Politycy – w skali globalnej to, poza paroma wyjątkami, prawdziwa tragedia współczesnego świata… a politycy polscy, to tragedia do kwadratu!

Nie należy więc dziwić się, że wszystko z czym mamy do czynienia, idzie w złym kierunku, co prędzej, lub później musi doprowadzić do gigantycznego konfliktu globalnego. Niekoniecznie do konfliktu w rodzaju wojny nuklearnej, ale do konfliktu gospodarczego, kulturowego, społecznego, czy nawet religijnego.

Politycy, przywódcy państw – z wyjątkiem kilku, których nazwiska pominę – i ich zachowanie, działanie, kształtowanie biegu wydarzeń, niekiedy przypomina brytyjsko-amerykański serial telewizyjny Muppet Show. Aby o tym przekonać się, wystarczy czytać gazety i oglądać informacyjne programy telewizyjne.

Ja doskonale rozumiem, że rządzenie państwami, narodami, ba, światem, to nie jest zabawa grzecznych dzieci w przedszkolu, ale trudna, skomplikowana „robota” wymagająca wkładu intelektualnego, rozumienia funkcjonowania „materii”, wymagająca wyobraźni „szerokokątnej”, a nawet intuicji.

Nie mówiąc już o tym, że wymagająca doskonałej znajomości wszystkich praw rządzących psychologią i socjologią wielkich grup, poszczególnych ludzi w różnych kulturach, o zróżnicowanym poziomie cywilizacyjnym, zainteresowanych różnymi religiami, egzystujących w różnych warunkach klimatycznych nawet. 

Do tego nie wystarczy ani University od Oxfor, ani Universite de la Sorbonne. Do tego potrzeba czegoś więcej. Potrzeba mądrości, przyrodzonej mądrości i wielkiego potencjału człowieczeństwa. A tego, niestety nie zdobywa się w szkołach. To trzeba po prostu mieć!

Politykom świata, a polskim politykom w szczególności, brakuje tego jak powietrza. Nic więc dziwnego, że współczesny świat wygląda tak, jak wygląda: zróżnicowany, już skonfliktowany, „zestresowany” i nazwijmy rzecz jednoznacznie, ogłupiony totalnie i w coraz gorszej kondycji ogólnoludzkiej.

To rodzi pilną potrzebę pojawienia się wszędzie nowej elity politycznej, wolnej od jakichkolwiek uzależnień takiej, jaka bywała niekiedy w okresach historycznych świata w różnych jego miejscach.

Czy taka elita znajdzie się?

Pewnie tak, tylko nie wiadomo gdzie i kiedy. Pozostaje więc czekać, aż „zadziała” Duch Czasu.

A zadziała, to pewne, tylko jakoś jemu nie spieszy się, na razie. Szkoda!

Zatem dalej Muppet Show! Gigantyczne samoloty, wizyty, uroczystości, wybory, medale i pomniki, rocznice, afery, nominacje i dymisje, budżety i limuzyny, podejrzane partie i kanapowe partyjki „kolesiów”, obłuda i…pogarda dla świata…

…bo po na nas potop? Nie wykluczone.

Jerzy A. Gołębiewski.

___________________

Odpowiedź Cztelnikowi – na pytanie o to, jakie kwalifikacje musi zdobyć polityk?

Odpowiadam:

  1. Nauczyć się czytać ze zrozumieniem,
  2. Przeczytać książkę Ernesta Dimneta pt. Sztuka Myślenia, wydanie Trzaska, Evert i Michalski, 1936,
  3. Przeczytać Torę,
  4. Przeczytać Biblię,
  5. Przeczytać Koran,
  6. Być Człowiekiem.

W takiej właśnie kolejności.

