Jak polscy Amerykanie wyrastają na głównych rozgrywających

Iwo Bender, absolwent Spraw Międzynarodowych w Columbia University w Nowym Yorku, stwierdził, że „Po raz pierwszy w historii Ameryki głosy Polaków w wyborach prezydenckich stały się ważne”. Być może stąd wzięło się to przekonanie, iż amerykańska dziennikarka Rita Cosby powiedziała, że Donald Trump wie, iż to głosy Polaków przesądziły o jego zwycięstwie w kluczowych stanach. W tych stanach, gdzie Trump wygrał niewielką przewagą: Wisconsin, Michigan oraz Pennsylwania — wszystkie trzy to tzw. polskie stany. Gdyby nie głosy Polaków, to Trump przegrałby te trzy stany oraz całe wybory.

Tajemna siła

Nie jest jednak prawdą, że dopiero teraz głosy Polaków stały się ważne. Były one ważne od dawna, tyle że być może Polacy nie uświadamiali sobie tego. Na tyle ważne, że dość nieprzychylny Polsce publicysta polityczny, George H. Eliason, na kilka miesięcy przed wyborami opublikował tekst Inside The Secret Super Majority that Decide Election 2016 & War with Russia, gdzie wywodził, że w Stanach istnieją tak wpływowe „kliki” emigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, że bez ich poparcia w kluczowych stanach nie sposób wygrać wyborów.

Kluczowe znaczenie ma tutaj Polonia licząca 10 mln mieszkańców. Choć stanowi ona 3,2% Amerykanów, to jednak przez swe zaangażowanie wyborcze oraz amerykański system wyborczy, w 2012 szacowano, że kontroluje ona 10% elektorów. Jako że różnice między kandydatami republikańskimi a demokratycznymi rzadko kiedy są większe, więc głosy Polonii często mogą determinować całe wybory.

John Kromkowski, politolog z Catholic University, zauważył, że amerykańska Polonia stanowi „niemal archetypowy głos rozstrzygający [swing vote]”.

„Najpierw cię ignorują, potem śmieją się z ciebie…”

Na temat amerykańskiej Polonii w Polsce krąży wiele bałamutnych opinii, kreślących ją w duchu „Polish jokes” — jako folklorystyczny ciemnogród, ultrakonserwatywny i ultrakatolicki, związany z prawym skrzydłem demokratów (jako że republikanie to protestanci). W istocie prawie wszystkie te opinie są jedynie krzywym zwierciadłem, przedłużeniem antypolskiej propagandy, z którą Polonia się zmaga, odkąd rozstrzygnęła wybory na korzyść antyestablishmentowego J.F. Kennedy’ego. [ 1 ]

Prawda jest natomiast taka, że amerykańska Polonia jest najbardziej elastyczną grupą wyborców, w przeciwieństwie do innych wielkich bloków, niezwiązaną z konkretną partią, lecz głosującą na konkretne osoby, raz z jednej, raz z drugiej partii. W ten sposób Polonia wyrosła na modelową grupę „swing vote” i coraz bardziej umacnia swój decydujący charakter (w ostatnich latach do tzw. polskich stanów doszedł kolejny swing state: Floryda).

„…a na końcu wygrywasz”

USA to jest naród polityczny będący mieszanką różnych grup etnicznych, które z różnych względów odpadły od swoich mateczników (Niemcy – 17%, Afrykańczycy — 14,6%, Irlandczycy — 11,6%, Meksykanie — 10,9%, Anglicy – 9%, Amerykanie — 6,7%, Włosi — 5,9%, Polacy — 3,3%, Francuzi — 2,9%, Szkoci – 1,9%). Większość wielkich bloków etnicznych czy religijnych związana jest twardo z konkretną partią, np. czarni, Meksykanie, Włosi, Irlandczycy i Żydzi zawsze głosują na demokratów; z kolei protestanci zawsze głosują na republikanów.


Historia preferencji protestantów i katolików

Polacy głosują raz na jednych, raz na drugich. Mówiąc precyzyjniej: Polacy głosują na tych, którzy wygrywają wybory. Albo inaczej: ci, na których głosują Polacy prawie zawsze wygrywają wybory. Statystyka jest tutaj niezwykła: w ciągu ostatnich 100 lat Amerykanie wybrali 26 prezydentów, w 24 przypadkach byli to ci kandydaci, na których głosowała Polonia.

