram wreszcie wieczorem 12.IX do dowództwa Armii i doręczam rozkaz. Od szefa sztabu Armii otrzymuję równocześnie meldunek o sytuacji operacyjnej Armii z poleceniem doręczenia go gen. Rómmlowi, dowódcy Obrony Warszawy. Jednocześnie otrzymuję dyspozycję nauczenia się meldunku na pamięć i trzymania w pogotowiu butelki z benzyną, żebym mógł w każdej chwili spalić meldunek, i ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że mogę wpaść w ręce wroga, bo skrzyżowanie koło Miłosny, jak mnie informuje dowódca oddziału op. Armii, jest prawdopodobnie już zajęte przez zmotoryzowaną dywizję niemiecką, jak również na szosie Mie­dzeszyńskiej jako jedynym dwom szlakom do Warszawy od południowego wschodu, są już jednostki niemieckie, które przekroczyły Wisłę mostem pod Świdrem.

Zasadnicza treść meldunku była następująca: 1.D.P. opuściła bez powodów zajmowane stanowiska (wyli­czone gdzie) cofając się „wbrew wszelkim moim rozka­zom i intencjom” — tak brzmiały słowa gen. Przedrzymir­skiego — o 20 km w tył, stwarzając przez to lukę. W którą natychmiast wsunęła się zmotoryzowana dywizja niemiecka zagra­żając Kałuszynowi i dalej Siedlcom. Zmusza to dowódcę Armii do wykonania manewru odwrotnego lewym swym skrzydłem w kierunku południowo-wschodnim, odsłaniając przez to ostate­cznie Warszawę od wschodu, o czym zawiadamia gen. Rómmla, dowódcę obrony Warszawy…” (L.dz.1540/40).

Oficer sztabu 1.D.P.Leg. fakt ten przedstawia następująco:

„…W dniu 9.IX. w dalszym ciągu obrona na południowym brzegu pod Wyszkowem. W czasie próby forsowania rzeki przez Niemców dyrygowałem razem z kpt. dypl. Pohoskim przeciwnatarciem, gdyż akcja zaczepna zbiegła się z nieobecnoś­cią dowódcy dywizji, dowódcy p.d. i szefa sztabu, którzy w tym czasie byli na inspekcji pierwszego rzutu obrony.

Na skutek rozkazu Nacz. Wodza w dn. 10.IX. dywizja rozpoczęła ruch odwrotowy na Kęty. Po wykonaniu prac zwią­zanych z formowaniem kolumn posuwałem się w sztabie ścisłym dowódcy dywizji.

Rozkaz Nacz. Wodza był o tyle przykry dla dywizji, że zmuszał do oderwania się już po świcie, z drugiej strony nie uchronił dywizji przed otoczeniem, zaś pozycja Wyszkowska była stosunkowo najdogodniejsza do obrony.

W dniu 11.IX. w myśl intencji Nacz. Dowództwa, by 1.D.P.Leg., jako W.J. o pełnych wartościach bojowych i o bardzo dobrym stanie moralnym uchronić od zamknięcia w Warszawie. Dywizja kontynuuje ruch odwrotowy w rej. Ignacowa, gdzie teren dawał pewne walory obrony…” (L.dz.1087/40).

Z tym „…bardzo dobrym nastrojem moralnym 1.D.P….” wcale nie było tak dobrze, jak autor twierdzi. (Sądzę, że chodziło mu o ratowanie „legendy”…). Przytaczałem już powy­żej słowa oficera, kuriera od generała Rómmla: „…całe boki szosy i brzegi rowów przydrożnych zajęte są uciekającymi żoł­nierzami, wszyscy bez broni, duża część bez butów lub buty na plecach. Dowiaduję się, że są to dezerterzy z 1.D.P.Leg., uciekający w kierunku Kałuszyna…” (L.dz.1540/40).

Poniższe wyciągi ze sprawozdań, wyłącznie oficerów 1.D.P.Leg., opisują odejście 1.D.P.Leg. od Bugu oraz niskie morale 1.D.P.Leg.:

„…Około 40% rezerwistów nie było na ćwiczeniach od 6-8 lat. Tyleż % me znało kb. Mauzer. Ponad 75% nie znało zupełnie r.k.m. Zaledwie 6 znało pobieżnie granatnik. Ponad 50% w życiu nie rzucało granatami ręcznymi. Około 15% było z innych broni. Co najmniej 40% nie umiało zabezpieczyć kb.; około 25% nie znało zupełnie szyków luźnych. Niemal wszyscy nigdy nie byli w pułku. Około dziesięciu nigdy w życiu nie strzelało!! Przeciętny wiek 32 lata. Wahania w rocznikach: od 1895 do 1913. Przeciętny stan fizyczny — dostateczny. Bardzo duży procent niedołęgów, niedorozwiniętych i oferm. Ludzie apatyczni, bez zapału, często przerażeni; na huk padającej ławki – padali ze strachu na podłogę. Dużo płaczących, rozpaczają­cych. Wielu zwracało się z pytaniem: „Panie poruczniku, — co ja zrobię, jak mnie zabiją?” Nastrój poprawił się po dwóch dniach, ale mimo wszelkich starań — nie był dobry. Element zabiedzony — fantastycznie żarłoczni. Uświadomienie obywatelskie równe niemal zeru. Jaskrawo odbijali się od nich strzelcy służby czynnej: energiczni, weseli, karni — wszystkie rozkazy wykonywali w lot, bardzo starannie… O nastroju — wprost szkoda pisać. Ze strachu np. zjadali żelazne porcje, motywując: „niech się człowiek, choć naje przed śmiercią”. Siedział Niemiec na drzewie i z pistoletu maszynowego strzelał. Z prawej ukazuje się kilkunastu Niemców w odległości około 150 m. Ktoś krzyk­nął „Niemcy” — wielu zdradziło chęć do ucieczki —- ale ich zatrzymałem… Niemcy w lesie na wysokich pagórkach — ani dojść. C.k.m. nasze silnie ostrzeliwują — podchodzimy na 200 m, ale ludzi trzeba wprost popychać kijem. Nie chcą zajmować stanowisk ogniowych. Chodzę od prawego do lewego — ciągle; aż ze zmęczenia na krótko osłabłem… wyciągam z bezładnie cofających się moich ludzi…

O 4-ej rano dn. 7.IX. przechodzimy przez most na Bugu. Wyszków w gruzach. Bałagan okropny, nikt nie kieruje, Wszystko się pcha, aby prędzej. Oficer kierunkowy za mostem wciąż się myli w podawaniu kierunków. W tłoku gubi się część Iudzi…

…Powody porażki pod Pułtuskiem:

1) Przewaga npla…

2) Idiotyczne (tak!!) rozciągnięcie pułku (w lesie!!) i batalionu w kordon, prawie bez ugrupowania w głąb.

3) Kompletny brak i rozpoznania na szczeblach od baonu wzwyż (nawet na nasze prośby — dowódca baonu nie wysłał rozpoznania).

4) Brak współpracy z artylerią, która w ogóle nie strzelała, motywując to brakiem żądań ze strony piechoty.

5) Ruch oskrzydlający od strony na zachód od Pułtuska, gdzie rzeka niemal nie była bro­niona.

6) Zupełne zaniedbanie opóźniania, zasadzek itp., a sta­wianie podczas wycofania się tylko chwilowego oporu od czoła — pojedynczymi k.m.

7) Bardzo słaby stan moralny i fizyczny ludzi.

8) Kompletny brak łączności, która w ogóle nie istniała…

…Raptem na lewo od nas, mniej więcej na tor, spada seria pocisków art. — i cały baon w popłochu zaczął biec w prawo przez szosę. Krzyknąłem „Stać!” i — dziwna rzecz — niemal wszyscy stanęli… Co było w dn. 10 i 11.IX. dokładnie nie pamiętam — to był koszmar — ten beznadziejny i bezładny odwrót, gdzie nie widziało się ze strony władz żadnej ingerencji. Idziemy przez uzdrowiska podmiejskie — na Mińsk Mazowiecki. W jakimś lesie organizują baon. Zebrałem jeszcze około 130-140 ludzi. Inne kompanie miały przeciętnie 50-60. Wszyscy ledwie żywi ze zmęczenia… Silny ogień od czoła, — ale skokami — wolno — idziemy naprzód. Oglądam się. Przy mnie — około 40 ludzi — reszta rozeszła się po chatkach za jedzeniem (brak dowódców plutonów, oraz drużynowych. Jestem sam z kadry). Znajduję mjr Galicę — pokazuję moich 40 ludzi — proszę o pomoc — „Po co? — i tak zaraz uciekniecie!” — i pojechał dalej. Za nim idą jego ludzie gęstą grupą (Niemcy ich nie widzieli, bo to było za laskiem). Krzyczę „Chłopcy — za mną — tam Niemcy wieją!” Chwila — i jakiś strzelec (Kostkowski Jan — zginął) mówi do kolegów. „K…mać! ja idę! p…dolić! Pociągnął za sobą około 100 ludzi. Z nimi zdobywam drugą wieś, która już płonie. Zdobywam 6 motocykli, 8 aut, w tym 4 zepsute, 2 k.m., mnóstwo kb. Ludność z płaczem wita nas, pomagając szukać ukrytych Niemców, których wprost w sztuki rozrywano. Padło ich tam, co najmniej 40-50. Stanowisko świetne —- na skrzyżowaniu szos. Kpt. Karuba, por. Cegłowski i ja organizujemy zdobyty teren — szukamy dowódcy pułku — nie ma go! Po dwóch godzinach znaleziono go w lesie — z nie­tkniętym II baonem — kazał nam cofać się!! Nie wierzyliśmy własnym uszom, — ale rozkaz! (L.dz.2355/40).

Meldunek powyższy nie świadczy chyba o „bardzo dobrym nastroju moralnym 1.D.P.”. Ani też następujący:

„…Jako dowódca baterii brałem udział w obronie Pułtuska. Obrona załamała się zasadniczo po 2-ch-3-ch godzinach walki. Niepowodzenie tej obrony widzę w tym, że piechota zbyt szybko została moralnie załamana ogniem artylerii niemieckiej…

…Zbyt szybkie załamanie się piechoty widzę w tym, że nie miała ona dostatecznie przygotowanych rowów strzeleckich oraz umieszczenie linii obronnej przy zabudowaniach, które artyleria niemiecka paliła. Artyleria strzelała nie do piechoty, ale do zabudowań, tylko przypadkowo trafiały pociski w pobliżu rowów strzeleckich. Uważam, że nie ogień artylerii załamał moralnie piechotę, ale wzniecone pożary. Baterie niemieckie były o kalibrze 100 mm i 105 mm (dalekonośne), używali zapalników natychmiastowych oraz rozpryskowych (granaty na rozprysk). Piechota jak na komendę wyskoczyła z rowów strzeleckich bez rozkazu i panicznie zaczęła uciekać. Od tej chwili aż do dn. 23.IX. nikt baonu tego nie zebrał (był to baon obrony narodo­wej Pułtusk). Straty w zabitych stosunkowo nieduże i powstały wówczas, kiedy piechota opuściła rowy strzeleckie. Działo się to dn. 8.IX.39 (albo 7.IX. — dokładnie daty nie pamiętam).

Obrona na Bugu w rejonie Wyszkowa. Byłem jako dowódca baterii bezpośredniego wsparcia na odcinku kawalerii dywizyjnej. Po jednodniowej walce 9. i w nocy 9/10.IX. z rozkazu mjr. Kulika obrona wycofała się. Ja otrzymałem rozkaz udania się z baterią (o godz. 4-ej rano dn. 10.IX.) do lasów w rejon Sulejówek, gdzie miałem znaleźć dowódcę dyonu i dywizję. Po przybyciu około godz. 12-ej nie zastałem nikogo, jedynie tabor szwadronu kawalerii dywizyjnej. Wysłałem dwóch oficerów, por. rez. Szczukę oraz ppor. rez. Hincza, na poszukiwanie dowództwa dyonu, pułku lub dywizji. Około godz. 15-ej albo 16-ej ppor. Szczuka zameldował mi, że znalazł oficera operacyj­nego 1.D.P., który mu odpowiedział, że nie wie, gdzie są oddziały, że jest to nie odwrót, ale panika, jedźcie, gdzie chcecie. Po takim meldunku obrałem kierunek na południe, wyprowadza­ne baterię. W międzyczasie wysyłałem oficerów i podoficerów na poszukiwanie pułku, jednak nigdzie znaleźć nie mogłem. Szybkość marszu niemieckich wojsk była większa, ponieważ stale mnie ostrzeliwali pomimo marszów bez odpoczynków. Poprzez Dęblin i Lublin dotarłem do rej. Cycowa. Przy szosie Włodawa -Lublin w dniu 17.IX. odnalazłem swój dyon, a właściwie tylko dowódcę dyonu oraz kilku jego zwiadowców. 4. i 6. bateria już nie istniały. Bateria moja była w komplecie poza kilku dezerterami. Sprzęt artyleryjski cały. Brak było lunety i aparatów telefonicznych, które zostały przez zwiadowców i telefonistów porzucone bez rozkazu wraz z bębnami i kablem…” (L.dz.714/39).

Dowódca sąsiedniej 33.D.P. pisze:

„…Obydwie akcje rozwijają się pomyślnie: 134.p.p.k i oddziały 41.D.P. odrzucają nieprzyjaciela na błonia nad Bugiem i osiągają wydmy i północne skraje lasów dominujące nad łąkami nadbużańskimi. W trakcie walki ginie jednak dowódca dyonu artylerii, mjr Bartkiewicz, 131.p.p. napotyka pod Sadownem nieprzyjaciela, który już przeszedł Bug pod Brokiem, Zawiązuje się bój piechoty, następnie artylerii. Zaznacza się nasza przewaga. Dowódca pułku montuje, w porozumieniu ze mną, manewr obejściowy lasami na skrzydło npla pod Sadownem. Manewr da wyniki dopiero jutro rano. Zresztą jutro cała 33.D.P. będzie działała w kierunku Broku, gdyż 134.p.p. walczący na odcinku 41.D.P. zostanie zluzowany przez tę dywizję.

Bitwa więc rokuje dobre nadzieje.

Tymczasem wieczorem przychodzą rozkazy zupełnie nie­oczekiwane. Przyjeżdża samochodem major z Nacz. Dowództwa (nazwiska nie pamiętam) i przywozi ustny rozkaz przerwania bitwy na Bugu i odwrotu. Major był już u gen. Kowalskiego, dowódcy 1.D.P., teraz daje ten sam rozkaz mnie i znajdującemu się obok gen. Piekarskiemu, dowódcy 41.D.P. Improwizowana grupa operacyjna gen. Kowalskiego w składzie: Mazowiecka B.K., 1.D.P., 41.D.P. i 33.D.P. ma maszerować w kierunku Siedlce — Biała Podlaska, tak, by przejść na południe od Białej Podlaskiej. Szczegóły ureguluje dowódca grupy, gen. Kowalski…

…Wracamy do swoich dywizji, aby wydać konieczne roz­kazy. W ten sposób ledwie zaczęta i pomyślnie rozwijająca się bitwa na Bugu zostaje przerwana. Bitwa ta może przechodziłaby jeszcze ciężkie koleje z powodu prawdopodobnego braku odwodów, ale dotychczas szła dobrze, dotychczas nie nastąpił praw­dziwy wysiłek szeregu Wielkich Jednostek. Bitwa ta powinna się była toczyć dalej, a przerwanie jej tłumaczyłem sobie tym, że może gdzie indziej nastąpiły wypadki wymagające naszego od­wrotu, lub, że może montuje się jakiś większy manewr.

