Licencja na mord rytualny – Grzegorz Braun

Za:https://gloria.tv/article/T4BAhmXyiZbz4N1euSfUejcSG

Sensacyjny proces zabójców św. Szymonka z Trydentu toczy się nieprzerwanie już ponad pięć wieków – przed sądem historii. Opinie judeorealistów i judeoidelistów wciąż polaryzuje przerażające, bestialskie zabójstwo trzyletniego dziecka – i budzący nie mniejszą grozę wyrok wydany w 1475 r.

Rzucająca na sprawę całkiem nowe światło książka prof. Ariela Toaffa p.t. „Krwawe paschy”, opublikowana we Włoszech ledwie 10 lat temu, została gwałtownie zaatakowana na gruncie zgoła nienaukowym – i ostatecznie zignorowana przez świat akademicki. Tymczasem polskie wątki, nieoczekiwanie wydobyte przez Toaffa z doskonale zachowanych protokołów zeznań, a zgodnie przeoczone przez naszych badaczy – nadal czekają na pogłębione studia.

Któż by przypuścił, że kryminalny przypadek z drugiej połowy XV w. może rozbudzić takie emocje – stać się przyczyną bezprecedensowej nagonki politycznej, która na początku XXI wieku doprowadzi wybitnego naukowca do złożenia samokrytyki i wycofania z obiegu, a następnie autocenzorskiej korekty własnej publikacji – ?

Cóż takiego stało się, że od profesora Ariela Toaffa (ur. 1942), wybitnego znawcy dziejów średniowiecza i renesansu, autora szeregu istotnych publikacji z dziejów diaspory, wykładowcy (dziś już emerytowanego) uniwersytetu Bar-Ilan w Tel-avivie, uznał za konieczne odciąć się publicznie jego własny ojciec, Alio Toaff (notabene naczelny rabin Rzymu) – ?

Cóż takiego właściwie uczynił prof. Toaff, że z arbitralną i brutalną krytyką jego ustaleń badawczych wystąpiła osławiona Liga Przeciw Zniesławieniu (ADL – Anti Defamation League), polityczna emanacja loży B’nai B’rith, amerykańskiej masonerii o etnicznym kryterium członkostwa i narodowościowym profilu programowym – ? Wydana w 2007 r. w języku włoskim książka „Pasque Di Sangue” – czyli właśnie „Krwawe paschy”, z podtytułem: „Europejscy Żydzi i rytualne morderstwa” – w wersji oryginalnej dostępna bywa w obiegu antykwarycznym w cenach dość zawrotnych, idących w tysiące dolarów.

Tę lekturę – obowiązkową niewątpliwie dla każdego, kto w tym przedmiocie nie chce dywagować w oderwaniu od faktów – można jednak szczęśliwie odrobić, np. w tłumaczeniu angielskim, na razie jeszcze łatwo osiągalnym w sieci internetowej (szukaj: „Blood Passovers” lub „Passovers of Blood”).

Pracowitym, a skromnie zachowującym anonimowość internautom zawdzięczamy także możliwość prześledzenia skreśleń, modyfikacji i uzupełnień, poczynionych przez autora na użytek drugiego, „poprawionego” wydania, których celem było najwyraźniej zmiękczenie porażającej wymowy pierwotnego dzieła.

Na kilkuset stronach, których lektura jest i pasjonująca, i porażająca zarazem, prof. Toaff przedstawia całokształt dostępnej wiedzy o wszystkich bodaj głośnych w swoim czasie i notowanych w historiografii przypadkach oskarżeń, procesów, wyroków i samosądów w sprawach tzw. mordów rytualnych przypisywanych Żydom w Europie wieków średnich, w analizie porównawczej sięgając także do kazusów z późniejszych epok.

Należy odnotować z jednej strony imponującą precyzję warsztatu naukowego, dzięki czemu każda wzmianka ma tu swój adres bibliograficzny, a znaczną część objętości tekstu zajmują drobiazgowe przypisy – jednocześnie warto docenić dyscyplinę pisarską Toaffa, jego talent narracyjny, który sprawia, że to wszystko czyta się jak horror kryminalny, niczym „Milczenie owiec” osadzone w realiach trydenckiej gminy aszkenazyjskiej.

Pasjonujące śledztwo historyczne prowadzi żydowskiego badacza do wstrząsającej konkluzji: akta procesu zabójców małego Szymonka muszą mówić prawdę – obfitują bowiem w szczegóły, których nikt nie byłby w stanie wymyślić.

Prowadząc drobiazgową, krytyczną analizę – zarówno wewnętrzną (przeobszernych i kompletnych akt procesu trydenckiego), jak i zewnętrzną (porównawczą wobec innych analogicznych, choć odległych w czasie i przestrzeni przypadków) – Toaff zwraca uwagę m.in. na niuanse językowe.

Odkrywa, że np. zapisane w protokołach rytualne zaklęcia używane w trakcie zbrodniczej „liturgii” nie mogły być zmyślone przez różnych, zeznających niezależnie od siebie świadków, ani też nie mogły być podsunięte przez chrześcijańskich oskarżycieli –

z prostego powodu:

ani jedni, ani drudzy nie pojmowali w pełni znaczenia części wypowiadanych słów.

 Ich hebrajski źródłosłów pozostawał bowiem kompletnie nieznany oskarżycielom, trydenckim Włochom biedzącym się nad zapisem w łacińskiej transkrypcji tego, co ze słuchu powtarzają oskarżeni i świadkowie, w większości aszkenazyjscy przybysze z Niemiec, posługujący się więc raczej żargonem – bynajmniej nie należący do uczonych w piśmie hebraistów.

Z tej m.in. przyczyny, Toaff praktycznie wyklucza popularną, poniekąd aksjomatyczną i kanoniczną dziś tezę o „wymuszaniu” obciążających, całkowicie wyssanych z palca zeznań torturami.

Nie miejsce tu jednak, by odtwarzać cały tok rozumowania i przytaczać wszelkie argumenty Ariela Toaffa – żaden telegraficzny skrót nie będzie wszak przekonujący dla ostrożnego czytelnika, który jeśli kiedykolwiek słyszał cokolwiek o mordach rytualnych, to nie powątpiewa raczej, że należą one i zawsze należały do arsenału całkowicie bezpodstawnych, gołosłownych, zbrodniczych w skutkach, antysemickich oskarżeń.

Taka, nie inna wersja obowiązuje przecież w całym respektującym kanony polit-poprawności świecie – od katedr akademickich po Wikipedię.

Ta ostatnia stwierdza autorytatywnie: „Takie niesłuszne oskarżenia wysuwano najczęściej przeciwko Żydom” – choć przecież mimochodem uściśla: „Zazwyczaj oskarżenia o mord rytualny były fałszywe, aczkolwiek istniały grupy, praktykujące tego rodzaju działania, np. thugowie w Indiach”.

A otóż książka prof. Toaffa z zachowaniem wszelkich zasad warsztatu naukowego wywodzi ni mniej, ni więcej, że thugowie, znana historiografii mordercza sekta czcicieli bogini Kali, najwyraźniej nie stanowili ekskluzywnego wyjątku.

W diasporze żydowskiej, dowodnie stwierdza Toaff, przez wieki działać mogła sekta kultywująca praktykę zrytualizowanego pozbawiania życia nieletnich chrześcijan, których spreparowana krew – w postaci sypkiej, po wysuszeniu i starciu na proszek (sic) – służyć miała dalszym rytuałom.

