ELITY III RP – RODOWÓD cz.1 – WŁADYSŁAW GAUZA [Radzę czytelnikowi to zapamiętać, czytając te dokumenty!]

Żydowscy-kaci
 „Nawet jeśli prawda może powodować zgorszenie,  lepiej  dopuścić do  zgorszenia,  niż  wyrzec  się  prawdy”   –   Papież Grzegorz I

________________________________

„Praca ta powstała też  z  myślą o tych Rodakach, którzy historię PRL-u  i  pookrągłostołowej  „III RP”  znają słabo, albo w ogóle nie znają ze względu na niedostępność  w  Polsce  pewnych  źródeł  historycznych  i faktów niewygodnych dla elit rządzących Polską.
Pragnę przy tym zaznaczyć, że najmniej interesujące jest dla mnie to,  czy  Żydzi opanowali  w  Polsce władzę i że sprawują faktyczne rządy.  Jeżeli  zdobyli tę władzę drogą legalną, to jest to sprawa ich i Polaków, którzy na taką sytuację  dają  przyzwolenie. To, co stanowi dla  mnie  ciekawość,  to  okoliczności, metody i droga, jaką doszli do tej władzy i wpływów w Polsce”.

_________________________________

Oslo 2011

Wstęp

Ciekawa sytuacja zaistniała w maju b.  roku. Na portalu internetowym o szyldzie:    http://wiadomości.onet.pl/kraj/skarga-słuchacza-na-radio-maryja, pojawiła się informacja zatytułowana: „Skarga słuchacza na Radio Maryja. Reakcja KRRiT”.

Ten tytuł trochę mnie zaintrygował. Ale czytam dalej:

„KRRiT wezwało Radio Maryja do zaniechania emisji audycji, które mogą zawierać treści dyskryminujące ze względu na narodowość”.

Ze  „względu na narodowość”?!   A to ciekawe.  Na jaką narodowość?

Żeby  znaleźć  odpowiedź  na  tak  postawione  pytanie,  przeczytałem tekst do końca i nie znalazłem żadnej informacji, o jaką tu chodzi narodowość.

Wrodzona  dociekliwość  i  upartość  nie  pozwoliły  mi  przejść obok tego do wcześniej zaplanowanych czynności. Więc czytam dalej, że:

„Krajowa Rada uznała tym samym skargę słuchacza, która dotyczyła m.in. nadanego w marcu wywiadu z prezesem USOPAŁ Janem Kobylańskim”.

Co takiego prezes USOPAŁ powiedział, żeby ktoś miał powód poskarżyć się na niego?

Na to pytanie też nie znajdujemy odpowiedzi. W zamian za to Onet.pl  ( i  Ga- zeta.pl Wiadomości   z  09.05.2011)  podaje nam:

„ – Na podstawie przeprowadzonej analizy stwierdzono,  (– „ono”?   Kto stwierdził?  Duchy?  Aktualny system polityczny?   –   dop.  mój W.G.),  że wypowiedzi,  które padły  na  antenie  Radia Maryja  13 marca 2011 roku miały charakter nie tylko   nierównego traktowania (podkr. moje  –  W. G.), ale były także dyskryminujące ze względu na narodowość – napisał szef KRRiT, Jan Dworak, w piśmie do dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka.”

Interesujące  jest  tutaj  dowiedzieć się,  o  jaką  dyskryminowaną narodowość chodzi w tym przypadku. Ale KRRiT i Dworak utrzymuje to w tajemnicy.

Dowiadujemy się tylko, że Jan Kobylański powiedział, iż w Polsce istnieje

„taka  parodia,  że  w  parlamencie  Polaków prawdziwych nie ma nawet 30 procent.

– My od paru lat bez przerwy publikujemy i mówimy  –  muszą w Polsce rządzić  Polacy,  muszą  rządzić  w  swojej ojczyźnie, w swoim kraju. Jak długo będą rządy,  które nie są polskie,  to będzie stale gorzej i gorzej   – kontynuował prezes USOPAŁ”

Co tu złego powiedział prezes USOPAŁ, Jan Kobylański?  –  zapyta każdy normalny na umyśle człowiek. 

Komu  nadepnął na odcisk?  Kto tutaj poczuł się dotknięty i tak mocno zagrożony, że uznał za konieczne uruchomić aparat państwa w celu obrony tej nie- określonej, dyskryminowanej narodowości?

Odpowiedzi na te pytania nie sposób znaleźć nawet w tak czułej na te sprawy „gazety.pl”.

Natomiast dowiadujemy się, że jakiś quasi organ państwowy z akcentem naukowym  (żeby „ciemniacy” nie pomyśleli, że to jakaś niepoważna sprawa)  do- konał analizy audycji Radia Maryja. 

Co to za organ?  A no, analizę

„przygotowali prawnicy  z  Zakładu Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego,  a  więc  analizy,  dokonała firma „naukowo-państwowa”, która w skrócie brzmi: Z.P.Cz.W.P.i A.U.W. Uff!!!

W   każdym  bądź  razie  „prawnicy”  ci  zbadali  w. w.  audycję R.M. pod kątem ewentualnego naruszenia obowiązujących przepisów.  Kto te „przepisy” stworzył, kiedy i w jakim celu? – to inna sprawa.

Wygląda na to, że ustanowione zostały tą samą procedurą,  jak prawa norymberskie.

Ale wróćmy do wydanej opinii w sprawie audycji R.M.

Po zbadaniu jacy to ludzie wydali w. w. opinię, okazało się, że zespół „prawników” z Z. P. Cz. W. P. i A. U. W.  składał się w  80 procentach  z  potomków  „narodowości dyskryminowanej”. Reszta, 20 % stanowili  aplikanci  nieznanej  proweniencji etnicznej.  Zatem  opinia ta wygląda na mało poważną, bo ma wartość opinii Cygana świadczącego się przed sądem swoimi dziećmi.

Zanim odkryłem, co to za narodowość, którą dyskryminuje  Jan Kobylański  i Radio Maryja,  byłem przez moment przekonany, że chodzi tu o Cyganów.

Bo przecież nie o Żydów,  których  już  od czasu marca 1968 roku w  Polsce nie ma, co było już ogłoszone i dobrze nagłośnione w kraju i na emigracji  od Londynu po Paryż w latach 70-tych i 1980-tych.

Na przykład doradca „pierwszego niekomunistycznego premiera”, T. Mazowieckiego, Żyd Aleksander Smolar, n.b.  syn bolszewika,  Hersza Smolara,  ogłosił to w 1986 roku też na łamach pisma „Aneks”, co na dowód cytuję:

„O Żydach pisze się ostatnio dużo; niewspółmiernie do miejsca, jakie zajmują  w  Polsce  współczesnej.   Mówiono  o  antysemityzmie  bez  Żydów, ostatnio ktoś pisał o filosemityzmie bez Żydów. Istnieje w każdym razie problem żydowski bez Żydów.” (Zob.: „Aneks”, nr. 41-42, 1986, str. 89).

Logiczne jest zatem, że jak nie ma już Żydów w  Polsce,  to  mogą  to  być tylko Cyganie.  Natomiast te pozostałe (reszta)  nierozpoznane  20%,  to  mogą być potomkowie lokajów spośród tubylczej ludności.

