• W czasie gdy Warszawa obracała się w gruzy, a na Woli i Ochocie dokonano okrutnej rzezi, Bór-Komorowski nakazał wszczęcie powstania w Krakowie. Komendant okręgu nie wydał rozkazu do walki, ocalając miasto
  • Przeciwnikiem walki z Niemcami był metropolita abp Adam Sapieha. Dowódcom AK powiedział, że nie popiera pomysłu wszczęcia powstania, a do Niemców apelował o uczynienie Krakowa miastem otwartym
  • Do powstania garnęła się młodzież, ale przeciwni byli i wojskowi, i Kościół, i politycy. Zdawano sobie sprawę, że podziemie jest zbyt słabe, by wyzwolić Kraków, a polityczne korzyści z powstania wyjątkowo mgliste
  • Krakowianie wykazywali się nierzadko pragmatyzmem w stosunku do okupanta. Gdy pojawiły się nakazy budowania umocnień, tłumnie stawili się do pracy. Taką postawę ostro krytykowało podziemie

Sierpień lub wrzesień 1944 r. Kilkanaście tysięcy młodych krakowian zakłada biało-czerwone opaski. Widnieje na nich napis: „Wojsko Polskie”. Chwytają za broń. O ustalonej godzinie oddziały wybiegają na ulice, strzelają do napotkanych oddziałów i patroli niemieckich, przejmują kolejne domy i kamienice. W oknach budynków przy Rynku Głównym i sąsiednich ulicach pojawiają się polskie flagi.

Jeszcze przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia powstania w mieście dochodzi do sporadycznych walk, gdy zmierzające na koncentrację oddziały ścierają się z napotkanymi przypadkiem niemieckimi żołnierzami. To wszystko jest efektem wydania rozkazu o wybuchu powstania w Krakowie. Komenda Główna AK chce, by krwawe walki w dawnej stolicy Polski „dały potężny atut w rozgrywkach politycznych”, a krakowskie dowództwo przychyla się do tej koncepcji.

Oprócz opanowania miasta, w pierwszych godzinach najważniejsze jest zdobycie strategicznych punktów i placówek niemieckich. Poszczególne kompanie, bataliony i plutony zgrupowania „Żelbet” atakują obsadzone przez okupanta obiekty: dawny dom studencki „Żaczek” przy Błoniach, przemianowany na koszary SS, a także mieszczącą się nieopodal siedzibę rządu Generalnego Gubernatorstwa w dawnym budynku AGH. Kolejne oddziały usiłują się wedrzeć do zajętego przez Niemców budynku seminarium duchownego przy ul. Podzamcze. Niemal samobójczy atak przypuszczony zostaje na Wawel – siedzibę generalnego gubernatora Hansa Franka.

Atakowany jest m.in. kompleks budynków przy ul. Warszawskiej (po wojnie zajmie je Politechnika Krakowska), obsadzonych przez 1,5 tys. wyposażonych w broń maszynową żołnierzy Luftwaffe i ukraińskich policjantów. Kompania, której teren operacyjny miał następnie objąć część Kleparza i Starego Miasta, a także obszar Dworca Głównego, przypuszcza atak na wartownię, likwiduje strażników i usiłuje zająć główny budynek, wbiegając przez bramę. Kolejne drużyny ostrzeliwują okna, jeszcze inne oddziały atakują z tyłu.

Niestety, Niemcy we wszystkich punktach miasta są przygotowani na atak, nie ma też mowy o elemencie zaskoczenia. Doskonale wyposażony i uzbrojony krakowski garnizon, blisko czterokrotnie liczniejszy niż siły powstańcze, odpiera szturm Polaków na silnie ufortyfikowane pozycje. Powstańcy nie mogą mierzyć się z niemiecką armią przede wszystkim dlatego, że są fatalnie uzbrojeni. Zaledwie 10 na 100 żołnierzy ma broń palną, z czego nieliczni dysponują bronią maszynową. Reszta ma ze sobą jedynie butelki z benzyną lub granaty. Niektórzy nie mają nic. Zamek królewski, liczne koszary, siedziby urzędów, dworzec, magazyny i mosty pozostają w rękach niemieckich.

Krakowianie na Rynku Głównym, 1941 r. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Krakowianie na Rynku Głównym, 1941 r.

