WYGRANI I PRZEGRANI „DOBREJ ZMIANY”

Stawiam pytanie, moim zdaniem fundamentalne. Jeśli gospodarka jest podstawą bytu materialnego, ale też duchowego narodu i państwa, to co jest i będzie przez lata najważniejszym problemem jej rozwoju? Postawmy diagnozę, sprawdźmy czy zastosowano właściwą terapię.

Za główny, niezmienny problem polskiej gospodarki uważam podział wytworzonej nadwyżki ekonomicznej. Polacy jako społeczeństwo na dorobku od trzech dziesięcioleci pracują coraz wydajniej, lecz są nisko wynagradzani. Ich dochody to dochody z pracy czyli płace. Jednocześnie niewspółmiernie wysoko wynagradzane są dochody z kapitału czyli zyski i dywidendy.

Ponieważ największymi właścicielami kapitału w Polsce są zagraniczne koncerny, banki, wielkie sieci handlowe, to one są głównym beneficjentem w podziale nadwyżki ekonomicznej. W dominującym stopniu transferują ją zagranicę. A zatem z jednej strony mamy polskich pracowników i polskie małe i średnie przedsiębiorstwa, z drugiej zaś wielki międzynarodowy kapitał. Różnica w potencjale finansowym widoczna jest gołym okiem, a skutkuje niską skłonnością do inwestowania polskich przedsiębiorców, co w konsekwencji obniża tempo rozwoju gospodarczego i społecznego. Nie odpowiada wyzwaniom współczesności i aspiracjom narodu.

Rozpatrzmy teraz, czy problem ten został podjęty przez koalicję „dobrej zmiany” po 2015 roku. Jakie perspektywy rysują się przed sektorem małych i średnich przedsiębiorstw? Kto zyskał najwięcej przez ostatnie trzy lata?

Na prosocjalnej polityce rządu skorzystały rodziny wielodzietne oraz najniżej zarabiający. Wzrosły także dochody pracujących w zawodach, na które popyt przewyższał podaż.

Do drugiej grupy beneficjentów zaliczyć należy sektor bankowo-finansowy. Zarobił on jako pośrednik w przekazywaniu pieniędzy z budżetu na konta rodzin dostających dofinansowanie (500+), jak też jako kredytodawca wzmożonych zakupów domów, mieszkań, samochodów i dóbr trwałego użytku.

Banki skorzystały także na ustawie rządowej o niezaliczaniu w koszty działalności przedsiębiorstw rozliczeń gotówkowych powyżej 15 tysięcy złotych (wcześniej dopuszczalny limit wynosił 60 tysięcy złotych). Wymusiło to zwiększenie rozliczeń poprzez przelewy bankowe.

Do myślenia daje fakt, że nikt z rządu w zamian nie upomniał się na przykład o obniżkę kosztów obsługi długu publicznego zaciągniętego w bankach. Rosnącą siłę banków najlepiej obrazuje fakt skrajnie niskiego oprocentowania rachunków bieżących i depozytów terminowych.

Doszło do kuriozalnej sytuacji, że po opłaceniu podatku od zysków kapitałowych depozyty terminowe przynoszą stratę. Banki mają nadpłynność, która miast być przez NBP i KNF karana – jest nagradzana i nie muszą zabiegać o lokaty obywateli i firm, ani kredytowanie inwestycji. Jak widać, politycy „dobrej zmiany”, którzy prawili „o walce z banksterami”, na słowach… poprzestali.

Bardzo ważnym faktem mającym swoje konsekwencje społeczne i gospodarcze jest szybki wzrost zadłużania się polskich rodzin. Łączna kwota kredytów konsumpcyjnych osiągnęła 190 miliardów złotych. Kredyty hipoteczne ma około 2 miliony rodzin na kwotę ponad 200 miliardów złotych. Rodziny te przez 20-30 lat będą żyły w poczuciu zagrożenia, że ich los zależy od możliwości osiągnięcia dochodu, głównie z pracy, na tyle wysokiego, by móc spłacać raty kredytu, nie wpaść w pętlę zadłużenia i po prostu przeżyć. Stan taki z jednej strony motywuje do wysiłku, ale z drugiej w przypadku pojawienia się kłopotów może oddziaływać paraliżująco podkopując zdrowie, więzi rodzinne i społeczne.   

Na trzecim miejscu wśród beneficjentów polityki „dobrej zmiany” wymieńmy kapitał handlowy, głównie zagraniczny, ulokowany w handlu wielkopowierzchniowym oraz firmy zagraniczne sprzedające w Polsce dobra konsumpcyjne, w tym luksusowe.