Tymczasem w parę miesięcy później (w Budapeszcie) dowiedziałem się od płk Gałązki, b. dowódcy artylerii Armii gen. Przedrzymirskiego, że dowódca Armii był jakoby zasko­czony odwrotem całego skrzydła, gdyż jakoby otrzymał pisemny rozkaz z  podpisem Nacz. Wodza, nakazujący obronę Bugu!

Czyż znowu, jak parę dni temu w bitwie nad Narwią, tak teraz w bitwie nad Bugiem, napotykaliśmy na dwoistość rozka­zów…” (L.dz.1844/39).

„…W momencie otrzymania rozkazu Nacz. Wodza, że Armia „Modlin” ma stworzyć obronę na rzece Bug od Serocka — Brok, nadchodzi meldunek od dowódcy 1.D.P., gen. Kowal­skiego, że szczególnym rozkazem Nacz. Dowództwa, przekaza­nym przez majora (nazwiska nie wiem), 1.D.P., 41.D.P. i 33.D.P. mają wycofać się na Białą Podlaską — Hrubieszów i że dywizje te marsz ten rozpoczęły.

Ponieważ nie było mowy o stworzeniu obrony rzeki Bugu — dowódca Armii nakazał wycofanie się na ogólny kierunek Kałuszyn — Chełm — Hrubieszów, co zdaje mi się nie zostało potwierdzone przez Naczelne Dowództwo, nakazujące wycofanie się w kierunku południowo-wschodnim…” (L.dz.495/40).

Przez ten dziwny rozkaz Naczelnego Wodza, inspirowany przez pułkownika Jaklicza, odejścia 1.D.P. i całej Grupy Opera­cyjnej generała Kowalskiego od Bugu, załamał się front pół­nocny, Warszawa została zamknięta od wschodu, a Armia gene­rała Kutrzeby (Armia „Poznań” i podporządkowana mu Armia „Pomorze”) pozostawiona sama sobie na łasce losu.

„…Ze słów gen. Bołtucia wiedziałem, że Armia „Poznań” za­mierzała poprzednio uderzyć na Warszawę, lecz nie zgodził się na to Naczelny Wódz, polecając natarcie na Łódź. Był to jedyny i ostatni ślad łączności dowódców Armii z Nacz. Dowództwem, utrzymywanej przez lotnika, latającego z meldunkami i rozkazami (z Armii gen. Bortnowskiego)…” (L.dz.l 104/39).

A 1.D.P. i cała Grupa Operacyjna generała Kowalskiego zostały zniszczone nie tyle walką, ile marszami. Biły się tylko pod Pułtuskiem, pod Wyszkowem i pod Tarnawatką, przy czym w pierwszych dwóch walkach z Niemcami odeszły, a właściwie uciekły z pola bitwy przy silniejszym natarciu niemieckim, a pod Tarnawatką biły się tylko resztkami nie po to, aby bić wroga i go zwyciężać, ale by sobie otworzyć drogę… za granicę.

Podobnie rzecz się miała z kawalerią generała Andersa. Bry­gada Nowogródzka z powodzeniem opóźniała Niemców w rejo­nie Sierpca. Swoją drogą nieprzyjaciel w tym kierunku specjalnie nie nacierał. Potem również z powodzeniem broniła przedmościa Płock do chwili nadejścia 19.p.p. z dywizjonem 5.p.a.l. z Włocławka, po czym dozorowała Wisłę od Płocka do Wyszogrodu. „…Zresztą w sprawie zadań dla Nowogródzkiej Brygady Kawalerii były wydawane z Naczelnego Dowództwa dość często różne rozkazy…”, pisze wysoki oficer z dowództwa Armii „Modlin” (L.dz.495/40), co znów charakteryzuje dowo­dzenie przez Naczelnego Wodza (a raczej pułkownika Jaklicza). 9 września 1939 Nowogródzka B.K. przechodzi w rejon Otwocka. 11 września 1939 dołącza do niej Wołyńska B.K. (z dotychczasowej Armii „Łódź”) oraz mocno przetrzebiona Kre­sowa B.K. Z tych Wielkich Jednostek kawalerii generał Rómmel tworzy Grupę Operacyjną Kawalerii pod dowództwem generała Andersa. Chciał tę Grupę Operacyjną użyć do uderzenia na zachód dla „podania ręki” generałowi Kutrzebie. Załamanie się obrony Bugo-Narwi przez odejście 1.D.P.Leg. i całej Grupy Operacyjnej generała Kowalskiego zmusiło generała Rómmla do zamknięcia Warszawy również od wschodu. Wobec tej decyzji:

„…gen. Rómmel zaproponował odesłanie całej kawalerii gen. Andersa ku wschodowi. Ta propozycja, przesłana przez radio do Nacz. Dowództwa, otrzymała pośpieszną aprobatę wywołującą ironiczne komentarze w Warszawie, gdyż była to jedyna wieść, którą przez cały czas obrony otrzymaliśmy od Naczelnego Dowództwa…” (L.dz.1631/39).

Przed odejściem „na południowy wschód” Grupa Opera­cyjna generała Andersa miała opóźniać nieprzyjaciela, podchodzą­cego od północnego wschodu do Warszawy. Lecz „…gen. Anders nie zdołał odbić Mińska Mazowieckiego…” (L.dz. 1631/30). „…Przerwał bitwę na wiadomość sforsowania przez Niemców Wisły pod Otwockiem, co mogło zagrozić wycofaniu się Grupy Operacyjnej Kawalerii na Garwolin. W bitwie pod Mińskiem walczyła tylko Wołyńska B.K., gdyż Nowogródzka B.K. do bitwy nie doszła. Według słów oficerów sztabu gen. Andersa zawinił tam dowodzony przez płk dypl. Szwejcera 26.p.Uł., który szedł w straży przedniej Nowogródzkiej B.K. i zmylił drogę…” (L.dz. 5783/40). Grupa Operacyjna maszerowała przez Garwolin (14 września 1939), przez Michów na południe od Wieprza (15 września 1939), Lubartów (17 września 1939), Łęczna (18 września 1939). W dniu 19 września 1939 roku walki z rozpoznaniem nieprzyjaciela w rejonie miejscowości Uchanie. 20 i 21 września 1939 roku Grupa Operacyjna Kawalerii w rejo­nie lasów pięć-sześć kilometrów na wschód od Komarowa, „…dzień 22 września Grupa Operacyjna uderza na Komarów w celu przebicia się przez kordon wojsk niemieckich między Za­mościem a Tomaszowem, by następnie lasami Zamojszczyzny iść na południe. Całodzienna walka nie daje rezultatów. Na połud­niu i północy również słychać walkę, to znów walczą dywizje gen. Przedrzymirskiego i Olbrychta — niestety poszczególne Wielkie Jednostki biją się samodzielnie, nie jest to grupa skoordynowana, raczej działanie na ślepo i na szczęście…” (L.dz.5788/40). 23 września bitwa pod Krasnobrodem, celem przebicia się przez kordon niemiecki. Bitwa ta jest „…typowym przykładem spotkaniowej, losy której kilkakrotnie przechylały się to na jedną stronę, to na drugą. Generał Anders, któremu, jak się okazało później, udało się wraz z Nowogródzką B.K. przejść przez Wieprz pod Krasnobrodem trzy kilometry od miejsco­wości Cykanie i który znalazł się całkowicie na tyłach nieprzyja­ciela, związanego walką z nami, zupełnie nie interesuje się losem Wołyńskiej B.K. i maszeruje z resztą grupy na południe. Słysząc naszą walkę, (co dziś wiem od oficerów Nowogródzkiej B.K.) generał Anders mógł i był winien uderzyć na pomoc Wołyńskiej B.K. Działanie to miało 100% szans powodzenia. W konsek­wencji Grupa Operacyjna Kawalerii, wzmocniona jeszcze oddzia­łami płk Zakrzewskiego i Mazowieckiej B.K., miała wszelkie szanse do przebicia się w całości na Węgry. Błędem, więc było samo założenie, nakazujące poszczególnym brygadom marsz samodzielny do rejonu koncentracji. Grupa Operacyjna Kawalerii winna była iść naturalnie po dwóch, trzech osiach, lecz działać stale jako jedna całość…” (L.dz.5788/40).

Opisałem tak szczegółowo odejście Grupy Operacyjnej piechoty generała Kowalskiego i Grupy Operacyjnej Kawalerii generała Andersa „…na południowy-wschód…”, aby na tych dwóch przykładach wykazać, jakie tragiczne następstwa spowodowało chaotyczne i nieprzemyślane dowodzenie przez Naczelnego Wodza.

„…Nieuzgodnienie działań Armii gen. Kutrzeby, resztek Armii „Łódź” pod dowództwem gen. Thommé i oddziałów będących w Warszawie pod dowództwem gen. Rómmla stanowi powód, że zwycięska bitwa, wygrana przez gen. Kutrzebę w rejonie Łowicz-Kutno nie przeistoczyła się w wielkie rozbicie jednostek niemieckich, rozciągniętych między Piotrkowem i Błoniem, a których jednostki pancerne miały swe materiały pędne na wyczerpaniu.

W rezultacie oddziały polskie z zachodu wycofywały się bez rozkazu z góry, a więc bez przewidzianej linii odejścia i wszyst­kie dążyły ku Wiśle, ku puszczy Kampinoskiej, w lasach, której miały nadzieję schronić się przed prześladującym je lotnictwem npla…

…Gdyby lotnictwo polskie było dowodzone, a nie „ewa­kuowane” i gdyby myślą przewodnią dowództwa nie było kierowanie się ku granicy, a oczy żeby były zwrócone ku nieprzy­jacielowi, przejście gen. Kutrzeby przez Bzurę, wykonane w bezwzględnym porządku, po dołączeniu do oddziałów Warszawy i Modlina umożliwiłoby odtworzenie armii, która by przedłużyła o długie tygodnie obronę trójkąta Wisły i może zaważyła, jeżeli nie na losach, to na honorze armii.

Nie trzeba zapominać, że w rejonie Warszawa – Modlin – Łowicz znajdowało się w tym czasie 25 wielkich jednostek armii polskiej, a więc jej gros, przy wysiłku tego gros powinien znaj­dować się główny wysiłek lotnictwa.

Opinię tę nabrałem i wyczuwaliśmy ją już w Warszawie, została ona potwierdzona w zupełności przez gen. Kutrzebę, po jego przybyciu około 21 września do Warszawy…” (L.dz.1631/39).

Z góry było nastawienie do wycofywania się. Nie było silnej woli, dominującej nad wszystkim, bicia Niemców, lecz chęć ratowania się do tyłu. Wynika to wyraźnie tak z zachowania się Naczelnego Dowództwa i ciągłego jego odjazdu do tyłu bez praktycznej możliwości dowodzenia (choćby z braku przygotowanej łączności i pomieszczeń), jak i — bezpośrednio lub poś­rednio — ze sprawozdań pułkownika Jaklicza, Münnicha, Kopańskiego i większości oficerów Oddziału III Sztabu Naczel­nego Wodza, z rozmowy Marszałka z generałem Burhardtem (L.dz.100/A), z braku reakcji na nieudolność dowódców (dowód­cą Armii Odwodowej, 8.D.P. no i kilku innych) lub ich ucieczkę (dowódca 2.D.P., 28.D.P.) oraz z takich rozkazów, jak wycofanie 1.D.P. i całej Grupy Operacyjnej generała Kowalskiego i Grupy Operacyjnej generała Andersa, co z góry przesądziło losy doskonałej Armii generała Kutrzeby „…prowadzącej 30.000 jeńców…” (L.dz.1631/39 i wiele innych), a wycofane jednostki zniszczyło bez korzyści dla Polski.

Toteż były Szef Oddziału III Sztabu Naczelnego Wodza, pułkownik dypl. Kopański, pisze:

„…metoda i błędy dowodzenia mogły się odbić ujemnie na następujących operacjach:

1) obrona linii Narwi,

2) utrzymanie linii Bugu,

3) obsadzenie i osłona rzeki Wisły,

4) odwrót gen. Kutrzeby i obrona Warszawy.

Zbadanie tego twierdzenia musiałbym odłożyć do chwili dostarczenia dokumentów operacyjnych z Rumunii do Paryża.

Ujemny wpływ na działanie mogło wywierać powzięcie i realizowanie w czasie działań wojennych koncepcji stopniowego ściągania całości sił zbrojnych na pogranicze Rumunii i Węgier.

Wydaje mi się, że realizacja tej koncepcji była dostatecznie przed wojną przygotowana.

Pierwszy raz usłyszeliśmy o niej (płk dypl. Klimecki, Szef Wydziału Operacyjnego) z ust Naczelnego Wodza w Warszawie już 5-6 września[4]. Wydaje mi się, że przeprowadzona ona była bez dostatecznego uwzględnienia realnych możliwości wykonania i ze szkodą dla innych działań, zwłaszcza dla operacji Armii gen. Kutrzeby i Bortnowskiego. Zbadanie tej tezy odkładam również do czasu otrzymania map i dokumentów…” (L.dz.325/39).

Jeżeli pułkownik Kopański używa wyrażenia „mogłyby się odbić…” i dodaje „…zbadanie tego twierdzenia itd…”, to zastrzeżenia te dowodzą jednego:

— zrozumiałej u poważnego oficera ostrożności w wypo­wiadaniu sądu,

— powściągliwości kulturalnego człowieka w osądzaniu dotychczasowych swoich bezpośrednich przełożonych (zwłaszcza, że płk Kopański był szefem Oddziału III podczas kampanii i sprawozdanie swoje pisał w Paryżu 13 listopada 1939 r., więc bardzo świeżo po wypadkach).

W najmniejszym jednak stopniu nie zmniejszają tych zarzu­tów, które w świetle setek sprawozdań i innych dokumentów, nam już dzisiaj dostępnych, zarzuty te potwierdzają i czynią je wiarygodnymi faktami.

W braku ,,Wytycznych” Naczelny Wódz, który „…wzorem Pierwszego Marszałka nie chciał zdradzać przedwcześ­nie swych zamiarów…”, jak pisze[5] pułkownik Jaklicz (L.dz. 1690/40) i wobec chaotycznego dowodzenia przez Naczelnego Wodza i braku łączności, poszczególne Armie, rozbite przez nieprzyja­ciela, cofały się bezładnie do tyłu. Naczelny Wódz nie koordy­nował ruchów Armii. Zdezorientowani dowódcy Armii działali na ślepo. To znów rozprzęgło rozkazodawstwo w Grupach Operacyjnych i dywizjach. Skutkiem tego nieprzyjaciel rozbijał kolejno nasze Wielkie Jednostki Jak pod Piotrkowem, Tomaszowem, Iłżą, Mińskiem, Tarnawatka itd.) Jedne dywizje krwa­wiły lub kapitulowały, gdy inne o kilka kilometrów spokojnie maszerowały lub odpoczywały.

Dowodzenie a raczej brak dowodzenia przez Marszałka Śmigłego-Rydza jest najistotniejszą przyczyną naszej tak szybkiej klęski.

Brakło konsekwentnych, jasnych, krótkich, energicznych i wykonalnych rozkazów, skupiających własne siły do walki z jed­nej strony, a zwalczających sądami doraźnymi i karą śmierci dezercję indywidualną i ucieczkę zbiorową.

