Cyrk bez jednego artysty

„Rzeczpospolita”, a za nią inne media, analizują deklarację Pawła Kukiza o zerwaniu z polityką po kolejnych wyborach. „Jeśli nie będziemy mieć wpływu na przyszłą sejmową większość – moja obecność w tym cyrku na Wiejskiej straci sens” – zadeklarował znany muzyk, lider ruchu swojego imienia. Publicyści zastanawiają się także czy Kukiz’15 stanie się po wyborach antypisowski?

Są to – moim zdaniem – kwestie bez znaczenia dla polskiej rzeczywistości politycznej AD 2019. Wiele bowiem wskazuje, że Ruch Kukiza podzieli los podobnych efemeryd – jak np. „Ruch Palikota” – nie przekroczy w  wyborach 2019 r. progu wyborczego i do Sejmu nie wjedzie. Cyrk na Wiejskiej będzie uboższy o jednego artystę.

Postulaty ustrojowe

Ruch Kukiza powstawał w latach 2012-2015 w oparciu o doświadczenie i dorobek Ruchu Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW) oraz przy poparciu stowarzyszeń walczących z bezprawiem w polskim wymiarze sprawiedliwości. Ten pierwszy nurt – JOW wnosiłem do powstającego Ruchu ja jako jeden z założycieli, wnosiło także środowisko dziś skupione w ruchu Bezpartyjnych Samorządowców. Drugi nurt reprezentowały liczne stowarzyszenia, wśród nich Stowarzyszenie „Przeciw Bezprawiu”, któremu przewodniczył Jerzy Jachnik. W oparciu o postulaty tych dwu społecznych nurtów powstał sensowny program zmian ustrojowych, zmiany ordynacji wyborczej i zmian w sądownictwie polegających na wprowadzeniu obywatelskiej kontroli nad działaniem sądów. Bez wątpienia Paweł Kukiz był wielkim atutem powstającego Ruchu – dawał osobistą rozpoznawalność, połączoną z dość szeroką aprobatą dla jego stylu. Poza tym potrafił skomplikowane z pozoru postulaty ustrojowe przekazać wyborcom w postaci dosadnych haseł jak np. „Precz z partyjniactwem”.

Wszystko to razem – sensowny program ustrojowych zmian połączony z osobą lidera dały ruchowi Kukiza sukces w wyborach, 2015 r. którego wynikiem było wprowadzenie do Sejmu trzeciej siły i to w sytuacji, kiedy komitet wyborczy nie miał ani dotacji finansowych, ani nie dysponował – jak tradycyjne partie – strukturami terenowymi.

Kukiz’15 – zmarnowane szanse, zawiedzione nadzieje

Niestety tuż po wyborach zaczął się rozpad Ruchu. W efekcie w ciągu trzech lat Kukiz pozbył się z klubu prawie połowy posłów, a co więcej w sferze haseł ustrojowych, które dały mu sukces wyborczy, Kukiz nie zrobił przez 3 lata dokładnie nic, żeby w jakikolwiek sposób przybliżyć ich realizację. Dziś lider żali się, że nie mógł dokonać zmiany ordynacji, ale w tej sprawie nie podjął przecież żadnych kroków. ŻADNYCH. Nie zaproponował Jarosławowi Kaczyńskiemu nic na tym polu, nie wyszedł z własną inicjatywą ustawodawczą, nie podjął także – chociaż mógł – żadnej akcji uświadamiającej obywateli jak ważna jest to kwestia zmiany sposobu wybierania posłów, jak sposób wybierania determinuje w konsekwencji działanie Sejmu i postawy poszczególnych posłów.

Nic dokładnie Paweł Kukiz w tej materii nie zrobił. A dysponował środkami finansowymi, miał gotowych do działania posłów, miał dostęp do mediów – zaplecze o którym tak Obywatelski Ruch JOW jak i stowarzyszenia walczące z patologiami w sądach – mogły przed 2015 tylko pomarzyć.