Szczególną uwagę zwrócić należy na wielkie sieci handlowe. Otrzymują one idące w setki milionów euro dofinansowanie z zagranicy. Ośmieszają polskiego ministra finansów i służby skarbowe, ponieważ większość nie płaci w ogóle podatku dochodowego, bądź płaci go symbolicznie w stosunku do obrotów. W sumie wielkie sieci handlowe w 2017 roku zapłaciły jako podatek dochodowy 0,6% od ich przychodów.

A przecież zwiększone dochody Polaków – efekt polityki socjalnej rządu przełożyły się na wzrost konsumpcji czyli większe zakupy. Ponadto, przyspieszeniu uległ proces likwidacji polskich małych i średnich sklepów. W roku 2009 było ich ponad 370 tysięcy, w 2017 o ponad 100 tysięcy mniej. W samym tylko roku 2017 ubyło ponad 12 tysięcy sklepów. Obroty tych, którzy zbankrutowali przejęły z nadwyżką wielkie sieci handlowe. A mimo to ich właściciele twierdzą, że w Polsce nie zarabiają i pracują ze stratą.

Czy ktoś w to uwierzy znając dodatkowo pazerność wielkich sieci handlowych, które w sposób bezwzględny ograniczają płace pracowników, uniemożliwiają działalność związkową. Mamy zatem do czynienia z procesem przyspieszonej koncentracji kapitału w handlu, rosnących zyskach oraz procederem zawyżania i fałszowania kosztów, zaniżania dochodów a na końcu transferem części zarobionych pieniędzy zagranicę.

Czwartym beneficjentem są wspierane przez państwo przedsiębiorstwa monopolistyczne w sektorze energetycznym i paliwowym. Ceny energii, gazu, benzyny dla obywateli i przedsiębiorców są niewspółmiernie wysokie w stosunku do kosztów. Dla porównania zauważmy, że energia elektryczna jest w Niemczech tańsza niż w Polsce.    

Postawmy pytanie. Skoro ktoś zarobił dużo, to kto zarobił stosunkowo mało bądź nawet stracił. Odpowiedź jest oczywista. Coraz mniej zyskowny jest polski mały i średni handel, coraz mniej zyskowna jest polska mała i średnia przedsiębiorczość oraz polskie rolnictwo.

Wymieńmy główne przyczyny tego stanu rzeczy. Na pierwszym miejscu stawiam wzrost kosztów robocizny. Towarzyszyła mu rezygnacja z pracy kobiet o niskich zarobkach i licznym potomstwie. Podniesienie płacy minimalnej i 500+ uruchomiły roszczenia płacowe kolejnych grup zawodowych. Nastąpił wzrost kosztów w przedsiębiorstwach. Ponieważ firmy małe i średnie nie mogą dyktować cen, czyli bezkarnie ich podnosić musiały pogodzić się ze spadkiem rentowności.

Jednocześnie monopoliści, sieci handlowe i firmy zagraniczne na wzrost kosztów robocizny zareagowały wzrostem cen swoich towarów i usług. Podrożały surowce i materiały.  Przedsiębiorcy branży budowlanej jednym tchem mówią o drożejącym betonie, asfalcie, stali zbrojeniowej i innych. Ich zdaniem wzrost ten sięga nawet kilkudziesięciu procent w skali roku.

Tymczasem GUS zjawiska nie dostrzega i w oficjalnych komunikatach mówi o podwyżce cen nie przekraczającej 3%. Taka rozbieżność nie powinna mieć miejsca. Sądzić należy, że metodologia wyliczeń GUS wymaga korekty, bo decyzje polityków gospodarczych oparte o błędne dane będą złe, a odżyją komentarze, że jest małe kłamstwo, kłamstwo, duże kłamstwo i… statystyka. 

Pogarszająca się konkurencyjność małych i średnich polskich przedsiębiorstw szczególnie w stosunku do firm zagranicznych skutkuje tym, że by przetrwać coraz częściej nakłaniają pracowników do „samozatrudnienia”, bądź umowy o dzieło, byle nie zatrudniać na pełny etat i umowę o pracę. Kreuje to nową, coraz liczniejszą grupę społeczną ludzi, kiedyś barwnie zwanych „luźnymi”. Nie posiadają oni prawa do zabezpieczenia socjalnego, emerytalnego, a częstokroć zdolności kredytowej wobec banków i związanej z tym perspektywy wybicia się na własność (mieszkanie, dom, nieruchomość). Nie uczestniczą w tworzeniu społecznego systemu emerytalnego, z reguły nie posiadają oszczędności.