Doszły do tego błędy na niższych szczeblach dowodzenia:

„…Uważam, że akcja 3.p.s.g. na Stary Sambor w dn.17.IX. nie miała żadnej głębszej myśli przewodniej, a sposób jej prze­prowadzenia nie zgadzał się z elementarnymi zasadami takty­cznymi. Nie było żadnej woli bicia Niemców, aczkolwiek było to w tych warunkach aż nadto możliwe. Akcję tę przeprowa­dzono chyba dlatego, „aby coś zrobić”. Dowódcy wyżsi zacho­wywali się biernie i nie interweniowali swoimi odwodami tam, gdzie to było potrzebne; nie trzymali ręki na pulsie walki. Wy­słano 6 kompanię kpt. Gacka jako delegację po to chyba, aby się skrwawiła, aby przysporzyć pułkowi jeszcze jedną porażkę, kiedy była możliwość osiągnięcia sukcesu, tak potrzebnego dla podniesienia ducha żołnierzy i ich morale. Zmarnowano żołnierski trud i ich zapał do walki, który w nich tkwił pomimo dotychczasowe przejścia. To jest mój sąd, który ośmielam się wypowiedzieć. Możliwe, że się mylę…” (L.dz.2386/40).

„….Natarcie wykonał w nakazanym czasie tylko III/18.p.p. baon mjr Dorożyńskiego, dopiero o godz. 2.30 dwa baony 37.p.p., dopiero o godz. 7.30 zaś baon 10.p.p. mjr Roszkow­skiego dopiero o godz. 8.30 na interwencję dowódcy dywizji i dowódcy p.d.

Baony 18.p.p. natarciem rozbiły baon niemieckiego 74.p.p. i stwierdziły obecność nowej 24.D.P. niemieckiej. Baon niemiec­kiego 74.p.p. przeprawił się przez Bzurę wieczorem dnia 16.IX. i znajdował się w lesie na wschód od Gąglina.

Natarcie nie dało oczekiwanego wyniku ze względu na to, że baony nacierały w różnym czasie (delegacjami)…

…Zadanie dywizji zmieniano kilkakrotnie w ciągu dnia. Dywizja musiała nacierać na nieprzyjaciela przygotowanego do obrony (18.D.P. niemiecka) bez rozpoznania, bo nie miała na to czasu. Dywizja otrzymała rozkaz wycofania się w ciągu dnia, mając sukces w czasie natarcia, a wiadomym przecież jest, że mowy być nie może o jakimś wycofaniu dywizji w biały dzień sprzed nieprzyjaciela, przygotowanego do obrony…” (L.dz.187/40).

„…Około godz. 18-ej w rejonie stacja kolejowa Mełno-dwór Mełno przybył 14.p.p. (dowódca ppłk dypl. Brayczewski) z 4.D.P., który z rozkazu dowódcy G.O. miał osłonić koncentra­cję i rozwinięcie się przeciwnatarcia nadchodzącej odwodowej 4.D.P. Pułk ten zadania swego nie wykonał i bez nacisku ze strony npla wycofał się 6-7 km. w tył…” (L.dz.l 104/39).

„…6.IX. o godz. 4.30 alarm. Dowódca baonu daje rozkaz do natarcia. Rozkaz podano z mapy, bez orientacji w terenie i ograniczył się do słów: „kompanie na równej wysokości w tyralierkę — pan pójdzie tu (na mapie), a pan tu”. Na moją uwagę, że jest to gęsty młody las, że ludzie się rozbiegną i pogubią — otrzymałem odpowiedź: „Niech Pan wykona rozkaz, a nie rezonuje”. — Zrobiłem, co kazano — niestety — z tym, że drużyny szły w rojach. Teren niemal do Narwi pokrywał las. Od razu ludzie zaczęli się gubić, co było zupełnie naturalne, gdyż przez młodniak ledwie można było: przejść. Po wyjściu zeń miałem koło siebie około 60 ludzi, z 2 i 3 plutonu. 1 pluton poszedł za 5 kompanią, która była ode mnie na prawo około 700 m…” (L.dz.2355/40).

„…Pod Piotrkowem straty kompanii po całodziennej walce wyniosły około 6 zabitych i rannych — straty małe; można było jeszcze parę dni trzymać się na stanowiskach, a nie wycofywać się —- w kraju więcej czasu byłoby do przygotowania obrony. Jeżeli zaś wycofywać się, to dla osłony zostawić jednostkę pancerną z bronią ppanc. — to pozwoliłoby spokojnie odejść. 19.D.P; nie została rozbita, ale sama rozbiła się podczas wycofywania się w nocy…” (L.dz.l341/40). i dziesiątki innych sprawozdań.

Brak map utrudnił niesłychanie dowodzenie:

…Zaznaczam, że dywizja (30.D.P.) nie posiadała zupełnie map. Korzystaliśmy z map, zdobytych na Niemcach…” (L.dz.2796/40).

„…W chwili wybuchu wojny referat mój (? — Red.) zostaje automatycznie rozwiązany. Ja zaś przechodzę do Wydziału Operacyjnego Oddziału III Nacz. Wodza, obejmując w drugim dniu wojny referat kartograficzny. Praca tego referatu podczas wojny ograniczyła się do rozesłania przygotowanych kompletów map i ewakuacji W.I.G.

Na przygotowanie wyposażenia w mapy wpływu nie mia­łem. Wskutek nagłej ewakuacji W.I.G. i zlikwidowania zachod­nich składnic map, zaopatrzenie w mapy oddziałów wycofujących się z zachodu natrafiało na bardzo znaczne trudności; rozpoczęła się właściwie improwizacja i dorywcze dosyłanie map z zasobów mob. Sztabu Nacz. Wodza i wschodnich składnic. Jednak zasięg terenowy tych ostatnich był ograniczony, toteż nie wszystkie zapotrzebowania dowódców Armii mogły być zrealizowane.

Dla gen. Kutrzeby wysłałem dwukrotnie mapy samolotem i w obu wypadkach mapy dotarły do celu, lecz było ich zbyt miało.

Niektóre i oddziały po wykorzystaniu map własnych zasięgów działały bez map w ogóle.

Złu zaradzić można by było przez zwiększenie zaopatrzenia i oddziałów w mapy, przez zwiększenie ilości składnic map i większe zasięgi terenowe tych składnic…” (L.dz.4359/40).

„…Katastrofalnie dawał się odczuć brak map. W ostatnich dniach działań posługiwano się tylko mapami zdobytymi na nplu, odebranymi od jeńców lub znalezionymi u zabitych. Czę­sto na tych zdobytych mapach była narysowana szczegółowo sytuacja npla…” (L.dz.954/40).

„…Dotkliwie dawał się odczuwać wielki brak map. Już w dziewiątym dniu wojny mapy pokończyły się, tak że nawet dowódca baonu nie posiadał mapy. Częsta zmiana miejsca postoju wymagała dokładnej mapy, podczas gdy byłem w posiadaniu mapy tylko samochodowej. Trzeba było iść z pomocą przewodnika…” (L.dz.4398/40).

„…Nie miałem mapy, bo była tylko jedna mapa na pułk w skali 1:500.000…” (L.dz.3625/40).

„…W niektórych wypadkach cala dywizja posiadała tylko jeden egzemplarz mapy 1:100.000 tego terenu, w którym miała działać… (L.dz.187/40).

„…Zameldowałem dowódcy G.O., że w bezdrożnym tere­nie, w jakim 16.D.P. znajduje się, bez map nie będę w sta­nie…

…Położenie utrudniał ponadto fakt, że tylko w sztabie dywizji była jedna jedyna mapa w skali 1:300.000, oddziały zaś map nie posiadały zupełnie…” (L.dz.1104/39).

„…Mimo wszelkich wysiłków ponawianych wielokrotnie przez cały dzień, nie udało się zdobyć map,, prócz kilku egzemplarzy oddanych przez garnizon Tarnów, co dało około 10 kompletów na całą dywizję…

…Mimo osobiście przeprowadzonych poszukiwań map, jakie były przeznaczone dla 24.D.P., płk Schwarzenberg-Czerny nie, mógł ich znaleźć ani w Rzeszowie, ani w Dębicy…” (L.dz.5167/40).

„…Szukam map, lecz niestety nie dostaję nic, prócz mapy samochodowej…” pisze szef sztabu Wielkiej Jednostki kawalerii (L.dz.5788/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Żołnierze zaczęli się rozłazić.

„…Stan fizyczny wojska fatalny, nogi odparzone, żadnej opieki, żołnierze nie otrzymali od Krakowa jeść, żyją z rabunku. Dezercja zaczyna się szerzyć — w dowództwie dywizji codziennie wieczorem jest około 1000 żołnierzy, którzy zgubili pułki lub meldują, że wszyscy zginęli, a oni tylko ocaleli. (Kłamstwo). Sądzę, że silna ręka dowódców, a przede wszystkim uruchomienie sądu polowego rozwiązałoby radykalnie tę sprawę, przy czym w ciągu 20 dni nie widziałem ani razu funkcjonującej żandarmerii wojskowej…

Podczas tej paniki został wysłany na odcinek pułku kpt. Zawarczyński z dowództwa 23.D.P., celem zorientowania się w sytuacji, bo druty telefoniczne zostały przerwane. Kpt. Zawar­czyński widząc popłoch i uciekających żołnierzy, podbiegł do działka ppanc. i zniszczył sam 4 czołgi npla, a uspokojona i zawstydzona zimną krwią kpt. Z. obsługa działka zniszczyła jeszcze 3 czołgi npla. Npl cofnął się, mieliśmy kilku rannych i zabitych. Z wchm. Wasiakiem poszedłem odtwarzać stanowiska I baonu. Podkreślam specjalnie dzielne zachowanie się wchm. Wasiaka, który z chałup wyciągał sam z własnej inicjatywy żoł­nierzy kompanii strzeleckich i kładł ich na poprzednie stanowi­ska. Spokój i porządek zapanowały wreszcie w I/73.p.p….

„…14 września. Zatrzymanie się 73.p.p. w rej. Stalowej Woli. Dowództwo 23 D.P. w klasztorze w Rozwadowie. Wartość moralna i fizyczna żołnierza — mała. Żołnierze zostawali po Iasach lub przebierali się w ubrania cywilne i napadali na ludność. W Stalowej Woli utworzyła się specjalna milicja, która chroniła ludność przed napadami żołnierzy-dezerterów…

Teraz dopiero oceniłem wartość Ślązaków, którzy za żadną cenę nie chcieli ruszyć do natarcia. Nie pomogły przykłady dowódców, żołnierze leżeli — zastraszeni świstem kul…

Lukę tę zakryła 9 kompania. Zachowanie się jednak żołnierzy nie było bojowe. Krzyki, nawoływania się, niechętne wyko­nywanie rozkazów świadczyły o gangrenie, która ich toczyła…

Charakterystycznym jest zachowanie się wystraszonych żoł­nierzy, z których nikt nie chciał iść na szperacza…

I znowu wojsko rozbiegło się po lesie…

24-25 września. O godz. 13.30 wywieziono nas z całym importem jeńców samochodami do Jarosławia, skąd ze świetlicy baonu O.N. o godz. 20.30 na stację i transportem kolejo­wym w końskich wagonach przez Tarnów – Skawinę – Oświęcim -Bogumin. W Jarosławiu na stacji kolejowej stał cały transport żołnierzy Ślązaków z naszej dywizji, którzy opowiedzieli się za „Volksdeutsche” i jechali wagonami osobowymi, a kiedy nasz transport ruszył ze stacji, zaśpiewali nam: Deutschland, Deutschland über alles… Z takimi żołnierzami walczyliśmy…

…Sądzę, iż gdyby był inny dowódca dywizji i pułku, wojsko by się lepiej biło, nie zginęłoby tylu oficerów z kadry zawodowej. Uważam bowiem, że 23.D.P. w sumie nie dokonała ładnych walecznych wyczynów…” (L.dz.3625/40).

„…Element żołnierski 1 kompanii O.N., słabo wyszkolony w działaniach piechoty, nienależycie zdyscyplinowany, fizycznie wyniszczony i odwykły od trudów żołnierskich, o dużej rozpię­tości wieku, bo od 17 do 42 lat, niezżyty, nie był należycie przygotowany do zadań wojennych. Dowódcy plutonów nowi, nie znający ludzi. Uzbrojenie niewystarczające i nieopanowane należycie przez żołnierzy, zwłaszcza r.k.m., granaty karabinowe i inne, których żołnierze w większości nie znali praktycznie. Brak broni ppanc. Dawał się odczuć również brak zaufania żoł­ny do kb. francuskich Berthiera, które często nie podawały naboi i nie wyrzucały łusek…” (L.dz.2386/40).

„…Żołnierz pułku po wyładowaniu czuł się dobrze, duch był doskonały, każdy rwał się, by bić Niemców. Dwa dni postoju na obronie Dunajca duch ten cokolwiek poderwały, gdyż żołnierz widział, iż przez jego obronę uciekały te masy uciekinierów cywilnych, te masy maruderów i rozbitków, opanowanych strachem, uciekających nie wiadomo dokąd. Żołnierze i cywilni opowiadali niestworzone rzeczy o „potędze Niemców i niezliczonych masach broni panc. i o zdradzie naszego dowódz­twa”. Wskutek tych opowiadań wkradło się przekonanie, że nasza obrona ppanc. nie jest skuteczna. Poderwane zostało zaufanie do własnej siły, do własnej broni i dowódców, zwła­szcza, że dywersanci i szpiedzy robili swoje. Zaczęły się roz­mowy „kupkami”, nieufność do dowódców, zaczęły wychodzić różne charaktery destrukcyjne, było kilka wypadków dezercji. W tych warunkach przyszedł rozkaz wycofania się znad Dunajca. I znowu czynniki destrukcyjne zaczęły działać, rozsiewając wieści między żołnierzami, że dowódcy wyżsi uciekli, że Polska jest zdradzona itp. W tym czasie dowódca dywizji, płk dypl. Krzy­żanowski Bolesław, oddał dowództwo płk Schwarzenberg – Czernemu.

Żołnierz stracił wiarę w swych dowódców. Widział te masy oficerów różnych stopni uciekających autami z dobytkiem i rodzinami, a tu nie było czym i którędy odwozić rannych. Grozę tego wszystkiego powiększały ciągłe naloty, i one oraz bezsilność przeciwobrony, niewyspanie, ciągłe marsze i głód załamywały nieraz ludzi mocnych.

Zaczęło się masowe uciekanie z oddziałów, zwłaszcza Żydów i Ukraińców. Ci ostatni, przechodząc koło niedalekich miejsc zamieszkania swojego, uciekali z wozami i z końmi…

Zaopatrzenie w żywność zupełnie nie funkcjonowało po ósmym dniu walk. Do samego Lwowa żołnierz żył własnym przemysłem lub też sprytem podoficera gospodarczego. Chaos wszystkiego powiększali maruderzy i rozbitki różnych oddzia­łów, którzy przy pierwszych walkach uciekali pociągając za sobą takich, którzy trzymali się swoich oddziałów. Ci, którzy zostali mimo tego, bili się dzielnie i twardo aż do Lwowa…” (L.dz.318/40).

„…Obciążenie piechura w walkach ruchowych za wielkie. Wywołuje zupełne wyczerpanie nieprzyzwyczajonego do wysiłku rezerwisty i robi go niezdolnym do walki”. Niedostateczne odżywianie żołnierza odbijało się niekorzystnie na morale oddziałów…” (L.dz. 2538/40).