Nota bene: prof. Ariel Toaff nie konstatuje bynajmniej powszechności takich praktyk wśród ogółu Żydów europejskich. Swoją hipotezę odnosi do członków gmin aszkenazyjskich, głównie niemieckich. Ale i tu nie przypisuje morderczych zakusów ogółowi – stawia hipotezę wykształcenia się w łonie judaizmu aszkenazyjskiego zdegenerowanej sekty, w której zbrodniczych praktykach ujście znalazła głęboko zakorzeniona nienawiść do chrześcijaństwa. Nota bene: ustalenia badawcze Toaffa doskonale wpisują się w kontekst rysowany przez innych badaczy i inne rewelacyjne prace badawcze – np. „Dwa narody w jednym łonie” prof. Israela Yuvala, czy prof. Jana Iluka „Żydowska antyewangelia. Antyczna tradycja i nowożytne trwanie” (tom II dzieła: „Żydowska politeja i kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku”). Wielopokoleniowo kultywowane resentymenty, których doskonale znaną manifestacją pozostaje „Toledot Jeszu” (zbiór tekstów zawierających wersję o oszukańczym, magicznym charakterze osoby Jezusa z Nazaretu i o niemoralnym prowadzeniu się Jego Matki) – oto na jakim gruncie dojść mogło do wynaturzeń, o których mowa.

Niejako na marginesie, przy okazji, ale przecież nie mniej wnikliwie analizując wszelkie dostępne świadectwa i dokumenty, prof. Toaff dekonstruuje kolejny mit – niemające jak się okazuje pełnego pokrycia w faktach przekonanie, że jakiekolwiek korzystanie, a już na pewno konsumowanie krwi w wypadku Żydów nie byłoby w ogóle możliwe, ze względu na rzekomy „zakaz religijny”.

Tej kwestii Toaff poświęca osobny, sążnisty rozdział, w którym wykazuje niezbicie, że wykorzystywanie krwi – zwierzęcej, a w pewnych przypadkach także ludzkiej – było w aszkenazyjskich gminach praktykowane na tyle szeroko, że jako poszukiwany specyfik funkcjonowała ona w obiegu handlowym.

 Kupcy w tej „branży” wyposażeni byli nawet w specjalne „certyfikaty koszerności” oferowanego towaru (sic) wystawiane przez poważanych rabinów, przywódców i prawodawców gmin aszkenazyjskich na kontynencie europejskim.

I tu dochodzimy do sygnalizowanych na samym początku polskich wątków w mrocznej i tragicznej sprawie trydenckiej.

Wśród niezliczonych, niekończących się detali i szczegółowych informacji, które prof. Toaff niestrudzenie przytacza i analizuje, znajduje się wzmianka o tym, że wystawcą jednego z takich „certyfikatów koszerności” (to termin sugerowany przez niżej podpisanego) miał być niejaki Mojżesz z Halle (Moses of Halle, Moshe da Halle).

Opatrzone jego osobistym podpisem świadectwo wiarygodności sprzedawcy oglądać miał jeden z kluczowych uczestników sprawy trydenckiej, Samuel z Norymbergi – duchowy przywódca gminy trydenckiej, w którego domostwie dokonano mordu na św. Szymonku. „Samuel wyznał przesłuchującym go – notuje Toaff – że wędrowny handlarz Dov Orso z Saksonii, od którego nabył on krew [niezbędną do wcześniej praktykowanych rytuałów] miał ze sobą listy polecające podpisane przez Mojżesza z Hol [i.e. Halle], Iudeorum principalis magister [i.e. głównego nauczyciela żydowskiego, czyli naczelnego rabina]”.

Otóż rzecz w tym, że w dalszym ustępie tekstu głównego, a także w odnośnych przypisach prof. Toaff jednoznacznie identyfikuje owego Mojżesza z Halle jako tego samego rabina, który w roku 1458 opuścić miał kraje niemieckie, aby przenieść się do Poznania, gdzie urzędował aż do śmierci w roku 1474.

A zatem gminie żydowskiej w Poznaniu za panowania Kazimierza Jagiellończyka przez półtorej dekady przewodzić miał człowiek, który własnym imieniem ręczył za autentyzm i jakość suszonej krwi chrześcijańskiego dziecięcia oferowanej w Trydencie przez komiwojażera z Saksonii- ??

Oczywiście znane nam daty i inne okoliczności wykluczają osobisty związek Mojżesza z Halle z mordem Trydenckim – ale skoro wystawiał on takie „certyfikaty”, to czy mógł nie wiedzieć, czego właściwie one dotyczą?

Oto pytanie dla badaczy – na razie bez przesądzającej odpowiedzi. To jednak nie jedyna nić wiążąca sprawę trydencką z Polską – oto bowiem Samuel z Norymbergi jako swego nauczyciela, tego, który przekazać mu miał tradycje i kanony owych krwawych rytuałów, wymienił Dawida Tewje Szprynca (David Tevel Sprinz). Prof. Toaff pisze, że w ów Szprync działać miał również w Poznaniu – dokąd udał się jako będący już w podeszłym wieku autorytet rabinacki w 1474 r. Być może Poznań nie był ostatnią stacją jego podróży, skoro Mejer Bałaban w swej „Historii Żydów w Krakowie i na Kazimierzu” wzmiankuje Dawida Sprinza jako przybyłego do Krakowa uchodźcę „wplątanego w okropny proces trydencki”.

Co skłaniało ludzi cieszących się takim autorytetem jak Mojżesz z Halle, a niemłodych już przecież, jak Dawid Szprync, do porzucania dotychczasowych siedzib i podejmowania tak dalekich, niewątpliwie dość forsownych podróży? Na to pytanie literatura przedmiotu nie przynosi zadowalających wyjaśnień – poza dywagacjami np. dotyczącymi mobilności w diasporze. Trzeba ze smutkiem stwierdzić, że dzieje Żydów w Polsce – zresztą nie tylko w XV w. – pozostają dla naszej historiografii terra incognita. Nadal niewiele, bądź zgoła niczego nie wiemy o wielkiej organizacji sieciowej, przez wieki działającej na polskich ziemiach. Nawet takie podstawowe opracowania jak właśnie Bałabana czy np. Graetza – istniejące już od dawna i dostępne w europejskich językach, także w polskim – nie są ani wykorzystywane, ani tym bardziej krytycznie rewidowane przez polskich badaczy. Opracowania nowsze nie przestają razić wtórnością i brakiem krytycyzmu względem przedmiotu badań.
Przykładem twórczość Hanny Zaremskiej z Instytutu Historii PAN, która sprawom kahałów i losom rabinów działających w Polsce właśnie w XV w. poświęciła już kilka tekstów – i tak się składa, że jeden z nich monografizuje właśnie sylwetkę Mojżesza z Halle w jego poznańskim okresie.

W bibliografiach tekstów Zaremskiej próżno jednak szukać książki Toaffa – dlatego też i próżno oczekiwać, że udzieli nam ona odpowiedzi na podstawowe pytanie:

czy po przeprowadzce z Halle do Poznania rabin Mojżesz wystawiał dalej „certyfikaty koszerności” w rodzaju tego, który oglądać miał na własne oczy Samuel z Norymbergi, morderca rytualny z Trydentu?

A Dawid Szprync, który Samuelowi tę tradycję osobiście ustnie przekazał – czy sam po ucieczce z Niemiec nadal ją praktykował w Poznaniu, czy Krakowie? Czy skoro własnym rabinackim autorytetem gotowi byli oni poręczać koszerność, tj. rytualną czystość procedury pozyskiwania tak pożądanego produktu – to czy nie zdaje się logiczne przypuszczenie ich zaangażowania w sam „proces produkcji” (którego opis darujmy tu sobie, odsyłając Sz. Czytelnika do lektury Toaffa)? Wniosek: i Mojżesz z Halle, i Dawid Szprync, a także ich uznani mistrzowie i koledzy-rabini, w rodzaju Izraela Isserleina czy Izraela MiBruny (z Brna) nie mogli pozostawać nieświadomi rzeczy – że zatem co najmniej pośrednio licencjonowali oni proceder, którego obłędną logikę i nieludzkie okrucieństwo ujawniają m.in. zeznania wykonawców nieudanej akcji w Trydencie.

A co z wyższymi jeszcze od nich autorytetami prawa talmudycznego, których pamięć do dziś czczona jest przez kontynuatorów tej tradycji?