Polskie firmy potrzebują wsparcia ze strony banków i sektora finansowego. Wymusza to szybko postępująca koncentracja kapitału w przemyśle, usługach i rolnictwie. Tymczasem banki zdemoralizowane nadpłynnością, brakiem prawdziwej konkurencji, „dopieszczane” przez NBP i KNF takich działań na rzecz polskich przedsiębiorców nie podejmują, przeciwnie – nastawiają się na kredytowanie konsumpcji i kredyty hipoteczne.

„Do pieca” polskim przedsiębiorcom dołożyło też Ministerstwo Finansów i służby skarbowe. Uszczelnienie systemu podatkowego przyniosło budżetowi państwa wzrost wpływów z podatku dochodowego PIT od firm o około 20% w bieżącym roku, a w całym roku 2017 o 11% w stosunku do poprzedniego. Oznacza to, że szereg firm oddało w podatku więcej niż nawet ich dodatkowy zarobek wynikający ze zwiększonych obrotów. A co powiedzieć o tych firmach, których obroty spadły, a jednocześnie odprowadziły zwiększony podatek dochodowy?

Polityka socjalna PiS zaczyna przynosić ujemne rezultaty także dla rządu i samorządów jako zleceniodawców inwestycji. Zaplanowane środki na budowę dróg, modernizację kolei okazują się zbyt małe wobec szybko rosnących kosztów, przetargi trzeba odwoływać. Negatywne konsekwencje polityki rządu dla nowych samorządów to temat na osobną publikację.

Sumując: trzy lata rządów PiS to triumf polityki socjalnej i uprzywilejowania kapitału zagranicznego kosztem polskiej przedsiębiorczości. Perspektywy dla rodzimych firm i rolnictwa są złe. Trzeba to mówić głośno tu i teraz.

Czeka nas skokowy wzrost cen energii oraz kosztów robocizny. Zapowiadana przez rząd polityka dwóch cen energii: niskiej dla gospodarstw domowych i wysokiej dla przedsiębiorstw dowodzi ekonomicznej ignorancji. Jest ona na dłuższą metę nie do utrzymania, gwałtownie pogorszy konkurencyjność przedsiębiorstw, a także stan finansów samorządów.

Stosunkowo szybko wyższe koszty produkcji przerzucone zostaną na ceny produktów i usług czyli na konsumentów. Czeka nas wzrost cen żywności, który echem odbije się w postaci kolejnych roszczeń płacowych. Dodatkowym czynnikiem negatywnym będzie spowolnienie koniunktury na świecie i zaostrzająca się konkurencja. Utrudni to, a może nawet ograniczy eksport produktów polskich firm.

Sytuację komplikuje fakt, że w 2019 i 2020 roku mamy kolejne wybory. Rządzący w myśl rzymskiej zasady „chleba i igrzysk” starają się przypodobać wyborcom. A ja nie mogę oprzeć się, by nie przypomnieć, że Bill Clinton w swej kampanii wyborczej rzucił hasło „Po pierwsze gospodarka głupcze”… i wygrał. Obawiam się, że w wydaniu polskich polityków zabrzmi ono inaczej – „Po pierwsze kiełbasa wyborcza głupcze”. A wynik wyborów…?

Dariusz Maciej Grabowski 

Comments

  1. nanna says:

    Nie mnie chwalić czy ganić wypowiedzi Prawdziwych Fachowców, jednak jako prosta, wiejska kobieta też mam od czasu do czasu coś do powiedzenia.
    Bo a nuż? – ktoś z moich wywodów wyniesie dla siebie jakąś korzyść?

    Mam podstawy, by tak myśleć.

    Kiedyś, tak z trzydzieści lat temu, idąc chodnikiem, zaczepiona zostałam słownie w sposób miły przez pana równolegle jadącego czerwonym kabrioletem full wypas. Na oko biorąc, bo ja w większości poruszając się per pedesem nie mam do dziś rozeznania, co i ile jest wypasione tak naprawdę. No więc ten pan miło i radośnie mnie powitał, zapraszał do wozu, a gdy nie chciałam skorzystać nie mogąc na szybko skojarzyć tych awansów, przypomniał mi on, że ileś tam lat wstecz, gdy rozmawialiśmy i on był poważnie zdołowany, a działo się to na obczyźnie, ja mu udzieliłam paru wskazówek, dałam parę rad oraz namiary na osoby, które mogły być mu pomocne i… człowiek stanął na nogi!