Ale to nie ma tutaj znaczenia, bo decyduje większość  w  Z.P.Cz.W.P.i A.U.W., którą stanowiła owa mniejszość narodowa.

Główny zatem problem stanowi owa mniejszość narodowa. Zresztą co do tego nie  ma  wątpliwości,  bo  wskazują  na  to  –  według  opinii tychże prawników warszawskich –

„choćby nawoływania do tworzenia list wyborczych oraz głosowania na prawdziwych Polaków, a także otwarta krytyka obecnych rządów, które rzekomo nie są rządami polskimi”.

A więc sprawa jest jasna:

„Kryterium etniczne jest zatem otwarcie przyjmowane jako główne kryterium różnicujące”.

Przyznaję, że nie wiem jak skomentować ten pseudonaukowo-prawniczy  bełkot. Właściwie to szkoda na to czasu.

Sprawa z tymi Cyganami rypła się wkrótce po tym, kiedy ks. T. Rydzyk  wystąpił publicznie na forum Parlamentu Europejskiego, gdzie – kierując się prze- słaniem Kościoła: żyj w prawdzie, prawda cię wyzwoli etc. – powiedział oczy- wistą prawdę, że Polska

„od 1939 roku nie jest rządzona przez Polaków”.

To, co ks. T. Rydzyk, jako dyrektor ośrodka informacyjnego, jakim jest prowadzone przez niego radio, zrobił obrzydliwego – zdaniem jego krytyków – to to, że wziął na poważnie swoją  misję i obowiązek rzetelnego informowania  ludzi o stanie faktycznym.

Gwałtowna reakcja rządu  „III RP”   –   i  głupia reakcja  jego szefa  (skarga do innego państwa, chodzi tu o Watykan – na swego obywatela) –  w obronie klanów, klik i koterii rządzących państwem polskim jest zrozumiała i ludzka.

Szokującym  natomiast  jest  to,  że w obronie nieznanej nam dotąd narodowej mniejszości  rządzącej  Polską  wystąpił …  szef  Światowego  Kongresu  Żydów (WJC) w USA, Ronald S. Lauder, ten sam, który pochwalił Tuska za interwencję w Watykanie.

Jest to reakcja o tyle ciekawa, że mówi nam otwarcie, kto faktycznie sprawuje władzę w t.zw. „III RP”. „Uderz w stół a nożyce …”.

Bez przyczyny nie ma skutku.  Skoro  szef  Światowego Kongresu Żydów  odezwał  się,  znaczy  to,  że  coś  ważnego  w  tym jest. Jakaś przyczyna jego reakcji była.  Przecież  Ronald  S. Lauder,  szef  światowej  organizacji  żydowskiej  nie stanąłby w obronie cygańskiej mniejszości narodowej. I to z kilku przyczyn. Wymienię tu tylko jedną i najważniejszą.

Żydzi wyolbrzymili do niebywałych rozmiarów zbrodnię dokonaną przez Niemców na ludności żydowskiej.  Holocaust  ma być  wydarzeniem kojarzonym tylko z tragedią żydowską. Przeszkadzają im w tym Cyganie, którzy też byli mordowani przez hitlerowców z takim samym nasileniem.

Żydzi nie lubią i wściekają się, kiedy przypomina im się, że holocaust dotyczy również Cyganów, A to dlatego, że ci ostatni tym naruszają wyłączność Żydów na Holocaust. A chodzi przecież o duże pieniądze. Z tego powodu przemilcza ją tę mniejszość narodową i mord dokonany na nich przez Niemców.

Dlatego możemy ze 100 procentową pewnością wykluczyć, że szef Światowego Kongresu Żydów stanął w obronie cygańskiej mniejszości narodowej.

Zwłaszcza, że nigdy przedtem w historii W.J.C. coś takiego nie zdarzyło się.

Nawet niedawno,  kiedy  Francuzi  i  Włosi  przepędzali  ze  swych krajów Cyganów rumuńskich i bułgarskich,  Żydzi milczeli.

Tutaj należy się szefowi Światowego Kongresu Żydów, Ronaldowi S. Lauder’owi,  duże  podziękowanie  za  to wystąpienie, dzięki temu dowiedzieliśmy się, jaka mniejszość narodowa sprawuje faktyczną władzę w Polsce od 1944 roku.

Podziękowanie należy się również  i  za to, że  potwierdził to,  co podejrzewali Polacy, którzy znają historię PRL-u i t.zw.  „III RP”  ze źródeł niekomunistycznych.  Rozwiał  tym  resztki wątpliwości.

Niniejsze opracowanie ma na celu wykazanie, że reakcja szefa światowej organizacji  żydowskiej  jest uzasadniona i całkiem zrozumiała.

Praca ta powstała też  z  myślą o tych Rodakach, którzy historię PRL-u  i  pookrągłostołowej  „III RP”  znają słabo, albo w ogóle nie znają ze względu na nie dostępność  w  Polsce  pewnych  źródeł  historycznych  i faktów niewygodnych dla elit rządzących Polską.

Pragnę przy tym zaznaczyć, że najmniej interesujące jest dla mnie to,  czy  Żydzi opanowali  w  Polsce władzę i że sprawują faktyczne rządy.  Jeżeli  zdobyli tę władzę drogą legalną, to jest to sprawa ich i Polaków, którzy na taką sytuację  dają  przyzwolenie.  To, co stanowi dla  mnie  ciekawość,  to  okoliczności, metody i droga, jaką doszli do tej władzy i wpływów w Polsce.

Dalej, czy prezes USOPAŁ, Jan Kobylański, ma mocne podstawy do nawoływania  Polaków,  żeby  ujęli rządy  w  swojej  Ojczyźnie  we  własne ręce, jeśli chcą mieć lepiej?  I czy ks. Tadeusz Rydzyk  głosi nieprawdę, kiedy mówi, że Polska nie jest rządzona przez  Polaków  od 1939 roku?  Zobaczmy,  co  w  tej  sprawie powiadają nam fakty.

Tekst tego opracowania został uformowany i napisany w sposób nietypowy.

Wychodziłem bowiem z założenia, że po co mam odkrywać rzeczy, które dawno zostały odkryte i opisane przez innych. Wystarczy przecież dać im przemówić. Dlatego dałem tu głos Żydom-komunistom, Żydom innym,  KPP-owcom  i PZPR-owcom,  uczestnikom  wydarzeń  i  świadkom  tychże wydarzeń, publicystom, pisarzom i dziennikarzom, adwokatom, katom i ofiarom, samemu ograniczając  się  do  krótkich komentarzy i uwag, żeby nie pomniejszać wymowy  i obniżać wartości świadectw.

Źródła, z których korzystałem, podane są zaraz po cytatach.  To z myślą, żeby czytelnik nie musiał odrywać się od czytanej strony i gubić wątku, sięgając do bibliografii zamieszczanej zazwyczaj na końcu książki.

Jestem pewny, że żaden z polskich historyków PRL-owskich  nie odważy się na zestawienie faktów w ten sposób, jaki tu dokonałem,  bo  jest pewny,  że stanie się obiektem zmasowanego ataku PRL-owskich „uczonych w piśmie” wiadomej stadniny.  Jego kariera naukowa na odcinku historii  zostałaby  obszczekana i zasmrodzona przez skunksy z formacji potomków bandy żydowsko-kominternowskiej i ich polskich szabesgojów. To byłby koniec jego kariery jako historyka w pookrągłostołowej PRL-bis.

