Nasz DROGI rząd. Wszystko drożeje

Miała być dobra zmiana. Jest – droga zmiana. Ceny produktów i usług konsumpcyjnych gwałtownie rosną, a w portfelach mamy realnie mniej pieniędzy.

Dziś przeciętna rodzina musi miesięcznie wydać na opłaty i rachunki 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu to było 976 zł. Zapowiedź podwyżek cen prądu o 30 proc. dla gospodarstw domowych od przyszłego roku – brzmi jak zapowiedź taniego horroru. Tyle, że dzieje się to naprawdę i uderzy po kieszeni wszystkich Polaków, zwłaszcza tych najuboższych.

Właśnie do Urzędu Regulacji Energetyki trafiły wnioski największych firm energetycznych o podwyżki cen energii elektrycznej. Opłaty za prąd miałaby być wyższe już od stycznia 2019. Zapowiadany wzrost może wynieść nawet o 30 procent.

Rząd idzie pod prąd

Jeżeli drożeje energia elektryczna, to z automatu wzrastają ceny produktów i usług. To prawdziwy dramat dla całej polskiej gospodarki, a zwłaszcza polskich rodzin. Gdy liczy się każdą wydaną złotówkę, taka podwyżka cen energii to prawdziwa katastrofa.

Rząd PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że tak niepopularna decyzja w roku podwójnych wyborów: do Sejmu i Senatu oraz do Parlamentu Europejskiego prowadzi do przegranej z kretesem. Dlatego minister Krzysztof Tchórzewski naprędce zapowiedział już rekompensaty dla wszystkich gospodarstw domowych z tytułu podwyżek cen prądu.

Początkowo planowano objęcie rekompensatami tylko te mniej zamożne gospodarstwa, przyznał Tchórzewski. – Jednak koszt administracyjny określenia tej grupy odbiorców okazał się na tyle wysoki, że z tego pomysłu zrezygnowano.  Dla odbiorcy niewiele się zmieni, a rozliczeniem mają się zająć sami dostawcy energii. Rachunek się nie zmieni, odbiorca dostanie taki sam rachunek, zapłaci tyle samo – tłumaczy minister i zapowiada, że powstanie specjalny fundusz, z którego rozliczane będą rekompensaty.

Nie ma się z czego cieszyć, bo to tylko zwykły wybieg socjotechniczny i przełożenie z jednej kieszeni do drugiej.  Rząd nie ma swoich pieniędzy. Jeżeli nawet nam dopłaci to z naszych pieniędzy przeznaczonych na inne cele bądź uzyskane z nałożonych podatków. Co istotne, na razie nie ma uwarunkowań prawnych, stosownych przepisów, by rekompensaty wdrożyć, a ministerialne słowne deklaracje na razie nie stały się ciałem.

Jedno nie ulega wątpliwości, jeżeli firmy więcej zapłacą za energię elektryczną, to poniesione koszty wliczą w cenę towarów i usług. Czy w tej sytuacji rząd także pospieszy nam z rekompensatami. Nie liczmy na to. Raczej odtrąbi sukces o większych wpływach z VAT-u, a one powinny być większe, gdyż wszystko będzie droższe.

Rozwój odnawialnych źródeł energii w kraju byłby skutecznym remedium na wysokie ceny prądu. – Dzisiaj już wiemy, że podwyżki cen dotyczące odbiorców indywidualnych mogą sięgnąć 20-30 proc., natomiast z wiedzy, jaką mają samorządy dzisiaj, podwyżki cen w samorządach mogą sięgnąć 60-70 proc., to również odbije się na kieszeni zwykłych obywateli Polski. Nie byłoby takich wzrostów cen energii, gdyby nie wstrzymanie reformy OZE, która miała obowiązywać od początku 2016 roku – przypomina poseł PSL Urszula Pasławska.

– Odbyło się pierwsze czytanie zgłoszonego przez PSL projektu ustawy, który zakłada obniżenie podatku VAT na urządzenia i montaż urządzeń do produkcji energii odnawialnej dla prosumentów, dla obywateli. Powiedziałem z trybuny wprost, że państwo powinno te urządzenia za darmo dawać obywatelom za przysłowiową złotówkę, po to, żeby (…) nie palili w piecach, nie kopcili, i żeby nie było od tego smogu. Przecież dzisiaj jest taka możliwość, że każdy może sobie sam prąd produkować, czy nawet ogrzewać wodę, ale za zamontowanie takiego urządzenia jest 20 proc. podatku – podkreśla poseł ludowców Mieczysław Kasprzak.