Tak głosowała Polonia w ciągu ostatnich stu lat. W 1980 też de facto głosowali w większości na republikanina — polskie głosy na opcję republikańską zostały bowiem podzielone pomiędzy Reaganem a Johnem B. Andersonem, który wystartował jako kandydat niezależny i zdobył aż 15% głosów Polonii. Więcej: Polish-American vote

By zilustrować ten fenomen, można porównać to do wyników głosowania wśród amerykańskich Żydów o których uważa się, że rządzą Ameryką: na 26 prezydentów, jedynie 14 było takich, na których głosowali Żydzi:

W innych grupach etniczno-religijnych wygląda to podobnie: jako że są one związane z taką lub inną partią na ogół wskazują prezydenta nieco poniżej 50% (jeśli jest to grupa związana z republikanami) lub nieco powyżej 50% (dla grup związanych z demokratami). Wprawdzie nie tylko Polacy nie są twardo związani z jedną partią, ale tylko Polacy są tak mocno skoncentrowani w swing states, czyli w stanach decydujących. Otóż wszystkie główne „swing states” są zarazem „Polish states”.

Swing states: Florida (29), Pennsylvania (20), Ohio (18), Michigan (16), North Carolina (15), Virginia (13), Minnesota (10), Wisconsin (10), Colorado (9), Iowa (6), Nevada (6), New Hampshire (4)

Polish states: Wisconsin (ss), Illinois, Michigan (ss), Ohio (ss), Pennsylvania (ss), Connecticut, Indiana, Minnesota (ss), New York, New Jersey, Massachusetts, Maryland, Florida (ss)

W efekcie, by wygrać amerykańskie wybory prezydenckie, trzeba coraz bardziej zabiegać o poparcie Polonii, która wyrasta na języczek u wagi — wzorzec swing vote.

Polacy pomylili się jedynie dwukrotnie: w 1968 chcieli na prezydenta Huberta Humpfreya, podczas kiedy wygrał Nixon, w 1980 Polonia chciała Cartera a nie Reagana. Poza tymi wypadkami od 1916 do 2016 prezydentami USA zostawali kandydaci popierani przez Polonię — i żadna inna grupa nie ma takiej skali zbieżności preferencji z wynikami końcowymi.

Polonijne priorytety

W Polsce uważa się, że głównym pryzmatem wpływającym na decyzje wyborcze Polonii jest katolicyzm oraz konserwatyzm obyczajowy. W istocie jest to opinia nonsensowna. Religia oraz sprawy obyczajowe nigdy nie wysuwają się na czołowe miejsce, lecz kwestie czysto pragmatyczne: poglądy gospodarcze oraz stosunek do Polski.

W 1995 ok. 2/3 Polonii to tzw. niebieskie kołnierzyki, czyli pracownicy związani z przemysłem. Wyjątkowo mocno uzwiązkowieni. Ważniejszy dla Polonii był stosunek kandydata do kwestii deindustrializacji Ameryki aniżeli wyznanie kandydata. To być może największy paradoks w świetle polskich stereotypów o Polonii: w wyborach powszechnych w USA Żydzi częściej głosowali na katolików aniżeli Polacy. W ostatnich 100 latach było trzech kandydatów na prezydenta USA wyznania katolickiego: Al Smith w 1928, JF. Kennedy w 1960 oraz John Kerry w 2004. Żydzi przytłaczającą większością głosowali na wszystkich trzech, Polacy — tylko na jednego (i tylko ten został prezydentem). Innym paradoksem amerykańskim stanowiącym wyzwanie dla naszych stereotypów jest fakt, że wśród mniejszości arabskiej w USA nie dominuje islam, jak w świecie arabskim, lecz chrześcijaństwo, głównie katolicyzm.

Na marginesie ciekawostka: William McKinley, 25. prezydent USA, który u progu XX wieku ustanowił bazę Guantanamo, wychował się w miejscowości Poland w stanie Ohio, i w 1901 roku został zastrzelony przez Polaka, Leona Czolgosza.