Władysław Gauza

Wrzesień 2011

Żydobolszewia______________________________________

ELITY III RP RODOWÓD

W dzisiejszych czasach,  tak  odległych  od  Magdalenki  i tzw. „okrągłego stołu”, kiedy już zaglądanie do cudzych życiorysów i grzebanie w nich nie jest  be ani czymś  „paskudnym” i „obrzydliwym”, można spokojnie zajrzeć do życiorysów ludzi KPP, PZPR i PRL-u, no i pogrzebać w nich za przykładem DBM-ów (Duchowych  Braci  Michnika),  którzy  bezkarnie  grzebali  m.in.  w życiorysie Jana Kobylańskiego.

Wolno grzebać w życiorysach Polaków-antykomunistów?!  –  to i chyba wolno pogrzebać w życiorysach komunistów.

I to chociażby dlatego na przykład, żeby zorientować się w pochodzeniu PRL-owskich tzw. „elit” politycznych.

I nie tylko tych, sprzed 1989 r., skonstruowanych i wyprodukowanych na użytek czerwonej quislingowszczyzny, ale i tych pookrągłostołowych, które zafundowały nam wspaniałomyślnie PRL-bis, zwaną obecnie dla zmylenia „III RP”.

A  więc  mówimy  tu o „elitach”,  które nadają ton dzisiejszej polityce polskiej, wytyczają jej kierunki działania na obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej;

kto  decyduje  w  mediach (m.in. w telewizji, prasie i radiu),  w  wymiarze sprawiedliwości  (prokuratorzy  i  sędziowie)  i wreszcie, kto tworzy t.zw. poprawną siatkę poglądów, poprzez którą Polacy mają patrzeć na siebie, na „elity” PRL-bis, sąsiadów, Polskę i zagranicę.

Dalej – żeby zauważyć, w czyich rękach znajdują się finanse państwa, kto kontroluje ekonomię i rządzi w tak zwanym „biznesie”.  Krótko mówiąc:

warto przyjrzeć się jacy ludzie tworzą dzisiaj  w  ”III RP”  t.zw.  establishment?

Nieżyjący już prof. Jan Drewnowski, omawiając w końcu lat 1970-tych książkę A. Michnika „Kościół, lewica, dialog”,  zwrócił  uwagę na  bardzo  ważny  fakt: Mianowicie,

” że mamy dzisiaj do czynienia z całkiem nową klasą polityczną, w której nie można się doszukać ciągłości pokoleniowej z okresu Polski niepodległej z przed II wojny światowej.”

„Nowa klasa polityczna”?  – co i kto to jest?!

Co to są za ludzie?                                                                                                                 

Skąd się zjawili w Polsce?                                                                                                 

Z nieba spadli?                                          

Wiatr ich przywiał?                                                                                                       

Kto  przerwał  łączność  pokoleniową  Polaków  z  okresu Polski niepodległej?                                                                                                                                  

Dlaczego ta łączność została zniszczona?                                                             

Kto się decydująco do tego przyczynił?                                   

Czy zniszczona została celowo, czy przypadkowo?

Tego rodzaju pytania można mnożyć. Ale gdy spróbujemy znaleźć odpowiedź  tylko na te wyżej przytoczone,  to dużo interesujących faktów wy- płynie na powierzchnię, jak ”oliwa ….”.

Jan Krzysztof Kwiatkowski w swej książce  (w  PRL  i  dzisiejszej PRL-bis,   zw. „III RP” całkiem nieznanej),  pt.  „Komuniści w Polsce  – Rodowód, Taktyka, Ludzie”, wydanej przez Polski Instytut Wydawniczy (Bruksela, 1946) pisze w rozdziale „U źródeł dzisiejszego PPR” – cytuję:

Tragiczna dla nas fala wydarzeń wyniosła na powierzchnię życia politycznego w  Polsce nieznane nazwiska i ludzi równie obcych   społeczeństwu  jak  obce  było  mu  zawsze to środowisko polityczne,  z którego się wywodzą.

Ludzie ci znaleźli się dziś na świeczniku, lecz przeszłość ich tonie w mroku. Niemniej jednak zapoznanie się z historią komunizmu w Polsce i przeszłością ich przywódców jest rzeczą konieczną dla zrozumienia ich obecnej  taktyki  i  celów,  zjawisk  jakie  zachodzą  dziś  w Polsce i kierunku w jakim toczą się wypadki.”

Krótka notka z życiorysu gen. Berlinga

Znana jest historia tzw. „rządu lubelskiego”,  utworzonego tam przez nieznane elementy, które firmowały „PKWN” i „KRN” z agentem NKWD, B.Bierutem na czele.

Kiedy  pachołki  i  lokaje stalinowskie tworzyli te bandyckie instytucje, na wschodnim brzegu Wisły w Warszawie stała  tzw. ”I Armia W.P.”,  utworzona  w Związku Sowieckim.

Wchodziła ona w skład  Frontu Białoruskiego  pod dowództwem  późniejszego marszałka sowieckiego, Konstantego Rokossowskiego.

Dowódcą I Armii W.P. był gen. Zygmunt Berling. Żołnierzy tego wojska nazywano później  „berlingowcami”.

Kiedy w 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, Armia Berlinga stała na wschodnim brzegu Wisły.

14 września 1944 roku Berling wydał rozkaz gen. Galickiemu,  żeby rozpoczął  desant  na  Czerniakowie w celu przyjścia z pomocą walczącym powstańcom.  Nie  było  to uzgodnione z naczelnym dowódcą  Frontu Białoruskiego.

Po tym występku  Z. Berling został pozbawiony dowództwa armii i wysłany do Lublina, gdzie od pewnego czasu składany był tzw. „rząd lubelski”.

Po przybyciu na miejsce pierwszej zsyłki gen. Berling zauważył – cytuję:

Po moim przybyciu z przedmieść Warszawy do Lublina zastałem tam straszną sytuację.

W całym kraju pachołkowie Berii z wojsk  NKWD  szerzyli  spustoszenie. Sekundowały  im w  tym bez przeszkód  kryminalne elementy z aparatu Radkiewicza.

Ludność okradano z jej mienia w czasie legalnych i nielegalnych rewizji. Zupełnie niewinnych ludzi deportowano i wtrącano do więzień. Strzela- no do ludzi, jak do psów.

Dosłownie, nikt nie czuł się bezpieczny i nie znał dnia  ani  godziny.   Na- czelny  prokurator  wojskowy  powiedział mi po powrocie z inspekcji, na którą wysłałem go do więzień Przemyśla, Zamościa, i Lublina, że trzyma się tam ponad 12 tysięcy ludzi.  Nikt  nie  wie jakie zarzuty im się stawia, przez kogo zostali aresztowani i co się z nimi zamierza uczynić. (…). …

rządy bezprawia,  zbrodni  i  prowokacji  w  kraju przekraczały wszelkie granice.” (Zob. „List Berlinga do Gomułki” z 20.XI. 1956 r., Zeszyty Historyczne, nr. 37, 1976, str. 43, wyd. Instytut Literacki, Paryż).

