NIECHCIANI POLACY – przez post-solidarnościowych, syjonistycznych RASISTÓW, w elitach politycznych, intelektualnych i dyplomatycznych, u władzy kolejnych ekip III RP.

Polonia, jak i Polacy mieszkający poza krajem nigdy nie mieli szczęścia do władz w Warszawie. W czasach PRL Ministerstwo Spraw Zagranicznych było przez nich postrzegane jako instytucja obca, nieżyczliwa, wręcz wroga. Rok 1989 wzbudził nadzieję, że wraca wolna Ojczyzna, że będą mogli liczyć na pomoc Macierzy.

Rozczarowali się bardzo głęboko. Nowe władze odwróciły się do nich tyłem. Uznały ich za „niechcianych Polaków”. Polska diaspora to liczne i wpływowe środowiska, w których Polska mogłaby mieć wspaniałych sojuszników, gdyby tylko zechciała wyciągnąć do nich rękę z propozycją partnerskiej współpracy.

Współdziałanie z organizacjami skupiającymi polskie mniejszości mogłoby umocnić pozycję Polski, podnieść jej autorytet i rangę na arenie międzynarodowej, i wreszcie – pomóc w walce o dobre imię Rzeczypospolitej. Szczególna waga winna być przykładana do Polaków na Kresach, którym w wyniku zdrady jałtańskiej przyszło żyć poza Rzeczpospolitą, od których w wyniku zmiany granic – jak sami mówią – „własne państwo odeszło”. Dziejowym obowiązkiem Państwa Polskiego powinno być niesienie wszelkiej pomocy dyskryminowanym Rodakom na Wileńszczyźnie i Grodzieńszczyźni.

Obrona praw Polaków za granicą powinna należeć do podstawowych obowiązków Państwa Polskiego. Taka powinna być również jego doktryna polityki zagranicznej. Patrząc na działania PiS i PO można odnieść wrażenie, że Polacy za granicą są dla nich kulą u nogi. Dla jednych, ponieważ wadzą w „pojednaniu” z Litwinami, Ukraińcami, Żydami. Dla drugich, bo przeszkadzają w realizowaniu podejrzanych kombinacji geopolitycznych. Rodaków na obczyźnie postrzega się jako zło konieczne, których nie wolno wzmacniać, a jeśli się wynarodowią to tym lepiej, kłopot z głowy.

Trudno przy tym odpędzić podejrzenia, że elity polityczne poświęcając rodaków na obczyźnie na rzecz niepolskich interesów i popierając żywioły im nieprzyjazne, uwikłane są w międzynarodowe uzależnienia, które nie pozwalają im wypełniać podstawowych powinności wobec Polaków.

Niezależnie od zmieniających się ekip, polityka taka ma zawsze wspólne elementy: tworzenie struktur dyspozycyjnych wobec Warszawy; rozbijanie patriotycznych organizacji, którymi nie da się sterować; tworzenie nowych, służalczych wobec rządu, popierających partię rządzącą w Warszawie.

W ślad za tym pojawia się pokusa podporządkowania tych organizacji polityce zagranicznej, i tym samym poświęcenia jej interesów na ołtarzu kombinacji geopolitycznych. I tu zagadka: Jakie państwo na świecie szarga dobre imię żyjących na obczyźnie rodaków, odgradza się od nich murem kłamstw, dzieli na „dobrych” i „złych”, bojkotuje ich liderów, sporządza „czarne listy” z ich nazwiskami?

Kto rozpętuje, często wraz z antypolskimi środowiskami, akcje intryg i knowań dla usunięcia ich ze stanowisk, obrzuca epitetem „agenta Moskwy” lub „antysemity”? Nie wiadomo przy tym, kto głośniej krzyczy – antypolacy czy polscy dyplomaci. Bo dyplomatyczna szkoła Geremka wypuściła wielu zdolnych absolwentów.

Dyplomaci „nie z Ojczyzny mojej”

Współpracę z Polakami za granicą utrudnia, a Rzeczpospolitą degraduje polityka personalna. Czy jest normalne, że duża część dyplomatów „opiekujących się” Polakami jest – jak mówił emigracyjny poeta – „nie z Ojczyzny mojej”, że często Polskę w świecie reprezentują ludzie wykazujący alergię na wszystko, co polskie; ludzie o podwójnej lojalności, nie związani z polskimi tradycjami narodowymi, borykający się z kryzysem tożsamości etnicznej, w dodatku zaangażowani w akty wrogie Polsce?

Wiele już na ten temat napisano. Przywołajmy tu przykład Ryszarda Schnepfa, którego dewizą działania było: kluczem do rozwoju stosunków Polska-USA nie jest amerykańska Polonia, a Amerykański Kongres Żydów, któremu Ameryka kojarzyła się nie z Polonusami, ale z… Żydami.
I czy nie miał racji Jan Kobylański, gdy o Schnepfie i jego protektorach w MSZ powiedział: „To nie jest nasze ministerstwo, to nie jest nasz minister”.