    Mówił on, że szukał mnie żeby się odwdzięczyć i teraz chce koniecznie zaprosić mnie choć na przysłowiową kawę. Akurat sytuacja to wykluczała, bo miałam poważne sprawy pilnie do załatwiania, więc z naszej pogawędki nic nie wyszło. Nie chciałam też umawiać się by podtrzymywać znajomość, jako że nie jest dobrze znajdować się w sytuacji osoby, której inni są coś tam wdzięczni. Jest to trudne towarzyskie powiązanie i ja takich unikam. Podkreślam, że ja na obczyźnie byłam nikim tak samo, jak dziś ma to miejsce, co nie wyklucza, że jednak wiele osób mogłam podeprzeć w chwilach zachwiania życiowego.

    Każdy to może zrobić, ale nie każdy o tym wie. Zasada jest w sumie prosta: daje się to, co można dać i nie bawi się w żale nad tym, co dać by się chciało a czego dać nie można w żaden sposób – bo to jest zwykłe oszustwo. Masz chleb i widzisz głodnego – daj mu część. Widzisz gołego i masz nadmiar ubrań – odziej go. Widzisz zmęczonego a sam jesteś wypoczęty, weź na siebie część prac by ulżyć bliźniemu itd. itd.

    Jest to coś w rodzaju „wielkiej siły małych liczb” i przynosi doraźne, ogromne korzyści nawet dla obu stron, jako że satysfakcja z własnego człowieczeństwa jest nie do przecenienia.
    Trochę tych wyjaśnień dużo, ale może coś stało się jasne, przynajmniej częściowo.
    No dobrze.
    To, czy mi się podoba, co napisał Prawdziwy Fachowiec nie gra roli. Ale mogę napisać i to szczerze, że mi się podobało, choć mam inne zdanie na wiele kwestii.

    „Polska najbardziej wyzyskiwanym krajem unii europejskiej”

    = = widać Polacy mają potencjał umożliwiający takie wyzyskiwanie. Szkapy ledwo zipiącej nikt, nawet najgłupszy, nie próbuje dosiadać.
    Więc teraz tylko, gdyby udało się Polakom osiągnąć stan świadomości adekwatny do stopnia pracowitości, to może by dało się coś zmienić. Inna sprawa że to, co by ze sobą to mogło przynieść wcale nie byłoby wolne od nowych problemów, tym niemniej tych „starych” wówczas byśmy nie mieli.

    „Postawmy diagnozę, sprawdźmy czy zastosowano właściwą terapię.
    Za główny, niezmienny problem polskiej gospodarki uważam podział wytworzonej nadwyżki ekonomicznej.”

    = = co to jest ta „nadwyżka” biorąc na chłopski, a może też i na babski rozum? Co to są za pieniądze, skąd się biorą, kto je ma i gdzie one znikają bądź też zostają zużyte?

    Jeżeli przedsiębiorca ma firmę, samochód firmowy (biorę przykładowo, z grubsza) oraz prywatny, dorobił się domu na własnej działce, w tym domu ma zmywarkę do naczyń, lodówkę, zamrażarkę, samobieżny odkurzacz, kanapy w skórze i telewizor najnowszy, to czy mu się to należy? Czy jest to wynikiem pracy jego rąk? Wiadomo, że posiadając dużo dóbr wszelakich konieczne jest najpierw posiadanie dużej ilości środków na zakup i potem utrzymanie owych. Więc by taki „standard życia” utrzymać musi być na bieżąco na to kasa. Inaczej nie ma, prawda? Czyli życie takiego przedsiębiorcy jest podporządkowane zdobywaniu pieniędzy na utrzymanie tego materialnego dorobku.

    Skąd miałaby się brać na to kasa?

    A co z pracownikami tego przedsiębiorcy?
    Czy z racji niższej pozycji zawodowej powinni mieć oni gorszy samochód, tylko prywatny? I tylko mieszkanie w bloku, może wynajmowane? – kupioną od kogoś używaną zmywarkę do naczyń, lodówkę – na kredyt wziętą – z zamrażarką niewielką, a odkurzacz obsługiwany ręcznie?
    Przecież jest jasne, że pracodawcę stać na o wiele więcej niż pracownika. Od tego jest on pracodawcą i od tego ma on tego pracownika.

    Czy jest to jakaś niesprawiedliwość?
    Przecież patrząc na to w takich kategoriach to życie jest jedną, wielką niesprawiedliwością: są mądrzy i są głupcy, są młodzi i są starzy, są ładni i są brzydcy no i są bogaci oraz są biedni.