Dalej Berling relacjonuje, że zebrał materiał odnośnie bandyckiej  działalności organów nowej władzy i przedstawił je na posiedzeniu „PKWN”.  Zażądał przy tym, żeby osoba za to odpowiedzialna została aresztowana i wysłana do więzienia.

Wkrótce po tym został wezwany do naczelnego agenta NKWD, Bolesława Bieruta, wówczas już „przewodniczącego” tzw. „Krajowej Rady Narodowej” („KR N”), który dał Berlingowi do zrozumienia, że –  ze względu na okazaną postawę – nie jest dobrze widziany we władzach lubelskich.

Bierut zaproponował mu wyjazd do Moskwy na studia wojskowe  i  w  zamian za to awans na generała dywizji.

Berling zdenerwował się tą propozycją i ją odrzucił. Zareagował na to napisaniem listu do Stalina.

W liście tym błagał o ratowanie Polski

dla Związku Radzieckiego z rąk bandy agentów i bandziorów między- narodowego trockizmu”.

Tutaj Berling pisał to, co widział, ale nie wiedział, co pisał. Oczywiście, odpowiedzi od Stalina nie otrzymał.  Na wieloletnią banicję  do  Moskwy musiał się udać.

Można  tutaj  stwierdzić,  że  Berling  był politycznie bardzo naiwny, a nawet – że głupi. Ale on był tylko żołnierzem.  Nie mniej jest przy tym tak bardzo  wiarygodny jak dziecko, które jeszcze nie nauczyło się kłamać i łgać w takim stopniu, jak ludzie dorośli, no i jak późniejsze nasze tzw. „łże elity”, (t. zn. te PRL -owskie i pookrągłostołowe).

Po latach Berling wrócił do Polski i dostał stanowisko ministra PGR-ów.  Później pisał pamiętniki (bo właściwie miał co pisać, dużo widział i przeżył), których nikt nie chciał mu w PRL wydać. Pisał w nich m.in. – cytuję:

W Lublinie zrzuciło maskę i ukazało swoje żydowsko-kominternowskie sprzysiężenie. Ujawniło prawdziwy swój cel. Sięgnęło po władzę.

Pod płaszczykiem walki  z  kontrrewolucją  rozpoczęło  planowe  wyniszczanie  potencjalnej  konkurencji  jaką  mogła stanowić polska inteligencja.

Zgodnie  ze znaną dewizą  –  aresztować, a powód znajdzie się później   – zapełniano więzienia, opornych strzelano w mieszkaniach i na ulicy. Badania w śledztwie prowadzono z okrucieństwem przewyższającym metody Gestapo.”

Tutaj na razie chyba wystarczy.

Teraz coś z życiorysu KPP i PPR

Zanim przejdę do korzeni i rodowodu tych organizacji antypolskich, warto za dać sobie parę prostych pytań w rodzaju  –  czy  gen. Berling  dobrze widział w tzw.  „rządzie lubelskim”  bandę  agentów  i   bandziorów   międzynarodowego trockizmu i żydowsko-kominternowskie sprzysiężenie?

Czy istniały jakieś konkretne przesłanki i dane, żeby tak pierwszy rząd PRL– owski widzieć i określać?

Berling  w  swym  w/w  liście do Gomułki przypomina, że dobrze znana jest im obu  historia  tw.  „Związku Patriotów Polskich”  („ZPP”)   utworzonego  przez Stalina w Związku Sowieckim. „ZPP”  był jądrem rządu lubelskiego,  a więc tej bandy agentów i bandziorów międzynarodowego trockizmu.

Ale zanim doszło do utworzenia „ZPP”, wydarzyło się dużo różnych rzeczy, o których Berling zapewne nie wiedział.

Istniała przecież prehistoria późniejszych wypadków i nieszczęścia  Polaków. Tej prehistorii Berling mógł nie znać.

Ale tę prehistorię warto poznać, żeby potem nie tłumaczyć się  i  usprawiedliwiać niewiedzą. Bowiem, zapoznając się z życiorysami KPP,PPR i PZPR; organizacji, które tworzyli konkretni, składający się z ciała, kości i krwi ludzie o swoistej kulturze, mentalności i  swoiście  (charakterystycznie dla określonej nacji) wyznawanej filozofii,  wynikającej z ich genów, poznajemy nie tylko  genezę zbrodni komunistycznych, ale i genetykę znajdującą się już w ziarnie, które  wypuściło  korzenie,  a z  których  z  kolei  wyrosły  nam do góry wczorajsze (PRL-owsko – PZPR-owskie)  elity  i  dzisiejsze  (pookrągłostołowe)  tzw. łże– elity.

Mamy  tutaj  ogromne  szanse  do  poznania  ich  mocodawców  obecnych   we wszystkich organach władz tzw.  „III RP”  z  władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą włącznie.

Nie jest to wiedza przyjemna, ale czy dlatego mamy od niej uciekać?

Jak tworzono Polakom nowe elity polityczne i kulturalne,  ukazała nam żydowska działaczka Komunistycznej Parti Polski (KPP), Ester Rozental-Sznejder man.

Wyemigrowała z Polski do ZSRR w 1926 roku.

W  1958 r.  wyjechała  z  Rosji  sowieckiej do Izraela,  gdzie  później  wydała  w dwóch tomach swoje wspomnienia. Dwa drukowane w nich rozdziały, poświęcone sprawom polskim i KPP zostały opublikowane  w  „Zeszytach Historycznych” (nr. 49, 1979r., str. 179-194, wyd. Instytut Literacki, Paryż) .

Pisze  tam,  że  po  znalezieniu  się w ZSRR, jako emigrantka polityczna, udała się do gmachu Kominternu w Moskwie, gdzie trafiła na goja mówiącego po żydowsku. Dalej wspomina – cytuję:

>> Za parę chwil przyjmie mnie przedstawiciel KPP w Kominternie.

Tymczasem jego sekretarka – z czasem dowiedziałam się,  że  jej  nazwisko brzmi Marecka – prowadzi ze mną przyjazną rozmowę.

Zza uchylonych drzwi gabinetu dochodzi odgłos ożywionej rozmowy telefonicznej prowadzonej… w soczystym języku żydowskim. Gdy w otwartych drzwiach  ukazał  się  przedstawiciel KPP we własnej osobie, zapraszając  mnie  do  wejścia,  stwierdziłam  ze zdumieniem,  że nikogo prócz niego nie było w gabinecie;

a zatem, to on sam mówił przed chwilą w moim macierzystym języku.

Wacław Bogucki był Polakiem. Z natury wesoły, swojski. Polszczyzna w jakiej  zwraca  się  do  mnie  ma  akcent wileński, względnie kresowy.

Ten rodowity  Polak ładniej mówił po żydowsku, niż po Polsku – przeszło mi przez myśl.

Z czasem dowiedziałam się od towarzyszy z Mińska,  że  na Białorusi Bogucki  zwykł  był przemawiać  na zebraniach do robotników żydowskich po żydowsku, co w tym środowisku decydowało o sukcesie partii komunistycznej, w imieniu której występował.

Opowiadano mi również, że na zebraniach robotniczych, w których uczestniczyli  też  nie-Żydzi,  zwykł  Bogucki  tłumaczyć  na  język białoruski przemówienia  delegatów  żydowskich,  którzy  nie  znali żadnego języka oprócz własnego.