Bieda wygląda z portfela

 Luz w portfelu to nie powód do satysfakcji. A niestety, koszty życia w Polsce dramatycznie rosną. Jak wynika z drugiej edycji raportu „Portfel statystycznego Polaka” Krajowego Rejestru Długów opracowanego na podstawie badań Kantar Millward Brown 7 na 10 Polaków uważa, że koszty życia w Polsce są wysokie lub bardzo wysokie. Według deklaracji kwoty comiesięcznych rachunków, w porównaniu do badania z 2015 roku, wzrosły aż
o 61 proc.!

Szczególnie niepokoi, że co miesiąc statystyczne gospodarstwo domowe ma do zapłaty zobowiązania na kwotę 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł. Jedynie 4 proc. rodaków uważa, że w Polsce żyje się tanio. Aż  65 proc. mężczyzn uznaje koszty życia w Polsce za wysokie lub bardzo wysokie, wśród kobiet jest to aż 77 proc.. Najdotkliwiej wysokość comiesięcznych opłat odczuwają osoby z wykształceniem podstawowym – 82 proc. oraz emeryci i renciści – 80 proc.

– Koszty życia w Polsce są wysokie i jeśli comiesięczne opłaty nie są dokonywane w sposób regularny, a nowe zobowiązania zaciągane mało rozsądnie, może doprowadzić to do pojawienia się zadłużenia i to niemałego. Przykładowo średnie miesięczne opłaty z tytułu czynszu za mieszkanie to 514 zł, a średnie zadłużenie w KRD z tytułu niepłaconego czynszu to już… 12 093 zł –  zaznacza Adam Łącki prezes Krajowego Rejestru Długów.

Według deklaracji respondentów, wszystkie opłaty, jakich dokonują co miesiąc, wzrosły w przeciągu trzech ostatnich lat. Począwszy od 20% wzrostu w przypadku opłat za telewizję kablową, do nawet 188% dla opłat za energię cieplną.

Polacy odczuwają na swoich portfelach, że dzisiaj o wiele więcej płacą za media. Rachunki za gaz, w ich odczuciu, wzrosły o 73%. Podobnie zresztą z rachunkami za prąd (wzrost o 65%), wodę (wzrost o 56%), czy telefon (wzrost o 24%).

Typowe gospodarstwo domowe musi uiścić miesięcznie 1572 zł opłat z tytułu 9 rachunków, ale gdyby wziąć pod uwagę wszystkie możliwe zobowiązania, w tym również największe, jakim jest rata kredytu hipotecznego, którą opłaca już 19% respondentów, to koszty te mogą sięgnąć 4663 zł.

Szczególnie poszkodowaną grupą są seniorzy. Emerytury nie nadążają za cenami. I dziś za średnią emeryturę w wielu przypadkach można kupić mniej niż 15 lat temu.

Przerażające ceny

 Rząd PiS miał nie podnosić dotychczasowych podatków i nie wprowadzać nowych. Stało się inaczej, choć zamiast źle kojarzącego się słowa „podatek” używa się wytrychów słownych dla przykładu: danina solidarnościowa, opłata wodna i recyklingowa, czy środki ściągane od kierowców. Rośnie zatem fiskalizm i koszty pracy.

Niestety, ukryte podatki wprowadzane przez rząd wpływają na galopujący wzrost cen, który uderza nie tylko w koncerny i przedsiębiorstwa, ale przede wszystkim w każdego w konsumenta, w każdego z nas. Wzrost kosztów produkcji zmusił producentów do odzyskania części ponoszonych kosztów. Czasami zaś do sztuczek marketingowych. Gdy np. znane nam opakowanie z towarem kosztuje tyle samo, co wcześniej, jednak jest o 20 proc. mniejsze.

Wzrost cen na podstawowe, najczęściej produkty żywnościowe może przyprawić o chroniczny ból głowy.

W ciągu trzech lat rządów PiS cena kostki masła wzrosła o 98 proc. z 3,20 zł do 6,35 zł. 10 jaj kurzych o 89 proc. z 3,37 zł do 6,36. Cena bułki kajzerki o 73 proc. z 0,22 zł do 0,38 zł. A to przecież żywność stanowi największą grupę wydatków w wielu rodzinnych, a zwłaszcza w emeryckich budżetach.

Przerażający wzrost cen nastąpił też w ciągu jednego tylko roku. I tak ceny jaj wzrosły  o 45 proc. Chleba – o 10 proc. Ziemniaków – o 40 proc. Kiełbasy – o 18 proc. Papieru toaletowego – o 67 proc. Benzyny Pb95 za 1 litr – 18 proc. Oleju napędowego za litr – o 16 proc. Obecnie na zatankowanie 40-litrowego baku benzyną potrzeba 25 zł więcej niż przed rokiem. Jeśli ktoś ma silnik diesla, to przy oleju napędowym podwyżka ta, rok do roku, wyniosła aż 35 zł.