    Ale przecież dokładnie to stanowi ową istotę życia czyniącą nasze życie życia wartym!

    W człowieku musi być inwencja, musi być siła działania, muszą być dążenia – ale i musi być możliwość realizacji, choćby częściowej, owych dążeń i zamierzeń.
    Wówczas przecież człowiek się rozwija. Fizycznie, duchowo, mentalnie. Inaczej nie ma.
    Dostarczenie człowiekowi wszystkiego na srebrnej tacy spowodowało by totalne zidiocenie człowieka.
    Na ileś więc człowiek musi się dostosować do środowiska, a na ileś tam musi mieć możliwość na to środowisko wpływać.
    Są więc siłą rzeczy i korzyści z dostosowywania się, ale i są korzyści z wpływania na to środowisko.
    Od czego to więc zależy?
    Od człowieka, od jego jakości, od jego samokontroli, uczciwości, zdolności i tysięcy innych cech, zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Przy czym te pozytywne środowisko powinno wspierać by człowiek mógł je rozwijać, a te negatywne sam człowiek powinien w sobie eliminować choćby na zasadzie „nie rób drugiemu co tobie nie miłe”.

    Problemem są więc niewłaściwi ludzie na niewłaściwych stanowiskach/miejscach.
    Skąd wiedzieć już na wstępie, kto właściwy a kto nie?
    No więc musi być system kontroli połączony z systemem samokontroli, stosowanym przez ludzi dobrowolnie.
    Widać więc po tym, że sam w sobie nasz kochany świat jest urządzony doskonale, a jedynym czynnikiem zakłócającym jest człowiek, który z mózgu zrobił narzędzie do niszczenia, rabowania i zniewalania.

    Nie jest możliwe zmienić to odgórnie, było wiele takich prób – na przykład w Polsce Ludowej, ale mamuśka kierowana fałszywą troska o synalka czy córuńkę wciskała swoją pociechę po kumotersku na jak najlepsze stanowisko, żeby pociecha miała dużą kasę ale nie musiała się napracować, a czy się nadaje było bez znaczenia.

    Ten elementarny brak uczciwości spowodował zdeformowanie struktur społecznych i cierpimy z tego powodu także i dziś.
    Lat na to trzeba, żeby wypracowało i doszło do jakiejś równowagi.
    Dlatego dziedziczenie czy to majątku – nadmiernego! – czy to posady bądź pozycji społecznej dającej przywileje jest dla każdego społeczeństwa zgubne, ponieważ umożliwia a nawet wspiera różne nadużycia.

    Nie można dziedziczyć mądrości i Bóg wiedział, dlaczego.
    Człowiek dziedziczy pewne cechy, które w wyniku wychowania można rozwinąć, ale jak wiemy, aż tak to nie jest pewne, że są to cechy pozytywne i taki beniaminek pozbawiony konieczności samokontroli nie potrafi wyznaczyć sobie granic i się deformuje psychicznie. A mając takie możliwości staje się taki społecznym szkodnikiem.
    Posiadanie pieniędzy czy wpływów powinno łączyć się w ludzkiej świadomości z posiadaniem odpowiedzialności za ludzi. Brak tego widzimy dziś, bo jest hołdowanie mamonie i praktykowanie nawet skrajnych form egoizmu podbudowanego bezkarnością.

    Na przedsiębiorcach, posiadających pieniądze oraz wpływy ciąży odpowiedzialność za podległych im ludzi. W sytuacji, gdy biznesmen dba o własne zyski nie bacząc na to, jak żyją jego podwładni bo w razie co będzie mógł obecnych pracowników zastąpić innymi chętnymi do pracy, nie może być u nas dobrze!
    Wszystko w jakiś sposób jest systemem naczyń połączonych i to właśnie jest wspaniałe! Jest to bezpiecznik zabezpieczający ludzkość przed totalnym rozkładem.

    Nawiążę tu do końcowej ilustracji i podpisu:

    „Drodzy politycy. Wyjedźcie czasem z Warszawy, wyjdźcie z tych limuzyn i opuśćcie drogie restauracje.”

    = = ja dziś zjem kaszę gryczaną nie paloną i do tego dam masełko oraz jajko, a na wierzchu posypię to nacią rzodkiewki, której mróz nie zwarzył.
    Czy istnienie drogich restauracji i limuzyn stanowi tu problem?
    Czy byłoby dla nas wszystkich dobrze, gdyby nasz rząd jeździł rowerami niechby najnowszej, e-bajkowej (E-Bike) generacji?
    Czy gdyby panowie w sejmie przerzucili się na kaszkę gryczaną z omastą to czy nasz kraj byłby lepiej zarządzany?
    Nie jest możliwe uniknięcie pewnego „luksusu” gdy ma się dostęp do władzy.