Po pierwszym ataku Polacy wycofują się do dzielnic i obszarów zdobytych w pierwszych godzinach walki. W kolejnych dniach muszą kryć się za budowanymi spontanicznie przez żołnierzy i cywilów barykadami. Niemiecki kontratak szybko przynosi śmiertelne żniwo. Powstańcy zaciekle bronią swoich pozycji, ale nie mogą mierzyć się z niemiecką piechotą, opancerzonymi pojazdami, a w końcu z samolotami, które bombardują powstańcze pozycje, łamiąc opór walczących.

Dla III Rzeszy powstanie jest doskonałym pretekstem do fizycznego likwidowania polskiej ludności lub wywożenia jej na roboty. Nie ustają grabieże i niszczenie bezcennych zabytków miasta, które według całkiem jeszcze niedawnych planów miało stać się czysto niemieckim ośrodkiem Wielkiej Rzeszy. Okupant ma w dziele zniszczenia i mordów ułatwione zadanie – Sowieci znajdują się o wiele dni drogi od Krakowa, a ich marsz na zachód ostatnio wyhamował niemal całkowicie.

Tak mógłby wyglądać przebieg wydarzeń w Krakowie, w drugiej połowie 1944 r., gdyby zrealizowane zostały plany podziemia odnośnie walk w Krakowie. Powstanie w Grodzie Kraka jednak nie wybuchło, choć chciał tego komendant główny Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski. Dlaczego nie doszło do walki?

Zobacz również: Powstańcy kontra powstanie. „Mój świat się wtedy zawalił. To, że to była tragedia, jest oczywiste”

„Muzeum” się zbroi

Wiosną 1944 r. „Muzeum” (taki kryptonim nosił krakowski okręg AK) otrzymało z Komendy Głównej rozkaz przygotowywania się do działań powstańczych. Celem żołnierzy AK miało być zdobycie około 70 obiektów w mieście, w tym wspomnianego już domu studenckiego „Żaczek” czy kopca Kościuszki.

Z biegiem czasu wydarzenia nabierały rozpędu. W lipcu 1944 r. komendant „Muzeum” pułkownik Edward Godlewski „Garda” wydał rozkaz o następującej treści: „Zarządzam postawienie łączności zewnętrznej w stan alarmowy”. 25 lipca Godlewski zarządził „stan czujności do powstania”.

„Powyższe zarządzenia i świadomość zbliżającej się ze wschodu Wielkiej Niewiadomej składały się na stan »przedburzowego« napięcia. (…) W Krakowie wyraźnie odczuwało się stan zdenerwowania. Jednych cieszyły klęski Niemców, innych niepokoiły nadciągające siły sowieckie, a wszystkich pochłaniały wieści o przygotowywanym powstaniu. Na wszelki wypadek zaopatrywano się w żywność i lekarstwa, a dzieci na czas wakacji wysyłano w miarę możliwości jak najdalej od Krakowa. PCK przygotowywał kadry sanitarne i medyczne oraz prowizoryczne szpitale polowe. (…) O możliwym powstaniu w Krakowie wiele się mówiło w okolicach miasta, zwłaszcza we dworach i na plebaniach” – pisze prof. Andrzej Chwalba w książce „Okupacyjny Kraków w latach 1939 – 1945”.

Napięcie i wyczekiwanie wzrastało, gdy oczom mieszkańców Krakowa ukazywał się długo wyczekiwany widok uciekających niemieckich cywilów, urzędników i ich rodzin, których to było w mieście tysiące. Kraków był w końcu stolicą Generalnego Gubernatorstwa. „Władze cywilne i urzędy pakują się i wyjeżdżają. Choć gorączkowe tempo trochę zwolniało (jakoby z powodu poprawy defensywy niemieckiej w środkowej Małopolsce). Frank oddał klucze od katedry prof. Szyszko-Bohuszowi dla wręczenia ich Metropolicie. Z Magistratu wyjechały Niemki i część Niemców” – notował 28 lipca Edward Kubalski, który przez całą okupację prowadził dziennik poświęcony bieżącym wydarzeniom w Krakowie i na świecie.

„Ulice i dworce przepełnione, za dorożkę płacą Niemcy bajońskie sumy, uciekają w panice. Ta chwila utęskniona przyszła tak nagle i niespodziewanie, że jesteśmy wprost oszołomieni” – pisał z kolei w swoich wspomnieniach Arnold Szyfman.