MSZ dokonuje szczególnie „finezyjnej” selekcji kadr na Wschodzie. Tamtejsza ekipa dyplomatów to pełna porażka. Takich wysłańców nie widziano tam nawet za czasów Geremka. Ich „finezyjna” dyplomacja polega na wcielaniu w życie doktryny Geremka: walka o prawa dla mniejszości polskiej to przejaw konfliktowego i archaicznego nacjonalizmu, a wrażliwość, i to głęboką, potrafią wykazać wobec nacji niepolskich, chociażby krymskich Tatarów. Nigdy wobec Polaków.

W lipcu 2018 r. marszałek Senatu zaatakował lidera Związku Polaków na Litwie, oskarżając go o malwersacje finansowe i podważając tym samym pozycję Związku wobec władz litewskich.

Jeszcze wcześniej, we wrześniu 2016 r., podczas zjazdu Polonii amerykańskiej w Rzeszowie, ówczesny sekretarz stanu w MSZ Jan Dziedziczak mówił o „potrzebie” odwołania prezesa Michała Mackiewicza. Do oskarżeń przyłączyła się ambasador Urszula Doroszewska, która przykazała Mackiewiczowi, że nie powinien ubiegać się o ponowny wybór.

Wkrótce potem doszło do kolejnego skandalu – wywierania przez Doroszewską nacisku na przewodniczącego litewskiego Sejmasu, aby doprowadził do ukarania Mackiewicza przez parlamentarną Komisję Etyki.

Pomijając nieuprawnioną ingerencję w niezależność polskiej organizacji, doszło przy tym do naruszenia dyplomatycznych obyczajów poprzez ingerencję w prace obcego parlamentu. Jeszcze wcześniej, w listopadzie 2002 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia uznał Małgorzatę Naimską za winną ciężkiego naruszenia obowiązków służbowych i potwierdził słuszność dyscyplinarnego usunięcia jej z funkcji prezesa Fundacji IDEE, w której programami pomocowymi kierowała także Urszula Doroszewska.

Ze zgromadzonych w aktach sprawy dowodów wynika, iż na skutek działań podejmowanych przez kierownictwo, Fundacja straciła płynność finansową, a sposób gospodarowania finansami doprowadził do powstania wysokich zobowiązań i postawienia Fundacji w stan likwidacji. W momencie likwidacji miała ponad 250 000 niespłaconych długów, wyparował także grant Ministerstwa Kultury.

Doroszewska współpracą z Polakami na Wschodzie zajmowała się formalnie już w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, ale wówczas cała jej aktywność skupiała się na udzielaniu pomocy… krymskim Tatarom. Jakże niesmaczne w świetle powyższego były jej wypowiedzi na temat pomocy udzielanej polskim organizacjom, i w ogóle na temat Polaków na Wschodzie.

Próby ręcznego sterowania Polakami na Litwie przypomniały tlące się od dawna konflikty z władzami w Warszawie. Zadanie przekazania Michałowi Mackiewiczowi, że nie wolno mu kandydować na kolejną kadencję nikt nie mógł wykonać lepiej niż Doroszewska, aktywistka KOR, a później działaczka kancelarii Lecha Kaczyńskiego oraz Andrzeja Dudy, oddanych patronów, a nawet gorliwych współudziałowców w procesie depolonizacji Kresów, przekształcenia zwartej i zorganizowanej politycznie społeczności w lokalne polskojęzyczne grupy folklorystyczne.

W oczach mieszkańców Wileńszczyzny Doroszewska skompromitowała się już u początku swej ambasadorskiej misji. Wysłannik Rzeczypospolitej do kraju, gdzie żyją setki tysięcy polskich autochtonów, tak określiła swe priorytety: „bezpieczeństwo i obrona – są to kwestie najważniejsze w stosunkach polsko-litewskich […] jestem dumna z tego, że polscy lotnicy uczestniczą w misji Baltic Air Policing”.

Za kolejny priorytet uznała „współpracę wojskową”, mimo że w tej samej wypowiedzi sama przyznała, iż sprowadza się ona do ochrony litewskiego nieba przez polskie lotnictwo.

Doroszewska, z definicji ambasador polskich interesów w Republice Litewskiej, nie omieszkała poinformować, że będzie popierać litewskie interesy w zakresie infrastruktury transportowej i energetycznej. Im bardziej rozwijała swą wypowiedź, tym bardziej stawało się jasne: Polacy na Wileńszczyźnie i ich prawa nie zajmują żadnego miejsca w hierarchii jej priorytetów.