W 2015 r. Paweł Kukiz zawdzięczał sukces wcześniejszej gigantycznej pracy, jaką wykonali zwolennicy i założyciele Ruchu Obywatelskiego JOW – śp. prof. Jerzy Przystawa, śp. prof. Andrzej Czachor, śp. Jerzy Gieysztor, profesorowie: Mirosław Dakowski, Antoni Kamiński, Tomasz Kaźmierski, dr Wojciech Błasiak czy liczni działacze poświęcający swój czas jak Patryk Hałaczkiewicz, Wojciech Kaźmierski, czy grono wspierających nas samorządowców. Miałem zaszczyt należeć do tego grona i nadal uważam, że reformę państwa należy zacząć od zmiany systemu wyborczego, tę ideę przekazałem Pawłowi Kukizowi już w 2005 r., a potem starałem się wokół postulatu JOW budować społeczne poparcie.

A co powiedzieć o środowiskach stowarzyszeń walczących z bezprawiem w sądach i prokuraturze? Wszak to w oparciu o te środowiska i o działaczy JOW powstawał pierwszy Komitet Wyborczy Pawła Kukiza w lutym 2015 r. w Katowicach. Jak potem, po wyborach sam lider i cały klub Kukiz’15 potraktował kluczowe postulaty tych środowisk i samych działaczy?

Antypartia – partia – superpartia

Zaraz na początku kadencji Paweł Kukiz zażądał od swoich posłów, żeby wykluczono mnie z klubu. Powodem była moja niezgoda na kompletny chaos organizacyjny, w którym decyzje podejmował Paweł, albo wyznaczony przez niego Darek, albo ktoś kto aktualnie miał dostęp do ucha przewodniczącego.    Potem zostali „wypchnięci” kolejni niewygodni – czyli mający własne zdanie posłowie i w efekcie dzisiaj klub Kukiz’15 stanowi żałosną pozostałość z tej zwycięskiej drużyny, która bez pieniędzy, bez struktur wdarła się do sejmu w 2015 r.

Żałosną pozostałość nie tylko pod względem personalnym, ale przede wszystkim w aspekcie swoistej „nędzy programowej” prezentowanej przez Kukiz’15.

Z poważnej propozycji zmian ustrojowych lider Kukiz nie przyjął nic do swojej sejmowej praktyki. Lider wręcz pokazuje, że nie bardzo go interesuje działalność poselska bo – z tego co wiem – jego obecność nawet na posiedzeniach własnego klubu jest sporadyczna.

Z antyustrojowej tematyki pozostała obrazoburcza retoryka Pawła, który jak to na celebrytę przystało, a to nazwie Sejm cyrkiem, a to napadnie na partyjniactwo nie zważając na to, że sam w istocie stworzył najbardziej wodzowską grupę w Sejmie – poczynając od nazwania klubu swoim nazwiskiem, a skończywszy na praktyce działania, w której regulaminy, statut, linię programową zastępuje kaprys lidera. A jak się komu nie podoba to won!

Zjawiska te są aż nadto widoczne i tylko ogólna nędza polskiej polityki sprawia, że Kukiz’15 w badaniach wykazuje poparcie powyżej wyborczego progu. Sądzę jednak, że jest to wynik zawyżony i w najbliższych wyborach Paweł Kukiz ani jego kandydaci (jeśli będzie takich miał) po prostu do Sejmu nie wejdą. Tak, że zmartwienia Mojego Drogiego Przyjaciela Pawła K. rozwiążą się same. Cyrk na Wiejskiej na pewno na tym straci, choćby pod względem kolorytu. Trochę szkoda, ale cóż zrobić. „The Show must go on” – z kompletem błaznów czy bez.

Janusz Sanocki

Poseł niezrzeszony, współtwórca w roku 1997 Ruchu Obywatelskiego JOW, współtwórca w latach 2012-2015 Ruchu Kukiza. W trakcie organizowania wyborów w 2015 r. –  jeden z pięciu członków Rady Społecznej Ruchu Kukiza.