Gdy na początku sierpnia do miasta dotarły wieści o rozpoczęciu walk w Warszawie, w Krakowie zarządzono pogotowie bojowe. 10 sierpnia komendant okręgu powołał Grupę Operacyjną Kraków. Niemcy nie zamierzali jednak dać się zaskoczyć nawet w najmniejszym stopniu. Żołnierze III Rzeszy budowali umocnienia, schrony i strzelnice w oknach. Zresztą takie działania podjęte były już w lipcu, m.in. w związku ze zbliżającą się wciąż sowiecką ofensywą. „U nas rozkopywanie ulic, budowa bunkrów (…) schronów, osłon, sadzawek po całych plantach i wszystkich placach – dochodzi do zenitu. (…) Na ulicach ciągłe legitymowania i łapanie zwłaszcza młodych mężczyzn” – pisał Kubalski.

5 sierpnia komendantem wojennym Krakowa został gen. Heinrich Kittel, który natychmiast nakazał najwyższą gotowość bojową stacjonującym w mieście jednostkom. Niemcy opracowali też szczegółowe plany obronne i sprowadzili do Krakowa oddziały wyszkolone w walkach ulicznych. Chaos i ucieczka z miasta zostały opanowane.

Niemieckie uroczystości na pl. Szczepańskim, 1944 r. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Niemieckie uroczystości na pl. Szczepańskim, 1944 r.

Niemcy bali się powtórki z Warszawy, postanowili więc nie czekać na ruch Polaków. 6 sierpnia przeprowadzili ogromną łapankę, największą w czasie całej okupacji. Ponad 6 tys. mężczyzn schwytano na ulicach i przystankach, wyciągnięto z tramwajów, a nawet z mieszkań. Część trafiła do obozu koncentracyjnego w krakowskim Płaszowie, inni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy. Część zwolniono pod koniec miesiąca. Ten dzień nazwano później „czarną niedzielą”. Plan Niemców się powiódł. Nie tylko pozbyli się z miasta ludzi mogących być członkami konspiracji, ale też sprawili, że po 6 sierpnia wielu mieszkańców zdecydowało się uciec na wieś.

Edward Kubalski pisał 9 sierpnia: „aresztowania sporadyczne dalej trwają, wczoraj rewidowano domy przy ul. Czarodziejskiej. Mówią o 9 ofiarach zastrzelonych gdy uciekały. Z poważnego miejsca słyszałem, iż przez obławę uprzedzono termin powstania, które podobnie jak w Warszawie miało tu wybuchnąć. Inni twierdzą, że termin dotyczył tylko działania AK na prowincji”.

Zobacz również: Masakra Woli. „Leżałam zakrwawiona obok rodziców. Miałam nadzieję, że może żyją, ale ich ciała były sztywne”

„Bór” chce powstania

„Później już nie zaistniała sytuacja sprzyjająca powstaniu w Krakowie” – pisał o kolejnych dniach porucznik AK Stanisław Dąbrowa-Kostka, wspominając fortyfikujących się okupantów. „Niewykluczone, że przysposobieni do walki Niemcy chcieli nawet jesienią 1944 sprowokować zryw powstańczy, by potem – jak w Warszawie – stłumić go krwawo” – oceniał.

Ostatecznie w pierwszych dniach sierpnia do powstania w Krakowie nie doszło. Z jednej strony Niemcy od dłuższego czasu fortyfikowali miasto. Z drugiej strony polskie podziemie zdawało sobie sprawę z fatalnej sytuacji, w jakiej się znajdowało. Ogromny garnizon niemiecki, jaki stacjonował w Krakowie – z racji stołecznej roli miasta w Generalnym Gubernatorstwie – sprawiał, że trudno było myśleć o osiągnięciu jakichkolwiek militarnych celów w otwartej walce. Krakowska AK była też fatalnie uzbrojona. Prof. Andrzej Chwalba ocenia, że bronią palną dysponowało zaledwie 10-15 proc. żołnierzy, z czego tylko niewielka część posiadała broń maszynową.