Comments

  1. nanna says:

    „Dzięcioł w drzewo stukał, dziewczę płakało…
    „dzięcioł w drzewo ‘proszę, proszę’ a dziewczynie łzy jak groszek”…

    Nie wiem, dlaczego to dziewczę płakało z powodu dzięcioła, ponieważ ja się cieszę, bo do nas dziś zawitał dzięcioł. Czarno biały, średnio duży. Przyleciał na okno, przy którym mamy wywieszone słoninki dla sikorek. Ale on raczej słoninki ignorował, a za to usiłował zrobić dziobem dziurę w szybie. Nie udało mu się to, bo i jak? Ale nawet w tej chwili jest tam obecny, z tym, że raczej już się do słoninek jakby przekonał.
    Piękny jest!
    Zwinny i szybki.
    W mig odlatuje na pobliski modrzew. Siada od strony, gdzie jest sucha kora, jako że drzewo jest lekko nachylone i deszcz nie moczy całego pnia równomiernie. Trochę mu się ukradkiem poprzyglądałam. Dziobał korę aż leciały wióry. Mołodiec!

    Ta dygresyjka tak sobie, żeby nie oderwać się od piękna dnia codziennego, który co prawda deszczowy i szary, ale jakże ważny dla wszystkiego, co żywe.
    Deszcz jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ gdy jest sucho, to jakość naszej wody, używanej przez nas i do picia, jest niższa. Teraz się wyrównają podziemne zasoby i znowu będzie dobra woda. A durne mieszczuchy niech się martwią, że nie mogą wyjść na spacerek i wygrzewać się w słoneczku. Ja swoje wiem; bez wody, dobrej wody, nie ma życia, a nawet dobrego zdrowia. Więc mżawka czy ulewa, to jednak prezent od Boga dla ludzi i ja go przyjmuję z pokorą.
    Kury chętnie grzebią w błotnistej ziemi. Kaczki zadowolone, bo mogą sobie umyć piórka. Dlaczego ja więc miałabym narzekać, że mokro? Taka pora roku, jak więc ma być inaczej?

    No to teraz może trącę o politykę. Czyli o tekst pana J. A. Gołębiewskiego.
    Generalnie się zgadzam co do sedna, ale jest to jednak takie sedno z dziurą.
    Nie wiemy, w jakim kierunku „wszystko idzie” więc nie możemy wiedzieć również, czy ten kierunek musi być koniecznie zły.
    Jest jaki jest, tyle możemy mieć pewności w tej materii.
    Bez udziału ludzi, wszystkich ludzi, żaden globalny konflikt nie byłby nigdy możliwy. Czy będzie on nuklearny czy tylko walka na buzdygany, nie ma znaczenia dla osób, które w tej walce stracą życie.
    One i tak w momencie odejścia nie będą już z niczym związane, a więc wszelkie problemy będą miały owe trupy całkowicie z głowy.
    Problemy będą mieli ci, co to przeżyją. No i dobrze. Każdy problem to szansa na rozwój, czegokolwiek by on nie dotyczył.

    Jak wiemy, tak zwana gospodarka może mieć różnorakie formy. Albo jest wypracowane dobro dzielone w miarę uczciwie, albo nie. I to jest zasadniczy szkopuł.
    A czy nazwie się to tak, czy inaczej, co to ma za znaczenie, jeżeli jeden ma za dużo i bierze na przeczyszczenie, a drugi liczy żebra i nie musi wciągać nieobecnego u niego brzucha?
    Więc gospodarka to jedynie sposób, w jaki ludzie się zaaranżowali wzajemnie.

    No to teraz weźmy tak zwana kulturę. Co to jest takiego? Czy dłubanie w nosie przy stole w licznym towarzystwie to brak kultury? Albo puszczanie wiatrów jak robią to ponoć bawarczycy unosząc zgrabnie jeden półdupek pochylając się jednocześnie w lewo albo w prawo? Co to jest ta kultura? I dlaczego miała by być jakaś sztywna jej forma? Może więc chodzi w tej kulturze raczej o to, żebyśmy byli w stanie przyjąć pewne formy zachowania tak, żeby niekoniecznie deptać bliźniemu po bolesnych odciskach?