Comments

  1. nanna says:

    „Cyrk bez jednego artysty”

    = = coś oni w tym sejmie przecież robią. I pan Sanocki też tam urzęduje. Kasę bierze? I co? i tak przez te długie lata bez efektów? I nie wstyd narzekać na innych? Przecież oni też są tak samo niemocni, by móc coś zmienić.

    „Problemem nie są świnie przy korytach lecz osły przy urnach”

    = = wcale nie! System, jaki Polacy chętnie przyjęli nie pozwala na nic innego niż robione to jest dziś.

    Dodatkowo opracowano Polakom świadomość tak, że każdy chce mieć jak najwięcej, a tymi biednymi to powinien zająć się „rząd”. A niby dlaczego?

    Czy starzy ludzie nie mają własnych dzieci, by te zrezygnowały z części dochodów na rzecz własnych rodziców?

    Jeżeli nie robią tego własne ich dzieci, no to „rząd” musi złupić osoby obce, by te stare osoby jakoś finansowo zabezpieczyć.

    Czyli rząd musi złupić ciebie Kowalski i mnie, żeby dać starej Nowakowej jakiś dodatek do jej emerytury.
    Dlaczego Polacy tego nie chcą zrozumieć, tylko idą w zaparte i nieustannie trzymają wyciągnięte żebraczo rączęta, niechętne do pracy?

    Ludzie naprawdę biedni nigdy się „o swoje” nie dopominają. Moja Matka mawiała „jestem dziadem ale honorowym” i żadnego żebractwa nie praktykowała. Było to w Polsce Ludowej.
    Ja pamiętam czasy z mojego dzieciństwa, gdy nie raz było w domu pusto i chodziliśmy głodni. Najgorzej było w zimie, bo marzło się szybciej. Ale nawet głodna szłam na sanki by pozjeżdżać z górki. I było świetnie!

    Nasza Matka kupiła nam sanki z metalowymi płozami, z kątownika w całości, takie „baranie rogi”, siedzenie drewniane rzecz jasna, które nie grzęzły w zaspach. Po wyślizganiu jeździły one najdalej i to było powodem, że z tych sanek to ja mogłam skorzystać, gdy już było ciemno i dzieci poszły do domów, jako że przedtem to moi bracia jeździli z kolegami albo im wręcz na parę zjazdów te super sanki wypożyczali. I ja czekałam zjeżdżając na butach po ślizgawce przy górce, albo czasem mogłam na ich sankach pozjeżdżać z koleżankami.
    Buty nosiłam po starszym bracie, a ten po bracie najstarszym, więc ja tylko te buty dobijałam, jako że były one z reguły już na wykończeniu (często za małe albo za duże, ale buty to buty i nie ma co wydziwiać). Podeszwę, gdy odłaziła, przywiązywałam sznurówkami, ale nie na długo to starczało, bo się przecierało natychmiast po jednym zjeździe z górki.
    Nie mam z tego powodu żadnej „traumy”.

    Nauczyłam się w wieku coś ok. lat ośmiu robić z zapałek ćwieki i na ile mogłam to sobie te buty sama naprawiałam. Gwoździe nie były takie dobre, bo gdy wbiłam nie tu gdzie trzeba albo się skrzywił, to potem właził w nogę i bolało. Nawet sobie zrobiłam dwadzieścia lat później sama buty – takie „baleriny”, uprzednio wykonując jedno kopyto z kołka i dobijając do niego listewkę raz z lewej, raz z prawej, żeby zrobić jeden lewy, jeden prawy but. Szyłam je ręcznie. Wyszły niezłe, wygodne, ale nie miałam gumy podeszwowej i zrobiłam ją tylko ze skóry, więc praktycznie były na raz do wyjścia.

    Nasza Matka była wyznawczynią teorii „tanie mięso niech psy jedzą” i w związku z tym była jedyną osobą w blokach, posiadającą nową, dębową beczkę na kapustę. Inne baby kupowały takie beczki po śledziach, myły je i wyparzały. Beczka po śledziach kosztowała może 50zł. A ta dębowa, obstalowana przez naszą Matkę kosztowała tyle, co jej miesięczny zarobek, czyli było to wówczas ok. 500 złotych. Ale gdy już stać nas było na kapustę i ją zakisiliśmy, to kapusta ta była naprawdę dobra, nie pleśniała wcale przez zimę, albo tyle, ile czasu w tej beczce dane jej było przebywać.
    Też nie mam z tego żadnej traumy.