Dzięki  temu  wzrosła jego popularność wśród  żydowskich  ludzi  pracy, którzy uważali go prawie za „swojego”.

Bogucki przyjął mnie ciepło, przyjaźnie,  jak  starą  znajomą, jakkolwiek było to nasze pierwsze spotkanie. Po krótkiej indagacji „kto zacz?”, „Kim jesteś?” poprosił sekretarkę: „Połącz mnie z tow.  Zofią”.  (Chodzi  o  Zofię Dzierżyńską, żonę Feliksa – przyp. red.).

I oto mówi już z ową Zofią, jak gdyby mnie przy tym wcale nie było.

„Przyjechała z Warszawy towarzyszka z wyższym wykształceniem. Co? Tak, Żydówka,  ale widać,  że polski jest jak gdyby jej ojczystym językiem. Dziewczyna – ogień – spojrzawszy na mnie ciepło, dodał – w sam raz dla Was… jak ulał. Przyślę ci ją”.

Dopiero teraz, gdy odłożył słuchawkę, zwraca się do mnie:

„Potrzebni są tu ludzie do pracy wśród Polaków. Polska sekcja przy KC KP(b), z którą właśnie rozmawiałem o tobie, nie daje nam spoko- ju: „Przysyłajcie nam nowoprzybyłych emigrantów politycznych”.

I objaśnia mi:

Wśród miejscowych Polaków jest bardzo mało członków partii, i nie za- wsze można im powierzyć pracę wśród tubylczej ludności polskiej…”

Wybierz sobie nazwisko

Bogucki odsyła mnie z powrotem do sekretarki.  Od  niej  mam  otrzymać oficjalny dokument dla WKP(b), w którym będą odnotowane wszelkie dane o mojej przynależności do KPP.

Jakie nazwisko wybrałyście sobie?” – brzmi jej pierwsze pytanie.

„Przybyłam tu jako Sara Sznajderman, córka Mojżesza” – odpowiadam.

A po cóż wam tu, w Związku Radzieckim, takie imię i nazwisko?

Wybierzcie sobie słowiańskie, dobrze brzmiące”  –  uświadamia mnie, i natychmiast budzi się we mnie nieprzyjemna asocjacja – z tym, co mnie tak odstręczało tam w kraju.

„Przed kim powinnam tu ukrywać moje pochodzenie?” – nie mogę się pohamować.

Chwila milczącego napięcia.

„Nie życzę sobie słowiańskiego nazwiska, ani słowiańskiego  imienia.

Zapiszcie: Sara Sznajderman, córka Mojżesza”.

Powiedziałam już to zbyt głośno, jak na dobrze wychowaną osobę.

„Wiecie co? Zastanówcie się jeszcze…” – radzi mi przyjaźnie, z uśmiechem, uprzejma i jak widać doświadczona w tych sprawach sekretarka. „Poradźcie się tutejszych towarzyszy i przyjdźcie jutro z ostateczną odpowiedzią”.

Mało kto z moich nowoprzybyłych towarzyszy oparł się tej pokusie.

Lea Kantorowicz przeobraziła się w Jelenę Kamińską;

jej mąż Icchak Gordon – w Aleksandra Lenowicza;

Nechama i Józef Feigenbaum stali się Natalią i Osipem Krawczyńskimi;

Chana Milsztajn jest tu Hanną Turską;

Motke Hajman to teraz Mikołaj Wojnarowicz;

z jednego Rapaporta zrodził się Krawiecki, z drugiego, częstochowskiego – Józef Karpiński, itd., itp.

Nawet mój Szaul, który szczęśliwie przybył dwa tygodnie po mnie  z Warszawy do Moskwy, porwany został ogólnym prądem i zgodził się zmienić swe imię i nazwisko – Szaul Landał – na Teodor Skórski. Pod tym nazwiskiem żył i  publikował swe prace  w  Związku  Radzieckim do dnia swej tragicznej śmierci (…).

Aryjskie  nazwisko  zapewniało skierowanie na bardziej odpowiedzialną pracę, na „nie żydowskiej” ulicy.

I tutaj, tak jak w reakcyjnej Polsce, partia nie chciała „drażnić” tzw. rdzennego społeczeństwa”.

Mimo wszystko nie żałowałam ani razu w ciągu tych 32 lat, spędzonych w Związku Sowieckim, że pozostałam Sarą Mojsiejewną.  (…).

Pięta Achillesowa

Nie każdy emigrant polityczny spotkał się w owych latach z tak ciepłym przyjęciem  w  przedstawicielstwie  polskim  przy  Komintermie  jak  ja  i wszyscy ci, których zamierzano skierować do pracy w instytucjach  polsko-sowieckich.

Gdy do tego samego Boguckiego zgłosił się nieco później mój mąż, Szaul Landau,  którego  KPP  przetransportowało  chorego w ten sam co i mnie sposób, oburzenie Boguckiego było tak wielkie, że nie był w stanie ukryć swego protestu przeciw „żydowskiemu zalewowi”.

Rany boskie”  –  chwycił się przedstawiciel KPP za głowę, usłyszawszy jego daleką od doskonałości polszczyznę  –  słuchaj  no  chłopcze, czy tam prześladują wyłącznie towarzyszy żydowskich?

… Do diabła! To przecież prawdziwe tchórzostwo!… A któż za was bę dzie tam robił rewolucję?!…

I nie posiadając się z oburzenia,  dodał:

„U  przywódców  Komitetu Wykonawczego Kominternu wywołuje to wrażenie, że KPP składa się wyłącznie z Zydów!…” <<

Po  tym opisie,  E. Rosental-Sznajderman, podkreśla,  że  przedstawiciel  KPP przy  Komintermie, ten  „zażydzony goj”  nie był antysemitą.  I dalej wyjaśnia – cytuję:

>>Jeśli zaś chodzi o Wacława Boguckiego,  to dla wszystkich,  którzy  go znali było jasne, że postępuje w ten sposób  z  Żydami nie ze względu na swe antysemickie nastawienie.

Nie mogło być żadnej wątpliwości, że Bogucki nie robi tego z własnej woli,  lecz  na skutek nacisku  „z góry”.  Bo  „złota nić” biegnie bezpośrednio stamtąd.

Tu jak i tam, w kraju, nadal nurtuje przeklęty problem

„zbyt dużej proporcji komunistów żydowskich w KPP”.

Tyle że tam, w reakcyjnej Polsce, napomyka się o tym w komórkach partyjnych półsłówkami, tutaj zaś można sobie pozwolić mówić o tym otwarcie.

Również tutaj w Kominternie – w przenajświętszym przybytku – wielka liczba Żydów w KPP tkwi niczym kość w gardle,  której  ani połknąć  ani wypluć nie sposób.

W moim otoczeniu obszernie wówczas komentowano cyniczną wypowiedź pod adresem KPP Karola Radka, Żyda z Polski, na posiedzeniu Komin ternu, gdy poprztykał się z jej przedstawicielami:

„A czym może poszczycić się KPP?  Chyba swoją żydowską większością!  Spójrzcie trzeźwo, przecież wasz król jest nagi”.