    Za kulturę ja bym nie uważała w żadnym razie malarstwa, muzyk wszelakich ani tak zwanej rzeźby – od czasów, gdy dopuszczono dowolność gwałcącą wszelkie poczucie piękna i smaku, czyli harmonię. Taka kultura służy raczej do powodowania zaburzeń percepcji i pracy intensywnej nad tak zwanym dobrym wychowaniem otrzymanym w dzieciństwie, które hamuje odruchy naturalne by pierdyknąć czymkolwiek w takie dzieła sztuki czy muzycznych wykonawców rujnujących nam słuch kakofonią i wulgaryzmami.
    Osobiście nie mam ambicji, by ktokolwiek uważał mnie za osobę kulturalną, ponieważ w czasach obecnych kultura – osobista, wrodzona czy nabyta – to raczej kula u nogi niż jakiś przywilej pozwalający na piękniejsze życie. Mnie wystarczy, że mam swobodę wypowiedzi, a o kulturze co prawda słyszałam, ale nie widzę pola do jej zastosowania dziś.
    Używanie nieadekwatnych środków to strata czasu, a ja uważam swój czas za niezwykle cenny.

    A to ci drań, ten dzięcioł! Znowu obrabia nam szybę. A ma przecież do dyspozycji całkiem spore kawałki słoninki. Cóż… Las łotry wykarczowały, to i dzięcioł ma prawo odreagować swoje frustracje w sposób mu dostępny. Piękny on jest! a w razie co to szybę weźmiemy ze starego, wymontowanego niegdyś okna.

    No to teraz zahaczę o społeczeństwo. Bo co to może być takiego, to społeczeństwo? Każdy jest indywidualny w takiej zbiorowości, a każda próba ujednolicania kończy się totalną porażką w postaci różnych rewolucji, czyli rujnowania tego, co jest i potem budowania z mozołem tego, co zrujnowane by udawać, że to jednak coś innego.
    Ale akurat tak jest dobrze.
    Człowiek nie przychodzi na ten świat by mieć duży dom i kasę, lecz rodzi się, by rozwijać się duchowo.

    No proszę, i tu mogę lekko przejść do elementu religii, o jakiej wspomniał Autor.
    Co to jest ta religia? Kto to wymyśla, po co i dla kogo?
    A no, religia to coś, co potrzebne jest człowiekowi, by nie stracić orientacji w tak zwanym życiu doczesnym. Co to jest ta orientacja? A no, odróżnianie, co jest dobre a co złe i zrozumienie, że zarówno złe jak i dobre powoduje konsekwencje po zastosowaniu owychż.
    Ze złego mają obowiązek wynikać złe sprawy.
    Z dobrego powinno wynikać dobre.
    Czy zawsze tak jest?
    Moim zdaniem: tak!
    Ale mózgi ludzkie, wytresowane na relatywizowanie wszystkiego, wcale nie chcą jednoznacznych reguł. Więc wymyślono odcienie szarości i wygrywa ten, kto potrafi te szarości skuteczniej zastosować w trybie maskującym.
    Na przykład tacy adwokaci. Morderca to też człowiek i co tam denat! Jemu już nic nie pomoże, bo nieboszczyk. Więc taki prawnik zajmuje się ratowaniem mordercy chcąc mu za odpowiednią kasę zapewnić możliwie szerokie spektrum niekaralności za przestępstwo i tylko tu, gdzie się sędzia uprze, zgodzić się na karę dla takiego bandyty.
    I to jest zgodne ze współczesnym trybem rozumowania człowieka przyuczonego do napadania na słabszych lub nie mogących się bronić samodzielnie – vide: denat – by uznać przewagę kreatur pozbawionych skrupułów ale za to posiadających gotówkę.

    Coś jak u Wiecha. Gdy na rozprawie sądowej, w której sądzony był morderca własnych rodziców, panu mecenasowi zaczynało brakować argumentów, oskarżony krzyknął do niego:
    BIJ PAN NA TO, ŻE JA SIEROTA!

    Taki sposób rozumowania pasuje współczesnemu człowiekowi i temu podporządkował się on bez szemrania. Wzajemnie się tratując każdy chce być na wierzchu, a wszelkie próby uregulowania tzw. życia społecznego skazane są już na wstępie na porażkę; biedny to ma obowiązek być ten inny, nie ja – to jest dewiza człowieka nowoczesnego.

    Nie ma sposobu naprawienia tego, jako że każdy albo naprawi się sam, albo kolektywnie pójdziemy na dno. I idziemy, jak widać. Każda próba wyprowadzenia ludzkości z problemów „po dobremu” jest klęską naprawiaczy, osób życzących ludziom dobrze, ponieważ cała reszta koniecznie chce osiągnąć „swoje” wspinając się nawet po karku takiego naiwniaka wierzącego w dobro w człowieku.