W ciągu ostatnich kilku lat dramatycznie poszybowały rachunki – o 60 proc. Chodzi m. in. o takie wydatki gospodarstwa domowego jak koszty rachunków za prąd, wodę, śmieci, telefon, telewizję, ogrzewanie i czynsz. W górę poszły też ceny mieszkań. W ciągu trzech lat średnia cena metra kwadratowego mieszkania na rynku pierwotnym wzrosła z 6300 zł za metr do blisko 7000 zł za metr w dużych miastach.

2019 r. – różowo nie będzie

W 2019 r. musimy się nastawić na czarną serię rosnących cen. Zdrożeje m. in. paliwo, gaz prąd, żywność, woda.

Z obwieszczenia Ministra Finansów z 25 lipca 2018 r. wynika, że od 1 stycznia 2019 stawki podatków i opłat lokalnych idą w górę. Będą obowiązywać nowe stawki maksymalne podatku od nieruchomości, podatku od środków transportowych oraz opłat lokalnych, tj. opłaty: targowej, miejscowej, uzdrowiskowej, od posiadania psów oraz reklamowej. A zatem będą wyższe w porównaniu z 2018 rokiem o 1,6%, czyli o wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w I półroczu 2018 r. w stosunku do I półrocza 2017 r.

W przyszłym roku za paliwo kierowcy będą musieli zapłacić więcej o około 10 groszy wraz z podatkiem VAT. Będzie to efekt wprowadzenia opłaty emisyjnej. Zebrane środki z podwyżek cen paliwa mają zostać przeznaczone na poprawę jakości powietrza oraz rozwój elektromobilności. Opłata naliczana będzie w wysokości 80 zł od każdego tysiąca litrów benzyny i oleju napędowego. To może oznaczać, że za litr paliwa zapłacimy 8 gr. netto, czyli 10 zł z VAT więcej.

Oprócz horrendalnych cen za prąd do rachunków odbiorców energii ma wrócić w przyszłym roku opłata OZE. W 2018 r., ze względu na znaczną nadwyżkę z 2017 r., opłata ta wynosiła 0 zł. W przyszłym roku, nadwyżki już nie będzie, a odbiorcy znów będą musieli wysupłać kilka dodatkowych złotych do zapłaty.

Od sierpnia 2018 r. więcej płacimy za gaz (dla gospodarstw domowych miesięcznie ok. 3,6 proc. więcej). osoby używające gaz tylko w kuchenkach płacą od sierpnia średnio o 57 groszy więcej, Odbiorcy gazu zużywający go także na potrzeby podgrzewania wody płacą o ok. 3 zł więcej miesięcznie, a ogrzewający mieszkania – o ok. 11 zł. Ceny gazu na świecie rosną. Musimy zatem liczyć się z wyższymi taryfami w Polsce w 2019 r.

Więcej zapłacimy za wodę. Nowy regulator cen wody zacznie działać 1 stycznia 2019 r. Ministerstwo Środowiska mówi o podwyżce taryf za wodę i ścieki w wysokości, ok. 30 zł dla czteroosobowej rodziny, która nastąpi od 2019 roku. Będzie to podwyżka z tytułu wzrostu stawek zmiennych za pobór wód dla zbiorowego zaopatrzenia w wodę i zbiorowego odprowadzania ścieków.

Eksperci ostrzegają, że tegoroczna kapryśna aura, a zwłaszcza susza rzutowały na plony. A to z kolei wpłynie na wzrost cen żywności. Tylko patrzeć jak skoczą w górę ceny chleba i masła.

Drożej zapłacimy za kurczaka. Polska wprawdzie jest liderem w produkcji mięsa drobiowego w Unii Europejskiej, jednak wyższe cen pasz przełożą się na ceny kuraków.

Nie liczmy, że potanieje wieprzowina. Rząd nie ma skutecznego pomysłu na walkę z ASF, a w wielu regionach kraju wybijane są całe stada świń. Oznacza to, że wieprzowina będzie droższa. A jeżeli tak się nie stanie, to znaczy, iż zaserwowano nam zachodni chłam z gigantycznych tuczarni często  leżakujący w chłodniach tyle ile dobry koniak. 

Politycy mają tendencję do zrzucania własnej odpowiedzialności za wzrost cen na inne uwarunkowania. W ocenie rządzących planowane podwyżki są spowodowane wieloma czynnikami makroekonomicznymi, takimi jak: sytuacja geopolityczna, rosnące pensje susze i słabsze zbiory, nowe regulacje prawne i obciążenia podatkowe.

Tak naprawdę wszystko sprowadza się jednak do złej, albo dobrej polityki. Od sprawujących władzę mamy prawo nie tylko oczekiwać, ale i żądać, by działali w interesie i dla dobra wszystkich mieszkańców Polski. Nasz DROGI rząd – chcielibyśmy mówić z sympatii, niestety mówimy o nim tak ze względu na powszechną drożyznę.