Polonia oczywiście preferuje kandydatów respektujących światopogląd większości jej przedstawicieli, czyli katolicyzm, lecz tylko wówczas, gdy nie koliduje to z kwestiami zasadniczymi branymi pod uwagę w polityce. Modelowo pokazały to wybory z 1976. Naturalnym kandydatem Polonii był Gerald Ford, pełniący obowiązki prezydenta po ustąpieniu Nixona, polityk związany z „polskim stanem” Michigan, umiarkowany republikanin. Jego konkurentem był popierający aborcję Jimmy Carter. W czasie debaty prezydenckiej Ford stwierdził jednak, że „nie ma sowieckiej dominacji w Europie Wschodniej” i nie wierzy, by Polacy uważali, że ich kraj znajduje się pod sowiecką okupacją, że Polska, Rumunia oraz Jugosławia to kraje „niepodległe i autonomiczne”. Dla amerykańskiej Polonii był to szok, jej przedstawiciel stwierdził, że zostali pozbawieni wyboru, gdyż alternatywą Forda jest popierający aborcję Carter. Mając jednak do wyboru pomiędzy wiernością katolicką oraz polską, wybrali tę ostatnią i stosunkiem 60 do 40 poparli aborcjonistę.

W późniejszych wyborach Polonia czterokrotnie głosowała na liberalnych obyczajowo demokratów (dwa razy na Clintona i dwa razy na Obamę). Na Clintona za NATO, na Obamę — w dużej mierze pewnie za to, że to był „swój człowiek” — z Chicago. W 2012 Polonia miała podstawy, by głosować na republikanina, gdyż Obama okazał się rozczarowaniem — po kilku latach jego rządzenia Polonia była już znacznie bardziej krytyczna do polityki gospodarczej Obamy niż reszta społeczeństwa. W polskich sprawach nie zrobił niczego, co obiecał, a ogłoszony w 2009 reset relacji z Rosją wepchnął Polskę w dalsze uzależnienie od Gazpromu. Kulminacją pokazującą rozeznanie Obamy w sprawach polskich było niesławne wystąpienie w czasie wręczania medalu dla Jana Karskiego, kiedy powielił propagandę o „polskich obozach”. Jego przeciwnikiem był Mitt Romney, którego na prezydenta poparł Lech Wałęsa. W ramach kampanii Romney przybył do Polski, gdzie peregrynował po „świętych miejscach” Polaków. NSZZ Solidarność wydało wówczas oświadczenie krytykujące Romneya za jego zapowiedź walki ze związkami zawodowymi i prawami pracowniczymi. Powołano się na rekomendację od przyjaciół amerykańskich — największej centrali związkowej AFL-CIO, reprezentującej 12 mln robotników (na jej czele od 2009 stoi Richard Trumpka mający polskie korzenie). Ostatecznie Polonia ponownie poparła Obamę, choć już mniejszą większością niż poprzednio. Romneyowi nie pomogło namaszczenie Wałęsy, które zresztą mogło już być raczej „pocałunkiem śmierci”.

O ile więc pierwszy przypadek pokazał, że mając do wyboru kwestie obyczajowe oraz interes Polski — Polonia wybiera interes Polski (a przynajmniej swoje rozumienie tegoż interesu). Drugi natomiast przypadek pokazał, że Polonia nie jest próżna i nie wybiera kandydata, który bardziej cukruje Polakom. Obama po pierwszej kadencji okazał się fałszywym przyjacielem Polski i fałszywym przyjacielem robotników. Jego przeciwnik napracował się, by cukrować Polakom, lecz był jawnym wrogiem robotników — a tego Polonia nie kupi. Dlatego głosowała na tego od „polskich obozów”, legalizacji marihuany i związków partnerskich — dlatego, że spraw obyczajowych nigdy nie traktowała priorytetowo (choć prawdą jest, że w 44% deklaruje się jako konserwatywna).

Dziś głosi się, że Trump wygrał głosy Polonii dzięki temu, że pofatygował się do Kongresu Polsko-Amerykańskiego i skomplementował Polskę. Gdyby to wystarczyło, to w 2012 Polonia głosowałaby na Romneya a nie Obamę. Polonia jest dużo bardziej racjonalna niż się ją kreśli w krajowej prasie. Z pewnością komplementy Trumpa pod adresem Putina były dla kandydata republikańskiego takim samym strzałem w stopę, jak enuncjacje Forda z 1976. Tyle że później miało miejsce zakwestionowanie wyników wyborów w Polsce przez Billa Clintona (wyników, które zaangażowana w sprawy polskie Polonia zdecydowanie popierała), czytelna deklaracja Trumpa w sprawie ewentualnej obrony Polski, która nawet jeśli nie dawała pewności co do kierunku polityki zagranicznej USA, to przynajmniej równoważyła wcześniejsze enuncjacje dotyczące Putina. I w końcu wreszcie — last but not least — Trump nie jest wprawdzie wymarzonym kandydatem z punktu widzenia związkowców, ale przynajmniej fundamentem jego polityki wewnętrznej jest reindustrializacja USA, co jest rzeczą najważniejszą z ważnych dla blue-collars. Amerykańscy robotnicy mają zupełnie inną mentalność aniżeli przyzwyczajeni do państwa opiekuńczego robotnicy europejscy, dla których najważniejsze są przywileje i osłony socjalne.