„..Żołnierz nasz nie otrzymywał normalnego zaopatrzenia ze względów zrozumiałych, co również nie podnosiło jego ducha. Z powodu ogromnej przewagi lotnictwa, czołgów i artylerii żoł­nierz nasz czuł się jak Abisyńczyk. A widząc, jak bezkarnie latają lotnicy npla tuż ponad jego głową — demoralizował się.

Widziałem tylko, jak własny samolot został zestrzelony przez nasze działa plot. 40 mm., natomiast nie widziałem ani jednego zestrzelonego lotnika npla mimo stałej strzelaniny. Wiem, że jeszcze w sierpniu wysyłano działa przeciwpan­cerne i przeciwlotnicze za granicę, prawdopodobnie dla pod­trzymania złotego. Za to własne dywizje otrzymały tylko po 4 działa plot 40 mm zamiast przewidywanych 8 dział, o których stale się mówiło z okazji różnych ćwiczeń. Własna artyleria nie mogła być należycie wykorzystana z powodu zupełnego braku lotnictwa artylerii, a teren — płaski jak stół w rejonach, w których operowała 26.D.P. — pozwalał tylko na bliską obserwację, czasami tylko do jednego kilome­tra…” (L.dz.187/40).

„…Odmarsz 4.D.P. został jednak wstrzymany przez kilku­godzinny nalot około 60 bombowców niemieckich. Nalot ten objął również i 16.D.P., jednak spowodował tylko nieznaczne straty w ludziach i sprzęcie, gdyż zastał dywizję rozwiniętą i rozczłonkowaną. Moralne wrażenie spowodował on jednak zna­czne, gdyż żołnierze czuli się bezradnymi i bezbronnymi wobec latających nad ich głowami na wysokości 30-40 m bombowców niemieckich.

Zaznaczyć muszę, że eskadry wykonywające nalot działały z wielką brawurą, odwagą i umiejętnością. 16.D.P. naonczas nie posiadała jeszcze baterii przeciwlotniczej…” (L.dz. 1104/39).

„…O ile w pierwszych dniach walki duch żołnierza był świetny i pełen zapału, to po 5-6 dniach codzienne walki i przemarsze nocne wyczerpały energię fizyczną i duchową żołnie­rza. Żołnierz nie jadł (kuchnie rozbite lub przepadły), nie spał, widział zostawianych na polu walki rannych (brakło, bowiem wozów do transportu). To wszystko obniżało z dnia na dzień jego sprawność i waleczność… Żołnierza deprymowała siła ognia artylerii npla, ustawiczne bombardowanie lotnicze i wiadomości o tym, że Niemcy są na naszych tyłach…” (L.dz.142/39).

„…Silny ogień od czoła — ale skokami — wolno — idzie­my naprzód. Oglądam się. Przy mnie — około 40 ludzi, reszta rozeszła się po chatach za jedzeniem (brak dowódców pluto­nów oraz drużynowych. Jestem sam z kadry)…” (L.dz.2355/40).

„…śmiem twierdzić i przytoczyć nawet cyfrę, że 50-60% naszego zmobilizowanego żołnierza nie brało udziału w walce, zwłaszcza rezerwistów. Zwiali przy pierwszym nalocie z trans­portu. Wiadomo, transport nie czekał — usunięta przeszkoda — jazda dalej — brak 50-60 ludzi, gdy było kilka takich nalo­tów, liczba ta stale wzrastała…” (L.dz. 1779/40).

„…W dniu 11.IX. były wykonane przez baon dwa wypady. Wypad 6 kompanii strzel. pod dowództwa kpt. Dziewulskiego na lotnisko pod Rzeczycą. Szczegółowe rozpoznanie przeprowa­dził ppor. Pruszanowski Stanisław. Kompania nocą przekroczyła Pilicę i podeszła pod lotnisko. Ppor. Pruszanowski miał uderzyć na wartę, kpt. Dziewulski z całą kompanią na samoloty, były przygotowane granaty do niszczenia i benzyna do podpalenia.

Uderzenie ppor. Pruszanowskiego udało się, ubezpieczenie niemieckie wycofało się, natomiast gros kompanii na odgłos walki ukryło się w lesie i zaczęło uciekać. Kpt. Dziewulski z kilku podoficerami mimo usilnych starań nie zdołał już opano­wać położenia. Ppor. Pruszanowski sam wpadł między samoloty i uszkodził dwa granatami ręcznymi.Wyróżniające się było zachowanie, odwaga i rezultat pracy ppor. Pruszanowskiego Stanisława…

Szybki, często bezładny odwrót rozbił części własnych oddziałów bez walki. Brak było środków łączności, a przez to i brak dowództwa. Gdyby więcej oddziałów pozostało na tyłach z chęcią walki, tak jak grupa ppłk Kruk-Śmigli, można by było uzyskać zna­czne powodzenie, a przynajmniej zadać duże straty. Pojedyncza grupa zdania tego wykonać nie mogła.

Drugim momentem wynikającym z pierwszego było zała­mywanie się żołnierza, na co wpłynęły następujące okoliczności:

— fale uciekającej ludności cywilnej,

— pierwszym działaniem wojennym wielu jednostek był odwrót,

— masy lotnictwa niemieckiego przy braku własnego oraz braku artylerii przeciwlotniczej,

— agitacja: przez dywersantów, przez ulotki oraz mimo­wolna agitacja żołnierzy, którzy byli w pierwszych dniach wzięci do niewoli i po odebraniu im broni przez Niemców byli zwol­nieni „do domu”,

— brak taborów i wyżywienia.

II/85.p.p. utrzymał się dłużej zwarcie dzięki prawie normal­nemu żywieniu oraz ofiarności pracy i poświęcenia oficerów i podoficerów baonu, zarówno zawodowych jak i rezerwy, którzy służyli dobrym przykładem dla żołnierzy.

Żołnierz wyrabiał się i opanowywał…” (L.dz.4401/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Oficerowie — zwłaszcza zawodowi — dobrze się bili.

„..Nie patrząc jednak na wszystkie wyżej wymienione braki, młody nasz oficer egzamin w obecnej kompanii zdał. Ilość mogił jest najlepszym świadectwem. Był on z gruntu dobrym i kocha­jącym Ojczyznę człowiekiem, toteż swój obowiązek spełnił jak umiał najlepiej…

Moim zdaniem zawsze było i jest, że oficerowie służb powinni odróżnić się od oficerów liniowych, jeżeli nie prawami, i o przynajmniej wyglądem zewnętrznym. Ileż krzywdy ponieśli oficerowie liniowi w tej wojnie z powodu braku tej różnicy zewnętrznej.

Naród widząc wiejące tyły, od luksusowych aut do zwy­kłych wozów włącznie, przepełnione najprzeróżniejszymi Biurami Cenzury itp. oraz tymi, co mieli i nie mieli prawa do włożenia munduru oficerskiego, w czambuł określa: oficerowie ucie­kają, co, stanowczo twierdzę, było nieprawdą, poza małymi wyjątkami…” (L.dz.1683/40).

„…Ogólnie biorąc korpus oficerski piechoty był z małymi wyjątkami dobry i spełnił swoje zadanie. Były naturalnie, na szczęście nieliczne, jednostki, które opuszczały swoje oddziały. Korpus oficerski artylerii poza niechlubnymi wyjątkami — bar­dzo dobry.         Specjalnie należy tutaj podkreślić bojowy nastrój podchorążych artylerii, którzy w obronie Modlina chodzili na ochotnika na patrole i stawali do raportu z prośbą o wyznacze­nia ich na dywersję. Pogłoski szerzone w kraju przez łazików, jakoby oficerowie uciekali z frontu, nie mogą dotyczyć oficerów 30.D.P. Były to oszczercze twierdzenia tchórzów, którzy w ten sposób starali się wobec społeczeństwa usprawiedliwić swoją własną nieobecność w linii bojowej. Niemniej brak zewnętrznej różnicy w umundurowaniu oficerów służb, uciekających niejed­nokrotnie pod wpływem bombardowania, musiał w społeczeń­stwie i także wśród żołnierzy wywołać wrażenie, że oficerowie liniowi opuszczają swe oddziały…” (L.dz.2795/40).

„…Natomiast bardzo dobrze spisała się cała kadra, tak służby stałej jak i rezerwy, płacąc to obficie krwią. 33% strat — to kadra. Po tej bitwie otrzymałem osobiście od dowódcy pułku rozkaz, żeby się oszczędzać i trzymać się z tyłu, bo „nie po to Pan jest, aby ginąć, tylko po to, aby dowodzić”. Podobny rozkaz otrzymali i inni koledzy. Z bitwy wyniosłem wszystkich rannych…” (L.dz.2355/40).

…Ogólna fama co do „wiania” oficerów sztabowych powstała stąd, że cała masa oficerów z sądownictwa, różnych służb — była bez przydziałów i tych można było spotkać wśród ucieczki całej masy ludności cywilnej, która tych rzeczy nie odróżnia. Śmiem twierdzić na podstawie własnej obserwacji i obserwacji swoich kolegów, że wśród oficerów liniowych prawie że nie miało to miejsca, przeciwnie, byli wzorowym przykładem. Dla gen. Rueckemanna, płk dypl. Różyckiego, ppłk Jury, mjr Dulemby mam pełny szacunek. Dowódca I/135.p.p., mjr Nowicki Stanisław, zawsze będzie wzorowym przykładem ofi­cera, starego wygi z wojny, człowieka, którego nie widziałem, żeby się położył w największym ogniu. Spokojny, opanowany, powtarzający stale w ogniu „chłopcy, za mną”. W krytycznej chwili w rejonie Kocka zdążył jeszcze w lesie dużo sprzętu zakopać, odśpiewać z kadrą i resztką oddziału „Jeszcze Polska nie zginęła” i rozejść się w swoje strony. Według opowiadań por. Dietricha o ppłk Tabaczyńskim, z którym nie miałem szczęścia się bić, jest on również dobrym przykładem. W gradzie pocisków artylerii szukał podobno jaw­nie śmierci. Oficerowie go zmuszali, aby się ukrył. Sam z żoł­nierzami chodził na patrole…” (L.dz. 1779/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Gdzie było dobre dowodzenie, żołnierz dobrze się bił:

„…Organizowaliśmy ze względu na O.P.L. marsze nocne, tak, by odbywać przemarsze pod osłoną nocy. Przeważnie jed­nak długość przemarszu nie pozwalała na całkowite ukrycie mar­szu w nocy. Wobec tego albo rozpoczynaliśmy przed zmierz­chem ruch, albo kończyliśmy po świcie (nieregularnie). W rezultacie dywizja nie była w marszu ani razu bombardowana.

Mimo silnej działalności lotnictwa rozpoznawczego npla mgły poranne ułatwiały i kryły często nasz ruch po świcie. Szybko stwierdziliśmy, że zatorów na drogach nie można usunąć ani użyciem żandarmów ani wyznaczeniem poszczególnych oficerów sztabu dla regulacji ruchu. Wobec tego zarządziliśmy rozpozna­wanie dróg marszu przez oficerów w dzień oraz ich oczyszcza­nie na czas przemarszu przez oddziały zwiadowcze pułków i plutony pionierów. Dało to dobre wyniki i przyspieszyło marsz.

Wniosek: Potrzeba w takiej sytuacji plutonu regulacji ruchu na dywizję. Konieczność uprzedzania przez przełożonego rozkazem.

Przesunięcia pułków odbyły się w ciągu godzin popołud­niowych w pobliżu rzeki skrycie, i to 57.p.p. wprost na Piątek, 58.p.p. — na Sieniawice (wzgórze zachód Piątek). A.D. została również rozwinięta i przygotowana do działania. 55.p.p. — w odwodzie.

Dowódca dywizji zdecydował się sforsować Bzurę przez zaskoczenie, natarciem o zmierzchu w luki ugrupowania npla.

G.O. uwzględniona. O godz. 17-ej ruszyła 17. i 25.D.P. — sły­chać było walkę o Łęczycę. Około godz. 19.30 wyruszyło nasze natarcie wpław przez rzekę i bagna. Dopiero z chwilą, otwarcia ognia przez npla, wykonała własna artyleria ognie obezwładniające na cele rozpo­znane za dnia. Około godz. 23-ej pułki opanowały przedmościa około 3-4 km za Bzurą i zlikwidowały npla okopanego na głów­nych kierunkach. 57.p.p. przysłał meldunek znaleziony przy ubitym st. sierżancie szefie 1 kompanii od dowódcy tej kompa­nii do dowódcy pułku. Meldunek ten potwierdził słuszność naszego natarcia w luki, a nie łamanie oporu czołgowego. Ury­wek treści brzmiał: Pole greift in die Lücke ein. Wzięto jeńców z 2-ch p.p. należących do 30.D.P. Zostaje zarządzona przeprawa artylerii i opanowanie jeszcze szerszego przedmościa. Z względu na szczupłość środków pułkowych na ogół zostaje przeprawione tylko dwa dyony artylerii i odwód.

W ciągu nocy jeden z baonów 58.p.p. chcąc opanować nakazany przedmiot do wykorzystania, został zaskoczony ogniem c.k.m. i czołgów w świetle reflektora ze wsi przy szosie zachód Piątek i poniósł straty. Okazała się konieczność dalszego montowania natarcia. Zostaje wzięty łazik niemieckiego dowódcy p.p. i zostawione w nim mapy adiutanta, któremu niestety udało się zbiec.

Śmierć mjr. Wieczorka z 57.p.p.

11.IX. Reszta artylerii musiała być przeprawiona po świcie, W miarę opanowywania terenu. Dalsze natarcie na Piątek i wzgórza na zachód Piątek przy szosie wyrusza w godzinach przedpołudniowych, po przeprawieniu artylerii i przygotowaniu jej do działania. W miarę posuwania się natarcia została wykryta bateria npla w rejonie wzgórza zachód Piątek.

Dowódca a.d. zarządził wstrzelanie się d.a.c. i III/14.p.a.l. jeden kilometr na zachód, przy czym wykonał nawałę ogniową. Przedtem wydano kilka nawał (d.a.c.) na Piątek i drogi podejścia npla. Po południu natarcie opanowało Piątek i wzgórze na zachód. Okazało się, że ogień własnego d.a.c. był bardzo skute­czny. Na południowym skraju Piątek został zabity dowódca 10.D.P. npla — na wzgórzu zachód Piątek, zdobył 57.p.p. 4 działa, 77 mm i haubicę 105 mm, których obsługę zniszczyła własna artyleria bardzo dokładnie. Wg zeznań jeńców rozbiliśmy tego dnia 5-6 baonów npla 30.D.P. Na pobojowisku pod Piąt­kiem było 180 zabitych npla. Ze względu na niemożliwość podjęcia z tego ugrupowania pościgu za nplem i zmęczenia oddzia­łów przejściem wpław przez Bzurę i bagna oraz samodzielnym natarciem, zostaje zarządzone przez dowódcę przegrupowanie.

Pościg ma się odbyć w dwóch kolumnach pościgowych: d-cy 57.p.p. z II/14.p.a.l. po osi Piątek – Mąkolice, d-cy 56.p.p. z l/14.p.a.l. (wzgórze zach. Piątek) rej. Gaj Nowy równolegle, d-ca 58.p.p. (największe straty) zostanie po zebraniu i upo­rządkowaniu skierowany za jedną z kolumn. Pościg wyruszy około godz. 23-ej.