 Robert Matejuk

[ Ilustracje zamieściła Redakcja KIP]

Comments

  1. marcin says:

    O tym ludzie już pisali, także po polsku. Matrix oferuje statystyki, tylko że sporo z nich jest sfałszowane, można powiedzieć że systemowo. Wskaźnik inflacji jest bardzo ważny w statystyce publicznej i na pewno jest on fałszowany. Mowa o tym chociażby tutaj: (https://zygumntbalas.neon24.pl/post/134387,dane-o-pkb-czyli-alicja-w-krainie-czarow-16-10-2016, https://zygumntbalas.neon24.pl/post/134514,stopa-bezrobocia-czyli-znowu-w-krainie-czarow-22-10-2016).

    W Stanach Zjednoczonych są firmy, które liczą inflację bardziej prawdziwą niż rządowa. Wszystko oczywiście zależy od założeń, a te można zmieniać płynnie. Założenia przyjmowane przez amerykańskich statystyków były inne w 1980-tych latach, a inne w 1990-tych. Efektem jest inny wskaźnik inflacji.

    http://www.shadowstats.com/imgs/sgs-cpi.gif

    http://www.shadowstats.com/imgs/charts/alt-cpi-home2.gif

    • Klub Inteligencji Polskiej says:

      To prawda, że wskaźnik inflacji jest permanentnie fałszowany ( faktyczna inflacja waha się w granicach 5-8 procent), ale także wiele innych wskaźników:
      Po pierwsze – standardowy wskaźnik przeciętnych wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw jest wielkim kłamstwem statystycznym, ponieważ dotyczy osób w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 10 osób w stałej umowie o pracę, więc dotyczy to około 40-50procent zatrudnionych, nie licząc bezrobotnych, którzy też z czegoś muszą żyć.
      Po drugie – ponad osiemdziesiąt procent pracujących, posiada dochody niższe od średniej krajowej: czy dotyczy to wynagrodzeń, czy z dochodów z PIT-ów, których średnia jest znacznie niższa.
      Po trzecie – KŁAMSTWEM JEST METODYKA LICZENIA BEZROBOCIA, uwzględniającą także PRACĘ RAZ W CIĄGU MIESIĄCA NA UMOWACH „ŚMIECIOWYCH” (czyli jak „chory” czyli rząd, nie tylko ten, widzi na „termometrze” wysoką gorączkę to stłukł termometr [czytaj zmanipulował metodykę liczenia] żeby nie widzieć wysokiej gorączki). Po czwarte – pokazany wzrost w tak krótkim czasie jest bardzo wysoki, dużo wyższy niż wzrost płac w zakłamanym wskaźniku dotyczącym sektora przedsiębiorstw.
      Po piąte – należy policzyć za pomocą średniego dochodu deklarowanego w PIT-ach, a mniej średniego wynagrodzenia, ile można było kupić za tą kwotę: standardowej żywności, paliwa, metrów mieszkania, samochodu i innych dóbr – obecnie, 5 lat temu, 10, 15, 25 i 30 lat temu i to sobie porównać w czasie, co wskaże na „osiągnięcia” partii POPiS-wej, czy posolidarnościowych, bo one nadawały dominujący kierunek przemianom !!!
      Na zakończenie humor statystyczny z życia wzięty: 30 lat temu piszący te słowa z własnej inicjatywy postanowiła zbadać metodykę liczenia tzw. spożycia 4 grup społecznych ( inteligencji, robotników, chopo-robotników i chłopów) i parytet liczenia dochodów rolniczych. Dostałem pismo od ważnej wtedy instytucji rekomendujące do prezesa GUS i konkretnych departamentów: badań demograficznych ( obecnie społecznych) i rolnictwa i gospodarki żywnościowej. W pierwszym przyjęli mnie dyrektor ze swoim zastępcą, obaj polskojęzyczni i na pytania metodyczne odmówili odpowiedzi. Następnie poszedłem do drugiego departamentu, gdzie przyjął mnie raczej „tubylec” i też odmówił odpowiedzi na pytania metodyczne trafiające w słabe miejsca metodyki liczenia parytetu dochodów. Na to zareagowałem pytaniem co to jest statystyka ” I udzieliłem żartobliwej odpowiedzi, że są to: KŁAMSTWA, WIELKIE KŁAMSTWA I STATYSTYKI !. Na to dyrektor zripostował bardzo celnie: TO NIE LICZBY KŁAMIĄ, ALE KŁAMCY LICZĄ !!! Po kilku dniach próbowałem w rozmowie telefonicznej z dyrektorem wymusić ujawnienie metodyki, ale na to odpowiedział, żebym dał sobie spokój z podważaniem takiej instytucji jaka GUS.
      Ale… uzyskałem od jednej z wicedyrektor, bardzo nieoficjalnie ( prawdopodobnie ktoś dał na to zgodę) wyniki badań reprezentacyjnych czasu pracy w gospodarstwie rolnym w różnym układzie zatrudnionych: w pełni w gospodarstwie, głównie w gospodarstwie, głównie poza gospodarstwem, w wieku przed i po produkcyjnym dla kobiet i mężczyzn. Artykuł opracowany na tych liczbach dotyczących czasu pracy w całej gospodarce, w tym w rolnictwie oraz parytet dochodów w rolnictwie na zatrudnionego i na godzinę czasu pracy, nie chciało puścić Życie Gospodarcze ( najważniejszy wtedy tygodnik gospodarczy), chociaż najpierw się zgodziło. Redaktor naczelny ŻG powiedział, że jak by go puścił to by przestał być Redaktorem Naczelnym. W końcu puścił go renomowany tygodnik „Odrodzenie” i była niezła „boruta”, ale żadnej polemiki w prasie.
      Podsumowując, można skwitować, że statystyka w PRL-u- była w miarę rzetelna, a teraz to kłamstwa tamtej należy podnieść do potęgi 3.