Są to przecież sprawy fundamentalnie istotne – bo potencjalnie przesądzające kwestię, jak dalece rzeczywisty jest ten martyrologiczno-sentymentalny obraz życia Żydów w diasporze, propagowany dziś u nas z tak wielkim rozmachem przez. Muzeum Żydów Polskich „Polin” czy Żydowski Instytut Historyczny. Wspomniana Hanna Zaremska inny ze swych szkiców, poświęcony sylwetce kolejnego żydowskiego mędrca tamtej epoki, tak podsumowuje:

„W kwestii oceny ludzkiego życia, obie kultury – żydowska i chrześcijańska – zdają się w średniowieczu mówić jednym głosem”.

Otóż, choćby tylko w świetle wyżej przytoczonych hipotez i faktów, twierdzenie takie wypadałoby przynajmniej krytycznie zweryfikować.

Książka Ariela Toaffa pod każdym względem reprezentuje zbyt poważny kaliber, by uczciwość naukowa przyzwalała na jej „przeoczenie”.

Najwyraźniej niektórym zdaje się, że w historii stosunków polsko-żydowskich mieliśmy do czynienia wyłącznie z typami tak sympatycznymi, jak mickiewiczowski Jankiel, Szuman z „Lalki”, czy reymontowski Moryc Welt

– sprawa komplikuje się nieprzyjemnie, jeśli za ich plecami zaczynamy dostrzegać osobników przypominających raczej doktora Hannibala Lectera, niż Tewje Mleczarza.

Grzegorz Braun

Opublikowano za: Polska bez cenzury (11.12.2018)

Comments

  1. marcin says:

    Sprawa składania ofiar z ludzi w judaizmie, a zwłaszcza z dzieci, co podobno ma miejsce a według innych wersji jest zupełnie bezpodstawnym wymysłem, przypomina chyba problem Protokołów, które podobno są autentyczne a inni mówią że to złośliwa fabrykacja demonicznej Ochrany.

    Czy ktokolwiek z dyskutantów wziął do rączek lekturę? Na początek można zacząć od żydowskich legend, „Pisma świętego”, choćby Księgi Rodzaju rozdział 22 (http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=22):

    1 A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: «Abrahamie!» A gdy on odpowiedział: «Oto jestem» –
    2 powiedział: «Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę».

    Abraham zrobił według rozkazu. Według dzisiejszych standardów powinien siedzieć w więzieniu za usiłowanie zabójstwa. To jednak tylko mityczny Abraham. Sprawa dotyczy również znacznie bardziej konkretnych kapłanów, Księga kapłańska rozdział 27 (http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=119):

    28 Jeżeli kto poświęci co ze swej własności dla Pana jako „cherem”: człowieka, bydlę albo część gruntu dziedzicznego – to ta rzecz nie będzie sprzedana ani wykupiona. Każde „cherem” jest rzeczą najświętszą dla Pana. 
    29 Żaden człowiek, który jest poświęcony dla Pana jako „cherem”, nie może być wykupiony. Musi on być zabity. 

    Samo „Pismo święte” w najpowszechniejszym koszernym bo katolickim przekładzie jednoznacznie potwierdza tradycję składania ofiar z ludzi w judaizmie. Nie jest to żadne odkrycie. To „Słowo Boże”.

    O tym, że te praktyki ciągle mają miejsce, próbowała nas przekonać parę dekad temu żydowska panienka z Chicago: https://www.youtube.com/watch?v=LoMDDQVI06E

    Panienka (dzisiaj dojrzała kobieta) nosi nazwisko „Polin” co pozwala przypuszczać, że jej przodkowie praktykowali te tradycje na ziemiach polskich. W powyższym krótkim wystąpieniu w „Oprah Winfrey Show” nie ma o tym mowy, ale panna Vicki zeznawała również, że jako wczesna nastolatka była wielokrotnie gwałcona przez swojego ojca i pięciokrotnie (!!!) usuwano jej ciąże będące owocem takiego „współżycia”.

    Ojciec panny Vicki był ważnym prawnikiem w Chicago, na pewno mógł korzystać z „seksu pozamałżeńskiego” w wielu różnych konfiguracjach. Dlaczego wybierał własne dziecko, wczesną nastolatkę? Nawet jeśli „musiał”, przecież wiedział o istnieniu prezerwatyw i „bezpiecznego seksu”, dlaczego ich nie stosował? Pewnie tam chodziło o MAGIĘ.

    Pannie Vicki od tego rodzaju ekstremalnych przeżyć „pomieszało się w głowie”, czego wyrazem było między innymi powyższe wystąpienie telewizyjne. Społeczność żydowska jej nie odrzuciła, Vicki została psychoterapeutką wyspecjalizowaną w pomocy ofiarom podobnych rytuałów (https://www.youtube.com/user/VickiPolin). Vicki pomaga oczywiście tylko żydowskim ofiarom, tylko ofiarom, którym udało się przeżyć. Podobno nie narzeka na ilość klientów.

    Literatura dotycząca mordu rytualnego liczy w Europie przynajmniej setki pozycji (kilka po najmniejszej linii oporu: http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=8952&from=publication, http://docplayer.pl/11473066-Mord-rytualny-wobec-trybunalu-prawdy-i-sprawiedliwosci-k-dr-fr-frank-http-rcin-org-pl-marja-blumberg-czesc-i.html, https://ia601407.us.archive.org/2/items/JewishRitualMurder/JewishRitualMurderJr.pdf, http://www.jrbooksonline.com/PDFs/Roth%20Ritual%20Murder%20Libel%20JR.pdf, https://ia802801.us.archive.org/25/items/RitualMurderInvestigation/RitualMurderInvestigation.pdf) i debatowanie nad przypadkiem nieszczęsnego Szymonka z Trydentu w tonacji „może tak, może nie” jest co najwyżej bezczelnym podważaniem historycznych faktów dawno udowodnionych w setkach przypadków. W Bernie od prawie pięciuset lat stoi pomnik łobuza, który to wszystko robi, cały obiekt nazywa się „Kindlifresserbrunnen” (https://www.google.com/search?client=firefox-b&biw=1509&bih=738&tbm=isch&sa=1&ei=HEI1XPGvJqqugwfa4bmQDw&q=Kindlifresserbrunnen&oq=Kindlifresserbrunnen&gs_l=img.12..0i19l2j0i30i19.3088.3088..4155…0.0..0.122.122.0j1……0….1j2..gws-wiz-img.diLoDoTENsc). Tekst pana Brauna przyczynia się raczej do zaciemniania rzeczywistości niż jej wyjaśniania.

    Przed oblicze aparatu (nie)sprawiedliwości takie sprawy trafiają niezwykle rzadko. Obecnie nie ma na to co liczyć. Imperium Wszechrusi było jednak bardziej kulturalnym krajem niż większość obecnych i z historii znamy sprawę Andrieja Juszczyńskiego zamordowanego w 1913 roku w Kijowie. Biegłym był tam litewski ksiądz Justyn Pranajtis, autor książki: http://www.kpbc.ukw.edu.pl/dlibra/plain-content?id=78422

    Ksiądz Pranajtis wyjaśniał, że w rytuale zakończonym śmiercią dziecka chodzi o pobranie krwi od śmiertelnie przestraszonego „obiektu”. Rany prowadzące do wykrwawienia zadaje się w specjalny sposób, którego celem jest zadanie maksymalnego bólu ofierze i przedłużenie jej konania. Dzięki temu pozyskana od „obiektu” krew jest pełna ożywczych substancji. Dziś wiemy, że chodzi o pochodne adrenaliny, które znajdują się w takiej krwi i, jeśli będą przyjęte przez starszych wiekiem klientów, skutkują ich odmłodzeniem.

    Jest na to nauka. Jesse Karmazin założył już nawet spółkę o chyba złowieszczej w tym kontekście nazwie „Ambrozja”, która oferuje klientom transfuzję „młodej krwi” (https://innpoland.pl/146721,start-up-ktory-robi-transfuzje-mlodej-krwi-do-starego-ciala-otwiera-klinike).