Oferta demokratyczna była właśnie obietnicą osłon socjalnych w świetle kontynuowanego przez Demokratów kursu deindustrializacji, czyli procesu odprzemysłowienia USA. Oferta Trumpa to obietnica nie tylko powstrzymania tego procesu, ale i rozwoju przemysłu.

Polonia nie dlatego głosowała na Trumpa, że powiedział, że „Polacy są wspaniali”, ale dlatego, że był on w tych wyborach opcją naturalną i udało mu się zniwelować swój wcześniejszy strzał w stopę, czego nie dopilnował wcześniej Ford.

Polonia jako regulator higieny demokratycznej

Nie jest zresztą wykluczone, że Polonia głosując na Trumpa nie wiązała z nim przesadnych nadziei. Analizując bowiem sposób głosowania Polonii widać wyraźnie się wyłaniający od czterech już dekad schemat głosowania. Od 1976 Polonia daje 8 lat republikanom, a później 8 lat demokratom. Jeśli piszę o tym, że w tym roku Trump był dla Polonii kandydatem naturalnym to nie tylko dlatego, że bardziej się on wpisywał oczekiwania polskich blue-collars, ale także i dlatego, że zgodnie z czterdziestoletnią praktyką wyborów polonijnych, wybory 2016 należały się republikanom, na których prawdopodobnie Polonia zagłosuje także i za cztery lata.

Amerykańska Polonia, ci „archetypowi swing voters”, nie są wcale tak nieprzewidywalni jak się wydaje. Można powiedzieć, że „wypracowali” (?) elementarną „higienę amerykańskiej demokracji”, udoskonalając myśl Marka Twaina o tym, że polityków i pieluchy należy zmieniać często i z tego samego powodu. Nie tylko polityków należy zmieniać regularnie, ale i partie polityczne. Należy je wymieniać regularnie, jednak nie tak często, by co wybory rozpoczynała się nowa polityka.

Trump, zarówno pod względem prawidłowości polskich „swingów”, jak i pod względem programu był w 2016 „naturalnym” wyborem Polonii. Oczywiście jego kandydatura mogła zostać przekreślona, gdyby nie jego wyjście ku Polonii, ale rola tych gestów to czyste spekulacje, opierające się na głębokim przekonaniu mainstreamowych mediów, że przed „polskim wystąpieniem” Trumpa, Polonia generalnie popierała Clinton, bo Trump komplementował Putina. Owo przekonanie na temat wyboru Polonii może być jednak tyle samo warte, co wszystkie przedwyborcze sondaże.

Trump wygrał dzięki głosom Polaków, ale nie dlatego, że cukrował i obiecywał, nie dlatego, że jest konserwatystą, ale dlatego, że był podwójnie naturalnym wyborem i udało mu się nie przekreślić swoich szans błędami, które byłyby dyskwalifikujące.

Wybory 2016 można uznać za przełomowe dla notowań Polonii, ale nie z powodu o którym się pisze, jakoby jej głos był jakoś wyjątkowo rozstrzygający. W minionym pół wieku niejednokrotnie były już decydujące. W 2016 głos Polonii został wyzwolony od swego mocno zakorzenionego skrupułu, jakim była rusofobia. Okazało się, że można zdobyć głosy Polonii nawet uchodząc za prorosyjskiego. W ten sposób Polonia stała się nie tyle archetypowym „swing vote”, ale modelowym „przełącznikiem” partyjnym czy też modulatorem amerykańskiej demokracji — nader odpornym na emocjonalne czy impulsywne zaburzenie cyklu zmiany partii władzy.