    • marcin says:

      ///Po drugie – ponad osiemdziesiąt procent pracujących, posiada dochody niższe od średniej krajowej: czy dotyczy to wynagrodzeń, czy z dochodów z PIT-ów, których średnia jest znacznie niższa.///

      Pierwszym kłamstwem jest przyjęcie, jako wskaźnika, ŚREDNIEJ zamiast MEDIANY (wartości środkowej) wynagrodzeń. Mało ludzi to rozumie, pewnie z powodu udostępnianego nam wykształcenia (głupim ludem łatwiej rządzić).

      ///Po trzecie – KŁAMSTWEM JEST METODYKA LICZENIA BEZROBOCIA, uwzględniającą także PRACĘ RAZ W CIĄGU MIESIĄCA NA UMOWACH „ŚMIECIOWYCH”///

      ShadowStats prowadzi człowiek, który pracował kiedyś w amerykańskim GUSie (BLS) i udostępnia również statystyki dotyczące bezrobocia:

      http://www.shadowstats.com/imgs/sgs-emp.gif

      Zakłamywanie tego wskaźnika to manipulacja każdą częścią składową danych wchodzących do końcowych obliczeń.

      Zrewanżuję się również humorem statystycznym, choć niestety nie „z życia”.

      ————————

      Poprawka hedonistyczna (Hedonic Quality Adjustment, https://www.bls.gov/cpi/quality-adjustment/questions-and-answers.htm): jest jedną z technik używanych w liczeniu wskaźnika zmiany cen konsumpcyjnych (CPI) do uwzględniania zmiany jakości produktu w niektórych próbkach CPI. Poprawka hedonistyczna odnosi się do metody korygowania cen za każdym razem, gdy zmienia się charakterystyka produktów uwzględnionych w CPI w związku z innowacją lub wprowadzeniem zupełnie nowych produktów.

      Użycie słowa „hedonizm” w celu opisania tej techniki wynika z greckiego pochodzenia słowa, które oznacza „związane z przyjemnością”. Ekonomiści przybliżają przyjemność do pojęcia użyteczności – miara względnej satysfakcji z konsumpcji dóbr. W metodologii wskaźnika cen hedonistyczna korekta jakości oznacza praktykę rozkładania elementu na jego cechy składowe, uzyskiwanie oszacowań wartości użyteczności uzyskanej z każdej cechy i wykorzystywanie tych oszacowań wartości do korygowania cen, gdy jakość towaru się zmienia.

      ————————

      Techniki tej używa się głównie w manipulacji zmian cen towarów podążających za modą czy podlegających dynamicznemu postępowi technicznemu.
      Jeżeli w roku 2015 zwykły, często kupowany telewizor o rozmiarze ekranu np. 42 cali kosztował 1000 szekli, a w 2016 za 1000 szekli mamy telewizor o rozmiarze 50 cali, który teraz dominuje w sprzedaży, to oznacza że cena telewizora spadła o wskaźnik będący wyrazem różnicy w wielkości ekranu. A może więcej, bo fałszerze z BLS mogli uwzględnić inne cechy nowych modeli telewizorów, których nie było w modelach z poprzedniego roku.
      Jeśli w 2015 roku na rynku dominowały laptopy z dyskiem HD (obrotowym), a średnia cena wynosiła 1000 szekli, a w 2016 roku zastąpiły je laptopy z „dyskiem” Flash, o mniejszej pojemności, ale szybszym i bardziej niezawodnym dyskiem Flash przy wzroście ceny do 1200 szekli, to statystycy wykażą, że średnia cena laptopa się nie nie zmieniła a nawet może spadła, ponieważ w 2015 roku laptopy z dyskiem Flash sprzedawane były po 2000 szekli, więc ich cena i tak mocno spadła z 2000 do 1200 za sztukę. Spadek pojemności dysków można uznać za nieistotny bo tak (całkowicie dyskrecjonalnie). Tutaj poprawka hedonistyczna próbuje jakoś skwantyfikować postęp techniczny, który kiedyś był niezależny od kalkulacji zmian cen, ale dotyczy też towarów podążających za modą, na przykład dżinsów z dziurami czy spodni-rurek dla sodomitów.
      Poprawka hedonistyczna wprowadza do obliczeń wskaźnika zmiany cen konsumpcyjnych całkowitą dowolność, pełną dyskrecjonalną władzę techników zajmujących się jego obliczaniem, którzy mogą płynnie zmieniać kryteria kalkulacji wskaźnika bez jakiejkolwiek weryfikacji. A to nie jest jedyna technika fałszowania używana w statystyce publicznej.