A jak zareagowali na to przedstawiciele, po większej części Żydzi?

Skonsternowani, zawstydzeni, nie zareagowali wcale. Ostremu językowi Karola Radka przypisywano również powiedzonko „Pięta Achillesowa”, jakim określało się w Kominternie zalew żydowski.<<

Po  udaniu  się  do  Zofii Dzierżyńskiej  autorka wspomnień otrzymała od niej przydział do pracy, zadania i plan działania.  W  związku  z  tym opowiada w innym miejscu – cytuję:

>>Tylko na krótki czas byłam pewna,  że  tow.  Dzierżyńska  powierzyła mi poważną tajemnicę partyjną, której nie wyjawiałaby byle komu.

W swej naiwności sądziłam,  iż o głównym celu pracy polskiej w Związku Sowieckim  –  o „eksporcie”  –  powinni wiedzieć tylko nieliczni wybrani.

Niebawem przekonałam się, że dla tych, którzy są związani z pracą polską na Ukrainie, owa „tajemnica” nie jest żadnym sekretem.

Przygotowywanie rdzennie polskich kadr dla przyszłej Polski socjalistycznej przeprowadzają tu twardą ręką.  Mówią  o  tym  w  kręgach partyjnych, jak o zadaniu najwyższej wagi.

U nas, na Ukrainie, chodziło głównie o  przygotowanie średniej  warstwy inteligencji polskiej  –   nauczycieli, urzędników aparatu państwowego i oczywiście działaczy partyjnych, komsomolskich itd.

Wyższe kadry ideologiczne dla przyszłego polskiego rządu komunistycznego przygotowywano w Moskwie.

Tam też mieszkało wielu wybitnych polskich emigrantów  politycznych, naukowców oraz teoretyków marksistowskich.”<< („emigrantów politycznych” – czytać należy: Żydów).

Dalej, po opisie F. Dzierżyńskiego, jako szefa GPU;  gdzie  mieszkała,  z kim się znała i jaką prowadziła działalność, dodaje:

>>W Związku Sowieckim nie było wystarczającej ilości rdzennych Polaków,  którzy byliby  zdolni  do  prowadzenia  stosunkowo   rozgałęzionej pracy partyjno-kulturalnej wśród ludności polskiej.

Partia nie mając innego wyjścia, zwracała się zatem do Żydów emigrantów z Polski.

Ich wkład do tej pracy był rzeczywiście bardzo znaczny.

Wśród personelu pedagogicznego kijowskich zakładów naukowych, dokąd zostałam skierowana przez partię, żydowscy wykwalifikowani pracownicy stanowili poważny procent.

Polski był tutaj językiem wykładowym,  z  czasem gdy zabrakło nauczy- cieli mogących wykładać po polsku, zaczęto zatrudniać również pedagogów, którzy wykładali po ukraińsku lub rosyjsku.

Tak też było w Polskim Oddziale Ukraińskiej Szkoły Partyjnej w  Kijowie.

Wymienię  jedynie  niektórych  spośród  moich  przyjaciół i znajomych w polskich zakładach naukowych w Kijowie:

Boruch Huberman,  Basia Alter,  Michał Frenkin,  Borowska, Politur, Tai – kierownik katedry materializmu dialektycznego, Sonia Huberman,  Cesia Angielczyk,  Regina Rosenblum  i  wiele innych.

Faktycznym redaktorem gazety polskiej w Kijowie był Żyd emigrant po- lityczny, mój towarzysz, Karol Wojsławski.

W polskiej organizacji młodzieży komunistycznej oraz  w  polskiej audycji radiowej pracowała jego bliska krewna aktywistka warszawskiej młodzieży  komunistycznej,  która uciekła z Polski  –  Hanka Turska  (Chana Mijlsztain),  dyrektor polskiego teatru państwowego w Kijowie  i   niektórzy aktorzy – za moich czasów, byli również Żydzi (ich nazwiska, prócz aktorki pani Lifszyc, zatarły się w mej pamięci).

Wspomniałam  już  o  tym,  że  z  braku  rdzennych Polaków komunistów, musiano zamianować  Żyda  Samuela Łazowerta,  dyrektorem Instytutu Naukowego Polskiej Kultury Proletariackiej przy Wszechukraińskiej Aka demii Nauk w Kijowie.<<

Autorka w/w wspomnień ujawnia nam też jak trudna była praca propagandowa komunistów wśród ludności etnicznie polskiej na Ukrainie.  Opowiada,  że była kierowana do miejscowych organizacji partyjnych, które miały jej pomóc w pracy propagandowej. Pisze, że:

>> Gdziekolwiek  zjawiałam  się  kierownictwo  miejscowe  zaczynało  od skarg na ludność polską, jak twardym orzechem jest ona dla władzy, jak ciężko pokonać jej cichy sabotaż.

Zdarzały mi się takie osobliwości:  kierownik,  który sam jest Polakiem, macha ręką:

„Kto ich tam wie?  Kto może odgadnąć jaki kamień każdy z nich chowa w zanadrzu?”. <<

Po wylądowaniu w 1944 roku w Lublinie

„wyższych kadr ideologicznych dla przyszłego rządu komunistycznego w Polsce

przyszedł czas na import „średniej warstwy inteligencji polskiej”.

Z jakich ludzi składała się ta nowa „warstwa inteligencji”  i  „nowa klasa polityczna i kulturalna”, na co zwrócił uwagę wspomniany wcześniej prof. J. Drewnowski, zobaczymy później.

Po wyparciu niemieckiego okupanta i przejęciu okupacji Warszawy przez woj ska  sowieckie,  banda żydowsko-kominternowska spod znaku  „rządu  lubelskiego” przeniosła się do Warszawy i połączyła z Gomułką i jego PPR-em.

Rozpoczął się okres intensywnej rozbudowy aparatu ucisku, stosującego krwawy terror i skrytobójcze mordy, wymierzone w resztki ocalałej z pożogi wojennej polskiej klasy politycznej i kulturalnej.

Problemem, przed jakim stanęli komuniści, był wielki niedostatek ludzi, rdzennych Polaków, gotowych włączyć się w realizację planów przybyłej ze wschodu bandy międzynarodowego trockizmu.

Robiona przez nich

„rewolucja potrzebowała aparatu, a zgłaszał się mało kto – lud tego kra ju  wcale  nie  był  rewolucyjny,  zresztą  każdy  lud  jest konserwatywny, a pierwszą fazę rewolucji zawsze robi inteligencja”.  – pisał w swej książce pt. „Widziane z góry” Stefan Kisielewski (Tomasz Staliński),  wydanej w 1967 r. przez „Kulturę” paryską”.

  1. Kisielewski był posłem na sejm PRL-owski,  dlatego widział dużo rzeczy  „z góry”. Zażydzenie władzy również.

Pisze przy tym, że dużą chęć wejścia do partii wykazali Żydzi, których przyjęto: „Z otwartymi rękami”.

Rewolucja komunistyczna w Polsce nie była wyrazem dążeń mas ludowych, robotniczych, mieszczaństwa, ani nawet dziełem inteligencji polskiej.

Nie była to w ogóle rewolucja.

Był to ustrój wprowadzony siłą przez Sowiety pod fikcyjną firmą komunistów polskich. Komuniści-Polacy stanowili małą liczebnie grupę.