Dlatego też nie upatrywałbym w kluczowej roli Polonii w swing states i amerykańskich wyborach jakiegoś nadzwyczajnego kapitału dla Polski. Z drugiej jednak strony nie jest też tak, że USA nie liczą się z Polską, że mogą nam zrobić nową Jałtę, gdyby interes konfrontacji z Chinami tego wymagał. Rosnąca rola polityczna Polonii może być skutecznym hamulcem dla tego rodzaju polityki.

Amerykański system może liczyć na regulacyjną rolę Polonii w swing states bazując przynajmniej na choćby deklaratywnym partnerstwie polsko-amerykańskim. Tylko w miarę spokojny rozwój Polski pozwala na utrzymywanie stabilnej politycznie Polonii. Mając wpływ na dużą część amerykańskich elektorów, Polonia mogłaby sporo namieszać.

Polonia jako polski kapitał

Z drugiej jednak strony mam nadzieję, że ów kilkudekadowy cykl zmiany partii władzy przez Polonię jest mimo wszystko przypadkowy, że nie wyraża on żadnej stałej prawidłowości polonijnego swingu, że preferencje polonijne są bardziej intencjonalne, że o głosy polonijne trzeba pieczołowicie zabiegać a obietnice dotrzymywać.

Istnieją podstawy, by widzieć w Polonii pewien miniobraz amerykańskiego społeczeństwa. Polonia jest dziś lepiej wykształcona niż społeczna średnia oraz ma niższy niż przeciętna wskaźnik populacji więziennej. Zwłaszcza ten ostatni czynnik może świadczyć o dobrym wpasowaniu w amerykański system.

Politologiczny fenomen Polonii może się dla niej stać poważnym kapitałem społecznym. Może być jeszcze tak, że ta grupa społeczna, która była przedmiotem najbardziej bezwzględnych kpin i czarnego PR, z powodu którego wielu jej członków zmieniało nazwiska i rozluźniało więzy z polską kulturą, zacznie coraz częściej tworzyć amerykańską elitę i wyznaczać rytm bicia serca Ameryki. Będziemy wtedy mieli falę powrotów do korzeni. Polskość przestanie być obciachem i nienormalnością, lecz zostanie uznana za modelową oś amerykańskiej normalności.

Dzięki przemianom w Polonii, w relacjach polsko-amerykańskich wciąż drzemie wielki niewykorzystany potencjał. Dlatego właśnie nie patrzę na nasze relacje przez pryzmat wciąż kulejącej współczesności, lecz przeszłości i przyszłości.

Historycznie między Rzeczpospolitą a Stanami Zjednoczonymi istnieje niezwykle głęboka więź. Stany pojawiły się w tym samym czasie kiedy Rzeczpospolita została wymazana z mapy. Dzięki temu Polacy byli mocno zaangażowani w amerykańską wojnę o niepodległość, a polscy bohaterowie — jak Kościuszko czy Pułaski — są także bohaterami amerykańskimi. Kultura Braci Polskich, znana na Zachodzie jako unitarianizm, była światopoglądem twórców USA (Jefferson uważał nawet, że w ciągu jednego pokolenia wszyscy Amerykanie zostaną unitarianami).

Historia polsko-amerykańska nie zaczyna się jednak od początku USA, lecz znacznie wcześniej. Pierwsza fala polskich osadników przybyła do USA w 1608 a więc 12 lat przed tym, jak na Myflower przybyli Pilgrim Fathers.

Polacy nie byli banitami z własnego kraju, lecz zostali ściągnięci jako specjaliści, którzy mieli tworzyć zręby przemysłu na nowym lądzie. W Jamestown Polacy zbudowali hutę szkła, która stała się pierwszym zakładem przemysłowym w Ameryce. Pytanie za sto punktów: gdyby cokolwiek z prawdą miały wspólnego banialuki szkolne, które forsuje się na temat Rzeczypospolitej, jakoby był to kraj rolniczy, zapóźniony gospodarczo a zwłaszcza przemysłowo wobec Zachodu, to dlaczego u progu XVII w. Anglicy po specjalistów od przemysłu jeździli do Rzeczypospolitej?

Polacy byli tam uznanymi specjalistami i dzięki temu jako pierwsi można powiedzieć, zaczęli kształtować amerykański system wyborczy. Otóż 30 lipca 1619 Polacy zorganizowali pierwszy w historii Ameryki strajk robotniczy. Nie miał on jednak na celu typowych żądań robotniczych o charakterze socjalnym. Miał charakter polityczny. Otóż ówczesny gubernator prawo głosu do zgromadzenia ogólnego Wirginii przyznał jedynie kolonistom angielskim. Polacy zażądali równych praw politycznych, a że nie dało się ich zastąpić, więc szybko je otrzymali. Czy w świetle tej historii nie wydaje nam się czymś naturalnym, że Polonia wypracowała sobie tak mocną i decydującą pozycję polityczną w dzisiejszej Ameryce?