  2. nanna says:

    Nauczyciele strajkują, choć nie powinni, jako urzędnicy państwowi.
    Na lewe zwolnienia idą dając bardzo zły przykład dzieciom, którym pokazują, że pracuje się tylko dla pieniędzy, a nie idei wyższych.

    TAKIE BĘDĄ RZECZPOSPOLITE JAKIE MŁODZIEŻY CHOWANIE.

    Lekarze dają lewe zwolnienia zdrowym nauczycielom, tym samym powodując zakłócenia w funkcjonowaniu państwowej administracji.
    Komu to służy?
    I do czego?
    Kto jest inicjatorem tej administracyjnej dywersji?

    Rzućmy okiem na to wielkie, ach! jakże wielkie nieszczęście nauczyciela w Polsce.
    Podkreślić tu należy, że taki osobnik szukając pracy w zawodzie nauczycielskim bardzo dobrze wie, na co się decyduje; w danej placówce oświatowej otrzymuje umowę o pracę i warunki tej umowy są mu znane. Godzi się taki przyszły nauczyciel tym samym na to, ile będzie zarabiał za wykonywaną pracę. Skąd więc to „poczucie krzywdy” u tych „pedagogów”?

    Jeżeli komuś nie opowiadała stawka określona w umowie o pracę, to przecież nikt nie musi być nauczycielem i może wybierać co chce, nawet między byciem sprzątaczką i damą z agencji towarzyskiej. Albo jechać zmywać gary anglikom czy zmieniać pampersy starym niemcom.
    To są tam wiecznie wolne etaty i można się załapać w każdej chwili.

    Nie ma więc żadnego powodu, by panie – głównie panie – się upierały być u nas nauczycielkami i cierpiały z powodu niskiego wynagrodzenia, powodując blokowanie etatu przebywaniem na lewym zwolnieniu lekarskim.

    To nie rząd je utrzymuje, ale my, wszyscy podatnicy, gdy takie panie pedagog jedna z drugą szantażują rząd w Polsce i utrudniają życie rodzicom nie mogącym normalnie wysyłać dziecka do szkoły. Jak pokazali w tv dzieci zajmują się rysowaniem obrazków na stołówce czekając na obiad – i to jest zamiast lekcji.

    A panie nauczycielki „chorują” w domu na nasz koszt!
    Czas ucieka, materiał przeznaczony do nauki nie zostanie uczniom przekazany, ponieważ pani nauczycielka zajęta jest szantażem mającym wymusić na nas płacenie jej więcej niż jest ona tego warta.

    Rzućmy chłodnym okiem na temat.

    Wynagrodzenie minimalne w Polsce wynosi w 2018 roku 2.100 brutto, czyli na rękę 1.530zł.

    Rozpoczynający pracę nauczyciel stażysta z tytułem licencjata (czyli niegdysiejsze dwuletnie, pomaturalne studium pedagogiczne) w szkole podstawowej może dostać 2.019zł, czyli na rękę 1.550zł.
    Podkreślić tu należy, że minimalne wynagrodzenie za pracę w Polsce to pieniądze za co najmniej 8 godzin pracy!
    A nauczyciel pracuje z tego ok. 4x45min dziennie.
    Więc choć pozornie wydawać by się mogło, że nauczyciel dostaje tyle pieniędzy co robol, to jednak ani się nie spoci przy pracy ów nauczyciel, ani nie pracuje on 8 godzin dziennie, jak normalny człowiek. A jedynie połowę z tego.
    Czyli realny zarobek nauczyciela jest 3.100zł na miesiąc, gdyby pracował jak inni 8 godzin dziennie.

    Zaznaczyć też należy, że nauczyciele pracują tylko 5 dni w tygodniu.
    Normalni ludzie pracują 6 dni w tygodniu.

    Rok ma jak wiemy 52 tygodnie.

    Zwykły człowiek ma dajmy na to miesiąc urlopu (choć często może brać urlop tylko po kilka dni razem), więc od tych 52 tygodni należało by odjąć 4 tygodnie, czyli byłoby ich 48.