Noc z 11/12. IX. Kolumny pościgowe wyruszyły. Oś łączności budowana za 57.p.p., z którym łączność jest utrzy­mana, natomiast z 55.p.p. tracimy około godz. 1-2-ej, wszyscy wysłani łącznicy i patrole przepadają. Dopiero po świcie jeden z oficerów wysłany z patrolem dotarł do dowódcy 55.p.p. i za­meldował przebieg działania nocnego. Ruch obu pułków był wstrzymywany ciągle ogniem rozbitków npla, którzy nie podda­wali się. Trzeba było ich wybijać. Powodowało to ciągłe zatrzy­mywanie kolumn pułku. Po północy z kierunku Warzyce – Biecno ukazało się kilka samochodów panc. npla, które 55.p.p. spalił. Natomiast po świcie udało się 55.p.p. zaskoczyć ogniem i prawie w całości zniszczyć baon 3.p.p. z dyonem artylerii i wziąć bardzo dużo sprzętu, koni, amunicji, taborów i 7 dział (haubic 100 mm). Kolumna 57.p.p. posuwała się w nocy z mniejszymi przeszkodami.

  1. IX. Przed południem zostaje opanowany las południe Mąkolice, po czym zorganizowane natarcie na nowego npla (D.P. przeniesione samochodami) w rej. wsi Mąkolice. Natarcie to opanowuje (57. i 55.p.p.) wieś Mąkolice oraz wdarło się częściowo do lasu Hryków lecz zostaje odrzucone przez natarcie npla z rejonu wzgórz Celestynów (na które nacierała 17.D.P., lecz jeszcze nie zdobyła). W ciągu dnia okazuje się, że bardzo wielu rozbitków 30.D.P. niemieckiej pozostało wewnątrz naszego ugrupowania. Niszczyli oni łączność i gońców. Trzeba było organizować wyprawy karne, np. kompania sztabowa dymna zni­szczyła około plutonu npla, K.D. — około 22 ludzi npla. Npl się nie poddawał, lecz bronił do końca…” (L.dz. 5786/40).

„…Przemarsze nocne okazały się bardzo właściwe. Osłoniły oddziały od działań lotnictwa npla…” (L.dz.2538/40).

…Z dowódcą załogi Grudziądza, płk Cieślakiem, nie posiadałem w tym czasie żadnej łączności.

Patrole oficerów na motocyklach dotrzeć do niego nie mogły a radiostacja nie odpowiadała na wezwania (była rozbita przez artylerię npla).

Położenie załogi Grudziądza pod wieczór stało się kryty­czne. Npl prawie otoczył Grudziądz i zwiększył siłę natarć. Około godz. 17-ej zostały utracone stanowiska obronne II/65.p.p. na górach Księżych i walka toczyła się na przedmieściu Gru­dziądza.

Około godz. 19-ej płk Cieślak zebrał swoje oddziały i prze­bił się w kierunku południowym, wyprowadzając jedną baterię lekką. Dołączył on do dywizji następnego dnia.

Trzydniowa walka tych oddziałów zasługuje na pełne uzna­nie i wyróżnienie.

Uderzenie na Łowicz postanowiłem wykonać pułkami 64 i 65, jako bardziej pewnymi w działaniach nocnych. 66.p.p. zatrzymałem w odwodzie, powierzając mu zadanie utrzymania łączności z 4.D.P. i ubezpieczenia skrzydła natarcia własnego.

Do wieczora oddziały nie ruszyły się z miejsc, by uzyskać moment zaskoczenia.

Natarcie rozpoczęło się o godz. 10-ej — bez przygotowania artylerii.

64.p.p. po dwugodzinnej walce wdarł się do miasta, gdzie wywiązała się krwawa walka uliczna na bagnety. Żołnierze nasi, będący pod świeżymi wrażeniami bestialstwa Niemców, nie brali jeńców. Wykłuli oni bagnetami prawie doszczętnie dwa baony 52.p.p. niemieckiego. Zginął tu dowódca tego pułku. Wzięto całą kancelarię pułkową, kasę i tabor samochodowy, złożony z przeszło 100 samochodów ciężarowych. Zdobyto 4 działa, 6 działek ppanc, kilkanaście c.k.m. Rozbito 2 auta pancerne i 4 czołgi. Resztki tego pułku w popłochu uciekły w kierunku południowym.

W tym samym czasie 65.p.p. sforsował rz. Bzurę bezpo­średnio na wschód od Łowicza i atakiem na bagnety rozbił bata­lion 53.p.p. niemieckiego, posuwając się do wysokości północno-zachodniego skraju lasu, leżącego na Wschód od Łowicza.

Do świtu miasto i najbliższa jego okolica były opanowane, oddziały uporządkowały się i posunęły do drugiej linii obronnej npla, trzy dyony artylerii przeszły po naprawionym przez 16 baon saperów moście i zajęły stanowiska na południowym brzegu rzeki…

W późniejszych godzinach popołudniowych otrzymałem od dowódcy Armii telefoniczny rozkaz przygotowania 16.D.P. do ruchu. Na mój meldunek, że wszystkie przygotowania do dalszego nocnego uderzenia już uczyniłem, dowódca Armii powiedział: „Nie, dywizja pójdzie tam, gdzie była wczoraj”. Na mój mimowolny okrzyk: „Jak to, cofamy się?” – polecił mi dowódca Armii nie dopytywać się i oznajmił, że szczegółów dowiem się z rozkazu.

Dwie godziny po tym otrzymałem rozkaz operacyjny Armii nakazujący wykonanie w nocy odwrotu na północny brzeg rz. Bzury i zorganizowanie tam obrony.

Z rozmowy z dowódcą G.O. dowiedziałem się, że Armia „Poznań” przerwała natarcie i pod osłoną G.O. gen. Bołtucia prze­suwa się w kierunku wschodnim, celem przebicia się do Warszawy.

Odwrót 16.D.P. na północny brzeg Bzury odbył się w ciężkich warunkach, gdyż oddziały do późnego wieczora były w ścisłej styczności z dużymi siłami npla i nie mogły oderwać się niepostrzeżenie. Gdy tylko rozpoczęły one ruch ku tyłowi — npl niezwłocznie ruszył za nimi do natarcia.

Przeprawa przez rzekę odbyła się jednak w porządku i pod osłoną straży tylnych, walczących uporczywie na krawędzi południowej i wewnątrz miasta. Cała artyleria i gros piechoty przeszło na północny brzeg rz. Bzury. Znaczna część straży tyl­nych przeprawić się już nie zdołała, dostając się do niewoli.

Straty własne w oficerach, żołnierzach i sprzęcie były tego dnia bardzo znaczne. Byłem zmuszony do wyznaczenia na dowódców baonów oficerów ze sztabu dywizji (posiadałem w ogóle tylko 5 oficerów zawodowych w sztabie dywizji, w tym 3 dyplomowanych), gdyż w baonach pozostawali już przeważnie tylko oficerowie rezerwy, którym dowodzenia powierzyć nie mogłem, bo nie dopisywali…” (L.dz. 1104/39).

„…Wszystko wskazuje na to, że Niemcy wprowadzili wszystkie swe siły do walki i że zbliża się rozstrzygnięcie boju. Wobec tego dowódca dywizji decyduje się na przeciwnatarcie na południowe skrzydło npla z ogólnego kierunku Hajnówki, wzdłuż szosy Włodawa-Kobryń. W przeciwnatarciu wezmą udział: II/83.p.p., wypoczęty już po walce w dn. 17.IX. nad Trościanicą, II/84.p.p. spod Hajnówki i odwód i 83.p.p., tj. dochodzące do miasta kompanie I/82.p.p., łącznie z załogą miasta.

Główne zadanie przypada II/83.p.p., który ma uderzyć mię­dzy kanałem Bony i szosą i odrzucie npla sprzed południowej kompanii I/83.p.p. Z II/83.p.p. współdziała II/84.p.p., który ma osłonić przeciwnatarcie od zachodu. Bezpośrednio po wyjściu natarcia obu tych batalionów ma uderzyć I/83.p.p. wzdłuż szosy Kobryń-Brześć swym odwodem (kompania 1/82.p.p.) i częścią załogi miasta.

Przeciwnatarcie wychodzi planowo o godz. 17.30, a bezpo­średnio potem uderza załoga Kobrynia. Na całej długości frontu dywizji słychać szturmowy okrzyk: „Niech żyje Polska” zamiast szkolonego: hurra!

Uderzenie uzyskało całkowity sukces. Npl wycofał się z zajętego terenu. Artyleria npla w krótkim czasie zaprzestaje cał­kowicie ognia. Jedynie jeden z folwarków Gubernia walczył jeszcze do nocy. Piechota nasza wymieszała się w nim z piechu­rami niemieckimi.

Jeńca nie brano.

Dopiero po długim czasie, już w zapadającym zmierzchu, odezwała się znowu artyleria niemiecka. Zgłuszone odgłosy odstrzałów, długi świst pocisków w powietrzu wskazywały, że odskoczyła daleko w tył, dalej poza stanowiska, z których roz­poczęła ogień dziś rano. Ogień jej, prowadzony chaotycznie, przeważnie na miasto, pozwalał przypuszczać, że nie orientuje się w położeniu oddziałów niemieckich i naszych.

Zapadający wieczór rozświetlały łuny płonących budynków w mieście i zabudowań podmiejskich.

Bitwa o Kobryń dobiegała końca. Niemcy nie ponowili żadnej akcji, nawet artyleria ich zaprzestała działania…” (L.dz. 5277/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Żołnierz nasz bitnością przewyższał żołnierza niemieckiego:

…Obrona Warszawy potwierdziła dotychczasowe moje twierdzenia wyższości piechura polskiego nad niemieckim, który zdolny jest bić się w gorszych dla siebie warunkach wsparcia artylerii. Piechur niemiecki nie ruszał się bez uprzedniego przygotowania dla niego wyjścia przez broń panc., ogień artylerii i lotnictwo.

Piechur nasz bił się dobrze w natarciu, również dobrze bił się w obronie, jednak trzeba wielkiego wysiłku dowódców naj­niższych szczebli, by odzwyczaić go od zbyt pochopnej strzela­niny w nocy, która przyniosła nawet straty własnym żołnierzom, znajdującym się na przedpolu.

Żołnierz uczynił zadość tym wymogom, które zostały tam postawione. Obowiązki swe spełniał sumiennie, tak oficer jak i podoficer jak i strzelec. Wzajemny stosunek podkomendnego do dowódcy, i na odwrót był bez zarzutu, twardy i serdeczny. Rezerwiści – szeregowcy byli mało wytrzymali na trudy (pochodzili z Warszawy i okolic), byli jednak chętni. Oficerowie i podofice­rowie rezerwy mimo swych dobrych chęci byli mało pewni siebie jako dowódcy — wskutek tego w wielu wypadkach mało autorytatywni. Tu różnica między nami a Niemcami wypadła na naszą niekorzyść.

Duch wojska był doskonały, jego zaczepność bez zarzutu, chęć bicia się, dążność do zwarcia się piechoty na bagnety — niewątpliwa. Ilekroć żołnierz doszedł do zwarcia na bagnety, górował nad niemieckim przeciwnikiem.

Była łatwość przechodzenia z jednego do krańcowo prze­ciwnego nastroju podczas walk. Była wrażliwość na okrążenie, była wrażliwość przy działaniach nocnych. Stąd wynikła konieczność właściwego doboru dowódców. O zachowaniu żołnierzy w ogromnej mierze decydowali ich dowódcy. Była wielka ilość objawów indywidualnego bohaterstwa szeregowych, podoficerów i oficerów. Zachodziły jednak poszczególne wypadki paniki łącznie do porzucenia broni. Opanowane działania nocne dawały bardzo piękne wyniki, były szeroko stosowane…” (L.dz.2778/40).

„Duch żołnierza był na początku entuzjastyczny. Duch ten jednak powoli zaczął upadać wskutek następujących przyczyn:

— ciągłe cofanie się, marsz i kontrmarsz,

— brak zaopatrzenia, nieotrzymywanie należności (żołdu),

— opowiadania rozbitków z piechoty i innych oddziałów,

— spotykanie rezerwistów bez broni i ich żale,

— zupełny brak i niefunkcjonowanie służby zdrowia, tak że ranni byli transportowani jedynie na wozach chłopskich i nie było ich gdzie zdać,

— spotykanie żołnierzy bez broni, których Niemcy dla sze­rzenia defetyzmu po wzięciu do niewoli swobodnie do domów puszczali z zaświadczeniem, by im wszędzie pójść pozwalano, gdyż się u nich meldowali,

— wiadomość o przejściu Naczelnego Wodza do Rumunii i o rozkazie przejścia na Węgry. To było przyznaniem się do klę­ski i odebraniem celu walki,

— niesłychane przemęczenie wskutek ciągłych marszów przy braku pożywienia,

— zupełny brak O.P.L., tak że zjawienie się samolotów i ich działanie uświadomiło żołnierzowi jego bezbronność i wyolbrzymiało jego strach przed tą bronią,

— brak własnego lotnictwa,

— niższość uzbrojenia w broń maszynową,

— brak broni pancernej i prawie że bezbronność przed nią,

— nieopisany chaos na tyłach.

Pod wpływem tych czynników żołnierz, który na początku nie bacząc na straty i niebezpieczeństwo szedł na wypady, rwał się do akcji, przed samolotem na rozkaz dopiero krył się do lasu, powoli zaczął tracić wiarę w swoje uzbrojenie i potem widział jedyny swój ratunek przed bronią pancerną i lotnictwem w lasach, świadomość, że w każdej akcji może spotkać broń pancerną czyniła go ostrożnym, — mimo, że czuł przy spotkaniu piechota na piechotę swoją wyższość. Ale ta myśl, że w każdej chwili broń pancerna może się zjawić, nad nim wisiała. Jeśli dodać do tego zmęczenie, które przy braku zaopatrzenia przed­stawia tabela marszów i które ciągle się zwiększało, to zrozu­mieć można, że przy niskim stopniu inteligencji naszego pobo­rowego pod koniec września nic już z entuzjazmu nie pozostało.

Do godz. 18-ej udało się powstrzymać 66.p.p., pchnąć go naprzód i przywrócić poprzednie położenie. Do godz. 21-ej wszystkie pułki dywizji utrzymały swoje rejony…” (L.dz.1104/39).

„…Batalion 79.p.p. przeglądał dowódca dywizji dopiero następnego dnia po bitwie. Wojsko 20.D.P., jedyne, jakie miał w swej dywizji, rozmawiało z nim dumne i zadowolone. Gdy pod­szedł z dowódcą batalionu, śp. mjr Bartulą, do wozu sanitar­nego, na którym leżał ranny oficer 79.p.p., oficer — zwracając się do dowódcy batalionu — powiedział: „A co, panie majorze, nie zawiedliśmy…”.

Pierwszym, który zakończył walkę, był nasz jedyny w S.G.O. lotnik, por. pil. Piorunkiewicz. Znalazł się pod Wło­dawą. Latał na sportowym R.W.D., zbrojny tylko w swój pisto­let. Rozpoznawał kolumny i skupiska bolszewickie, i niemieckie, przepędzany bez miłosierdzia przez samoloty bojowe nieprzyja­cielskie. Po każdym lądowaniu zaklejał niezliczone dziury w pła­tach, w kadłubie, a nawet w siedzeniu pilota. Naprawy uskute­czniał płótnem wiejskich gospodyń.