    Ponoć Nehru ganił Gandhiego, że byłoby łatwiej, gdyby Gandhi żył bogato bo utrzymanie Gandhiego jako biedaka kosztuje majątek.

    Gdzieś „dorobek” i „standard” danego narodu musi być przecież pokazany.
    Całkiem niedawno krytykowali Erdogana za to, że „kazał zbudować pałac”. No, kazał. Ale czy to źle? Gdzie mogli by się wykazać swoimi umiejętnościami wspaniali fachowcy od budownictwa? Gdzie sztukaterzy? Gdzie rzeźbiarze, posadzkarze i producenci żyrandoli? Czy budując skromne kurne chaty mogli by się zawodowo zrealizować? No przecież nie!
    Więc jakiś „luksus” jest jednak konieczny.

    Ja za żadne pieniądze nie chciałabym mieszkać w pałacu i mieć służby. Byłabym od tej służby zależna i każdy by wiedział, kiedy byłam w wucecie, w co się ubieram, czy się pocę i takie tam inne. A także wiedzieli by, co jem, z kim się spotykam i o czym rozmawiam. Horror! Nie posiadając natomiast służby nie byłabym w stanie sama utrzymać pałacu w porządku, bo już samo mycie okien trwało by tygodniami. A parkiety pastować? A fasady naprawiać? A dachy uszczelniać? Przecież nie skakałabym sama po drabinach i rusztowaniach.
    To, co mam jest akurat na moją miarę i więcej doprawdy nie chcę.

    Z drugiej strony mieszkając w takich belwederach można naprawdę zapomnieć, że są ludzie którym z jakiegoś powodu „nie starcza do pierwszego”. Ale tymi przecież obecny rząd chciał się zająć na poważnie.
    Lecz tu raczej należy wziąć pod uwagę ową przysłowiową rybę i wędkę do niej.
    Nie każdy lubi łowić, biedny nie każdy i nie każdy bogatszy. Na siłę te wędki dawać? Co to przyniesie?
    Biorąc tylko biednych pod uwagę, to chodzi o to, czy są oni w stanie oraz skłonni wykorzystać posiadane możliwości. Każdy jakieś możliwości ma, niechby nawet tylko najskromniejsze, ale ma.
    Jeśli więc mielibyśmy do czynienia z ową biedną chałupą, no to wokół niej jest z reguły jakiś pas ziemi. Ziemia jak wiemy, jest Jedyną Żywicielką ludzkości, a nie różnych kolorów magazyny udające super sklepy.

    Jak więc zrobić, żeby ludzie chcieli ten spłachetek ziemi wykorzystać i nie czekać na coś od kogoś, bo „tyle koło domu robić to im się nie opłaca”. Takie jest podejście i jest to podejście zgubne dla takich ludzi. Jak ich przekonać, że warto? Oni nie chcą. Oni chcą żyć jak „przedsiębiorca” choć wiedzą, że nawet gdyby mieli szansę takim przedsiębiorcą się stać, to by nie dali rady, bo nie wiedzą jak i nie chcą tego wiedzieć. Zyski jak przedsiębiorca – to chętnie. Ale praca jak przedsiębiorca – to już nie.

    Problemem jest głównie podejście do życia. Czyli zmarnowanie tego, co udało się w Polsce Ludowej w dużej mierze wypracować: przejęcie za siebie odpowiedzialności. Bo wcale nie jest prawdą, że Polska Ludowa pozbawiała ludzi inwencji, jako że było przeciwnie.
    Ludzie byli już w fazie rozumienia swojej siły sprawczej i dlatego udał się numer z demontażem Polski Socjalnej. Ludzie chcieli być „kapitalistami”, czuli się na siłach coś nowego robić. Ale zostali oszukani, bo byli zbyt uczciwi jak na kapitalistyczne warunki przyniesione nam ze zgniłego i śmierdzącego zachodu.
    Teraz trzeba jakoś ożenić to socjalne z tym kapitalistycznym, ale tu musi być współdziałanie wszystkich ze wszystkimi.
    Więcej rozumu muszą mieć przedsiębiorcy, bo na nich spoczywa większa odpowiedzialność.

    „Zapraszam na polską wieś, do małych miasteczek.
    Zobaczcie, jak wygląda praca a czasem jej brak. Jak wygląda bieda, brak jedzenia, brak środków na jedzenie. Spróbujcie czasem pożyć jak miliony Polaków za 600zł za miesiąc.”