    Gdy w domu było zimno a ja właśnie wróciłam ze szkoły i akurat nie było nawet kawałka chleba do jedzenia, to ja kładłam się na kozetce, którą miałam na swój własny użytek, i przykrywając się z głową robiłam maleńki dostęp światła tak, żeby móc czytać książkę. W ten sposób wyczytałam całą szkolną bibliotekę i wszystko co było w zasięgu.
    I nie mam żadnej traumy i z tego powodu.

    Więc gdy teraz czytam, jak to ludzie cierpią, jak to im źle, to nie chce mi się wierzyć, że robią to dobrowolnie.

    Ja robiłam wszystko, żeby mi było lepiej.
    A dziś ludzie czekają, by ktoś im uporządkował ich zepsute życie i robił to za darmo, głównie dostarczając im pieniądze.
    A nie łaska samemu przynajmniej spróbować mieć w tym swój udział?

    Stary człowiek żyjący na granicy nędzy wcale nie jest biedny, gdy ma dzieci, lecz zwyczajnie jest ofiarą własnej nieudolności we właściwym wychowaniu potomstwa.
    Jeżeli te dzieci mają gdzie mieszkać i co jeść, to na nich ciąży obowiązek podzielenia się z własną matką czy własnym ojcem, jako że rachunek jest prosty: matka/ojciec ma mniej, bo dzieci mają więcej.

    Gdyby się zdarzyło, że moje potomstwo nie zechce mnie wspierać, gdy będę potrzebować pomocy, to ja chętnie umrę. W ogóle mam nadzieję, że umrę zanim zacznę komuś sprawiać jakieś kłopoty. Zawsze byłam samodzielna i na starość też tak chcę. Gdybym musiała kupować za pieniądze życzliwość i wsparcie obcych osób, to ja wolę nie żyć.
    Oczywiście nie wiem jak będzie naprawdę, bo teraz mam inną sytuację.

    Byłam dziś w sklepie, bo muszę od czasu do czasu ruszyć samochód, by się akumulator doładował i opony nie wygniotły tylko w jednym miejscu od ciągłego stania. W sklepie tłumy tak, jakby miał być koniec świata i ludziska pchali pełne po brzegi kosze do kas. Tak jest już od paru lat. Nie ma pory dnia takiej, żeby nie było na parkingu pełno i żeby ludzi w takim sklepie nie było tłumnie. By kupować i to aż tyle, to trzeba przecież mieć na to pieniądze.
    Czyli widać już choćby po tym fakcie, że Polacy pieniądze mają. Czy wszyscy jednakowo dużo, to już inna sprawa.
    Skąd więc ten biegun nędzy, o którym z takim zapałem piszą „przyjaciele polskości”?

    Czasem oglądam filmy dokumentalne o tzw. trzecim świecie. Mam w pamięci „dom” czteroosobowej rodziny znajdujący się w takim całkiem średnim slamsie. Powierzchnia tego domu to jakieś 3x4m, czyli 12m2. Położenie „podłogi” na równi z „ulicą”, więc w czasie deszczu przez ten dom przepływa rzeka z różną zawartością, w zależności od śmieci znajdujących się na „ulicy”. Pokazana kobieta była ubrana schludnie, naczynia – czyli garnki wisiały na gwoździach na ścianie, na czymś w rodzaju półeczki były talerze i kubki. W kącie mała butla gazowa i pojedynczy na niej palnik. Dzieci zadbane, nie grube, ale i nie chudzielce. Mąż też wyglądał normalnie. Jak to tak Kobieta robiła, że wszystko jakoś działało, to już Jej wielka tajemnica.
    Więc zanim złapię się za plecy dziabiąc trawę dla kur (śniegu mało to można coś wydziabać, wychodzi taniej z karmieniem i kury mają trochę zielonego dodatkowo) to myślę o tej Kobiecie.