    Tych 48 tygodni razy 6 dni w tygodniu oznacza, że normalny człowiek pracuje w roku 288 dni, a to mnożąc przez 8, czyli ilość godzin przepracowanych dziennie (a wiemy, że wiele osób pracuje dłużej niż 8 godzin dziennie!) wychodzi nam na 2.304 godziny w roku.

    I teraz rzućmy okiem na niedolę nauczyciela:

    Rok ma w dalszym ciągu jak wiemy 52 tygodnie.
    Z tego nauczyciel ma wolnego:
    62 dni wakacji
    7 dni Bożego Narodzenia
    7 dni Wielkanocy
    14 dni ferii zimowych
    co daje nam w efekcie końcowym: 90 wolnych dni świątecznych! Te 90 dni to są trzy miesiące.
    Czyli ponad dwanaście tygodni.
    Pozostają więc do przepracowania 40 tygodnie.
    W ich czasie nauczyciel pracuje tylko po 5 dni tygodniowo.
    Z reguły nauczyciel ma ok. 4 lekcji dziennie, czyli licząc z grubsza, są to cztery godziny dziennie.
    Nauczyciel przepracował by 800 godzin rocznie.

    NORMALNY CZŁOWIEK PRACUJE 8 GODZIN DZIENNIE 6 DNI W TYGODNIU!

    Nauczyciel pracuje ok. 20 godzin tygodniowo.
    Normalny człowiek pracuje 48 godzin tygodniowo.

    TO NORMALNY CZŁOWIEK UTRZYMUJE SWOJĄ PRACĄ NAUCZYCIELA, A NIE ODWROTNIE!
    Nauczyciel to zawód nieprodukcyjny.
    I taki właśnie nauczyciel, czyli urzędnik państwowy, chce, by obywatel pracował na niego jeszcze więcej by nauczyciel mógł dostawać za minimalną pracę maksymalne wynagrodzenie.

    A niby dlaczego????

    Nauczyciel nie ponosi żadnej osobistej odpowiedzialności za efekty nauczania. Jest obojętne, czy na skutek jego pedagogicznej działalności ze szkoły wyjdą niedouczone jednostki i ile dzieci kończy szkołę w terminie.

    Uważa się on za pana stworzenia i dzieci, które on lubi wyróżnia dobrymi ocenami, a te, które mu podpadły gnoi jedynkami i niszczy im psychikę sadystycznym postępowaniem.

    Wiem, co piszę, znam przykłady.

    Jedna pani, spasiona maksymalnie tak, że do samochodu się wciskała z trudem, „nauczała angielskiego” w liceum. Nauczanie polegało głównie na zadawaniu ćwiczeń z książek – wybrała najdroższe wówczas egzemplarze, powyżej 80zł za książkę plus 60zł za książkę z ćwiczeniami – po czym jej głównym zajęciem było przyłapać ucznia na tym, że tych ćwiczeń nie zrobił.

    Dostawał on wówczas jedynkę i gdy się zdarzyło, że było to we wrześniu, a tak się zdarzyło, to uczeń nie był pytany w ogóle aż do półrocza, a potem ta nauczycielka wezwała rodziców by im zakomunikować, że uczeń jest zagrożony i będzie miał jedynkę na półrocze.
    To jest prawda, co piszę!
    Na pytanie, dlaczego nie mogła przepytać ucznia z materiału odpowiedziała ta pani pedagog, że nie miała na to czasu. Uczeń ten miał z angielskiego poprawkę na koniec roku, ponieważ pani spasiona stwierdziła, że uczeń jest konfliktowy i go w ogóle nie przepytywała, ani nie sprawdzała owego zeszytu z ćwiczeniami, jako że miała w planie go zgnoić.

    W POLSKICH SZKOŁACH JEST BARDZO, BARDZO DUŻO NAUCZYCIELSKIEJ PATOLOGII. Są tam osoby, które nigdy nie powinny były dostać etatu nauczyciela.

    Rodzice ratują się szukając dla dzieci korepetycji.
    Nieraz jest tak, że gdy uczeń u danego nauczyciela bierze korepetycje, to wówczas może liczyć na pozytywną ocenę, a gdy nie, to jest załatwiony !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    I tacy mają czelność żądać, byśmy my, obywatele ich utrzymujący naszą pracą, płacili im jeszcze więcej za ich brak odpowiedzialności za cokolwiek!

    Oczywiście, są również nauczyciele z powołania, traktujący swój zawód poważnie i czujący się odpowiedzialni za to, co będzie z dziećmi, które szkołę opuszczą bądź ją ukończą.
    I to na nich spoczywa obowiązek oczyszczenia szeregów z takich pseudo pedagogów, kryptosadystów i oszustów, chcących mieć łatwe i wygodne życie na państwowej posadzie za społeczne pieniądze.