    = = Są rzeczy, które nawet najbiedniejszy człowiek zrobić może i są takie, których nawet najbogatszy nie może zrobić.
    Wiadomo, „byt kształtuje świadomość” i nie jest możliwe przekonanie „ludzi biednych”, że nie muszą mieć w domu brudno. Posprzątać może każdy, jeżeli ma zdrowe ręce i nogi. Ale tu właśnie jest ta „zła świadomość” mówiąca tym ludziom, że jeżeli są biedni, to muszą być brudni i w domu musi być brudno. To jest praca do wykonania, ponieważ „biedny człowiek” wychodząc z brudu mniej czy bardziej o własnych siłach zmieni także swoją świadomość. Sam. I to jest jego główna wygrana.

    Rozumiejąc, że może on coś sam dokonać, że nie we wszystkim musi być zależny od pomocy z zewnątrz, może taki człowiek się rozwinąć do tego stopnia, że stanie się „przedsiębiorcą” we własnym domu czy rodzinie. Rodzina to przecież jak firma! Jeżeli wszyscy członkowie rodziny ze sobą współpracują, to taka rodzina sobie poradzi.

    Gdybym ja na przykład poszła do takich biedaków i powiedziała im, że można szyby w oknach za darmo „umyć pokrzywą”, to oni by mnie pogonili grożąc pobiciem, ponieważ oni chcą myć szyby psikając preparatem z plastykowej butelki. Do żadnych pokrzyw to oni nie będą się zniżać. A ja się zniżam, bo chciałam sprawdzić i to działa. Świeże ziele pokrzywy zawiera substancje kwasowe i zaparzone może być dobrym środkiem do mycia. Albo można i zielem jako takim, lekko pogniecionym, trzymanym przez papier i potem papierem wypolerować. Jednak to wymaga pracy.

    W przypadku „biednych ludzi” sprawa ma się podobnie jak z „pracującymi w domu kobietami”, które za sprzątanie własnego mieszkania chciały otrzymywać pieniądze! Kto i dlaczego miałby im płacić za to, żeby one mogły mieszkać czysto, to już zagadka ich chorych mózgów. Gdy raz zapytałam, czy za wytarcie własnego tyłka też taryfy coś przewidują, to o mało mnie nie zlinczowały wściekłe feministki. Ale do tego doprowadza przeliczanie wszystkiego na pieniądze.

    Widzimy więc, że pieniądze jako takie mogą być wyłącznie środkiem do celu, ale nigdy celem samym w sobie, co praktykują „żydzi” gromadząc kapitał na ogromnej kupce i taki kapitał będąc bezrobotny powoduje zmieszanie w gospodarkach światowych.
    W praktyce raczej chodzi o to, żeby ludzi na siebie naszczuć, żeby były wojny i walki, żeby ludzie nienawidzili się z powodu pieniędzy: ich braku bądź nadmiaru.
    Nie musimy grać w cudzą grę.
    Ja staram się stosować zasadę: nie tańcz, jak ci zagrają, chyba że sam zamawiasz muzykę.

    „Potem idźcie do pierwszego, lepszego urzędu. Stańcie w godzinną kolejkę, żeby załatwić coś w ZUSie, Urzędzie Skarbowym albo żeby zarejestrować samochód. Weźcie do ręki jakiś formularz. Spróbujcie go zrozumieć i wypełnić. Umiecie rozliczyć PITa?”

    = = nasze urzędy zostały przekształcone na wzór urzędów istniejących na zachodzie. Tam teoretycznie można załatwić wszystko, w praktyce zaś – nic. Dokładnie tak, jak to jest teraz u nas.
    Za czasów Polski Ludowej było zupełnie inaczej i załatwić można było wszystko, nawet gdy było to nazywane kumoterstwem, ale że każdy kogoś gdzieś tam znał, załatwić mógł również każdy tzw. sprawy nie do załatwienia, a rączka rączkę myła i całkiem nieźle sobie radziliśmy. Biurokracja pozbawiona cech rodziny to zakała utrudniająca ludziom życie. Tak mamy teraz. Urzędnicy dostali większe uprawnienia niż mieli za czasów socjalizmu, a także dostali większą bezkarność. Tego nie da się zmienić z dnia na dzień. Trzymanie się stołka dającego stałe i pewne dochody jest w dzisiejszych, niepewnych czasach całkowicie zrozumiałe.