    Albo gdy mi kaprysy chcą zmącić postrzeganie, to przywołuję wizerunek Kobiety, wdowy z czworgiem dzieci, która żyje w Indiach. Ona co rano z dzieciątkami (od ok. 2 do 6 lat) idzie parę kilometrów ze swojego slamsowego domu poza miasto, gdzie jest coś jak cegielnia. Tam Ona pracuje robiąc cegły i dzieciątka jej w tym pomagają !!!! !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! !
    Małymi rączkami uklepują glinę w formach i ta Kobieta w ciągu dnia przenosi chyba z tonę – a może i więcej – gliny na te cegły na miejsce, w którym one schną. Piękna jest ta Kobieta, szczuplutka, zwinna niczym łania i bardzo miła dla swoich dzieci, cierpliwa i dobra, co było wyraźnie widać.

    To są trudne warunki do życia, a nie te w Polsce, gdy jest jedzenia pod dostatkiem, są domy i mieszkania wygodne i ciepłe, a do tego praca i nawet minimalna stawka godzinowa całkiem spora.

    Widać Polacy nie chcą zrozumieć, na czym polega życie, więc Stwórca być może będzie zmuszony im to pokazać.

    Polacy pożądający „życia jak na zachodzie” nie wiedzą, co robią.
    Zachód od wieków rabował i łupił całą Afrykę, Azję i obie Ameryki.
    Czy to naprawdę takie nobilitujące należeć do klubu złodziei, bandytów i parchów?

    Uważam, że człowiek powinien tyle posiadać, ile jest mu niezbędnie konieczne do życia. Za każdą nadwyżkę ponad to płacą nędzą ludzie skazani na życie w slamsach, żebracy i biedacy.

    I nie ma co udawać, że „u nas” to co innego niż „tam”.

    Światowa gospodarka, w której i Polska uczestniczy, to system naczyń połączonych, więc nie jest to bez wpływu na nędzę na świecie, czy Polacy zarabiają więcej i czy „stać nas na banany”.

    Wszyscy jesteśmy JEDNYM. Cierpienie jednego człowieka to cierpienie całości.
    Ale czy można oczekiwać zrozumienia takich prostych rzeczy od ludzi, którzy chcą by „rząd dawał” ich rodzicom pieniądze, a oni sami czują się zwolnieni z wszelkich obowiązków?
    Ludzie złorzeczą rządowi i nie raz żądają „a niech to wszystko szlag trafi”!
    No to trafia, bo czemu by nie?
    Inaczej by było, gdyby ludzie prosili Boga, by On uczynił ich szlachetnymi. Lecz kto w takie bajki dziś u nas wierzy, jeżeli czas wypełniają mu najpierw zakupy, a potem wynoszenie śmieci?

    Prędzej wielbłąd przejdzie….
    Ale w takim razie o co te lamenty?

    PS
    Stosując jako córka swojej Matki zasadę „tanie mięso niech psy jedzą” kupuję do smażenia masło klarowane (smalec też, ale ograniczam to na ile kasa pozwala); nie robię go już sama, bo chłopi nie trzymają krów i nie ma na wsi gdzie kupić mleka. Ci, co mają krowy przez ileś tam dni zbierają mleko do cysterny, a potem przyjeżdża taki samochód z baniakiem i to mleko zabiera. No to masło klarowane jest dostępne tylko w sklepach. „Jem mało ale dobre” czy jak to się mówi.