Duma z tego, że polskie wojsko ochrania przestrzeń powietrzną innego państwa i na dodatek za to płaci, akcentowanie interesów Litwy, akceptacja zapisów litewskiej ustawy oświatowej lituanizującej polskie szkolnictwo unaoczniły – do Wilna nie przyjechała reprezentować polską rację stanu, lecz litewską, i to bez zastrzeżeń, a jej misją ma być: wymuszanie na Polakach, by milcząco akceptowali wynarodowienie, ograbiania z ziemi i rugowania języka polskiego w szkołach.

A propos – sieć polskich placówek oświatowych na Litwie miejscowi Polacy wywalczyli w czasach Związku Sowieckiego, i to wbrew miejscowym litewskim komunistom. Sama natomiast Doroszewska rozwodziła się nad losem Tatarów krymskich, którzy pod obecną władzą rosyjską są jakoby pozbawiani ziemi, a ich dorobek w dziedzinie oświaty jest niszczony.

Akcja Wyborcza Polaków na Litwie w zasadzie nic nie robi dla Polaków mieszkających na Litwie” – oświadczyła w telewizji wPolsce.pl Maria Przełomiec. A mówiła o polskiej partii, która reprezentuje Polaków Wileńszczyzny w litewskim Sejmasie, która ma w nim własny ośmioosobowy klub i reprezentanta w PE, która skutecznie walczy o prawa dyskryminowanej polskiej mniejszości. Co więcej, samodzielnie rządzi w dwóch rejonach Litwy, w największym wileńskim i w solecznickim.

A co robi Przełomiec dla Polaków na Litwie? To sekretarz finansowanej przez MSZ Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, która, i owszem, „pomaga”, ale nie organizacji reprezentującej Polaków, lecz organizacjom i polskojęzycznym mediom, które z polskością na Litwie walczą, które z wrogami polskości kolaborują. Przełomiec to wyznawczyni dominującej w MSZ tezy – przeszkodą w budowaniu dobrych relacji z Litwinami są Polacy, a problemem liderzy ich organizacji.

Tezy, która na ołtarzu (a właściwie na stosie) tej współpracy każe kłaść interes i suwerenność Związku Polaków na Litwie. Przełomiec, z wykształcenia archeolog peruwiański, specjalizuje się od dłuższego czasu w tematyce krajów b. ZSRR. Na tej niwie odniosła jeden niewątpliwy sukces – jako korespondentka sekcji polskiej BBC przekazała informację, że Aleksander Kwaśniewski, podczas uroczystości oddania hołdu ofiarom zbrodni katyńskiej na cmentarzu w Charkowie, „lekko chwiał się na nogach”.

Nie za to jednak znany czempion praw Polaków na Wschodzie Radek Sikorski nadał jej „za upowszechnianie wiedzy na temat uwarunkowań polskiej polityki zagranicznej, szczególnie na Wschodzie” odznakę honorową Bene Merito, a prezydent Litwy Medal pamiątkowy 13 Stycznia.

Przyjaciele Landsbergisa

Stare przysłowie powiada: „Pokaż mi, jakich masz przyjaciół, a powiem ci, kim jesteś”. Przełomiec, jak sama z dumą podkreśla, to przyjaciółka Vytautasa Landsbergisa, który od lat słowem i czynem szkodzi Polakom na Litwie, zatruwa stosunki litewsko-polskie. Przyjaciółka fanatycznego i zarazem najbardziej wpływowego polakożercy, nie bójmy się tego słowa – największego antypolskiego drania.

Już w 1989 r. w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” oskarżył Polaków o antylitewski nacjonalizm, z powodu… kultu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Hołubiony przez Geremka, wychwalany przez „Gazetę Wyborczą”, nie pomijał żadnej okazji, by uderzyć w Związek Polaków na Litwie. Zwodząc przy tym i napuszczając na siebie polskich polityków.

Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej odznaczył go „lekko chwiejący się na nogach” prezydent. Wypracował przy tym chytrą metodę, z powodzeniem ćwiczoną na polskich mediach – powiedzieć kilka dobrych słów o Lechu Kaczyńskim, by zaistnieć na łamach gazety, ze słowem „polska” w tytule, jako „rzecznik polsko-litewskiego pojednania”.

Lista antypolskich posunięć Landsbergisa jest długa: oczernianie AK za rzekomą kolaborację z hitlerowcami; przyrównywanie Polaków do kolonizatorów i okupantów Wileńszczyzny; rozwiązanie polskich samorządów pod pretekstem współpracy z Sowietami. Landsbergis był inicjatorem ustawy o zwrocie ziemi, która niezwykle utrudniła proces odzyskiwania ojcowizny przez Polaków. Umożliwiła bowiem przeniesienie własności w dowolne miejsce w kraju, z czego skorzystał Landsbergis i jego rodzina, mając przed wojną ziemię w okolicach Kowna.