Rekrutowali się głównie z warstwy działaczy robotniczych. Umysłowość ich była na poziomie wiecowych demagogów, wyszkolonych na kursach partyjnych.  Byli fanatykami,  dobrze  opanowali  technikę organizacyjną, ale nie byli zdolni do budowania nowego ustroju w zasięgu państwa.

Potrzebowali licznych kadr inteligencji. Kadr tych dostarczyli Żydzi.”

– pisał Stefan Nowicki w swej książce pt. „Wielkie nieporozumienie”, (wydanej w Sydney, Australia, 1970r.).

I dalej uzupełnia:

„Były wprawdzie duże jeszcze kadry aparatu administracyjnego  i  siły fachowe z okresu przedwojennego oraz szkolone w czasie okupacji, ocalałe z pogromu, ale były tępione, niszczone i prześladowane, jako „reakcjoniści”.

Toteż symbolem nowego ustroju stali się znienawidzeni  oficerowie  bezpieki, prokuratorzy, sędziowie, cenzorzy, a więc głównie Żydzi, oraz partyjni analfabeci Polacy.”

Jeden z czołowych żydowskich UB-eków, pułk. Józef Światło (Izaak Fleischfarb), nb. który osobiście aresztował W. Gomułkę,  tak scharakteryzował potencjał polityczny miejscowych (tubylczych) komunistów w Polsce:

Kiedy w roku 1944 Bierut i jego klika przejmowali władzę w Polsce z rąk sowieckich,  zdawali  sobie  sprawę, że stanowią mikroskopijną grupkę w społeczeństwie polskim.

W czasie kampanii wyborczej do Sejmu w roku 1947 Zambrowski chwalił się,  że  PPR  posiadało  w  chwili  zakończenia okupacji niemieckiej dwadzieścia tysięcy członków.  Liczba  ta  istniała  tylko w bujnej imaginacji Zambrowskiego.

W rzeczywistości na olbrzymich terenach kraju nie istniała ani PPR ani poważniejsza AL. Nawet pod okiem samej centrali, poza Warszawą, Płockiem, Mińskiem i Pruszkowem nie było śladu organizacji partyjnej.” (Zobacz : Z. Błażyński, „Mówi Józef Światło – Za kulisami bezpieki i partii”, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1985, str. 205).

Po  1945  roku,  głównie  na  skutek  działania lobby Herscha Smolara i Adolfa Bermana („Frakcja PPR”), przysłano ze Wschodu do Polski w ramach tzw. repatriacji dodatkowo ponad 250 tysięcy Żydów.

To na dodatek do tych ćwierć miliona, których uratowali miłosierni Polacy.

W ten sposób znalazło się w Polsce po II wojnie św. pół miliona Żydów.

Trochę ich wyjechało na Zachód i potem do Izraela, ale większość została.

Rozmieszczeni zostali głównie w Warszawie (najwięcej), w Krakowie, w Łodzi i we Wrocławiu.

I znowu, jak przed laty w Związku Sowieckim, robiono teraz z nich „Polaków” poprzez  zmianę  nazwisk  na polsko brzmiące i obsadzania nimi najwyższych stanowisk w administracji państwowej, głównie w resortach siłowych (wojsko , UB, Informacja Wojskowa-kontrwywiad) oraz innych kluczowych, jak propaganda, cenzura, sprawy zagraniczne, aparat partyjny it.p.).

Jak  tym  razem  przebiegał  proces zmiany nazwisk i tworzenie kolejnej nowej warstwy „inteligencji polskiej” informuje nas postkomunistyczne pismo „Prze gląd”  z 7.marca 2008r.  (zob. też http://wiadomości.onet.pl/ 1473976,1292,1, czy_marzec_1968_r_był nieuchronny,). Dowiadujemy się tam  – cytuję:

>> „Gomułka był postacią niepopularną wśród  żydowskich komunistów w PPR.

Jeden z przywódców żydowskiej sekcji etnicznej w PPR (tzw. Frakcji PPR ),  Grzegorz Smolar,  zarzucał  mu m.in.  opór wobec repatriacji polskich Żydów z ZSRR w 1945 r.,  umniejszanie znaczenia walk w gettcie warszawskim, podkreślanie monolityczności etnicznej Polski Ludowej.

Równocześnie jednak według Smolara, to właśnie Zofia Gomułkowa  (za zgodą Władysława Gomułki) nadawała działaczom pochodzenia  żydowskiego  polskie nazwiska, by mogli oni objąć wysokie stanowiska,

„nie rażąc swoim pochodzeniem”.

Hersz Smolar, który przyjechał z ZSRR do Polski latem 1946 r., tak opisał w  swoich  wspomnieniach  procedurę zmiany  nazwisk towarzyszom po- chodzenia żydowskiego:

„Zalman (Zygmunt) Kratko przedstawił mnie Zofii,  tak  po  domowe- mu nazywano  żonę Gomułki, która pracowała wtedy w wydziale ka- dr (KC).

Wówczas już wiedziałem o swoistym procederze chrztu (hebr. szmad ), który odbywał się właśnie w tym wydziale przy pomocy Zofii.

Dotyczył  on  żydowskich  działaczy  komunistycznych,  o których się martwiono. Na wszelki wypadek zmieniano im imiona  i nazwiska na brzmiące po polsku, czyniąc z nich czystych rasowo Polaków.

Prawdopodobnie  z  żydowskiego  środowiska  pochodziło żartobliwe określenie takich działaczy mianem >>POP<<, skrót od słów  >>pęłniący obowiązki Polaka<<.

Wówczas także kursowało trafne powiedzonko,  które charakteryzowało kryterium, jakim się posługiwała  Zofia przy wyznaczaniu żydowskiemu komuniście pracy. Zwykle mówiła ona, patrząc na towarzysza:

>>  Twarz  jak  twarz  ( to  znaczy  człowiek może jeszcze uchodzić  za Aryjczyka), ale nazwisko…<<.

O niej samej ukuto odwrotne powiedzenie:

>>Nazwisko i imię, jak nazwisko i imię (żona Gomułki),  ale  twarz  – niech ją Pan Jezus weźmie w opiekę<<

Zofia była niskiego wzrostu, okrągła, o typowo semickiej twarzy”.

Po tej operacji zmiany nazwisk otrzymaliśmy parę dywizji nowych „czystych” Polaków;

nowej przyszłej  „polskiej inteligencji”  i  „autorytetów moralnych”,  gotowych do sprawowania władzy w Polsce.

Kiedy  po latach  I sekretarz  KW PZPR  w  Gdańsku powiedział publicznie,  że wśród doradców NSZZ „Solidarność” ponad  80%  stanowili Żydzi  i  że  więcej ich było tam, niż po stronie  „rządowej”, mógł zapomnieć o karierze  politycznej w III RP po 4 czerwca 1989 r.

Za ujawnienie tego faktu dostał posadę radcy handlowego poza granicami Polski.

No dobrze, ale co stało się z potomkami tych „POP”?

Ilu dzisiaj mamy takich nowych „POP”?

Oto pytanie! Spróbujemy znaleźć na nie odpowiedź później.

Pierwszy po II wojnie św. ambasador włoski w Polsce,  Eugenio Reale, nb.  komunista włoski, donosił w 1946 roku, w swych raportach, że w „dzisiejszej Polsce nie ma antysemityzmu”.