    Ale po co to piszę?
    Ponieważ kupuję to już od jakiegoś czasu i mam porównanie z tym, co robiłam sama z normalnego mleka jeszcze pięć lat temu, wiem, co jest masłem klarowanym a co nim nie jest.
    Niedawno kupiłam „masło klarowane” nie w wiaderku, ale w kostkach.
    Jest ono dziwne. „Za gładkie”. Masło klarowane z mleka krowiego ma posmak lekko orzechowy, rozpuszcza się na języku jakby lekko „robiąc zimno”, no i ma konsystencję jakby grudkowatą. Po prostu czuje się, że jest ono dobre.
    To, w tych kostkach, to według mnie nie żadne tam masło, ale parafina uzdatniana, do której dodano syntetyczny zapach i smak masła. Po wzięciu tego produktu – ok. połowy wielkości orzecha laskowego – na język ono nie rozpuszcza się jak masło klarowane, ale się „rozłazi”, a potem przykleja do podniebienia i konieczne jest umycie zębów i wyszczotkowanie podniebienia, żeby się tego stamtąd pozbyć.
    Informuję rzetelnie, ponieważ życzę ludziom dobrze, a w dzisiejszych czasach nie każdy może wiedzieć, co to jest klarowane masło, to prawdziwe, i jak je zbadać organoleptycznie.

    PS1
    Fakt, iż unia europejska pochwala zabijanie u nas dzików nie może dla nas oznaczać nic dobrego.
    Niemcy mają większą powierzchnię niż Polska, to raz.
    Poza tym u nich lasy są prywatne i nie ma mowy o jakimś zabijaniu dzików z rozkazu Merkel albo innego Kohla. To dwa.
    I należy pamiętać, że u nas nie ma już praktycznie żadnych lasów z drzewami starszymi niż jakieś trzydzieści lat, ponieważ wycięto niemal wszystko w pień. To, że są tu czy tam jakieś nasadzenia jest jedynie dowodem na to, że piszę prawdę. Z tego las będzie, ale za sto lat. Czyli już nie dla nas.

    Oglądam programy o Niemczech i wiem, że u nich lasy są chronione. Nie ma mowy o masowych wycinkach, a więc i nie ma mowy o masowym zabijaniu dzików. W lasach!
    To, co oni pozabijali – rzekomo! – to są zwierzęta, które z lasów przeniosły się do miast i miasteczek, bo tam było łatwo o żarcie.
    I należy to rozumieć tak, że dzik wcale nie jest głupi i z lasu nie wyszedł do miasta, bo mu w lesie nudno. Nic takiego! Te, które poszły do miast były zmuszone do emigracji z lasu, ponieważ populacja dzików w lesie osiągnęła taki poziom, że było ich tam za dużo na daną powierzchnię.

    Gdy u nas nasi „myśliwi” wymordowali sarny, to wówczas przyszły do nas sarny z Białorusi. One wiedziały, że jest wolny teren do zasiedlenia i to wykorzystały.
    Skąd wiedziały?
    Może przez „biełsat”? ;)))))))))))
    Otóż, między zwierzętami istnieje „nonwerbalne” porozumienie, one wiedzą niejako same z siebie, co mają robić i gdzie mają iść, oraz co jest dla nich optymalne.

    Wybicie miejskich dzików w Niemczech to nie to samo co mordowanie polskich dzików w niedobitkach lasów istniejących jeszcze u nas.

    Akurat tu mi się wyłączył komp, całkiem na czarno, a potem choć dał się włączyć, to „nie mógł wykonać polecenia” by mi to otworzyć. Jestem cierpliwa, to robiłam to spokojnie ponownie, aż się dało.
    Z tym, że część ucięło i nie będę odtwarzać z pamięci, co już napisałam, lecz napiszę co się da.

    Nie mam funkcji automatycznego zapisywania, nie wiem, jak to zrobić i zapisuję cały czas ręcznie, więc może uciąć i ukraść tekst.
    I niech mu tam!

    U nas nie ma tyle dzików co w Niemczech, nie ma tyle lasów co w Niemczech, więc porównywanie Niemiec i Polski to wykrzywianie obrazu rzeczywistości.