Doszły do tego zmiany granic okręgu wyborczego solecznickiego, wcielenie jego części do tzw. Wielkiego Wilna, i tym samym osłabienia szans wyborczych Polaków. W 2010 r., na miesiąc przed wyborami samorządowymi, Landsbergis zorganizował (na wzór Niemców podczas plebiscytu na Górnym Śląsku?) akcję fikcyjnego meldowania się Litwinów na Wileńszczyźnie i głosowania na partie litewskie w celu odniesienia historycznego zwycięstwa nad Polakami!

Partia Landsbergisa stoi za zmniejszeniem nakładów na finansowanie polskich szkół. Jest przeciwnikiem polskiej pisowni nazwisk w dokumentach i używania, obok nazw litewskich, polskich nazw ulic i miejscowości. Kategorycznie sprzeciwia się też Karcie Polaka.

Wileńszczyzna jest zacofanym krajem, w którym wciąż funkcjonuje władza sowiecka, a jej uosobieniem są rządy Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – tak, już jako europoseł, wykrzyczał podczas prezentacji książki „Nasz patriotyzm, ich szowinizm”, wywiadu-rzeki autorstwa geremkowskiego dyplomaty Mariusza Maszkiewicza.

Podczas prezentacji nie przebierał w słowach. Litwa odstąpiła ten kraj (Wileńszczyznę) władzy sowieckiej uosabianej przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Tam została urzeczywistniona władza radziecka, ludzie są kontrolowani; oni są rządzeni gospodarczo, są zależni od samorządów. Ci, którzy są niezależni i czują się inaczej nie boją się oddawać swoje dzieci do szkół litewskich. Sami Polacy skarżą się, że ta władza ich terroryzuje, ale to jest radziecka władza.

Pogardę i podżeganie wobec Polaków zademonstrował odnosząc się do planów zamknięcia trzech małych szkół litewskich w Polsce, mówiąc: Jeszcze pięć lat i będziemy świętowali stulecie. Co osiągniemy do tego czasu? Być może pochwalimy się tym, że tuż obok, za wewnętrzną europejską granicą, zostanie zamknięta ostatnia litewska szkoła w Sejnach? Rozumiemy, że sąsiedni kraj nie jest bogaty, pełnosprawny, ale być może nasz rząd znajdzie kilka milionów, aby pomóc Polsce i naszym rodakom.

Tymczasem to nie rząd polski, tylko wójt Litwin i Rada Gminy Puńska, w której 13 spośród 15 radnych to Litwini, zamierzał zlikwidować trzy wiejskie szkoły z litewskim językiem nauczania, do których chodzi łącznie 46 uczniów.

Dzisiejsza Litwa to państwo na etapie Kwaśniewskiego. Prezydentem Litwy jest Dalia Grybauskaite, wykształcona na Uniwersytecie im. Żdanowa w Leningradzie, kuźni partyjnych i kagiebowskich kadr (jego absolwentem jest Putin i Miedwiediew) aktywistka KPZR, w latach 80. wykładowca w Wyższej Szkole Partyjnej w Wilnie. W 1988 r. uzyskała stopień kandydata nauk ekonomicznych (doktora) w Akademii Nauk Społecznych przy KC KPZR w Moskwie. Hartował ją i pielęgnował przyjaciel Przełomiec i „przyjaciel Polski” Vytautasa Landsbergis, też skądinąd wykładowca marksizmu-leninizmu na sowieckich uczelniach Litwy. Nie da się ukryć – litewskie elity polityczne są antypolskie. Niezależnie kto rządzi, w kwestii praw mniejszości polskiej zawsze zwycięża ponadpartyjna opcja nacjonalistów.

Wszystko zaczęło się od tandemu Geremek-Landsbergis oraz sabotażowej akcji Michnika i jego gazety. Warszawskie elity z góry odrzuciły poparcie dla Polaków z Wileńszczyzny. Przymykały oczy na nieprzestrzeganie przez Litwę zapisów bilateralnego traktatu i Konwencji ramowej Rady Europy o ochronie mniejszości narodowych. Nie przeszkadzało im usuwanie śladów polskości.

Nie wyrażały oburzenia, gdy mer Wilna oburzył się na pomysł, by w wileńskiej katedrze mogła być odprawiana msza w języku polskim. Tolerowały politykę historyczną Litwy o zbrodniach polskich okupantów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zaakceptowały zjudaizowanie pamięci zbrodni w Ponarach.

Warszawskie elity politycznę uznały reprezentację Polaków na Litwie za „ruską agenturę”. Tymczasem, aby zachować tożsamość Polacy muszą lawirować między litewskim rządem i geremkowską dyplomacją. Muszą wchodzić w różne formy współpracy z innymi mniejszościami narodowymi, poczynając od tatarskiej przez białoruską i karaimską, a kończąc na niektórych organizacjach rosyjskich.