Decyzja o wybuchu powstania w Krakowie wciąż jednak mogła zapaść. Choć gen. Bór-Komorowski 17 sierpnia rozkazał, by oddziały AK ruszały Warszawie na odsiecz (z okolic Krakowa wyruszył później batalion „Skała”, 11 września pobity w drodze przez Niemców), to już następnego dnia – 18 sierpnia – zmienił zdanie. W czasie, gdy kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Woli i Ochoty było już martwych na skutek krwawej rzezi urządzonej przez oddziały Dirlewangera i Kamińskiego, w czasie gdy warszawskie Stare Miasto obracało się w gruzy na skutek nieustannych niemieckich bombardowań, „Bór” w depeszy do pułkownika „Gardy” stwierdził, że wywołanie powstania „daje potężny atut w rozgrywkach politycznych” i zarządził, by AK opanowała Kraków.

„Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i w materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo, by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa – pisał „Bór” z płonącej Warszawy.

„Liczcie się z gwałtownym przeciwdziałaniem niemców. Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj i zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] zdolne – do samodzielnej i odosobnionej walki” – brzmiała depesza, w której komendant pisał o wszczęciu walki na dwa-trzy dni przed pojawieniem się Sowietów.
Płk Edward Godlewski „Garda” był jednak realistą i zdawał sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Wiedział lepiej niż komendant główny AK, że narażenie mieszkańców na śmierć, a miasta na całkowite unicestwienie, nie przyniosą żadnych korzyści i że okupację niemiecką – w obliczu nieuchronnie nadciągającej okupacji sowieckiej – trzeba po prostu „przeczekać”.
Powstaniu przeciwni byli zresztą także politycy, zarówno z lewicowej Polskiej Partii Socjalistycznej, jak i z prawicowego Stronnictwa Narodowego. Otwartej walki nie poparł także Kościół, ani okręgowy delegat rządu na kraj.

1938 r. Płk Edward Godlewski (z lewej) wręcza marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu odznakę 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

1938 r. Płk Edward Godlewski (z lewej) wręcza marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu odznakę 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich

Krakowianie zdawali sobie sprawę z piekła, jakie dzieje się w Warszawie. Edward Kubalski notował: „Największą naszą troską obecnie to Warszawa, gdzie po odepchnięciu od Pragi Rosjan – armia powstańcza krwawi się w beznadziejnym oporze (…). O Warszawie krążą wprost hiobowe wieści. Mówią, że tysiące ludności deportują (…), miasto płonie, zalega tysiące trupów, a tysiące ludności ucieka instynktownie”.

Do powstania – podobnie jak w Warszawie – rwała się młodzież. „Nastroje ulegały radykalizacji w następstwie nie zawsze uzgodnionych z centralą akcji w rodzaju napadów na pociągi, zamachów na policjantów i żołnierzy niemieckich. Obawiano się, nie bez racji, że akcje te mogą być uznane przez Niemców za dogodny pretekst do sprowokowania wybuchu powstania i zniszczenia Krakowa. Niepokoiła wytężona propaganda prasy gadzinowej (…), która informowała o zdobyciu przez władze niemieckie niezbitych dowodów na to, że powstanie wybuchnie na przełomie września i października, później, że ma się ono rozpocząć dokładnie 10 października” – opisuje prof. Chwalba.

Delegat rządu Jan Jakóbiec wydał nawet specjalne oświadczenie, w którym ostrzegał przed prowokacją gestapo, która miałaby usprawiedliwić masową brankę do pracy przymusowej i zapełnienie więzień. Policja niemiecka faktycznie rozważała możliwość sprowokowania wybuchu powstania, jednak Hans Frank postawił na stopniowe osłabianie krakowskiego podziemia.

Zobacz również: Rzeź Ochoty. „Wokoło szalały tłumy rozbestwionych żołnierzy RONA”

Sapieha mówi: „nie”

Jak pisał prof. Chwalba, „nawet oficerowie uważali, że pomysł zorganizowania w Krakowie powstania jest złym pomysłem”. Przeciwko takiemu pomysłowi wystąpił też krakowski metropolita, abp Adam Sapieha. „Książę Niezłomny”, który cieszył się ogromnym autorytetem Polaków, a w czasie okupacji został nieformalnym przywódcą polskiego Kościoła, przez całą wojnę robił wszystko, by uchronić Kraków przed zniszczeniem.

Latem 1944 r. w czasie spotkania z wojskowymi i politykami metropolita opowiedział się zdecydowanie przeciw organizacji powstania w Krakowie. Bał się, że Niemcy całkowicie zniszczą miasto.