    To nie Polacy palili (i palą) w piecach i kominkach niemieckim drewnem, a przeciwnie: to Niemcy palili w swoich piecach i kominkach DREWNEM Z POLSKI.
    Wyniszczyli oni także prastare lasy w Rumunii. To barbarzyństwo na niespotykaną skalę!!!
    Rumunia była bardziej zalesiona (i miała starodrzew) niż Polska i mogła stanowić zaplecze dla zachowania wielu gatunków ptaków i zwierząt wymordowanych w „cywilizowanej europie”.
    Teraz tam też już jest tego niewiele. Ile wyginęło z braku potrzebnej niszy tego nikt nie bada.
    Te pomylone cholerniki przeliczają tylko wszystko na pieniądze.

    Pięć stron się zrobiło, to kończę.

    Nie „żyd” ci wrogiem, biedny człeku, ale twoja głupota.

    PS2
    Ten unijny dobrobyt nie wyjdzie Polakom na dobre.
    Tyłki się rozrosną, a mózgi zmaleją.
    Nie ma Polak powodu już nic wymyślać, nie ma powodu nic tworzyć, niczego się uczyć!
    Wystarczy wykonywać wyuczonych kilka automatycznych czynności i za to jest kasa. Z nią Polak bieży do sklepu, kupuje co się da byle najwięcej i potem siedzi w domu przed telewizorem żrąc i puszczając wiatry.

    Tak jest, to tak piszę. Co bardziej świadomy chodzi na siłownię zużywając wchłonięte bezmyślnie kalorie zupełnie po nic, jako że biegania po sztucznej bieżni oraz wyciskania ciężarów hamowanych sprężynami nie można nazwać sensownym wysiłkiem, ani tym bardziej pracą.
    Ci owi wiedzieli, jak Polaka zniszczyć. Nie dało się wojną, no to dobije się go żarciem i lenistwem.

    A ja ruszam w kretowiska.
    I zaczynam siewy w doniczkach i kuwetkach.
    I idę na spacer z psami popatrzeć na uśpione jeszcze życie drzew i co tam w Naturze jest.
    A jest cudnie.

  2. marcin says:

    Problemem w Polsce nie są świnie przy korycie tylko osły przy urnach.
    Czyżby? W tym zdaniu jest dużo prawdy, ale znacznie prawdziwsze byłoby stwierdzenie:
    Problemem nie są świnie przy korycie tylko osły przy urnach.

    Promowanie idei, że wybory coś zmienią, to promowanie iluzji. A to właśnie robił i robi pan Sanocki. Zresztą – przecież za to mu płacą…

    To problem uniwersalny. Na dniach massmedia doniosły, że włoska koalicja dwóch „populistycznych” ugrupowań Lega Nord i MoVimento Cinque Stelle zaakceptowała pomysł dofinansowania jakiegoś banku, któremu powinęła się noga (https://forsal.pl/artykuly/1391293,wloski-populizm-skonczyl-sie-w-8-minut-rzym-chce-postapic-wobec-bankow-tak-samo-jak-poprzednicy-opinia.html?fbclid=IwAR0JPuchs_TSb2DZIncj55H1kDJPSVEE9ztOJtR31Ye2AD1-iPxd_rouJhQ).
    Na pierwszy rzut oka to wiadomość jak wiele innych, co w tym dziwnego?
    Jednak te właśnie ugrupowania wygrały niedawne wybory we Włoszech na fali niesmaku wobec całego powojennego, skorumpowanego systemu politycznego w tym kraju. Lega Nord i MoVimento Cinque Stelle poruszały w kampanii wyborczej problem systemu bankowego pasożytującego na Włoszech. Liderem M5S był włoski odpowiednik Jana Pietrzaka, tylko że uczciwy – Beppe Grillo. Tutaj nagranie sprzed lat jak Grillo mówi o banksterach: https://www.youtube.com/watch?v=bOfzLxm1Mvo

    Wybory we Włoszech wygrały dwa ugrupowania sprzeciwiające się dyktaturze banksterów, przebąkujące o walucie równoległej i innych innowacyjnych rozwiązaniach ekonomicznych, po czym, dofinansowały będący w kłopotach lichwiarski gang, dokładnie tak jak stało się to w Stanach Zjednoczonych czy w wielu innych krajach. Dlaczego?