Taktyczny sojusz z Rosjanami zostało wymuszony przez politykę państwa litewskiego, które po odzyskaniu niepodległości mówiło, że na Litwie nie ma Polaków, są tylko spolaczeni Litwini, i gdy mniejszości narodowe poczuły się zagrożone. Warszawskie elity zarzucają Polakom na Litwie, że żyją „w rosyjskiej przestrzeni kulturowej”. A oni żyją w przestrzeni polskiej, zmuszeni jedynie posiłkować się związkami z przestrzenią rosyjskojęzyczną (ale nie rosyjską), bo ta jest dla nich mniej toksyczna i mniej wroga niż przestrzeń litewska.

Co do „rosyjskiej przestrzeni kulturowej” to przypomnieć należy, że w latach 90. zaprzestano retransmisji TVP1. Uruchomiono natomiast białoruskojęzyczny kanał Biełsat, wymierzony w „reżim Łukaszenki”, choć on akurat był dla Polaków sto razy lepszy niż „reżim Landsbergisa”. Mamy przy tym swego rodzaju kuriozum – polski MSZ finansuje telewizję dedykowaną białoruskiej opozycji dla odsunięcia od władzy prezydenta państwa, z którym Polska utrzymuje stosunki dyplomatyczne.

W kampanię szczucia i narrację o „rękach Moskwy”, włączyły się najwyższe czynniki rządowe i partyjne. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki rzekł: „Polska nie może być zakładnikiem swojej mniejszości na Litwie”, a kresowi Polacy „muszą się dostosować do polityki państwa polskiego”.

Mniejsza o Terleckiego (bo ten miał trudną młodość, a jak wiadomo narkotyki, zwłaszcza opary z pasty do butów, robią dziury w mózgu), ale tezy takie powtórzyli Krzysztof Szczerski i Jacek Czaputowicz.

Dla tego ostatniego: „czasami polska mniejszość narodowa jest bliższa Rosji”. Szef Gabinetu Prezydenta od Polaków na Litwie odciął się tak: „Chcę wyraźnie powiedzieć, że nie wspieramy partii mniejszości narodowej, wspieramy mniejszość narodową”. Na Litwie rozmawiają ze starą komunistką Grybauskaite, ale nie o problemach tamtejszych Polaków, ale o problemach litewskich władz z Polakami.

Pominąwszy to, że udowodnienie tezy o „sowieckich agentach” wymaga całkiem sporych talmudycznych umiejętności, dodać trzeba, że ludzie za tym stojący są mocno mentalnie zsowietyzowani. Na epitety o „rękach Moskwy” pozwalają sobie nawet trzeciorzędni politycy litewscy. Czy można jednak mieć do nich pretensje, skoro gazeta w nazwie „polska” szafuje tym określeniem na lewo i prawo, piętnując każdego, dla kogo interes Polski jest ważniejszy niż interes Grubaskajte i Poroszenki?

W polityce zagranicznej dramat goni dramat, a groteska groteskę. Sytuacja międzynarodowa Polski jest niezwykle trudna. To nie tylko wynik postępów w dezintegracji grupy rządzącej, ale niekorzystnych i groźnych dla interesów Polski zmian geopolitycznych.

Tymczasem słuchając wypowiedzi polityków można odnieść wrażenie, że największym zagrożeniem dla Polski jest Michał Mackiewicz, spalenie kukły Żyda, zniszczenie nielegalnego pomnika Bandery, nazwanie Tuska „rudym bandytą”, a Landsbergisa „garbatym Żydem”.

Polską politykę wschodnią trudno nawet nazwać naiwną – to po prostu frajerstwo. Polskę raz za razem ogrywa maleńka Litwa, a „teoretyczne państwo” Ukraina dyktuje treść uchwał Sejmu. Taka polityka żałosna już była za Lecha Kaczyńskiego. Dość wspomnieć miliardy państwowego Orlenu utopione w rafinerii w Możejkach.

Budujemy Via Baltica, która kończy się w litewskiej Kłajpedzie, porcie konkurującym z naszymi portami; sponsorujemy infrastrukturę energetyczną, na której zarabia Litwa, eksportując energię do Polski; za darmo chronimy przestrzeń powietrzną Litwy, ale płacimy za korzystanie z litewskiej bazy w Szawłach.

Litwa rozpuszcza alarmujące informacje o toczącej się już rzekomo na jej terytorium wojnie hybrydowej, ale zagrożeniem rosyjskim przejmują się tylko polscy politycy i publicyści, bardziej niż sami Litwini. Czym Litwa, zasłużyła sobie na takie prezenty?