Gdy wyszła Grupie benzyna, a samolot miał więcej dziur jak całych miejsc, zameldował, że służba jego się skończyła.

Dzielny żołnierz, odchodził z pola walki po złamaniu mu broni.

Bitwa pod Kockiem naprawdę się kończyła.

Drogą koło gajówki Ofiara jechały polskie wozy z rannymi. Na jednym z nich leżał młody chłopak, podchorąży. Kątem ust ściekała mu krew: był śmiertelnie ranny w plecy odłamkiem gra­natu. Chłopak uśmiechnął się, jak się uśmiechali niemal wszyscy nasi ranni żołnierze, gdy się z nimi – rozmawiało i powiedział z trudem: „Panie pułkowniku, zwyciężyliśmy!”

Zwożonych zabitych składano przy gajówce. Przy starym, pamiątkowym krzyżu kopali strzelcy mogiły. Legli w nich wśród innych, mjr Bartula, dowódca baonu 79.p.p., oficer baterii stoją­cej przy gajówce, strzelcy i kanonierzy.

Wszyscy dochowali sobie wierności do końca…” (L.dz.5277/40).

„…Ppłk Litewski (dowódca 1.p.Uł. Krechowieckich) ocze­kując na dowódcę batalionu siedział koło mnie z jednej strony, rtm. Jaczyński z drugiej strony, nagle z tyłu i lewej strony, otrzymaliśmy ogień około 12 c.k.m. Wówczas ppłk Litewski krzyknął: „Koniowodni 1. szwadronu do mnie, bagnet na broń, konie puścić”, powstając w tym momencie został ugodzony kulami w piersi i z okrzykiem „Naprzód!” życie zakończył…” (L.dz.83/39) i dziesiątki innych sprawozdań.

Uznanie Niemców dla Wojska Polskiego:

„…Gdy już byłem w Budapeszcie, dowiedziałem się od kon­sula, Jana Zakrzewskiego, b. oficera 16.p.Uł., że Niemcy poda­wali przez radio o kompletnym zniszczeniu Pomorskiej B.K. w Borach Tucholskich, która jednak swą postawą zasłużyła na naj­wyższe uznanie naczelnego dowództwa niemieckiego.

Niewątpliwie jest przyjemnie słyszeć stwierdzenie takiego faktu nawet przez Niemców…” (L.dz. 1683/40).

„…Niemcy podali jako miejsce pertraktacji dwór w Jabłon­nie. Godzina spotkania — godz. 14-ta. Dowódca G.O. wyzna­czył do pertraktacji dowódcę 30.D.P. gen. Cehaka i mnie jako władającego językiem niemieckim.

O godz. 14-ej przy drutach kolczastych na szosie Nowy Dwór — Jabłonna przywitał nas oficer niemiecki, który eskor­tował nasz samochód do Jabłonny. Przed zamkiem wyszedł na nasze spotkanie dowódca wojsk niemieckich przed Modlinem gen. dyw. Strauss w otoczeniu trzech generałów, z których jeden — gen. Böhme — został mianowany komendantem twier­dzy. W salonie gen. Strauss podkreślił w krótkich słowach uznanie wojska niemieckiego dla obrońców Modlina za upor­czywą i aktywną obronę. Potem podał do wiadomości, że zdanie twierdzy nastąpi na tych samych honorowych warunkach, co zdanie Warszawy…” (L.dz.2795/40).

„…Wyznaczone zostały cztery punkty składania broni, dla każdej W.J. osobno. O ile się dało, został sprzęt bojowy samo­rzutnie przez żołnierzy zepsuty i niezdolnym do użytku uczy­niony. W ciągu przedpołudnia 6.X. złożono broń. D.B. „Kobryń”, na wschód od m. Wola Gutowska.

Miałem od dowódcy dywizji rozkaz oddania w porządku wszystkiego, co wg umowy podlegało zdaniu Niemcom. W cza­sie smutnej czynności przybył na miejsce dowódca niemieckiej 15.D.P., a wezwawszy mnie wyraził w krótkich słowach bez żadnych aluzji hołd i uznanie oddziałom i żołnierzom D.P. „Kobryń”, przy czym wręczył dla dowódcy i dla mnie po jednym rewolwerze, jako broń honorową, z prawem noszenia jej w nie­woli. Równocześnie wydał odpowiednie dokumenty legityma­cyjne…” (L.dz.899/A/40).

„…Nad naszymi oddziałami pojawił się pierwszy samolot niemiecki. Był to nasz zdobyczny R.W.D. z lotniska w Dębli­nie. Latał nad stanowiskami 84.p.p. i zrzucał ulotki. Przywitały go nasze c.k.m.-y i szybko spędziły znad pola walki.

Ulotki spadały na ciemniejące już pola w zmroku zapadającego dnia. Były pisane po polsku i adresowane do polskich oddziałów:

„Uznajemy wasze męstwo i miłość Ojczyzny. Zaprzestańcie walki. Jesteście sami w Polsce. Niemcy szanują swych jeńców i zapewniają rycerskie traktowanie w niewoli’.

Taka była treść ulotek. O tym, że jesteśmy sami — wie­dzieliśmy. O tym, że Niemcy szanują swych jeńców i mają dziwne pojęcia o rycerskości — mieliśmy się przekonać niedługo.

Samodzielna G.O. składała broń. Zabrakło nam amunicji do dalszej walki. Niektóre oddziały, jak D.P. „Brzoza”, już koło południa dnia 4.X. nie miały się czym bić. Pozostawał tylko bagnet.

W dniu 5.X.1939 w godzinach popołudniowych rozpoczęła dywizja „Kobryń” swój ostatni marsz, na punkty składania broni.

W dowód uznania dla męstwa oddziałów dywizji pozwolili Niemcy maszerować oddziałom w szykach zwartych, z bronią, pod dowództwem oficerów. Oddziały niemieckie oddawały nam honory.

Ostatni raz szły pułki dywizji przed swym dowódcą. Żoł­nierze patrzyli śmiało w oczy dowódcy. Ani on, ani oni nie mieli się czego wstydzić.

Dziwili się Niemcy małym stanom broni w oddziałach (większość sprzętu została zakopana). Dziwili się 5 haubicom i kręcili z niedowierzaniem głowami.

Komendant punktu składania broni przekazał dowódcy dywizji „Kobryń” pismo dowódcy 13.dyw.niem.zmot., zezwalające mu na zachowanie broni w niewoli: najwyższe uznanie wroga. „Zezwalam dowódcy dywizji, płk. … składającej honorowo broń, na zachowanie broni w uznaniu bohaterskiej postawy dywizji, dowodzonej przez niego”.

Oficerowie niemieccy podchodzili do nas ze słowami nie­kłamanego uznania. Jako najwyższy jego wyraz podkreślali, że biliśmy się „po niemiecku”.

Bardzo się skarżyli na naszą nieliczną artylerię, co by mówili, gdyby jej była normalna ilość i nie zabrakło nam amunicji.

Szliśmy do niewoli nie pokonani przez nikogo, bo po zwy­cięskiej walce, wierni sobie wzajemnie, przekonani, że walka się jeszcze nie skończyła…” (L.dz.5277/40).

„…W drodze — na szosie do Biłgoraju — około 7,5 km szosy — pełno pobitych taborów, artylerii, kuchen itp. niemiec­kich. Wg opowiadania jednego kapitana niemieckiego — zrobił to jeden nasz major z artylerii, który ranny został przy dziale, a z nim 3 ludzi. W nocy nadszedł tabor artylerii niemieckiej — a on zaczął strzelać. Został wzięty do niewoli, ciężko ranny i — wg słów Niemca — zostanie wyleczony, dostał wysokie odzna­czenie wojskowe niemieckie i zostanie wysłany, dokąd chce. Kończąc, stanął na baczność, zasalutował i powiedział: „Boha­ter”…” (L.dz.2355/40).

„…W rozmowach oficerowie niemieccy niejednokrotnie nawiązywali do przebiegu kampanii, podkreślając wartość żołnie­rza polskiego. Na wspomnienie walk pod Kutnem i Łęczycą byli wściekli i z przekleństwem mówili o polskiej kawalerii: „prze­klęta polska kawaleria”…” (L.dz.734/A).

„…Oficer niemiecki kupuje pocztówkę z defilady polskiej kawalerii i mówi: „To są prawdziwi bohaterowie, nie myślałem nigdy, że ludzie mogą się bić z taką odwagą”…” (L.dz.3819/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Odjazd do tyłu Naczelnego Dowództwa demoralizował wojsko:

„…Po południu zostałem wezwany do Juza. Przy Juzie był gen. Stachiewicz. Wiedział — sądzę, — że rozkazów jeszcze nie wydałem. Treść rozmowy: Naczelny Wódz polecił zakomuniko­wać Pana Generałowi, że przed chwilą została zawarta umowa Rządu Polskiego z Rządem Rumuńskim, na podstawie której Pan Prezydent, Naczelny Wódz, Sztab Główny i całe wojsko zostanie tranzytem przewiezione przez teren Rumunii i pojedzie do Francji w celu formowania Armii polskiej na gruncie francu­skim, to samo się tyczy Węgrów. W związku z tym Nacz. Wódz poleca Panu Gen. wydać odpowiednie rozkazy z tym, by Grupa gen. K. przekraczała granicę rumuńską, Grupa gen. Dembińskiego granicę węgierską. Pan Generał przejdzie na teren Rumunii i zamelduje się w Nacz. Dowództwie. Taka mniej wię­cej była forma juzogramu. Ten juzogram zmienił w dużym stopniu sytuację i moją ciężką i odpowiedzialną decyzję.

W roku 1920, pomimo dojścia bolszewików pod same mury Warszawy, dojścia ich do Wisły daleko na płn. zachodzie — pod sam Toruń — Marszałek Piłsudski i Nacz. Dowództwo nie wyjechało z Warszawy i to miało swoją wielką wymowę i duże znaczenie pod względem morale i hartu.

W wojnie obecnej wyjazd Nacz. Wodza i Sztabu Nacz. Dowództwa z Warszawy, a następnie bardzo szybkie zmienianie miejsca postoju Nacz. Dowództwa niesłychanie deprymująco wpłynęło na mocną postawę oddziałów i na uporczywość walki. Nastąpiło niejako rozdwojenie. Większa część wojska biła się rozpaczliwie — część jednak pierzchła po pierwszym zetknięciu się z nplem. Znikł od razu autorytet wielkiej instytucji, jaką powinien być Sztab Główny.

A długie kolumny samochodów pełnych łazików, rodzin pełnych wszelkiego mienia osobistego uciekających na wschód, a potem w kierunku granicy rumuńsko-węgierskiej do reszty zła­mały morale i zaufanie oddziałów liniowych do kierownictwa wyższego…” (L.dz.433/40).

„…Dnia 11.IX… po zameldowaniu się i odczekaniu, Pan Minister (zupełnie nie pytając o losy mojej 45.D.P.rez. ani dla­czego tu jestem) nakazał jechać do Brzeżan na komendę punktu zbornego dla oficerów, nadmieniając, ze dalszy ewentualny nasz etap — to Rumunia…” (L.dz.2718/40).

„…Wracając ze sztabu Armii wstąpiłem do gen. Olbrychta, stojącego w Pawłowie, celem omówienia szczegółów działania.

Po omówieniu gen. Olbrycht poinformował mnie w drodze poufnej, że sytuacja jest nader ciężka. Naczelne Dowództwo i Rząd z Prezydentem na czele przekroczyły granicę Rumunii. Wojska mają się przebijać samodzielnie do Rumunii i na Węgry. W naj­gorszym wypadku ma to wykonać kadra zawodowa, która będzie potrzebna do formowania nowej Armii poza granicami państwa.

To był najcięższy cios.

Wodza Naczelnego nie ma.

Teraz po całym terenie Polski wolnym od npla, poszcze­gólni dowódcy pobierać będą najprzeróżniejsze decyzje, nie­skoordynowane, a tym samym i sprzeczne z sobą.

Hasłem naszym od tej chwili przestało być „bicie wroga”, a wysunęło się hasło „przedzierania się przez niego”.

Opuszczenie wojska przez Nacz. Dowództwo przekreśla, moim zdaniem możność oceny tego działania z punktu widze­nia dowodzenia.

Iść na Węgry. Ale jak?

Tego nikt nie wiedział.

I każdy dowódca działając w najlepszej wierze, robił co chciał i jak umiał, a jedyną oceną jego działania może być stwierdzenie: „chciał czy nie chciał się bić”.

Otóż stwierdzić należy, że i dowódcy i wojsko bić się chcieli (poza małymi wyjątkami). Toteż się bili. I dobrze, i źle, i krócej i dłużej oraz wyszli z większym lub mniejszym honorem z tej walki.

Walka, której celem stało się nie zniszczenie przeciwnika, a przebicie się przez niego, uzależniona całkowicie od osobistego charakteru dowódcy, bez nacisku i rozkazów z góry, nieskoor­dynowana musiała stracić na żywiołowości i stać się anemiczną.

Wielu biło się już tylko dla honoru.

Poza tym rozpraszając się od góry na coraz mniejsze ogni­ska, doszła w końcu do małych grup, a nawet pojedynczych ludzi.

Z wojsk podległych gen. Dąb-Biernackiemu na Węgry doszedł, daj Boże, zaledwie 1 %.

Niemcy wycofywali się za San i walki chętnie unikali, pozo­stawiając ją bolszewikom. Byli oni już nerwowo, fizycznie oraz sprzętem wyczer­pani…” (L.dz.1683/40).

„…W nocy z 17/18.IX. w Stanisławowie nikogo nie zastaję, podobno N.D. ma być w Kutach. Gdy przyjechałem do Kut, zastałem długą, kilkunastokilometrową kolumnę samochodów i autobusów oraz czołgi R. baonu panc., które ani razu nie brały udziału w akcji — wszystko w oczekiwaniu na przekroczenie granicy. Spotykam płk dypl. Mally’ego, który zapoznaje mnie z rozkazem gen. Stachiewicza, nakazującym przejście do Rumunii — potwierdzają powyższy rozkaz spotkani przeze mnie inni ofi­cerowie, m.in. ppłk dypl. Zaleski. Długo rozmawiałem z płk Mally’m, w rezultacie wykonałem rozkaz i przekroczyłem most graniczny. Po przekroczeniu granicy spotkałem mjr dypl. Koby­lińskiego, który zdążył jeszcze zameldować się u gen. Stachiewi­cza, w Kutach, od którego osobiście otrzymał dla siebie i dla nas rozkaz przejścia do Rumunii…” (L.dz.1066/39).

„…Dn. 13.IX. bitwa w rejonie Mińska przerwana tak nagle, że nawet 26.p.Uł. nie został o tym zawiadomiony.

Od tej chwili grupa mając rozkaz przejść do odwodu Nacz. Wodza maszeruje naprzód w rejon Lublin, potem Lwów, nie z zadaniem by szukać npla i go bić, lecz by go rozmijać i tylko w razie natknięcia się bić.

Zdaje mi się, że w tym czasie i w rejonach do 40 km były inne W.J. Gdyby dowództwo nimi kierowało, gdyby dało zadania, może Niemcy tak łatwo kraju na wschód od Wisły by nie zdobyli.