    Pan Braun „rżnie głupa”. Książka Toaffa to tylko kropla w morzu i niewiele pozostało tutaj do udowodnienia. Jeśli pan Braun ma pytania, to pan Karmazin wyjaśni mu wszystkie szczegóły techniczne. Jako ziomale powinni szybko się dogadać.

    • marcin says:

      Wikipedię trudno uznać za obiektywne źródło informacji, zwłaszcza w takich sprawach. Wręcz przeciwnie – to kłamstwa. Wikipedię założył Jimmy Wales, który żyje z internetowej pornografii, a wspomagają ją pieniądze George’a Sorosa – co stanowi wystarczające wyjaśnienie charakteru spaczenia, której podległa.

      W Wikipedii jak w krzywym zwierciadle, nawet tam można znaleźć hasła na interesujący nas temat:

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Oskar%C5%BCenia_o_mord_rytualny_wzgl%C4%99dem_%C5%BByd%C3%B3w

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Oskar%C5%BCenia_o_mord_rytualny_wobec_%C5%BByd%C3%B3w_w_Polsce

      Jeśli pan Braun gdzieś się uczył, to powinien pamiętać, że przed zabraniem głosu w jakiejś sprawie wypadałoby postudiować dotychczasowy dorobek ludzkości w tej dziedzinie. Dzisiaj mówi się, że wypadałoby zrobić „risercz”.

      Materiałów do „żydowskiego mordu rytualnego” naprawdę nie brakuje. Nie ma potrzeby zatrzymywać się na książce Toaffa (oczywiście ważnej). Ale „risercz” na ten temat, szczególnie mając na względzie ogrom źródeł, nie powinien ograniczać się do jednej książki.

  2. nanna says:

    W kółko to samo!
    To, co ludzie piszą o Bogu to jedno.
    A to, czym/kim Bóg jest w istocie, to drugie.
    Zarzucanie Bogu tego, co o Nim mówią czy piszą ludzie jest idiotyzmem.
    A jednak powszechnie praktykowane.

    Nie mamy żadnych podstaw, by twierdzić, że Bóg coś do ludzi tysiące lat temu powiedział tylko dlatego, że ktoś tak napisał, jakoby Bóg do ludzi coś mówił.
    Ludzie myślą że przyłapali na czymś Boga, w domyśle: na kłamstwie.
    Ale to jest tylko myślenie ludzi, a przecież nie to, co Bóg robi czy mówi faktycznie.

    Więc tak naprawdę ludzie walczą z wizerunkiem Boga, jaki są w stanie sami sobie wyobrazić. Albo negują istnienie Boga, jakiego sobie również tylko mogą wyobrazić i taki swój własny wizerunek Boga oni odrzucają wierząc, że odrzucili tym samym nieistniejącego dla nich Boga. Jak można odrzucić coś, co nie istnieje? I po co to robić?

    Jeżeli człowiek mówi „to jest słowo Boże” to przecież nie jest to wcale żadne słowo Boże, a słowo człowieka, który mówi, że to jest słowo Boże. Ale w dalszym ciągu żadnym słowem Bożym to nie jest.

    Wiara tym różni się od „nauki”, że jest ona niezmierzalna, indywidualna i całkowicie prywatna. Każdy wierzy po swojemu i nie ma możliwości tego ujednolicić. Narzucenie jakiegoś wspólnego rytuału to nie żadna wiara, lecz właśnie jedynie rytuał praktykowany wspólnie.

    Wierzyć można wyłącznie intuicyjnie, z całkowitym wykluczeniem mózgu.

    Mózg jest instrumentem, który konieczne jest uprzednio zaprogramować, na przykład tak zwaną nauką. I wszystkie procesy, jakie są wykonywane przez mózg bazują na tych wgranych algorytmach i tylko na nich. Jeżeli jakiegoś algorytmu nie posiadamy, to nie możemy z niego korzystać, a więc nasz sposób myślenia, czyli działania mózgu jest tylko taki, jaki być może zgodnie ze stanem posiadanych algorytmów.

    Programowaniem jest tak zwane wychowanie, nauka języka, tabliczki mnożenia, obrabiania metali, dojenia krów i kóz, robienia szalunku pod fundamenty, sposobem gotowania zupy pomidorowej na kościach, słowem wszystkiego, co człowiek potrafi robić.

    Na intuicję nie ma tu miejsca.
    Można sobie co prawda wyobrażać efekty zamierzonych działań, ale nie jest to ani intuicja ani wiara.

    Natomiast wiara, sprawa Ducha, to zupełnie co innego niż „napisane w biblii” czy innych „pismach świętych”, służących do rozpowszechniania rytuałów w możliwie najszerszym zakresie i tym samym podporządkowania im jak największej liczby ludzi. Jest to zwykłe generowanie energii o konkretnej częstotliwości w celu wykorzystania jej przez „wtajemniczonych”.
    By mogli oni mieć przewagę, konieczne jest wpędzenie ludzi w ciemnotę i pozbawienie ich wiary w Boga, czyli intuicji.
    Najwięcej niewierzących jest więc w kościołach. Polegają oni na ludzkich słowach i pomysłach Bogu nie dowierzając, co skazuje tych ludzi na zależność od innych ludzi, na przykład pełniących rolę „kapłanów”.
    Jak się wiara nazywa, nie ma znaczenia.
    Niezależnie od wyznania czy narodowości, złodziej to jest złodziej.
    Bandyta to jest bandyta.
    Kłamca to kłamca.
    A naukowiec to ofiara własnej naiwności, jako że wierzy on ludziom (którzy napisali „dzieła naukowe”) a nie Bogu – czyli Temu, Który Stworzył Wszystko.
    Istnieje dobro i istnieje zło.
    Od człowieka zależy co wybiera.

    PS
    Ani razu mi dziś się nie znarowiło! Nie znikło, nie kazało uruchamiać ponownie. Może dlatego, że przez parę dni mój stary komputer odpoczywał i już mu lepiej? A gdy jemu lepiej to i mnie też lepiej. Uff!

    • Klub Inteligencji Polskiej says:

      Syntetycznie o indywidualnym rozumieniu Boga słowami genialnego Polaka ks. prof. Włodzimierza Sedlaka: „Boga zawsze kalibrujemy według siebie, dostrzegamy go zgodnie z własną mądrością i głupotą własną, odpowiednio do naszej ludzkiej perspektywy i horyzontów ludzkich.”

  3. marcin says:

    @ NANNA 09/01/2019 AT 16:28

    Wpis NANNY najprawdopodobniej jest komentarzem do mojego wpisu (09/01/2019 AT 02:10).

    Merytorycznej odpowiedzi udzieliła Redakcja KIP (09/01/2019 AT 17:01) w na tyle mistrzowski sposób, nie ma potrzeby tam nic dodawać. Celem niniejszej odpowiedzi jest głównie zachowanie formy, przy okazji odpowiedź jest okazją do rozprawienia się z eksploatowaną przez NANNĘ koncepcją „Boga”.

    ///Więc tak naprawdę ludzie walczą z wizerunkiem Boga, jaki są w stanie sami sobie wyobrazić.///

    Celem przytoczenia we wpisie 09/01/2019 AT 02:10 dwóch cytatów z „Pisma świętego”, z Księgi Rodzaju i Kapłańskiej, nie było zaprezentowanie fragmentów jakiejś nadnaturalnej i ponadczasowej mądrości, a taką interpretację chyba przyjmuje NANNA, na co wskazuje treść jej wpisu.

    Bóg z „Pisma świętego”, co piszący te słowa zrozumiał o wiele za późno, to po prostu aktualna w danym okresie konceptualizacja polityki ośrodków władzy dysponujących kluczowymi w danej epoce środkami produkcji, jak można tą myśl wyrazić posługując się aparatem pojęciowym spopularyzowanym przez świętego Karola Marksa.