    Może władza, prawdziwa władza, jest gdzie indziej? Oczywiście jest gdzie indziej, w „wolnym świecie” politycy to tylko małpki w cyrku podskakujące ku uciesze gawiedzi. Wyżej mowa była o Włoszech, ale można było użyć przykładu Grecji, gdzie wybory wygrała SYRIZA sprzeciwiająca się dyktaturze banksterów, po czym wprowadziła w życie ich niszczące kraj dyrektywy. Tak po prostu jest w „wolnym świecie”.

    Wiadomo że pan Kukiz był funkcjonariuszem przemysłu rozrywkowego, koncentrował się na produkcji plugawej muzyki. Początek kariery politycznej wymagał asysty określonych ośrodków, ktoś musiał go zacząć zapraszać do telewizji i zadawać pytania sugerujące, że zaraz gawiedź otrzyma odpowiedzi od przyszłego męża stanu. Panu Kukizowi udało się zmienić sektor aktywności w przemyśle rozrywkowym z muzyki na parlament i niech mu będzie. Teraz składa buńczuczne deklaracje mające przywrócić go świadomości zbiorowej jako „kandydata protestu” wykreowanego przez System.

    W poprzednim plebiscycie, który wyniósł pana Kukiza do parlamentu, eksploatował on, zresztą wraz z panem Sanockim, hasło jednomandatowych okręgów wyborczych [JOW] jako rozwiązanie mające uzdrowić polskie życie polityczne. Pan Sanocki eksploatuje ten temat znacznie dłużej nic pan Kukiz.
    Twierdzili oni jednak że, jeśli wprowadzimy w Polsce JOWy, to „będzie lepiej”.
    Nie wprowadziliśmy JOWów, więc może dlatego jest źle? A gdybyśmy jednak wprowadzili JOWy? JOWy obowiązują pewnie w połowie świata. Posłów wybiera się w JOWach w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Kenii, Bangladeszu czy Pakistanie. Lista jest znacznie dłuższa, z reguły kraje, które miały nieszczęście znaleźć się pod kontrolą Imperium Brytyjskiego, korzystają z tego rozwiązania.

    W Stanach Zjednoczonych JOWy działają nieprzerwanie od ponad dwustu pięćdziesięciu lat. Poniżej wykres obrazujący, ilu Amerykanów ma zaufanie do Kongresu jako instytucji przedstawicielskiej, której członkowie zostali wybrani w wolnych i demokratycznych wyborach w jednomandatowych okręgach wyborczych:
    http://www.msnbc.com/sites/msnbc/files/styles/embedded_image/public/2014-06-20_1113.jpg

    Zaufanie do Kongresu w wysokości 7% to pewnie dowód, że szanują tą władzę kongresmani, ich rodziny, personel z rodzinami i pozostała część aparatu władzy i część ich rodzin. Ten humbug chciał nam zaserwować pan Sanocki, on wierzy że JOWy, choć może nie działają perfekcyjnie w Stanach Zjednoczonych, to naprawią demokrację przedstawicielską w Polsce.

    Nie naprawią bo naprawić nie mogą. Pan Kukiz jest funkcjonariuszem przemysłu rozrywkowego zarówno wtedy, gdy wyje na scenie, jak wtedy, gdy zasiada w ławie sejmowej. Życiorys pana Kukiza jest w sumie dość przejrzysty, przed posłowaniem nie był funkcjonariuszem aparatu władzy więc nie miał możliwości kradzieży publicznego majątku. Posłowie, którzy w przeszłości pracowali w aparacie władzy, na przykład samorządowym, już taką przejrzystością nie mogą się wykazać. Wracając do tytułowego hasła, pan Sanocki od dekad siedzi przy korycie…

    Pan Kukiz działa w przemyśle rozrywkowym, pan Sanocki działa w przemyśle rozrywkowym. Pan Sanocki od dwudziestu lat wciska nam humbug, jakim są JOWy. Może teraz coś innego wymyślą. Czy to nie jest cyrk?

Wypowiedz się