Tymczasem uciążliwe marsze noce, stanie w dzień po lasach i krycie się męczyły żołnierza i osłabiały jego ducha. Rozkaz kierowania się do granicy Węgier, który rozszedł się dn. 21.IX., był bardzo nieszczęśliwy, bo był przyznaniem się do klęski i cel walki dla żołnierza zniknął…” (L.dz.594/40).

„…Z chwilą przybycia Naczelnego Dowództwa do Kołomyi za­rządzony manewr znajdował się w kryzysowym punkcie. Dawał on jednak nawet w wypadku konieczności utraty Lwowa moż­ność utrzymania południowo-wschodniej połaci kraju w oparciu o Karpaty wschodnie i linię Dniestru i Sanu z utrzymaniem komunikacji przez Rumunię. W tym duchu szły rozkazy ruchów i zaopatrzenia. Jeszcze we Włodzimierzu zgłosił się do mnie kpt. de Winter z misji gen. Faury z opracowanym przez misję wariantem tego planu ze szkicem linii i ośrodków zabez­pieczających ten rejon i komunikacje z Rumunią, której współ­działanie z aliantami misja uważała za pewne. W tym też czasie gen. Faury był przyjęty przez Naczelnego Wodza.

Z chwilą przybycia do Kołomyi Nacz. Wódz rozkazał naj­bliższemu otoczeniu zaopatrzyć się w karabiny wobec spodzie­wanych walk i ew. przebijania się w górach. U nikogo nie było najmniejszej myśli o przejściu granicy. Przygotowania szły w kie­runku zaopatrzenia się w ciepłą odzież na walki zimowe, a nie cywilne ubranie.

Dn. 17.IX około godz. 5-ej nad ranem w rozmowie telef. z Szefem Sztabu doszła Nacz. Wodza wiadomość o przekroczeniu naszych granic przez oddziały sowieckie. Po wymianie strzałów przez K.O.P. szły one bez walki niosąc transparenty i głosząc, że idą przeciw Niemcom. Przed dwoma dniami ofiarowywały Sowiety pomoc z żywności i mat. sanitarne. Koło godz. 12-ej pan­cerne ich oddziały dotarły do Horodenki.

O godz. 14-ej Kwa­tera Gł. przeszła do Kosowa, skąd Nacz. Wódz wyjechał do Kut, gdzie w siedzibie Pana Prezydenta odbyły się narady z rządem i min. spraw zagranicznych. Koło godz. 17-ej Pan Mar­szałek powrócił do Kosowa, gdzie przyjmował jeszcze przybywa­jącego z Kut Premiera i płk Jaklicza. Koło godz. 19-ej zapadła decyzja wyjazdu Kwatery do Kut.

Wkrótce potem w Kutach około godz. 2-ej dnu 18.IX. prze­kroczyłem wraz z I. eszelonem Kwatery Gł. granicę Rumunii…” (L.dz.415/39).

„…Stałe odchodzenie ku tyłowi, bez poważnych walk żoł­nierzy pragnących walki i pójścia naprzód, wpływało ujemnie na ich morale i podważało zaufanie do kierownictwa.

Masa innych żołnierzy, idących bez broni, z rozmaitych formacji i oddziałów w poszukiwaniu za oddziałami, którym informacji, gdzie mają iść, gdzie się zbierać, dać nie mogłem, wpływała w sposób ujemny na morale żołnierzy, znajdujących się w oddziałach maszerujących zwarcie i wykonywujących swe zadanie bojowe…” (L.dz.2778/40).

„…Pogłoski, (którym poleciłem zaprzeczać) o ewakuacji Rządu i Naczelnego Dowództwa wpłynęły przygnębiająco nie tylko na szeregowych, ale i na oficerów — szczególnie, gdy się dowie­dzieli, że Naczelne Dowództwo przekroczyło granicę rumuńską…” (L.dz.142/39).

„…już 19.IX zaczęła spotykać tłumy zdemobilizowanych żołnierzy kowelskich, przeklinających swój los i wracających do domu „po skończonej wojnie”.

Dużo z nich wstąpiło do szeregów oddziałów gen. Kleeberga. Wielu jednak poszło dalej, rozpowiadając wśród naszych żołnierzy, a potem po całym kraju najtragiczniejsze wieści o swych dowódcach; o Naczelnym Wodzu, rządzie, zdradzie i zaprze­daniu kraju wrogom. Przemawiała przez nich wielka gorycz, granicząca często z rozpaczą. Widziało się żołnierzy płaczących jak dzieci. Trzy doby ciągnął się pochód rozbitków kowelskich i tych, którzy — idąc z południa, Wołynia, Małopolski — przez Kowel, a potem przez nasze oddziały przechodzili…” (L.dz. 5277/40) i dziesiątki innych sprawozdań.

Brak koleżeństwa:

„…Szczególny nacisk należy położyć na wyrobienie esprit de corps, który stanowi potężny czynnik moralny…” (gen. de Gaulle, Vers l’armée du métier, 1934 r.).

U nas było bardzo źle pod tym względem.

Nie było sławnego marcher au canon. Przeciwnie: gdy jedna dywizja krwawiła w nierównym boju, inna dochodziła lub nawet odpoczywała. Tak było pod Piotrkowem i Iłżą, tak było pod Wyszkowem i Krasnobrodem i w wielu innych wypadkach. (L.dz.433/40, 442/40, 3853/40, 511/39, 2722/40, 5760/40, 1329/40, 495/40, 499/40, 326/30, 5276/40, 2793/40 i wiele innych).

Ten brak koleżeństwa ujawił się tak na polu walki jak i na tyłach i po klęsce.

Kilka tylko przykładów (spośród bardzo wielu):

„…Podkreślić muszę niekoleżeńskość oficerów sztabu D.O.K. IV. Mianowicie — byłem jedynym oficerem ze składu sztabu rannym w tej wojnie. Znajdowałem się w szpitalu w Wilnie od 12.IX. Sztab D.O.K. przybył do Wilna 13.IX. gdzie przebywał do 18.IX. Przez ten czas nikt z oficerów nie zainteresował się moim stanem zdrowia oraz sytuacją materialną. 18.IX. wszyscy uciekli na Litwę, pozostawiając mnie bolszewikom bez żadnych środków pieniężnych…” (L.dz.2332/40).

„…W Działdowie byłem świadkiem rozmowy gen. Cehaka z gen. Bończą-Uzdowskim na temat terminu zwolnienia z obozu. Gen. Cehak tłumaczył, że dowódcy dywizji powinni zostać w obozie do czasu zwolnienia oficerów ich dywizji, na co gen. Bończa-Uzdowski oświadczył, że oficerowie jego dywizji „g…” go obchodzą i że generałów powinni Niemcy najpierw zwolnić…” (L.dz.2795/40).

„…Jak zwykle, wszyscyśmy uciekli, zostawiając rannych kolegów…” (L.dz.3625/40).

„…Na terenie Rumunii uderzający był fakt ogólnego obni­żenia dyscypliny wśród wojskowych polskich — objaw przykry i wręcz kompromitujący nas wobec Rumunów, jak również częste wypadki nadużycia alkoholu i przestępstw natury moralnej…” (L.dz.3549/40).

Jaka wojna — taki koniec

„…Około godz. 18-ej odbyła się odprawa oficerska u dowódcy pułku, na której dowódca pułku, mjr Mąjchrowski, odczytał nam rozkaz dowódcy 3 Brygady Strzelców Górskich o przejściu granicy węgierskiej (rozkaz operacyjny L.dz.534/tj. 39 z dn. 18.IX.1939 r.). Po odczytaniu tego rozkazu dowódca pułku czytając w naszych twarzach stan naszych żołnierskich dusz wypowiedział słowa, które mocno utkwiły mi w pamięci: „Jaka wojna, taki koniec”. Wszak wykonywaliśmy ściśle rozkazy naszych dowódców i robiliśmy jako żołnierze wszystko, na co nas było stać…” (L.dz.2386/40).

„…Oddziały 16.D.P. i Pomorskiej B.K. posunęły się do wschodniej krawędzi lasu Białogóra i rozpoczęły natarcie w kie­runku na Witkowice. Spotkały się jednak z przeciwuderzeniem piechoty npla wspartej czołgami i zmuszone były do wycofania się na krawędź lasu. Nacisk i ruch npla zaczął zaznaczać się również od południa i zachodu, przybierając charakter otoczenia.

Około godz. 18-ej w artyleria niemiecka otworzyła ogień huraganowy na las Białogóra. Strzelało 5-6 dyonów artylerii ciężkiej (w tym dyon 210 mm). Ogień był korygowany przez lotnika. Ogień ten, masowany z dokładnością matematyczną na miejsca znajdowania się naszych oddziałów, trwał do późnego wieczora. Straty poniesione przez resztki 16.D.P. i brygady kawalerii były olbrzymie. Artyleria własna, przestała istnieć. Bate­rię konną rozbito w ciągu niespełna dwóch minut.

Podobny los spotkał oddziały 4. i 14.D.P. znajdujące się w tym czasie w lesie w pobliżu ujścia rz. Bzury do Wisły.

Zginęli tam gen. Bryg. Bołtuć i gen. bryg. Wład….” (L.dz.l104/39).

Mogło być inaczej:

„…wojna niemiecko-polska nie skończyła się — jak chciał Hitler — w 18 dni, ani nawet upadkiem Warszawy, ale dopiero 5 października pod Kockiem. Zakończyła się nie klęską naszą, ale — jakby dla wróżby na przyszłość — klęską niemiecką. Tylko zupełny brak amunicji, która nam całkowicie wyszła w 3-dniówej bitwie pod Kockiem sprawił, że wojna nie trwała jeszcze, dłużej.

Na przekór wszystkim bajkom, chodzącym o żołnierzu pol­skim po kraju, żołnierz spod Kocka chciał się bić dalej i nie chciał składać broni. I biłby się dalej. Miał wodza, któremu wie­rzył, miał oficera, który nie opuszczał żołnierza, miał w swej długiej drodze spod Kobrynia, przez Ratno, Włodawę pod Dęb­lin same sukcesy. Bił Niemca, bolszewika, zbuntowane, uzbro­jone po uszy wsie kowelskie i bił znowu Niemca.

Epopeja żołnierska nasza zakończyła się pod Kockiem 5 października 1939 roku.

W Branicy, na przejściowej kwaterze dowództwa dywizji młoda dziewczyna, córka gospodarza, tłumaczy strzelcowi naszej dywizji, a raczej marynarzowi baonu morskiego, swemu narze­czonemu, że ma do niej wrócić dopiero do skończonej wojnie, a nie tak, jak inni…” (L.dz.5277/40).

Premier Składkowski do Komendanta Głównego Poli­cji Państwowej w Kosowie nad granicą rumuńską dnia 16 września 1939 roku:.

„…Sytuacja bardzo dobra…” (podał: generał Za­morski, L.dz.1620/39, str. 18).

 

Konkluzja za okres 1 wrzesień 1939 — 18 wrzesień…

względnie 6 październik 1939 roku.

1) Brak planu wojny, a nawet brak ogólnej koncepcji przemyślanej i skutecznej bitwy obronnej spowodował — po pier­wszych niepowodzeniach — załamanie się psychiczne Mar­szałka Rydza-Śmigłego. Les extrémes se touchent… Toteż ze skrajnego optymizmu z okresu przed wojna („silni, zwarci, gotowi”, „nie damy nawet guzika” itd.) popadł w skrajny pesy­mizm po jej wybuchu. …. już 2 września 1939 roku miał koncepcję odpływania „na południowy-wschód” (L.dz.100/A), już 6 września 1939 r. wyjeżdża do Brześcia, gdy traci faktycznie możność dalszego dowodzenia, już 11 września 1939 r. generał Krok-Paszkowski dostał od generała Kasprzyckiego wskazówkę, „…że dalszy ewentualny etap to Rumunia…” (L.dz.2718/40)].

2) Dowodzenie Naczelnego Wodza było chaotyczne i „…przy­pominało raczej dowodzenie pułkiem, niż Armiami…” (L.dz. 523/39). Tak pisze ówczesny Szef Oddziału III Sztabu Naczel­nego wodza. Pesymiści twierdzą, że było jeszcze gorzej, i to tak, że „…oficerowie Oddziału III wraz z pułkownikiem Klimeckim planowali w Brześciu odsunięcie siłą od władzy…. pułkownika Jaklicza…” (ppłk dypl. art. 0. — bez liczby).

3) Marszałek Rydz-Śmigły jako Wódz Naczelny nie wykazał ani wiedzy wojskowej, ani doświadczenia, ani charakteru, a przez to spowodował tak szybką klęskę.

4) Fatalne dowodzenie, a po kilku już dniach brak dowodzenia przez Naczelnego Wodza spowodował, że Armie, — które nie znały ogólnej koncepcji bitwy, gdyż nie otrzymały „wytycznych” od Naczelnego Wodza (tajemnica!) biły się oddzielnie i były oddzielnie bite przez wroga. Fakt ten spo­wodował ostateczne rozbicie Wojska Polskiego. Poza tym bez­ustanne marsze do tyłu spowodowały — zwłaszcza przy braku normalnego wyżywienia — niesłychane przemęczenie i demorali­zację żołnierzy, a przez to gwałtowne topnienie stanów i psychi­czne załamanie, zwłaszcza przy bezustannym nieomal i bezkar­nym bombardowaniu z powietrza i naporze czołgów.

5) Gdzie byli dowódcy z charakterem, posiadający wie­dzę i doświadczenie, wojsko biło się doskonałe, gdyż tak oficerowie, jak podoficerowie i szeregowcy chcieli się bić i bili się też (zwłaszcza, gdy byli najedzeni i wyspani) z determinacją, graniczącą częstokroć z bohaterstwem. Boha­terstwo to uznał nawet wróg.

Tysiączne przykłady naprawdę wyjątkowej bitności naszych oficerów i szeregowych, gdy byli dobrze dowodzeni, są najlepszym dowodem, że opór nasz czyli wojna obronna w Polsce, mógł trwać długie miesiące a nawet i dłużej, gdyby tak przed wojnę jak też podczas wojny właściwi ludzie byli na właściwych miejscach, gdyby wszyscy spełnili swój obowiązek i obrona nasza przez to była dobrze przygo­towana w czasie pokoju i gdyby wojna była prowadzona przez ludzi do tego fachowo przygotowanych i posiadających doświadczenia, charakter, energię i determinację oraz wolę bicia nieprzyjaciela, a nie ,,myśl natrętną”… ucieczki.

 

ZAKOŃCZENIE

„…Czy mogliśmy być lepiej przygotowani wojskowo? Tak, gdybyśmy byli konsekwentnie realizowali wielki program generała Sikorskiego z 1925 roku, przystosowując szczegóły do nowych doświadczeń i technicznego postępu. Gdyby przez lat dziesięć nie była ciążyła nad naszymi przygotowaniami wojennymi wola wszechwładna wielkiego człowieka, niedoceniającego ani lot­nictwa, ani broni pancernej, ani motoryzacji, ani w ogóle nieuznającego roli techniki w nowoczesnej wojnie…” (gen. dyw. Kukieł w tygodniku Polska Walcząca Nr 35 z 30 sierpnia 1941 r.).

Generał dywizji Kukieł ma niewątpliwą rację. Ten „wielki człowiek” to Józef Piłsudski.

On jest największym winowajcą klęski wrześniową.

Drugim i bezpośrednim winowajcą jest Marszałek Śmigły-Rydz.