    Święty Karol oczywiście ściemniał, zwodził a także kłamał. Kluczowe w danej epoce środki produkcji w każdej epoce są takie same, to jest wpływ na świadomość społeczną, zdolność kształtowania świadomości społecznej. Zorganizowane społeczeństwo w organizacji ponadplemiennej to po prostu masy niewolników, roboli, często o zróżnicowanym statusie, które robią na swoich panów. Panami są ci, którzy potrafili masy przekonać o swoim wyższym statusie prośbą czy groźbą, kijem czy marchewką. W długim okresie trudno utrzymywać władzę odwołując się do przemocy, poza tym jest to szalenie kosztowne. O wiele łatwiej przekonać masy do posłuszeństwa używając „miękkiej władzy” (soft power).

    W każdej epoce nadrzędną władzę sprawują zgrupowania interesów decydujące o świadomości społecznej, kształtujące świadomość społeczną (to tautologia?).

    „Bóg” (z wielkiej litery, jak pisze NANNA) z „Pisma świętego” to po prostu aktualna polityka „kapłanów” podana prostaczkom w formie jakiejś nadnaturalnej mądrości. Pewnie dlatego tak dużo jest w „Piśmie świętym” (prawdziwym = ST) sprzeczności, powtórzeń, nieścisłości i generalnie chaosu. Taka po prostu jest polityka, zwłaszcza jak spojrzy się na nią z wielusetletniej perspektywy.

    ///Wiara tym różni się od „nauki”, że jest ona niezmierzalna, indywidualna i całkowicie prywatna. Każdy wierzy po swojemu i nie ma możliwości tego ujednolicić. Narzucenie jakiegoś wspólnego rytuału to nie żadna wiara, lecz właśnie jedynie rytuał praktykowany wspólnie.///

    Najpierw za Redakcją KIP powtarzam słowa ks. prof. Włodzimierza Sedlaka: „Boga zawsze kalibrujemy według siebie, dostrzegamy go zgodnie z własną mądrością i głupotą własną, odpowiednio do naszej ludzkiej perspektywy i horyzontów ludzkich.”

    W języku współczesnej psychologii należałoby powiedzieć w ten sposób, że prywatne urojenia religijne są funkcją ogólnego stanu każdego indywidualnego umysłu. Jeszcze bardziej trywializując można tą myśl wyrazić w taki sposób: „każdy cierpi na swoją własną schizofrenię”.

    NANNA ma trochę (niewiele) racji twierdząc, że „wiara jest indywidualna”. Rzeczywiście „wiara jest indywidualna” tak jak „każdy cierpi na swoją własną schizofrenię”. Więcej racji ma święty Edward Bernays, który sto lat temu w Nowym Jorku pisał (https://ia801903.us.archive.org/20/items/EdwardBernaysWomenSmokingAdCampaignPropaganda/EdwardBernays-Propaganda.pdf):

    ——————–

    Świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opinią mas to ważne elementy demokratycznego społeczeństwa. Ci, którzy manipulują tym niewidocznym mechanizmem społeczeństwa stanowią niewidzialny rząd, który jest prawdziwą władzą rządzącą naszym krajem.
    Jesteśmy rządzeni, nasze umysły są kształtowane, nasze upodobania formowane, nasze pomysły sugerowane, w dużej mierze przez ludzi, o których nigdy nie słyszeliśmy. To jest logiczny skutek sposobu, w jaki zorganizowane jest nasze demokratyczne społeczeństwo.
    Ogromna liczba istot ludzkich musi harmonijnie współpracować jeśli mają żyć razem jako sprawnie funkcjonujący mechanizm.
    Nasi niewidzialni dyktatorzy są w wielu przypadkach nieświadomi tożsamości członków swoich gabinetów. Opanowują nas przez swoje cechy naturalnego przywództwa, zdolności dostarczania potrzebnych idei i zajmowanie kluczowej pozycji w strukturze społecznej.
    Niezależnie od indywidualnej opinii konkretnej osoby pozostaje faktem, że w prawie każdym akcie naszego codziennego życia, czy w sferze polityki lub biznesu, w naszym zachowaniu społecznym lub naszym etycznym myśleniu, nasze indywidualne myśli są zdominowane przez wpływ stosunkowo niewielkiej liczby osób – małego odsetka ze stu dwudziestu milionów – którzy rozumieją procesy umysłowe i mechanizmy psychologii społecznej. To oni pociągają sznurki, które kontrolują umysły zbiorowości, wykorzystują mechanizmy społeczne w celu sterowania światem w zadanym kierunku.

    ——————–

    Religię narzuca „niewidzialny rząd”. „Niewidzialny rząd” to grupa, która dysponuje technologią kształtowania świadomości społecznej. Religia jest wspólna dla całej grupy, religia tworzy grupę.

    Zgadzam się z NANNĄ że „wiara to sprawa indywidualna” w tym sensie, że wiara każdej osoby to indywidualna interpretacja religii podanej masom na tacy przez „niewidzialny rząd” Bernaysa. Jednak sądzę że w sprawie indywidualnego charakteru wiary w 80% rację ma święty Edward Bernays, bo religia jest wspólna i regulowana przez władzę, a NANNA najwyżej w 20%, bo każdy tą religię interpretuje samodzielnie.

    ///Wierzyć można wyłącznie intuicyjnie, z całkowitym wykluczeniem mózgu.///

    Zapewne NANNA chciała użyć słowa „intelektu” czy „rozumu” zamiast „mózgu”. Oczywiście wiara jest nieracjonalna, pozarozumowa, choć istnieje takie zjawisko, że „lepsze” czy bardziej rozwinięte umysły potrafią posługiwać się rozumem (bez popełniania błędów!) w takich sferach rzeczywistości, które inni przyjmują na wiarę.
    Inaczej wyrażam tą myśl: „każdy cierpi na swoją własną schizofrenię” choć oczywiście przytoczony przez Redakcję KIP ksiądz profesor Sedlak ujął to nieskończenie bardziej elegancko. Ale chodziło mu chyba o to samo.

    ///Mózg jest instrumentem, który konieczne jest uprzednio zaprogramować, na przykład tak zwaną nauką.///

    To programowanie rozpoczyna się od narodzin człowieka, albo i jeszcze przed. To chyba socjalizacja. Człowiek jest zwierzęciem społecznym, ale chyba każde zwierzę jest w jakimś sensie społeczne. Człowiek jest zwierzęciem hiper-społecznym, jak mrówka, osa czy pszczoła, żyjące i spełniające się jedynie w zbiorowościach.
    O ukrytych mechanizmach organizacji takich zbiorowości pisał Edward Bernays. Zwykle pomijamy ten aspekt albo celowo jest on przemilczany. A jest ważny.

  4. nanna says:

    Zacznę może od tego, że powoływanie się na świętych uznanych i wykreowanych przez kościół katolicki jest równoznaczne z powoływaniem się na kościół, czyli jego dogmaty, według których można kogoś uznać za świętego.

    To, że ja nie podpieram się „pismami” nie oznacza, że są mi one nieznane. Ja zaledwie uważam je za bezwartościowe, szczególnie przy rozwiązywaniu jakichś dzisiejszych, nawet prostych problemów..

    Nie jestem poza tym kulawa, żeby się czymkolwiek podpierać, a więc nie pismami podanymi gawiedzi jako święte i nie osobami uznanymi przez kogoś tam za święte. Mnie ich świętość w żaden sposób nie przekonuje, więc jej nie uznaję.