Kolejny krok, także wobec zbliżającego się frontu, Sapieha podjął wraz z przedstawicielami Rady Głównej Opiekuńczej, gdy zwrócił się do dowództwa wojsk niemieckich w regionie, aby Kraków ogłoszono miastem otwartym. Niemcy odpowiedzieli listownie, że Kraków na pewno nie zostanie oddany bez walki, ale żołnierze będą oszczędzać miejscową ludność i zabudowania. Przestrzegli jednak, że w razie powstania Kraków ulegnie zniszczeniom takim, jak Warszawa.

Warto przy tym wspomnieć, że wcześniej, bo w kwietniu 1944 r., doszło do pierwszego i jednocześnie ostatniego spotkania Sapiehy z gubernatorem Hansem Frankiem na Wawelu. Niemcy chcieli wtedy pozyskać Polaków do udziału w wojnie przeciw Sowietom. Metropolicie zaproponowano ogłoszenie listu pasterskiego, którego treść wymierzona byłaby w bolszewizm, a także nawoływałaby do podjęcia akcji politycznej przeciw aliantom i współpracy z Rzeszą. Sapieha jednak odmówił i wskazał, że „Niemcy przez przeszło pięć lat nie pokazały, jakoby były przyjacielem narodu polskiego”.

Kraków buduje umocnienia

W obliczu nadciągającej Armii Czerwonej, Niemcy w lecie 1944 r. spotęgowali antysowiecką propagandę, namawiając krakowian do wspólnej walki z bolszewizmem. 6 sierpnia, w tę samą „czarną niedzielę”, gdy tysiące ludzi padło ofiarą wielkiej łapanki, Niemcy ogłosili, że szukają ochotników do budowy „wału ochronnego” przed wojskami sowieckimi. W mieście pojawiły się stosowne plakaty, nawołujące, by 24 sierpnia stawić się na Dworcu Głównym na zbiórkę chętnych do sypania wałów.

Niemieccy żołnierze na krakowskim Rynku Głównym, 1943 r. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Niemieccy żołnierze na krakowskim Rynku Głównym, 1943 r.

Podczas gdy w Warszawie podobny rozkaz, wydany przez Niemców niedługo przed powstaniem został całkowicie zignorowany, w Krakowie na zbiórkę stawiło się tak wielu ludzi, że dla połowy zabrakło narzędzi. Okupanci oceniali też, że atmosfera wśród pracujących jest wyjątkowo dobra, do pracy zgłaszały się kolejne osoby. Sytuację wykorzystywali reporterzy „Gońca Krakowskiego”, którzy dla celów propagandowych robili zdjęcia zadowolonym robotnikom.

O zaangażowaniu Polaków do prac przy budowaniu umocnień pisał sporo na przestrzeni sierpnia i września Edward Kubalski. „Pod Słomnikami i Bochnią tysiące naszych »ochotników« kopie te zdaje się bezużyteczne rowy, które są raczej pozorem, aby wielką część ludności w sile wieku mieć w ręce i pod kontrolą” – oceniał. „Każdy woli zgłaszać się dobrowolnie, niż narażać się na ustawiczne kontrole i przymusowe łapanki patroli niemieckich” – dodawał.

W innym z wpisów w jego dzienniku czytamy: „ludziska z miasta i z okolic kopią i kopią. Pociągnięto do tego nawet Karmelitów Bosych w Czernej, przy czym przeora po skatowaniu zamordowano”. Innym razem żartował: „A choć Niemców wszędzie kropią – oni tu wciąż rowki kopią”. „Tu w mieście szaleje propaganda wszelakich afiszy pod hasłem: »Łopata to nasza broń« itp.” – pisał z kolei 29 września.

Postawie krakowian sprzeciwiało się podziemie, które na łamach swojej prasy krytykowało pracę przy umocnieniach. „W Warszawie ludność porwała za broń. W Krakowie hołota porwała się za łopaty!” – grzmiały podziemne gazety. Z czasem jednak zapał robotników malał, tak jak malała liczba kartek na towary, a przybywało pracy. Budowanie umocnień dla Niemców spotkało się też z krytyką ze strony abpa Sapiehy. Chętnych do pracy było coraz mniej, aż w końcu Niemcy znów musieli uciekać się do gróźb i terroru.