Partia na codzień wycierająca sobie usta patriotyzmem propaguje litewską narrację i gorliwie reprodukuje tezy, że za stan relacji odpowiada nie dyskryminacja naszych rodaków na Litwie, ale spisek agentów Kremla. Niezawodni eksperci gazety z „polska” w tytule mają na to radę: „najlepiej na litewskie fochy i lęki machnąć ręką. Po prostu je przeczekać”.

I tak czekamy sobie już 30 lat, a Litwini utwierdzają się w przekonaniu, że frajerom w Warszawie mogą zafundować każde upokorzenie, a Polakom na Wileńszczyźnie każdą szykanę. Tymczasem Polska, poza troską o mieszkających tam Polaków i ich przyszłej Autonomii, nie ma na Litwie żadnych interesów, bo Litwa zbudowana jest w opozycji do Polski i w opozycji do I Rzeczpospolitej. Wzorującej się na sanacji rządzącej w Polsce formacji przypomnieć też można, że Piłsudzki miał na Litwinów skuteczny sposób – generała Lucjana Żeligowskiego.

Dyplomatyczne kałmuki

Po wygranych przez Polaków wyborach pojawiła się historyczna szansa na odbudowę zaufanie Polaków za granicą do instytucji Państwa Polskiego. Z szansy nie skorzystano.

Nowe władze nie ustanowiły zarządu komisarycznego w ambasadach i konsulatach. Nie przeprowadziły audytu rozdzielania funduszy na „wspieranie działalności polonijnej”. Nie przyjrzały się finansowaniu organizacji, redakcji i mediów powołanych przez Sikorskiego. Nie zlustrowały TVP Polonia i jej nachalnej antypolskiej propagandy. Nie pozbyły się z dyplomacji uczniów Geremka.

Jacek Czaputowicz dobrał sobie za to na swego zastępcę Andrzeja Papierza, druha z anarchistycznej organizacji „Wolność i Pokój”, do niedawna konsula generalnego w Kazachstanie. W „Prestiż – magazyn szczeciński”, na pytanie, jaka jest sytuacja Polaków w Kazachstanie, potomków polskich zesłańców z lat 40. XX wieku? – Papierz odpowiedział: Cóż, mam wrażenie, że w Polsce funkcjonuje nierealistyczny i dawno nieaktualny obraz Polaka w Kazachstanie, ogólnie: Polonii na Wschodzie. Mam tu mieszane uczucia, bo z jednej strony ktoś, kto miał polskiego pradziadka to w papierach jest Polakiem. Tyle, że najczęściej te kolejne pokolenia nie mają już z Polską niczego wspólnego; nie znają słowa po polsku, nie hołdują żadnym polskim, śladowym choćby, obyczajom, tradycjom czy jakiejkolwiek religii. Ich polskość to kwestia czysto deklaratywna. W innej części wywiadu przyznaje, że Kazachstan kojarzy mu się z… kumysem.

Mimo wszystko powiedzmy głośno: polskość na Kresach ma się dobrze. Kto wie, czy nie lepiej niż w Polsce. Nie trzeba jej tylko przeszkadzać. Polska może pomóc Polakom na Wschodzie, ale nie przez dobieranie im liderów, lecz wymianę swych dyplomatów. Bo sprawy tamtejszych Polaków ciągle są w rękach uczniów Geremka, bo notatki i teksty wystąpień ciągle ministrowi piszą, potomkowie tych, którzy przyczynili się do tego, że w wyniku zdradzieckich układów miliony Polaków zostało poza granicami ojczyzny.

Jak wytłumaczyć zachowanie ambasadora wymierzone w autonomię polskiej organizacji i brutalną próbę dzielenia Polaków na Litwie?

Komu nie podobają się Polacy na Litwie, dlatego że są dobrze zorganizowani, że dobrze walczą o swoje prawa, że mają przedstawicieli na wszystkich szczeblach władzy?

Kto chce osłabić kartę polską na Kresach, a nawet polskość z Kresów wymazać?

Czy aby nie V kolumna?

Przypomnijmy – dwie dekady temu, w podobny sposób, pod podobnym pretekstem i rękami tych samych ludzi rozbito doszczętnie Związek Polaków na Białorusi.

Obowiązkiem rządu wobec milionów Polaków żyjących poza granicami jest wspieranie i umacnianie ich narodowej tożsamości, walka o ich dobre imię. Taka jest polska racja stanu. Świat dzisiejszy rządzi się surowo interesami narodowymi, a jeśli ktoś mówi inaczej, to jest durniem.

Niemcy bezwzględnie i nie licząc się z kosztami, wspierają swoją mniejszość za granicą. To samo robią Rosjanie. A dla uczniów Geremka to „opłotki i obrona substancji plemiennej”. Polonia i Polacy za granicą to sprawa zbyt ważna, żeby zostawić ją ludziom, którzy konsekwentnie i bezkarnie niszczą skupiska Polaków za granicą. I czy aby nie czas najwyższy głośniej wymówić (za Janem Pietrzakiem) słowo „zdrada”? I niejako przy okazji przerobić jego „Żeby Polska była Polską” na bardziej aktualne: Żeby Polska była polska.