Nie spełnił swego obowiązku, choć miał pełnię wła­dzy wojskowej i duży wpływ na władze cywilne w swym ręku.

Był niesumiennym tak samo, jak generał dywizji Poniński, gdy 10 października 1794 roku spóźnił się — przez opiesza­łość — do bitwy Maciejowickiej i przez to spowodował klęskę Kościuszki; — jak generał dywizji Lubieński Tomasz, gdy 25 lutego 1831 roku spóźnił się — ze złej woli w stosunku do Chłopickiego — z szarżą na flankę ostatnich batalionów odwodu Dybicza i przez to spowodował klęskę pod Grocho­wem; — jak generał dywizji Skrzynecki, gdy 10 kwietnia 1831 roku spóźnił się — przez zawiść do generała Prądzyńskiego — pod Iganie i przez to… uratował Moskali od zupełnej klęski; — jak generał dywizji Ramorino, który we wrześniu 1831 roku wbrew wyraźnym rozkazom — zdradzając naszą sprawę — nie przyszedł ze swym korpusem do walnej bitwy z Paszkiewiczem o Warszawę. Ale to był przynajmniej cudzoziemiec i wkrótce go rozstrzelali… choć nie Polacy. Inni nie odpowiadali za swe nie­cne czyny i uszli bezkarnie, bo Naród, z ich winy pokonany, nie mógł ich stawić przed sądem…

Oby to przekleństwo bezkarności za popełnione wobec Narodu Polskiego winy nie przeszło do tradycji i nie zachęcało następnych pokoleń do lekceważenia sobie obowiązków publicznych.

 

EPILOG

Szwajcarska National Zeitung z 3 stycznia 1940 roku arty­kuł[6] pod tytułem Der Krieg in Polen rozpoczyna słowami: „W najściślejszym związku z błędami polskiego reżymu w polityce wewnętrznej i zagranicznej są niewiarygodne wprost zaniedbania w dziedzinie wojskowej… Na cokolwiek się spojrzy: uzbrojenie, motoryzację, obronę przeciwlotniczą, komunikację, obronę ludności cywilnej, lotnictwo, walkę ze szpiegostwem — w każdej z tych dziedzin okazała się od pierw­szej chwili wojny tak niesłychana ilość zaniedbań, niedociągnięć, niewłaściwości i słabości, że narzucało się wprost pytanie, w której wreszcie dziedzinie ludzie, odpowiedzialni za wojskowe przygotowanie Polski, spełnili swój obowiązek…”

Artykuł kończy się słowami: „…Najmniejsza wina nie spada na Naród Polski, żołnierza polskiego i większość polskich oficerów frontowych za tak szybkie załamanie się polskiego oporu. Naj­lepszym tego dowodem — pomijając już wszystko inne — jest bohaterska obrona Warszawy. Wina obciąża wyłącznie i jedynie reżym, który przez błędną politykę wewnętrzną, błędną politykę zagraniczną i przez niespotykane w historii nadużycie zaufa­nia (Vertrauensmissbrauch auf militaerischem Gebiet) w dzie­dzinie wojskowej doprowadził Polskę do takiego nie­szczęścia…”.

Tak też rozumie Naród Polski

„…Wszędzie po drodze pełno żołnierzy, palą i niszczą broń i sprzęt — widok okropny, zatrzymuje mnie grupa żołnierzy i pyta, czy nie jestem „legionistą”. Pytam ich, o co im chodzi — odpowiadają, iż „szukają legionistów, bo oni sprzedali Polskę”. Są to już skutki demoralizacji, którą wykorzystuje sprytnie agi­tacja niemiecka i bolszewicka. Tłumaczę tym żołnierzom, że to do nich nie należy i proponuję im iść ze mną na Węgry, jednak żołnierze odmówili…” (L.dz.5788/40).

„…Będąc w Warszawie, zbliżyła się do mnie jakaś kobieta, która wskazując na kilkumetrowy ogon, czekający na chleb, powiedziała, że to są wyniki rządów pułkownikowskich, którzy pouciekali z kraju ze swoimi kochankami i kanarkami autami, pozostawiając nas biednych na opatrzności Boga. To samo sły­szałem kilkakrotnie od różnych wieśniaków, nocując po wsiach w czasie mojej wędrówki.

Inteligencja natomiast miała pretensje do byłego rządu za okłamanie społeczeństwa, że jesteśmy rzekomo silni, zwarci i gotowi, co nie odpowiadało rzeczywistości…” (L.dz. 187/40).

Takich głosów mógłbym przytaczać setki.

Długoletnie rządy sanacyjne wraz ze spowodowaną przez nie klęską wrześniową i katastrofą Polski były zbrodnią na żywym ciele Narodu.

Ta zbrodnia nie może pozostać bezkarna.

 

Londyn, 1 września 1941 roku

Gen. Izydor MODELSKI

 

KLUCZ DZIENNIKA byłego Biura Rejestracyjnego

32/39              — ppor. rez. Haller Eryk

62/tj. Rej/40   — komandor Zajączkowski

78/40              — ppłk Bernacki Wiktor

83/39              — kpt. zaw. Heybowicz Adam

100/A                         — gen. dyw. Burhardt-Bukacki

128/39           — rtm. dypl. Bolechowski

142/39           — płk kaw. Chomicz Stefan

148/39           — mjr dypl. Czyżewski

187/40           — płk dypl. Kulczycki

246/39           — ppłk Ziemkiewicz

256/39           — ppłk dypl. pil. Iżycki

325/39           — płk dypl. Kopański

332/40           — ppłk dypl. Izdebski Stefan

361/39           — płk dypl. Gierulewicz

407/39           — gen. bryg. Ładoś

411/A/40        — ppłk dypl. Koperski

415/39           — płk dypl. Münnich

433/40           — gen. bryg. Paszkiewicz

436/39           — kpt. zaw. Malinowski

442/40           — płk dypl. Duch

484/39           — płk Rybicki

495/39           — inż. pil. Riess

495/40           — płk Gałązka

499/40           — płk Rawski

507/39           — płk dypl. Pelc Stanisław

511/39           — gen. bryg. Przeździecki

528/39           — ppłk dypl. Piasecki

534/39           — ppłk dypl. Przybylski

555/39           — kpt. dypl. Starkiewicz

558/39           — ppłk dypl. Szeligowski

572/39           — mjr dypl. Czyżewski

594/39           — płk dypl. Szweicer

652/40           — ppłk dypl. Pęczkowski

714/39           — kpt. zaw. Rydzewski

734/A/40        — ppor. zaw. Paciorek Zbigniew

735/A/40        — por. zaw. Paciorek Michał

751/39           — ppłk dypl. Ryziński

833/40           — płk Dembiński Włodzimierz

899/A/40        — ppłk dypl. Śmigielski

949/40           — kpt. zaw. Szydłowski

954/40           — ppłk Stankiewicz Stanisław III

961/39           — mjr dypl. Dudziński Zbigniew

994/A/40        — gen. bryg. Zamorski

1037/40         — kpt. zaw. Gawęda Marjan

1053/Rej/tj/40 — komendant P.P. Zołtaszek

1057/39         — por. dypl. Chomiak Józef

1066/39         — kpt. dypl. Majorkiewicz

1087/40         — kpt. Mazurkiewicz Edward

1104/39         — płk dypl. Szyszko-Bohusz

1130/39         — por. zaw. Burbo

1329/40         — płk Łańcucki

1341/40         — ppor. zaw. Matyszczyk Jan

1395/40         — por. zaw. Piątkowski

1533/40         — mjr dypl. Napieralski

1540/40         — por. zaw. Jaroszewski

1618/39         — mjr Lipszyc-Steiner

1620/39         — gen. bryg. Zamorski

1631/39         — ppłk dypl. pil. Iżycki

1664/39         — płk dypl. Kopański

1667/40         — ppor. zaw. Minor

1675/40         — kpt. dypl. Kamieński Jan

1683/40         — płk Bogorja-Zakrzewski

1690/40         — płk dypl. Jaklicz

1779/40         — kpt. zaw. Szternal

1783/40         — mjr Szpaltenstein

1844/39         — płk dypl. Zieleniewski

1926/40         — kpt. zaw. Grawiański

2239/40         — płk dypl. Aleksandrowicz

2267/40         — mjr pil. Żarski

2332/40         — mjr dypl. Kozłowski Jerzy

2355/40         — por. zaw. Niepokojczycki

2386/40         — kpt. zaw. Witrylak

2538/40         — kpt. dypl. Lech Jan

2619/40         — rtm. dypl. Powała-Dzieślewski

2718/40         — gen. bryg. Krok-Paszkowski

2740/40         — kpt. dypl. Pudakowski Leon

2778/40         — płk dypl. Sosabowski Stanisław

2795/40         — płk Zygmunt Łakiński

2799/40         — ppor. zaw. Budyń

3118/40         — kpt. zaw. Buczyński

3349/40         — płk Nowak Karol

3625/40         — por. zaw. Jüttner Alfred

3853/40         — gen. bryg. Orlik-Rückemann

3895/40         — ppłk dypl. Biegański Stanisław

4359/40         — mjr Jacyna Wacław

4398/40         — ppor. zaw. Lichnowski

4401/40         — mjr Maciejowski

4542/40         — mjr Chudzikiewicz

4851/40         — ppłk dypl. Wzacny Zenon

4893/40         — ppłk dypl. Pokorny

5087/40         — rtm. Zbroski Jan Kanty

5167/40         — płk dypl. Krzyżanowski

5277/40         — płk Epler Adam

5760/40         — płk dypl. Korkozowicz

5780/40         — płk Chomicz Stefan

5786/40         — por. dypl. Zawadzki Zygmunt

5788/40         — mjr dypl. Lewicki Wilhelm

 

Przypisy źródłowe

[1] Trzeba tu dodać, że obok w pokoju było kasyno, w którym żony wysokich dygnitarzy i panie z biur przy kawie lub herbacie flirtowały z adiutantami swych mężów w nastroju roześmianym,… jakbyśmy stali pod Berlinem.

[2] . Co do daty autor myli się zupełnie wyraźnie. 9.IX.1939 r. w godzinach popołudniowych Szef Sztabu, gen. Stachiewicz, przyjechał do Naczelnego Dowództwa w Brześciu. Decyzja o odejściu 1.D.P. została przez Marszałka pod wpływem płk Jaklicza powzięta w nieobecności gen. Stachiewicza, co zresztą potwierdza sam autor. Nieszczęsna ta decyzja musiała więc zapaść najpóźniej 9.1X. 1939 r. w godzinach przedpołudniowych.

[3] Jest to oczywiście omyłka, gdyż 9.D.P. wchodziła w skład Armii „Pomorze”.

[4] Moja uwaga: do gen. Burhardta powiedział to Marszałek już 3 wrześ­nia 1939 r. (L.dz.l00/A).

[5] To jest niewiarygodne, ale naprawdę tak pisze!!

[6]Jest to ostatni z cyklu czterech artykułów na ten sam temat, które się ukazały w Nr. 604 i 605 National Zeitung z 1939 r. i w Nr. 1 z 1940 r.

Opublikowano za: http://www.ojczyzna.org/ZASOBY_WWW/DOKUMENTY/Gen.MODELSKI_PRZYCZYNY_KLESKI_WRZESNIOWEJ_1939R/

 

PS. Kształtowanie nowoczesnej politycznej myśli narodowej, wymaga kształtowania oddolnie obywatela, jako odpowiedzialnego członka Wielkiej Rodziny, jaką jest Naród i jego organizacji, jaką jest Państwo, z uwzględnieniem oddziaływań geopolitycznych. Wykształtowanie własnych elit narodowych jest w obecnych czasach niewystarczające, po wielu doświadczeniach ich eksterminacji, w czasach wojen i powstań lub niszczących działań antyelit, stworzonych przez ośrodki zewnętrzne, w tym zwłaszcza globalistyczne. Podstawą wychowania Obywateli, jako świadomych politycznie i społecznie członków Narodu, jest wyciągnięcie wniosków z naszej historii prawdziwej, nie tylko z ostatnich 3 wieków, ale co najmniej 2-3 tysięcy lat.

Polecamy więc, zwłaszcza dla Dociekliwych i Samodzielnie Myślących, przeczytanie w tym temacie i przeanalizowanie, co najmniej zamieszczone na poniższych linkach teksty o trudnej historii naszego kraju w ubiegłym wieku, oraz artykułów o charakterze geopolitycznym i połączenie wielu „puzli” w pełniejszy obraz. Zalecamy czytanie i analizowanie w podanej kolejności.

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/uszkujnik-paradoksy-historii-tajna-historia-rosji-europy-i-swiata/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/09/grupa-bilderberga-globalna-mafia-polityczna/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/mit-odzyskania-niepodleglosci-11-listopada-bez-pilsudskiego/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/marek-j-toczek-w-95-rocznice-bitwy-warszawskiej-cz-i/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/wiceadmiral-rmarek-j-toczek-w-95-rocznice-bitwy-warszawskiej-cz-ii/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/bereza-kartuska/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/jak-sanacja-doprowadzila-do-katastrofy-politycznej-i-militarnej-ii-rp/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-r-czesc-i-1/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-czesc-i-2/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-1939-r-czesc-ii/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/gen-izydor-modelski-wojskowe-przyczyny-kleski-wrzesniowej-czesc-iii-podczas-wojny-i-zakonczenie/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/robert-grunholz-prawda-o-pilsudskim/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/wiceadm-r-marek-toczek-11-listopada-1918-r-odzyskanie-wlasnej-panstwowosci-polski-marsz-na-morze/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/dariusz-kosiur-1-sierpnia-1944-roku-syjonistyczna-zbrodnia-na-polakach/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/klamstwa-i-falszerstwa-ekonomii-polityki-i-historii/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/zydowski-kapitalizm-niszczyl-ii-rp-dzisiaj-niszczy-iii-rp/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/zadruga-1939r-zrodla-impasu-sprawy-zydowskiej/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/leslaw-michnowski-powstrzymac-iii-wojne-swiatowa-czesc-i/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/08/leslaw-michnowski-ekohumanizm-albo-globalna-katastrofa-czesc-ii/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/06/marek-s-program-eliminacji-polakow/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/miroslaw-krol-roman-dmowski-i-jego-przelom-polityczny/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/09/wiceadmiral-r-marek-j-toczek-jeszcze-raz-o-racji-stanu/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/wlodzimierz-bojarski-trzeba-poznac-partnerow-wspolpracy-miedzynarodowej/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/09/dr-dariusz-maciej-grabowski-czy-europa-bedzie-gniazdem-dla-orla-i-sokola/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/09/romuald-starosielec-przyszlosc-polskiej-polityki-wschodniej/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/11/prof-wlodzimierz-bojarski-trudna-polityka-wschodnia/

http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2015/10/dr-krzysztof-lachowski-przemiany-swiadomosci-i-paradygmatow/

Wnikliwe przestudiowanie i przemyślenie zawartych treści zaoszczędzi czytania kilkudziesięciu tysięcy stron, w tym zwłaszcza gazetowej „sieczki”, gdzie ważna prawda ukryta jest w mieszance wielkich kłamstw z mało ważną prawdą, która służy jedynie uwiarygodnieniu wielkich kłamstw.

Więc trzeba czytać i analizować, analizować, analizować… i wydobywać ważną prawdę na powierzchnię oraz … realizować według zasady australijskich Aborygenów: „Musisz stać się tą zmianą, którą chcesz widzieć w świecie.”

Redakcja KIP

Wypowiedz się