Postawa tych wielu mieszkańców Krakowa spotkała się z niezrozumieniem, a nawet z wrogością ze strony warszawiaków, przybyłych do Krakowa po powstaniu. Mieszkańcy Krakowa mieli też nie pozostawać dłużni przybyszom ze stolicy. Edward Kubalski: „Z targu opowiadają mi, jak przekupka krakowska na prośbę jakiejś warszawianki, aby jej sprzedać taniej, odpowiedziała z przekąsem: tak, ale w Warszawie toście Panie śpiewały: »Warszawskie kobiety chwyciły za bagnety, a krakowskie szmaty lecą do łopaty«. Podobno – naprawdę taki wierszyk złośliwy co do Krakowa – kursował – choć nie chce mi się wierzyć, bo wszędzie kobiety polskie cierpiały i jeszcze cierpią, wiele”.

„Zarządzenie powstania jest niedopuszczalne”

Sytuacja w Krakowie nie zmieniała się ani we wrześniu, ani w październiku. Niemcy stale umacniali swoje pozycje w obliczu nadciągającej Armii Czerwonej, a także na wypadek akcji powstańczej. Pojawiały się bunkry i schrony, wykopano rowy, ustawiono stanowiska karabinów maszynowych. Na Błoniach i boisku „Juvenii” szykowano miejsca dla samolotów. Wywołanie powstania było niemożliwe. Kraków mógł jedynie czekać na wypędzenie Niemców przez Sowietów. Widziano zresztą, jaki był los wypędzonych warszawiaków, których tysiące napływały pod Wawel, by tam szukać schronienia.

W październiku Edward Kubalski pisał:
„Słyszę, że z Krakowa ze sfer politycznych i wojskowych wysłano memoriał do Londynu, że zarządzenie tu powstania jest niedopuszczalne”.

„Na szczęście dla Krakowa, rozkaz ten (Bora-Komorowskiego o opanowaniu miasta – red.) nie został wykonany. O ile można zrozumieć przesłanki polityczne i wojskowe, jakimi kierowali się przywódcy Polski Podziemnej nakazując stoczenie bitwy o Warszawę, o tyle analogiczne rozkazy wydane komendantom okręgów Kraków czy Kielce w sytuacji, kiedy tragiczny finał walk w Warszawie rysował się już w pełni, muszą budzić, co najmniej, zdumienie. Także i ta sprawa winna doczekać się wyjaśnienia” – pisał wiele lat temu prof. Andrzej Leon Sowa.

„To bardzo dobrze, że w Krakowie nie wybuchło powstanie, po którym można by było jeszcze raz zapisać na kartach naszej historii o tym, jak to »poszli nasi w bój bez broni« i ronić łzy na zabytkowych gruzach” – oceniał z kolei Stanisław Dąbrowa-Kostka.

Podczas pisania tekstu korzystałem z następujących książek i źródeł:

  • Andrzej Chwalba, „Okupacyjny Kraków w latach 1939 – 1945”, Wydawnictwo Literackie, 2002
  • Edward Kubalski, „Niemcy w Krakowie. Dziennik 1 IX 1939 – 18 I 1945”, wyd. Austeria, 2011
  • Arnold Szyfman, „Moja tułaczka wojenna”, wyd. MON, 1960
  • Stanisław Dąbrowa-Kostka, „Czy w stolicy GG powstanie miało szanse powodzenia?”, [w:] „Zeszyty Historyczne Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej” nr 9/2007
  • „Kraków w czasie II wojny światowej. Materiały sesji naukowej z okazji Dni Krakowa 1991”, 1992.
  • Rita Pagacz-Moczarska, rozmowa z prof. Andrzejem Chwalbą, „Alma Mater” nr 64/2004
  • Krzysztof Burnetko, Tomasz Fiałkowski, Mateusz Flak, Artur Klimaszewski i Dariusz Poremba, „Kalendarium działań arcybiskupa Stefana Sapiehy” [w:] „Tygodnik Powszechny”, www.tygodnik.com.pl
  • Materiał powstał dzięki współpracy Onet z partnerem – Narodowym Archiwum Cyfrowym, którego misją jest budowanie nowoczesnego społeczeństwa świadomego swojej przeszłości. NAC gromadzi, przechowuje i udostępnia fotografie, nagrania dźwiękowe oraz filmy. Zdigitalizowane zdjęcia można oglądać na nac.gov.pl

Przemysław Mosur-Darowski