Krzysztof Baliński

Od Redakcji KIP:

1. Ambasadorami Polski w kluczowych krajach, prawie od samego początku  III RP, są członkowie żydowskiej loży masońskiej B’nai B’rith. Główne siedliska członków tej loży to Kancelaria Prezydenta i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. To właśnie przede wszystkim to środowisko jest odpowiedzialne za nakręcanie antypolskich oszczerczych kampanii w świecie, w tym związanych z ustawą o IPN i fałszywymi roszczeniami Izraela i organizacji żydowskich wobec Polski i Polaków.

2.     Prezydent  Ignacy Mościcki kiedy rozwiązywał loże masońskie w 1938 r, rozwiązał B’nai B’rith i dał taki aneks, żeby przyszli władcy Polski nie ważyli się wpuszczać tej loży do Polski, ponieważ stanowi ona śmiertelne zagrożenie.

3.     Prezydent Lech Kaczyński reaktywując  loże masońską  B’nai B’rith,  w Warszawie 9 września 2007 roku, stwierdził w liście m.in.: „Blisko 70 lat temu w 1938 r. dekret prezydenta Rzeczpospolitej zakazał działalności B`nai B`rith w wyniku absurdalnego strachu, niezrozumienia i wprowadzenia w błąd, oraz zarządził nielegalność działalności w Polsce sekcji B`nai B`rith.”. (Pełny tekst listu Prezydenta do członków reaktywowanej loży na końcu. )
4.     Prezydent Lech Kaczyński wypowiedział w Izraelu 11.09.2006 r. słowa:           „I mogę państwa zapewnić, że chociaż rządy w Polsce się zmieniają, jak w każdym demokratycznym państwie, to polityka wobec Izraela się nie zmieni”.
5.     Rabin dr Izaak M. Wise ( 3.08. 1855 r.): „Masoneria jest instytucją syjonistyczną, kabalistyczną i ponadnarodową, której historia, stopnie, godności, hasła i nauka są syjonistyczne od początku do końca…!”
6.     Jan Paweł II: MOJA OJCZYZNA WSPÓLNOTĄ Z ŻYDAMI”
7. Ks. Stanisław Staszic wydając swoje „Przestrogi dla Polski”, w 1789 r pisał:
„Żydzi po całej Polsce rozsypani, wszędzie z swym duchem wyłączności z naszym ludem pomieszani, nie tylko zaplugawią cały naród, zaplugawią cały kraj, a zmieniając go w kraj żydowski, wystawią go  w Europie na pośmiewisko i wzgardę.”
8. W kolejnej publikacji pt. „O przyczynach szkodliwości Żydów” z 1816r. Stanisław Staszic pisał:.
„Musi ta szkodliwość żydów być mocno naród dotykającą, kiedy po tylu nadzwyczajnych nieszczęściach, po tylu okropnych wojen uciskach, przecież uczucia nędzy kraju z przyczyny żydów odzywają się najgodniej w odgłosie powszechnym, i świadczą, że nawet w chwilach tylu cierpień, złe ze strony żydów jest dolegające nam najgłębiej, jest rażące naród Polaków najpowszechniej.
Kiedy żydów, jak zarazę niszczącą postęp cywilizacji narodów, wypędzono z Hiszpanii, z Francji, z Niemiec i z innych krajów Europy, a pod karą śmierci, jak wyjętych spod wszelkiego prawa, nie wpuszczono do Rosji, na ten czas sami Polacy otwarli im wszystkie granice, dali przytułek i większą swobodność, niż rodowitym mieszczanom i rolnikom.”
LIST PREZYDENTA LECHA KACZYŃSKIEGO
DO LOŻY MASOŃSKIEJ B’NAI B’RITH

– odtworzonej w Warszawie 9 września 2007 roku

(Żydowska loża B`nai B`rith, podobnie jak wszystkie organizacje o strukturach   niejawnych,   —   została zdelegalizowana dekretem prezydenta IIRP w 1938 r. – D.Kosiur)

Panie i panowie!

Blisko 70 lat temu w 1938 r. dekret prezydenta Rzeczpospolitej zakazał działalności B`nai B`rith w wyniku absurdalnego strachu, niezrozumienia i wprowadzenia w błąd    oraz zarządził nielegalność działalności w Polsce sekcji B`nai B`rith.

Dlatego to powinno być rozważane jako symboliczny gest,   że ja teraz jestem tutaj przed wami jako reprezentant Prezydenta Rzeczpospolitej,

po   to   żeby przywitać was i waszą organizację, która po raz drugi otwiera działalność w Polsce.