    Akurat odwieruszyła się mi książka I.Gumowskiej pt. „Wenus i atleta”, no to ją sobie przekartkowałam dla przypomnienia tego i owego. Dotyczy tak książka głownie racjonalnego odżywiania ale jest w niej także wiele ciekawostek praktycznych. I nie tylko.
    Na stronie 280 jest o anemii, a więc o krwi. No i są podane wiadomości o różnych praktykach z nią związanych. Przepiszę kawałek tekstu:

    „Były i barbarzyńskie zwyczaje związane z ludzką krwią. Ofiara krwi była wymagana przez niektóre religie. Potem wystarczała krew barana, gdzie indziej krew koguta…
    Krwią sygnowano pakt z diabłem, który zabierał duszę. W krwi jeszcze ciepłej, ludzkiej kąpali się faraonowie wierząc, że to ich odmłodzi, doda sił i tężyzny…

    Słynna była sprawa węgierskiego zamku Kseith, gdzie żona F.Nesezdy, chcąc odzyskać młodość i urodę, wraz z dwiema służebnicami i oddanym jej karłem, w czasie kilku lat zamordowała 300 młodych dziewcząt, aby zdobyć ich krew. Tą młodą krwią myła ciało i twarz, ale… nic nie pomogło.

    Pierwszym, który chciał urzeczywistnić myśl Ovidiusza o przemianie starego Jazona w młodzieńca był Francis Potter, który rozpoczął doświadczenia z przetaczaniem krwi na zwierzętach.
    Przez wiele wieków modne było upuszczanie krwi, złej krwi, jako metoda leczenia. Zwykle robili to cyrulicy.
    Było to wbrew biblii, która przecież głosi, że (…) krew jest duszą…
    Dzięki tym słowom żydzi dotąd jadają mięso koszerne, czyli pozbawione krwi a niektóre sekty chrześcijańskie protestują do dziś przeciwko transfuzji, niestety nawet wtedy, gdy mogłaby ona uratować życie.

    Jeszcze w 1492 roku próbowano wyleczyć papieża Inocentego VIII krwią młodzieńców, którzy musieli być piękni, młodzi, cnotliwi i z dobrego rodu.
    Po dawce krwi 3 chłopców – papież zmarł.
    Wobec tego spalono na stosie lekarzy, którzy taki lek zaordynowali papieżowi.
    Twierdzili oni, że widocznie chłopcy pochodzili z nieprawego łoża.”

    Tyle z książki I.Gumowskiej.

    Widzimy więc, że nie jest to jakieś coś szczególnie specjalne i dotyczące wyłącznie żydów.
    Więc z jednej strony mamy zawszonych, zabiedzonych i sponiewieranych katolickich „świętych”, a z drugiej papieży spółkujących z własnymi siostrami bądź leczącymi się krwią młodzieńców cnotliwych.
    Dlatego powoływanie się na takie „autorytety” mnie nie przekonuje, a przeciwnie – odrzuca i mierzi.

    Dam w PeeSie to, co chciałabym tu jakoś dołączyć:

    PS
    Po pierwsze, sprawa dotyczy Boga.
    Nie kogo innego i nie czego innego, ale właśnie Boga.
    Wszystko wokół Niego ubrane w słowa to działania maskujące mające za cel odwrócenie uwagi od sedna i skierowanie jej w dziwaczne kierunki.
    Po drugie, to, co piszą ludzie nie ma z Bogiem jako takim w ogóle nic wspólnego. Są to wszak opowieści/opisy wykonane przez ludzi wynikające ze stanu ich „wiedzy” oraz możliwości literackich.
    Po trzecie zaś, zarzucanie Bogu jakichś błędów czy przekłamań dokonywanych w Jego Imieniu to poważne przegięcie z bolesnymi skutkami dla przeginaczy. Tymi skutkami jest ich pomerdane życie, w którym nie potrafią oni się sami odnaleźć, więc za wszystko obwiniają bądź Boga, bądź „żydów”.

    A Bóg dał przecież ludziom wolną wolę!
    I to jest fakt!
    Dlaczego to pomijane jest milczeniem?
    Umniejszane?
    Wykoślawiane?
    W jakim celu człowieczki to robią?
    I komu to służy?
    Odpowiedzi na te zasadnicze pytania zawarł w swoim tekście pan xxx ( proszę nie brać osobiście : ))))), choć zrobił to raczej nieświadomie, prawie mimowolnie, jako że do sprawy przymierzył się pod innym kątem.

    Rozważania, co, kto i kiedy napisał oraz dlaczego, to jeszcze gorzej niż prognozy pogody.
    Nic nie musi się sprawdzić i za nic nikt nie ponosi odpowiedzialności.

    Jeśli więc te wszystkie pisma mniej lub bardziej święte zaprowadziły nas do punktu, w którym się aktualnie znajdujemy, oznacza to ni mniej ni więcej, że one nie nadają się nawet owemu psu na ową budę. Mamy więcej problemów niż mieliśmy na początku tej religijnej twórczości tego czy tamtego piśmiennego osobnika.

    Poza tym:
    Nie wiemy i nie możemy wiedzieć, kto on zacz.
    Nie wiemy i nie możemy wiedzieć, czy pisał z własnej inicjatywy czy na czyjeś zlecenie.
    Możemy przyjąć, że pisma te powstały na zlecenie kasty kapłańskiej, jako że „lud” był regularnie sprowadzany do stanu całkowitego analfabetyzmu i gdy tylko się nieco podźwignął, to albo były wojny – także „religijne” – albo jakieś klęski głodu, powstania różnych spartakusów czy też pomory zarazy, powalającej przecież raczej ciemny lud a nie kapłanów – co musiało mieć przecież jakiś praktyczny i łatwy do wyjaśnienia powód.

    Gdy się wie, co i jak zrobić to rozwiązanie jest przecież łatwe do osiągnięcia. Lud nie wiedział i umierał. Za to wiedział kto inny.

    I zakładanie, że owi pismacy to na wskroś uczciwi ludzie zakrawa na jawną kpinę.

    Każdy orze jak może i taki ów też mógł się chcieć wykazać literacką fantazją, szczególnie gdy zleceniodawca zostawił mu wolną rękę i jeszcze za to dobrze zapłacił.

    Tu możemy się zastanowić, dlaczego Jezus nic nie zostawił na piśmie. Twierdzenie, że był niepiśmienny nie ma żadnych podstaw, bo tego zwyczajnie nie możemy wiedzieć.

    Wiadomo, że taki na przykład Sokrates to mniejszy kaliber, ale i on nic nie zostawił napisanego uważając, że potem byle idiota wyłoży to po swojemu i on, Sokrates, wyjdzie z tego powodu na durnia. Czyli Sokrates pisać umiał, ale nie chciał.
    Sokrates żył wcześniej niż Jezus. Wtedy ludzie znali pismo i potrafili się nim posługiwać. A nawet znacznie wcześniej niż w Grecji Sokratesa.

    My w dziwny sposób uważamy, że tysiąc lat temu ludzie byli zacofani i głupi. Ale to my tak myśląc jesteśmy jednym i drugim!

    Kto nam sugeruje takie pojmowanie przeszłości i w czyim interesie to robi? I przy pomocy czego?
    Czy nie tych „pism świętych” i tych „biblii”?

    Zajęci ich dekodowaniem my sami się przecież wówczas programujemy! Zgodnie z tym, co w tych pismach jest, jako że aby coś odrzucić to konieczne jest to najpierw przyjąć – w mózgu, jako istniejące, a więc do naszej percepcji wchodzi dany algorytm i potem według niego deszyfrowane są wszystkie informacje uznane przez nasz mózg za pokrewne – gdy szukamy podobieństw, a za niepodobne – gdy nasz mózg dostanie od nas polecenie byśmy wyszukali różnice.

    Niby nic wielkiego, a jakie trudne i skomplikowane dla jakże wielu!

    Więc „czytając biblię” przyjmujemy jej treść i wpuszczamy informacje z niej do naszego mózgu, tam są one segregowane zgodnie z naszą dotychczasową „wiedzą” i wówczas my „wyciągamy” wnioski takie a nie inne.
    I teraz rzućmy okiem na rzeczywistość:
    Bóg jest taki, jaki jest – niezależnie od treści zawartych w bibliach.

    My czytając musimy się dostroić do czytanych treści, inaczej byśmy nie mogli ich w ogóle zrozumieć. Dostrajając się wpuszczamy je do naszego mózgu i one tam pozostaną na zawsze, choć może tylko na peryferiach „płyty głównej”, ale w sprzyjających dla nich okolicznościach zostaną przywołane do naszej świadomości i będziemy mogli się nimi posłużyć – dla własnej szkody bądź własnego pożytku.