To historia Polonii może zarazem stanowić przyszły kapitał także dla Polski. W przeciwieństwie bowiem do innych amerykańskich grup etnicznych, które do USA trafiały zazwyczaj jako wykluczeni swoich macierzystych krajów, o tyle większa część Polonii trafiła do USA na skutek wykluczenia spowodowanego zawłaszczeniem Polski przez inne mocarstwa. Modelowym przykładem jest Donald Trump, którego dziadek chciał powrócić do Niemiec, lecz niemiecki rząd, ten sam, który okupował wówczas polskie ziemie, uznawał go za wyjętego spod prawa banitę.

Polonia mogłaby zbudować w przyszłości o wiele mocniejsze więzy — w tym i gospodarcze — z Polską aniżeli miało to miejsce w III RP, która pod tym względem była de facto kontynuatorką PRL, przyczyniając się do kształtowania obrazu Polonii jakby żywcem wyjętego z Polish jokes.

Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Redaktor naczelny Racjonalisty, założyciel PSR, prezes Fundacji Wolnej Myśli. Autor książek Kościół a faszyzm (2009), Heretyckie dziedzictwo Europy (2011), trylogii Kryminalne dzieje papiestwa: Tom I (2011), Tom II (2012), Zapomniane dzieje Polski (2014).

Opublikowano za: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,10066/k,2

Comments

  1. wzc2 says:

    Rośnie, rośnie i nie może urosnąć. A Chazarowie przepchnęli nielegalną ustawę 447.

    • Klub Inteligencji Polskiej says:

      To prawda, ponieważ działają mafijnie z dysponowaniem ogromnych pieniędzy z systemu fałszywego pieniądza na łapówki i finansowanie wyborów. Ale to na szczęście się kończy… jeszcze co najwyżej kilka lat…

  2. krnabrny1 says:

    oo to jest arcyciekawy temat dla Polaków. Polonia oraz….wizy. Zastanówcie się przez chwilę jakim cudem Polska tak długo czeka na możliwość bezwizowego dostania sie do U.S.A. Nie jesteśmy jakimś gigantycznym krajem, nie mamy większego znaczenia strategicznego jeśli chodzi o emigracje do USA w kontekście innych krajów. U.S.A w zasadzie nie używa tego ani jako kija ani jako marchewki, po prostu nie znosi wiz „bez powodu”.

    Jednakże ja , jak zwykle uważam, że nawet pierdnięcie na tym świecie nie dzieje się bez powodu i jeśli zaczynam poszukiwać powodu to jedyny jaki znajduje to taki że ONI NAS SIĘ BOJĄ!!!!!. Posłuchajcie, nie wiem z jakiego powodu, nie wiem za bardzo jak działa Polonia, ale wiem że NIE PASUJEMY DO ICH UKŁADNKI.

    Domyślam się czemu, ale sądzę żeby każdy sam zastanowił się i wyciągnął wnioski skąd u nich taki STRACH PRZED POLAKAMI?;-)))

  3. krnabrny1 says:

    To bardzo ogólne i nieprecyzyjne, oni mają jakieś konkretne obawy. Bardziej szedł bym w kierunku nazwisk takich jak Ted Kaczynski, ale nie w kontekście terroryzmu ale na przykład w połączeniu z nazwiskiem Nikola Tesla 🙂 …chociaż jak pisałem dla mnie ten teren jest nieznany i nie mogę się wypowiadać.

  4. krnabrny1 says:

    Jak ktoś nie chwyta kontekstu w/w nazwisk to powiedział bym że boją się naszej WYOBRAŹNI. Kto czytał manifest Teda Kaczyńskiego zdaje sobie sprawę ,że ten człowiek po prostu rozmontował ich system tymi tekstami. Widać to po ich reakcji, znam przynajmniej kilka filmów wyprodukowanych w stanach które miały „skanalizować” tą energię, jak choćby „Buntownik z wyboru” czy też film „Siedem” bądź też znany film „Fisher King”

Wypowiedz się