    Znam jedną panią nauczycielkę, która sobie tak „ustawiła plan lekcji” że pracuje tylko trzy dni w tygodniu.
    Natomiast do niedawna nauczyciele mieli możliwość iść na roczny urlop zdrowotny, czy jak się to nazywało. I znam również panie, które z tego korzystały siedząc rok w domu, biorąc normalne pensje przez owe 12 miesięcy „urlopu” i nie drgnęło w nich nawet nic na kształt poczucia wstydu za oszustwo. Uważały one, że jeśli mogą to wykorzystać to wykorzystają. A na czyj koszt się to odbyło, to już nie ich sprawa.
    To jest obecnie poziom szkolnych pedagogów w Polsce, to jest nasza, polska inteligencja, do jakiej przecież należało by nauczycieli zaliczyć.
    Czy dziwić może, że ze szkół wychodzą dzieci skrzywione materialistycznie, którym obce są uczucia wyższe, które nie mają żadnych innych celów niż się dorobić jak najszybciej jak największej forsy?

    Nasz naród upadł nisko.

    I głównym tego powodem jest niska jakość kadr nauczycielskich, złożonych z osób przypadkowych, udających nauczycieli, a tak naprawdę uważających szkołę za teren do przetrwania do jak najszybszej emerytury.
    I potem takich nauczycielskich emerytów społeczeństwo dalej będzie miało na utrzymaniu.
    Toż to banda pasożytów!

    [Warunki przejścia na emeryturę za pracę o szczególnym charakterze: osiągnięcie wieku 55 lat kobieta oraz 60 lat mężczyzna, posiadanie okresu zatrudnienia 20 lat dla kobiet, w tym co najmniej 15 lat pracy nauczycielskiej, posiadanie okresu zatrudnienia 25 lat dla mężczyzn, w tym co najmniej 15 lat pracy nauczycielskiej
    https://www.infor.pl/prawo/emerytury/wczesniejsze-emerytury/81…]

    Statystyczne zarobki nauczycieli:

    2019 – rozpoczynający pracę nauczyciel stażysta z tytułem licencjata w szkole podstawowej. Nie ma dodatku z tytułu wychowawstwa ani wysługi lat. Na rękę otrzymuje ok. 1 550 złotych.

    2411 – nauczyciel anglista kontraktowy z dwuletnim stażem w szkole podstawowej. Na pensję składają się: 2361 zł podstawy i 50 zł dodatku motywacyjnego.

    2441 – nauczyciel stażysta w przedszkolu miejskim. Z tego 2361 zł to płaca zasadnicza, a 80 zł – wychowawstwo.

    2444 – nauczyciel stażysta z tytułem magistra w szkole podstawowej. Na pensję składają się: płaca zasadnicza: 2294 zł, 70 złotych dodatku motywacyjnego i 80 zł – dodatku za wychowawstwo.

    2547 – nauczyciel kontraktowy w gimnazjum. Na pensję składają się: 2361 zł pensji zasadniczej, 69 z tytułu wysługi lat i 117 zł dodatku motywacyjnego.

    2559 – rozpoczynający pracę nauczyciel stażysta w szkole średniej. Na jego pensję składają się: 2 294 złotych pensji zasadniczej, 150 złotych dodatku za wychowawstwo i 115 złotych dodatku motywacyjnego.

    2601 – nauczyciel stażysta ze szkoły średniej. Jego pensja to: 2361 złotych zasadniczej, 100 złotych stanowi dodatek za wychowawstwo, a 140 – dodatek motywacyjny (przyznawany nieregularnie).

    2630 – nauczyciel kontraktowy z dwuletnim stażem, pracuje w szkole podstawowej. Jego pensja to: 2 380 zł podstawy, 100 zł stanowi dodatek motywacyjny, 150 – dodatek za wychowawstwo.

    2700 – nauczyciel kontraktowy w szkole średniej ze stażem pracy powyżej trzech lat. W tym ma 2361 zł pensji zasadniczej, 71 zł dodatku z tytułu wysługi lat, 150 złotych dodatku za wychowawstwo i 118 złotych dodatku motywacyjnego.

    2787 – nauczyciel kontraktowy z pięcioletnim stażem w przedszkolu miejskim. Na jego pensje składają się: 2 361 złotych płacy zasadniczej, 212 złotych dodatku za wysługę lat, 94 złote dodatku motywacyjnego i 120 – dodatku za wychowawstwo.

    3920 – doktorant stacjonarnych studiów na stanowisku asystenta w państwowej uczelni wyższej pobierający stypendium doktoranckie (1470 zł). Co ważne, w zależności od prowadzonych badań doktoranci mogą jeszcze pobierać stypendia z tytułu grantów badawczych.
    [dziennik zachodni]

Wypowiedz się