    Istnienie Chakr i ich powiązanie z poziomem subtelnym jest faktem, ale ile osób uważa to za oczywistość? Przecież nam, katolicko zaprogramowanym, powiedziano co innego; powiedziano że to jakieś hinduskie historie, bajdy i nawet pogańskie bluźnierstwo. W jaki to więc sposób moglibyśmy dopuścić do świadomości, że poza katolickimi doktrynami istnieje cała reszta przez te katolickie doktryny dokładnie zakryta?

    Orientujemy się według tego, co znamy, a znamy katolickie miarki rzeczywistości i nie możemy w związku z tym zaakceptować żadnych innych „miarek”. Mierząc według miarki fałszywej mamy fałszywy wynik, ale nie chcemy tego zmienić bo nawet uważając, że katolickie miarki są fałszywe wyciągamy fałszywy wniosek, że i inne miarki są równie fałszywe. Dlatego nie możemy wyjść z tej zagmatwanej sytuacji.

    Człowiek skażony katolicyzmem może odbierać otaczający go świat tylko w katolicki sposób. Innych możliwości nie ma bo nie ma skali porównawczej. Nawet akceptując, że istnieje także coś innego poza katolickimi dogmatami, to jednak katolik nie wychyli się poza i wszystko co niekatolickie po prostu odrzuci – mniej lub bardziej. Nieznane równa się niebezpieczne. Tak ludziom wbili do głów i ludzie się tego trzymają.
    Ale my przecież wiedząc już dobrze, od kiedy nam robią krzywdę, moglibyśmy nawiązać do stanu sprzed. Sprzed katolicyzacji.

    Moglibyśmy czcić Boga w Świętych Gajach (one byłyby święte wszędzie tam, gdzie Boga byśmy czcili), widzieć Go w Świętych Drzewach (te byłyby święte, które za święte byśmy uznali), moglibyśmy uzdrawiać się w Świętych Źródłach – też według powyższej zasady.
    Wszystko na świecie jest święte, ponieważ wszystko na świecie jest Bogiem.

    Wybranie dla siebie jakiegoś miejsca, w którym chcielibyśmy mieć swój kontakt z Bogiem uczyniło by to miejsce dla nas świętym. Dla Boga jest bez różnicy, gdzie się człowiek modli, ponieważ wszystko jest Nim.

    Jaki ma sens demaskowanie tego czy tamtego pisma, jeżeli my sami możemy być miernikiem dla siebie samych i możemy mieć bezpośredni kontakt ze Stwórcą? On nas skoryguje – stwarzając „przeciwności losu”, On nam pomoże „czyniąc cuda”.

    Prowokowanie „wojen religijnych” z powodu paru słów, które ktoś tam powiedział czy napisał to jawne działanie przeciw Bogu.
    W wojnie ludzie zabijają się wzajemnie, nawet siebie nigdy przedtem nie widziawszy na oczy, nawet nie wiedząc jak nazywa się domniemany wróg, co on myśli, czego w życiu dokonał i czy faktycznie nam zagraża. Robią to z ludźmi od tysiącleci i do dziś jest to możliwe, by w sekundę wojnę wywołać i ludzi naszczuć na siebie nawzajem.

    Spory udział w tym szatańskim dziele mają owe „święte pisma”. I mimo to podważane są tylko co najwyżej niektóre w nich słowa, a całość akceptowana bezrozumnie.
    Jak można w takiej sytuacji wyjść z tego impasu? Niemożliwe, prawda? No to będzie tak to trwało aż możliwe się stanie.

    To by oznaczało wówczas, że ludzkość osiągnęła jakiś poziom ponad chciwością, ponad nienawiścią, ponad fałszem i że ludzkość chce żyć zgodnie z Zasadami Bożymi.
    Przecież wiemy, co to jest!
    To jest uczciwość.
    To jest prawość.
    To jest miłosierdzie.
    To jest współpraca.
    To jest wspieranie słabych.
    To jest karmienie głodnych.
    To jest pojenie spragnionych.
    To jest leczenie chorych…
    O tym wszystkim mówił Jezus i tym wszystkim posłużył się kościół katolicki, by móc robić coś wręcz przeciwnego. Stąd „misje”, „niesienie wiary”, stąd „nawracanie” itp. a wszystko to przemocą.

    Nie można wymusić na nikim wiary.

    Można wymusić posłuszeństwo, jeżeli ma się możliwość zastosowania tego przymusu, w jakiej by nie było postaci.
    To jest robione od tysiącleci, w różnych formach i nazywa się to różnie. Ale w sumie jest to zawsze to samo i efekt tego jest też taki sam.

    Ludzie zatracili orientację, nie potrafią sami się kontrolować i korygować. Ludzie są zdani na sterowanie zdalne i się temu poddają czy to w kościołach, czy w miejscach pracy, czy w sklepach

    (ciekawe, że w barakach zwanych supermarketami co jakiś czas jest przemeblowanie towaru tak, by konieczne było jego szukanie. Ja wiem dlaczego, bo po pierwsze człowiek spędza w takim sklepie więcej czasu szukając tego, co zamierzał kupić, a po drugie to widząc przy tej okazji inne towary na pewno się da skusić i kupi coś, czego kupować nie zamierzał wcześniej. Ludzie się na to godzą. Znaleziony, przestawiony w inne miejsce towar to dla kupującego jak zdobycie pożądanego łupu. Tak samo ludzie godzą się na manipulacje wiarą. Uważanie swojej wiary za lepszą daje pozorną przewagę nad tymi, którzy wiarę mają inną i można takich innowierców uważać za ludzi gorszego sortu, a więc w razie co można ich okraść i mordować – przykład: Jerozolima w czasie „wypraw krzyżowych”, można się biernie przyglądać gdy dzieje im się krzywda, bo oni nie są „swoi”).

    A przecież wszyscy jesteśmy dziećmi JEDNEGO BOGA, a więc nasz los jest wspólny.

    Dzieci nieskażone brudami mentalnymi osób dorosłych nie widzą różnic w kolorze skóry kolegi, nie widzą problemu w bawieniu się z nim gdy on ma „inną wiarę”, nie gra dla nich roli ubranie kolegi nieco inne niż własne, czy włosy bardziej kręcone, bądź proste.
    To powinno dać dorosłym ludziom do myślenia, w jaką ślepą uliczkę dali się zepchnąć i co z tego wyniknie dla wszystkich.

    Co do niepokalania Marii, Matki Jezusa, to przecież bardzo łatwe do zrozumienia, dlaczego pewne kręgi religijne poddają Jej Dziewictwo w wątpliwość. W momencie, gdyby ludzie uznali te wątpliwości nadając im znamiona prawdy, cały ruch CHRZEŚCIJAŃSKI stracił by podstawy.
    Otwarły by się możliwości dla propagowania dalszych form zezwierzęcenia i dewiacji, jako że nie obowiązywały by dotychczasowe nakazy chrześcijańskie. Te, o których napisałam wyżej, czyli o miłosierdziu, czystości moralnej, współczuciu, współpracy itd.

    Po odrzuceniu tego co by pozostało?
    A no, pole dla antychrysta! Nic by go nie ograniczało, więc szalał by po świecie i pogrążał ludzkość w odmętach piekielnych.

    Co do tego, że pisma jakoby podają, że Jezus miał „starszych braci” co by wykluczało Dziewictwo Marii, sprawa może być zupełnie prosta.
    Weźmy pod uwagę takie choćby zdanie, po polsku:
    Jezus nie miał starszych braci.
    Wyrzucając „nie” zdanie by brzmiało: Jezus miał starszych braci.
    Czy to takie trudne przeoczyć co nieco by tłumaczenie miało sens oczekiwany przez co poniektórych?
    Poza tym w tamtych czasach na kuzynów bliższych i dalszych mówiono „bracia”.
    Jezus był jedynym dzieckiem Niepokalanej Marii.
    Po zmartwychwstaniu Jezus żył w Indiach a Maria w Turcji. Tak było konieczne, by się dopełniło to, co się stało z Woli Boga.