    Polacy mogli nalegać, by „unijne formularze” były dla Polaków sformułowane normalnie. Ale nie nalegali i teraz już tego cofnąć się nie da. Ten bezsens się uprawomocnił i nie da się go wyrzucić. Może stopniowo, z czasem.
    Formularze unijne miały mieć formę taką, by można ją było stosować dowolnie, w każdej chwili zinterpretować tak, by mieć bata na delikwenta. I tak jest. Każdy się boi, szczególnie rolnicy, że mogą ich „przyłapać” na czymkolwiek i potem zmusić, by „zwrócili dopłaty” kilka lat wstecz. Nikogo na to nie stać, to każdy siedzi cicho. I chwilowo tak jest lepiej, bo każde gospodarstwo rolne unia może zrujnować w jedną chwilę. Bezkarnie. Bo nawet, gdyby rolnikowi udało się po latach spraw sądowych wygrać proces, to już od dawna nie będzie miał gospodarstwa zmuszony je z braku środków na procesy sprzedać.

    „Idźcie do szpitala, zobaczcie jak wygląda wyleczenie prostego problemu, gdzie na cokolwiek czeka się pół roku.”

    = = W założeniu, powołaniem lekarza było służyć ludziom. Dlatego była „służba zdrowia”. Na pogotowie ratunkowe w Polsce Ludowej mógł przyjść każdy i nikt go nie pytał, czy jest ubezpieczony albo czy ma środki na prywatne leczenie.
    W chwili, gdy lekarz stał się biznesmenem, nastawionym na zarabianie pieniędzy o etyce lekarskiej konieczne było zapomnieć. Są jeszcze tu czy tam lekarze „starej daty” i ci naprawdę chcą choremu pomóc. Ludzie jednak wiedząc, jak to wygląda, powinni postawić na samoleczenie ignorując tych konowałów gdzie się da. Co prawda trudno jest się samemu zoperować albo złożyć złamaną kończynę, ale całą resztą należy się zająć samemu na poważnie, coś jak biedny sprzątaniem własnego domu, by mieć czysto.
    W internecie są tysiące całkiem niezłych porad, które można samemu wykorzystać w domu, choć należy pamiętać, że są czynne obiekty dezinformujące. Ale wystarczy sobie porównać kilka porad by móc samemu wyciągnąć właściwy wniosek.
    Nie jest możliwe zmusić lekarza, by poczuł w sobie powołanie, więc nie ma co walczyć z wiatrakami. Oni sami podetną sobie gałąź, na której siedzą, gdy pacjenci ich zignorują gdzie się da. Pacjent – lekarz to przecież współzależność.

    „Nas nie interesuje jakieś bronienie demokracji, jakieś wolne sądy, kiedy większość z nas nie ma zapewnionego bytu i godnego życia.”

    = = Demokracja rzecz dobra, wolne sądy jeszcze lepsza, ale nie na takich zasadach, jak to mamy dziś.

    „To, że kilka tysięcy oszołomów krzyczy od 2 lat pod sejmem, to nie znaczy, że jest to problem całego kraju.”

    = = wygląda na to, że to są zawodowcy. Jaki jest rząd nie gra roli, bo chodzi o utrzymywanie stałych napięć społecznych. Z tego można ulepić dowolne zadymy, a raz zapalone nie tak łatwo dadzą się ugasić. A potem wymęczeni ludzie zgodzą się na wiele ograniczeń, co widzimy wyraźnie na przykładzie Ukrainy. Nie dawajmy się na to złapać.
    Z podpalania samochodów i rabowania sklepów nikomu nie zrobi się lepiej.

    Jeżeli ktoś chętny, to niech swój udostępni w razie co, ale z reguły za zniszczenie nie ma z ubezpieczenia żadnego odszkodowania.

    Widzimy też we Francji, że choć zarabiają o wiele lepiej niż Polacy i choć u nich paliwo kilka razy tańsze, to dali się wciągnąć w zadymy „żółtych kamizelek”, bo widać zarówno kolorowe rewolucje jak i te kwiatowe już się ludziom opatrzyły i ich nie chcą.
    Podwyżki u nich i tak będą. Nie było sensu do tych podwyżek dokładać niszczenia mienia państwowego, palenia prywatnych samochodów narażając ludzi na straty i robienia ogólnego zamieszania. A chodziło o to, że ussamerykanie chcieli ukarać Macrona za to, że śmiał powiedzieć o konieczności utworzenia europejskiej armii uniezależniającej Europę od ussa i nato.

    U nas jak widać mądrych ludzi nie brakuje.
    To, czego nam brakuje to rozwaga i spokój. Jest za darmo, tylko brać!

Wypowiedz się