Otwarcie   loży   B`nai B`rith   w  Rzeczpospolitej po wielu latach nieobecności,   jest również szczególnie ważne w innym aspekcie.

Tak   jest   —   ponieważ  ta organizacja utworzona została 164 lat temu w małej kawiarni nowojorskiej przez tuzin żydowskich niemieckich emigrantów,     dzisiaj   stała  się najważniejszą międzynarodową organizacją walczącą z rasizmem, antysemityzmem i ksenofobią.

Polska jest wdzięczna dla akcji podejmowanych przez Anti-Defamation League  ustanowionej przez B`nai B`rith,     które współdziałając z American Jewish Congress

podtrzymuje nasze wysiłki do uzyskania zmian w nazywaniu obozu Auschwitz i przeciwstawiania się mocno używania nazwy jako „Polish concetration camps”.

Jestem zadowolony,  że tak samo jak w przypadku przed wojną członkowie B`nai B`rith są znaczącymi polskimi obywatelami – uczonymi, pisarzami, osobami zaangażowanymi w działalność społeczną.

W tym czasie kiedy stosunki pomiędzy Polską a Izraelem są pośród krajów europejskich najlepsze w Europie,   my powinniśmy starać się o stałe, dalsze rozwijanie polsko-żydowskich stosunków.

To wymaga kontynuacji wysiłków i gotowości dla osiągnięcia kompromisu.

To   nie   jest   łatwe,   lecz   wierzę,   że   jest   bezcenne   wasze   zobowiązanie, że   następstwem będzie znaczący wpływ na wzajemne zrozumienie Polaków i Żydów.

W związku z powyższym powinienem odwołać się do nakazów waszej organizacji,   która powołana jest w „duchu tolerancji i harmonii i skierowane są na uwiecznienie    „ocalonych z Holocaustu”.

Mam nadzieje, że częściowo zostaną spełnione te punkty waszego programu.

Tzn.   wy pomożecie nam walczyć przeciwko nieprawdzie, szkodzących poglądów które wyjawiają światu przykład opinii na temat polskiej odpowiedzialności na temat tworzenia obozów koncentracyjnych.

Mam   również   nadzieję,      wbrew   faktom     że prawo waszej organizacji przygotuje „uwiecznienie” pamięci na temat życia i osiągnięć polskich  Żydów i zarówno wzajemnej

historii ciągnąca się przez ponad 800 lat, będzie uwieczniona w świadomości polskiego społeczeństwa i w świecie.

Proszę pozwolić mi zakończyć cytując słowa Jego Świątobliwości papieża Benedykta XVI, który powiedział w grudniu 2006,  kiedy przyjmował reprezentantów B’nai B`rith:

— „Nasz udręczony świat potrzebuje świadectwa ludzi dobrej woli, inspirowanych przekonaniem, że wszyscy z nas stworzeni na podobieństwo Boże, posiadają nieprzemożną godność i wartość.

Żydzi i chrześcijanie są powołani do współpracy w uzdrowieniu świata, poprzez promowanie duchowych i moralnych wartości, opartych na naszej wierze.

Powinniśmy, stać się coraz bardziej przekonani poprzez ułożenie naszej owocnej współpracy”. 

Warszawa 9 wrzesień 2007

(odczytała Ewa Junczyk – Ziomecka

Podsekretarz Stanu Biura Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej”

http://www.fronda.pl/forum/na-pis-trzeba-uwazac-tak-jak-na-masonow,32239.html

więcej na: http://wrzodakz.neon24.pl/post/129639,b-nai-b-rith

___________________________________

Ale czy należy się dziwić „fanatycznemu katolikowi” – jak wielu Żydów na takiego pozował – L. Kaczyńskiemu,   że poszedł w ślady swego wielkiego autorytetu moralnego?

„Jan Paweł II” z żydowską lożą B’nai B’rith, 1984 r. w Watykanie

A w kontekście aktualnej polityki syjonistycznego żydostwa z Waszyngtonu i Londynu,     realizowanej   także  przez zainstalowane w Europie żydo-reżimy

oraz w kontekście spotkania w Hawanie patriarchy moskiewskiej Cerkwi, Cyryla i szefa państwa watykańskiego, papieża Franciszka, warto przypomnieć wypowiedź św. JPII:

Rozszerzenie Unii Europejskiej na Wschód, a także dążenie do stabilizacji monetarnej   — powinny prowadzić do coraz ściślejszego wzajemnego powiązania narodów (…) – JPII, 1998 r.

Czy   Kościół  wycofa się z ewangelizacji, czyli z syjonistycznego podboju Rosji?   –   na   to  pytanie spróbujemy odpowiedzieć w kolejnych publikacjach.

***

D.Kosiur

Wypowiedz się