    Wiemy z przekazów, że żydzi bardzo cierpieli w wyniku terroru rabinów, że rytuały były bardzo ostre i uciążliwe, a za odstąpienie od wiary żydowskiej groziła śmierć.
    Z powodu takiej sytuacji religijni żydzi modlili się do Boga o przysłanie Mesjasza, który by ich z tego uwolnił. Bóg wysłuchał i Mesjasza przysłał.
    Był nim Jezus.

    (w świecie „równoległym” do naszego, zwanego Virata/ą, Bóg umieścił właśnie Inkarnacje czyli Istoty Wyższego Rzędu. Virata powstała przedtem, zanim powstał nasz Kosmos. Inkarnacje te miały i mają za zadanie „poprawienie częstotliwości” na Ziemi, gdy taka potrzeba zachodzi, to znaczy, gdy dla Ziemi Matki istnieje jakieś zagrożenie na skutek spowolnienia Wibracji. Wszystko żywe ma swoje wibracje, a są nimi ruchy atomów w cząsteczkach pierwiastków i związków chemicznych)

    Wielu żydów roz/poznało Mesjasza i za nim poszli. To oni stanowili trzon chrześcijaństwa.
    Natomiast inni żydzi poddali się naciskom rabinów odrzucając boskość Jezusa i tym samym dla nich nic się nie zmieniło.
    Widząc, że jest to dla nich zagrożenie, rabini utworzyli „chrześcijaństwo bis”, które stopniowo przejęło wpływy nad chrześcijaństwem właściwym i tak powstał katolicyzm. Wykorzystano do tego struktury „upadającego rzymu” co dało w rezultacie kościół rzymskokatolicki. Nic wielkiego, bo tak to działa na każdym obszarze ludzkich poczynań, choć w różnej skali.

    Każdy może uznać istnienie Boga albo nie uznać Jego istnienia. Dla Boga nie ma to znaczenia, ale ma decydujące znaczenie dla człowieka dokonującego wyboru.

    Możliwości wyboru dotyczą nie tylko spraw religii, ale każdego aspektu ludzkiego życia. Wyboru dokonujemy wielokrotnie w ciągu dnia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. A powinniśmy, jako że do świadomego życia należy świadomy wybór, czyli taki, z którego zdajemy sobie sprawę.

    Po co „wierzyć w pisma święte” i doszukiwać się w nich czegoś, czego w nich nie ma, jeżeli takie proste i pewne jest zwyczajnie wierzyć w Boga?

  5. marcin says:

    Mam nadzieję że NANNA zorientowała się że tytułowanie Karola Marksa czy Edwarda Bernaysa „świętymi” nie miało związku z żadną tytulaturą Kościoła katolickiego. Autorowi chodziło o uhonorowanie tych ludzi jako „lepszych” umysłów, które w jakiś sposób pchnęły do przodu dorobek intelektualny ludzkości. Choć pewnie dla ludzkości byłoby lepiej aby panowie Marks czy Bernays nie istnieli, a w każdym razie chociażby nic nie napisali. Coś tam jednak napisali i czasami do dzisiaj ludzie to cytują. Dlatego „święci”.
    Zamieszczony wyżej cytat z Bernaysa jest ważny dlatego, że większość ludzi we współczesnym społeczeństwie naprawdę uważa że samodzielnie „myśli” mimo że w zdecydowanej większości przypadków jest to wyłącznie iluzja. Bernays to rozumiał, co więcej, on w dużym stopniu zaprojektował współczesną cywilizację mediów elektronicznych. Dlatego cytat ma znaczenie merytoryczne.
    NANNA przywołuje obsesję krwi, której ulegała medycyna w minionym tysiącleciu:
    ///Jeszcze w 1492 roku próbowano wyleczyć papieża Inocentego VIII krwią młodzieńców, którzy musieli być piękni, młodzi, cnotliwi i z dobrego rodu.
    Po dawce krwi 3 chłopców – papież zmarł.
    (…) Widzimy więc, że nie jest to jakieś coś szczególnie specjalne i dotyczące wyłącznie żydów.///
    Piszący te słowa na pewno nie ma kompetencji potrzebnych do napisania podręcznika historii medycyny, ale potrafi wykazać że tutaj NANNA się myli. W tym celu otwiera Wikipedię (https://pl.wikipedia.org/wiki/Innocenty_VIII#Śmierć):
    ///Współczesny, niekoniecznie wiarygodny, kronikarz Stefano Infessura twierdził, że w lipcu 1492, gdy Innocenty VIII był już śmiertelnie chory, jego żydowski lekarz zaproponował mu podanie ludzkiej krwi jako jedyny ratunek dla jego życia; w tym celu lekarz ten podobno pobrał krew od trzech 10-letnich chłopców, którzy później zmarli. Innocenty VIII miał się jednak nie zgodzić na ten zabieg, a ów lekarz musiał uciekać z miasta. Niezależnie od tego, czy historia ta jest prawdziwa czy też nie, krótko potem, w dniu 25 lipca 1492 w godzinach wieczornych 60-letni Innocenty VIII zmarł.///
    Anglojęzyczna wersja Wikipedii podaje jeszcze że ten żydowski lekarz nosił nazwisko Giacomo di San Genesio.
    Współczesna medycyna akademicka została nieco ucywilizowana przez białych ludzi głównie w XIX wieku, czy nawet przez żydów, którzy postanowili działać jak biali ludzie (choćby Ignacy Semmelweis, który namawiał lekarzy do mycia rączek przed kontaktem z pacjentami, za co został zamordowany), jednak kluczowe fragmenty współczesnej medycyny mają korzenie judejskie. Farmakologia to czysta alchemia, pochodzi z kabały.
    Pięćset lat temu medycyna „akademicka” (w każdym razie tamtejszy odpowiednik medycyny akademickiej) była zdominowana przez żydów dokładnie tak jak dzisiaj. To żydzi byli najważniejszymi lekarzami i to oni leczyli papieży, biskupów, królów czy książąt. Leczyli jak umieli. Przypadek Innocentego VIII tylko potwierdza regułę. Największym atutem żydowskiej medycyny jest skuteczny marketing. Zawsze tak było.
    Przy okazji, źródło najprawdopodobniej żydowskie twierdzi że żydowski lekarz Giacomo di San Genesio został tego samego dnia, po śmierci papieża (i trzech młodzieńców) zasztyletowany na polecenie kurii (http://totalwar-ar.wikia.com/wiki/Giacomo_di_San_Genesio) choć oczywiście potem mogli oni ciało spalić na stosie, jak twierdzi NANNA. Często znęcali się nad trupami.
    Jeśli chodzi o arystokratów, to sprawa może być bardziej skomplikowana. Zwykle jednak można wykazać, że europejscy arystokraci obsesję krwi zapożyczyli od żydów, którzy ich otaczali, czy nawet sami byli żydami. Wiadomo że tego rodzaju zabawy nieobce są angielskiej rodzinie królewskiej a jest to rodzina praktykująca żydowskie zwyczaje. W Londynie istnieje stanowisko mohela dworu królewskiego, który jest odpowiedzialny za obrzezanie każdego nowonarodzonego członka królewskiej rodziny dokładnie według żydowskich procedur (https://www.telegraph.co.uk/comment/10201882/Circumcision-is-one-of-the-oddities-of-the-Royal-Family.html). Łatwo się przekonać że to prawda, wystarczy poprosić ichnią królową czy jakiegoś księcia o „dick selfie”, ludzie anglojęzyczni robią sobie takie zdjęcia.
    W kwestii bogów nie wypowiadam się. Każdy patrzy na bogów przez pryzmat własnych doświadczeń, oczekiwań, fobii, itp.

Wypowiedz się