    Oczywiście, wiecznie tak trwać nie będzie i prędzej czy później się naprawi mniej lub bardziej samodzielnie, o ile przedtem nie skończy się zejściem ludzkości ze sceny życia w sposób definitywny.
    W sumie nie ma się czym aż tak bardzo przejmować.

    Nasz dzięcioł trwa na stanowisku, a że jego walenie dziobem stało się takie bardziej „głuche”, oznaczać to może, że zajął się on robieniem dziupli w ramie okiennej – nasze są drewniane. I tak drania lubię, bo wokół coraz bardziej pusto, coraz mniej życia opierzonego i innego. Niech więc dziobie, jak tak lubi. Co mi tam…

    Czyli ta religia, każda z założenia, ma wyprowadzić ludzi na prostą, ale macherzy cięci na władzę z tej prostej robią krzywą i wygiętą, więc nie dziwota, że i wierni tacy pokrzywieni i pogięci.
    Gdyby oprócz wiary w „kapłana” praktykowali także wiarę we własny rozum dany im przez samego Boga Wszechmogącego, wielu problemów można by uniknąć. A i żyć byłoby prościej.
    Niby Bóg dla każdego istnieje tylko jeden, dlaczego więc w religiach można przebierać jak w ulęgałkach?
    A czy ktoś wie, co to są te ulęgałki?
    Ja wiem.
    Niegdyś, przeważnie na miedzach oddzielających działki rolnicze od siebie, rosły grusze, dzikie grusze. Jakiś tam ptaszek, kiedyś tam, zjadł gdzieś nasionko gruszy dziobiąc owoc i potem poleciał sobie gdzieś, robiąc po drodze ptasią kupkę. Nasionko, opakowane w naturalny nawóz ptasi, padając na miedzę – która jak wiemy nie była orana w przeciwieństwie do pola – mogło kiełkować i wyrosnąć na piękne, duże drzewo.

    Widać grusze łatwiej się tak mogły rozpowszechniać niż np. jabłonki, dlatego na tych miedzach rosły z reguły grusze (dziś już nieobecne, bo „chłop żywemu nie przepuści” i wyrąbie wszystko, co mu „przeszkadza”.).
    Miały one przeważnie niewielkie owoce, coś jak większe śliwki, może renklody. Gruszki te były w smaku cierpkie, w konsystencji wręcz kamienne, czyli nie do jedzenia. Ale kto wiedział, ten mógł sobie pojeść i to smacznie. Gruszki te baby wiejskie czy też dzieciarnia, zbierały do słomianych koszów, takich wielkości i kształtu tornistra szkolnego. Na warstwę gruszek dawano nieco słomy, znowu gruszki i znowu słoma, aż było pełno. I tak się to zostawiało na jakiś czas sprawdzając, czy się już ulęgły. A gdy się ulęgły, miąższ takich gruszek był lekko galaretowaty, soczysty, brązowy i słodki, niczym mód!
    Pychotka!
    Niebo w gębie!
    Ale doświadczony zjadacz takich ulęgłych gruszek wiedział, że maksymalnie kilka zjeść można, bo potem to już groziło rewolucją gastryczną z poważnymi wybuchami gazów nie do powstrzymania.
    Więc te ulęgłe gruszki miały wbudowaną barierę zaporową nawet dla największych łakomczuchów.

    Widzę, że jestem już na trzeciej stronie. Pora się streścić.
    Co tam więc będę się zajmować jakąś polityką, która tak naprawdę nie istnieje w oderwaniu od tej całej, ludzkiej masy, gdy życie w swej esencji słodkie jak ulęgałka, przedsiębiorcze niczym nasz dzięcioł wciąż na oknie aktywny i piękny jak zimowa mżawka, dobra nie tylko na cerę osób także podstarzałych, ale i dla przyrody zbawienna?

    Do Siego!
    I do każdego następnego! Kto chce i może, dożyje. A kto nie, to już wola Boża i wcale nie gorzej.

    Szczęścia!
    Pomyślności!
    I zdolności smakowania dnia każdego z estymą tego godną.
    I oby się nam..!

Wypowiedz się