Żydzi  biorą  udział  we  władzy i mają drogę  otwartą do wszystkich stanowisk państwowych, dodaje przy tym, że takiej otwartej drogi do stanowisk państwowych nie mieli rdzenni Polacy.

W swym „Raporcie” datowanym „30 czerwca 1946” donosi, że  –  cytuję:

Bezwzględne  poparcie  jakiego  udziela rząd polski Żydom oraz fakt, że wielu z nich wchodzi w skład samego rządu lub zajmuje wysokie stanowi ska  w  różnych działach administracji kraju, powinny nasuwać przypuszczenie, że Żydzi polscy mają raczej więcej danych na to, by pozostać w Polsce niż wyjeżdżać.

Tymczasem sprawa przedstawia się na ogół inaczej”.

Pisze przy tym, że dawna polska klasa polityczna (tzw.”uprzywilejowana”), tzn.

„klasa właścicieli ziemskich, wojskowych i funkcjonariuszy, którzy pozbawieni  zostali  urzędów  i majątków, usiłuje obecnie zarabiać na życie prowadząc  różne  drobne   przedsiębiorstwa  handlowe  i   przemysłowe (środki transportowe, pośrednictwo, restauracje itd.);   wchodzi  ona  w ten sposób w sferę działania,  która  była monopolem Żydów przed wojną.”

Jak już wcześniej wspomniałem, wielu Żydów z tych ponad  250 tysięcy  (nie- które źródła operują liczba ponad 300 tysięcy),  którzy  przybyli  trochę  później ze Wschodu w ramach tzw. repatriacji, wyjeżdżało dalej na Zachód,  lub później do Izraela.

  1. Reale pisze, że  –  cytuję:

Gdy  niedawno zapytano jednego  z  Żydów, dlaczego postanowił wyjechać z Polski, odpowiedział:

kiedy w Polsce Żydzi handlowali a nie-Żydzi rządzili można było  w niej żyć, lecz teraz gdy Żydzi rządzą, a nie-Żydzi handlują to lepiej z niej wyjeżdżać.”.

(Zobacz: Eugenio Reale, „Raporty – Polska 1945-1946”, seria „Dokumenty” nr. 24, wyd. Instytut Literacki, Paryż, 1968, str. 209 – 210).

W końcu 1944 r. jeden z ówczesnych przywódców komunistycznych, E. Ochab, zaniepokoił  się  małą  ilością  robotników  w szeregach PPR. Zwłaszcza dawał się odczuć brak robotników folwarcznych.

Tym ludziom trzeba dać szansę awansu społecznego” – mówił Ochab.

Rozpoczęto kampanię agitacji i naganiania do PPR robotników folwarcznych.

Chodziło o to, żeby tym zabiegiem przyprawić partii  jakieś  polskie  korzenie; że w partii są też Polacy.

W ten sposób położono podwaliny pod frakcję „Chamów” w  łonie  PZPR,  którzy „objawili” się w 1956 r.

Robotnicy ci, w przytłaczającej większości byli analfabetami, toteż otrzymywali z tej racji niższe, szeregowe, tzn. niedecyzyjne, stanowiska w milicji, w ORMO,  w  służbie  więziennej,  w  aparacie partyjnym i innych  organach  władzy  „ludowej”,  gdzie  nie była wymagana umiejętność pisania  i czytania. Sztuki czytania i pisania uczyli ich później, w chwilach wolnych od zadań.

Zaś ci, którzy umieli trochę czytać i podpisać się,  obdarzano stanowiska- mi, n.p. wice-starostów, gońców w biurach, strażników więziennych, podoficerów w UB i w innych resortach siłowych.

Jako przykład można tutaj przytoczyć Mariana Cimoszewicza  (Goldsteina), ojca Włodzimierza Cimoszewicza, który po tzw. „okrągłym stole” był marszałkiem Sejmu i kandydatem na prezydenta „III RP”.

Marian  (ojciec)  Cimoszewicz,  po  okresie  kolaboracji  z  bolszewikami  w Białymstoku, zrobił po 1945 roku szybką karierę w zbrodniczej Informacji Wojskowej.

W tym okresie aresztował wielu oficerów AK, wyrzucając ich na margines społeczny.  Ilu  z  nich poniosło śmierć, tego dokładnie nie  wiadomo.

Kiedy dokonywał tych aresztowań, miał stopień majora,  a  wykształcenie żadne.  Maturę  zdawał w 1957 roku, to jest po dojściu Gomułki do władzy.

Rozdawanie stanowisk w administracji  i  w partii rozmaitym nieznanym elementom  spowodowało,  że  już  w  1945 roku dały się słyszeć szeroko głosy, iż PPR należy „prześwietlić rentgenem” i połowę członków po prostu wyrzucić z partii, bo

niedorośli jeszcze poziomem swego uświadomienia, aby być członkiem partii”.

W związku z tym powołano „Komisję Kontroli Partyjnej”. Komisja ta miała dużo roboty – pisze wspomniany J. K. Kwiatkowski w swej książce. Przystąpiła do pracy w czerwcu 1945 r. i w ciągu pięciu miesięcy otrzymała 829 skarg oficjalnych.

W tej liczbie było m.in. za szaber, za kradzież, łapówki, rabunek i t. p. 329 spraw, za nadużycie stanowiska 52,  za  współpracę z okupantem  hitlerowskim 61, za prowokację 15, za „sypactwo” 122 i wiele innych 199.

Jakiemu gatunkowi ludzi rozdawano stanowiska?

Tu dla przykładu:

Gestapowiec, Artur Jastrzębski vel Ritter pracował  w  warszawskim  Sonder Komando.  Po wojnie został dyrektorem departamentu w UB.  Następ- nie szefem departamentu kontrwywiadowczego, potem był attache wojskowym w Rzymie. (Zob. „Kultura” paryska, Nr. 6/273 1970 r.).

Inny przykład przytaczają, Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski:

„Między 18 a 20 stycznia (1945 r. – dopis. W.G.) w Aleksandrowie pojawi li się wysłannicy rządu lubelskiego z Nachnumen „Antkiem” Alsterem na czele  –  żydowskim  komunistą  z Rzeszowa, późniejszym wiceministrem spraw wewnętrznych i posłem.

Zorganizowanie  władzy  ludowej  zajęło  mu kilka godzin. Przedwojenny burmistrz, który zgłosił się do pracy, został pogoniony. 

Jego  następcą „Antek” mianował niepiśmiennego Franciszka Pawlaka – przed  wojną  robotnika  sezonowego,  złodzieja  i gwałciciela, skazanego na 8 lat więzienia za napad.

Funkcję komendanta posterunku MO objął inny złodziej – Mateusz Paw- lak, brat nowego burmistrza, znany wśród lokalnej bandyterki jako „Mateusz” lub „Kulos”.

Sam wypisał sobie legitymację, na dole dopisując: >>posiada broń krutkom<<.

Jak widać, umiał pisać, znał też parę słów po niemiecku –  dr. Tomasz Krzemiński, historyk PAN, opowiadając, nie przestaje chodzić po niewielkim gabinecie.

– Przed wojną „Mateusz” pił, kradł i kręcił się wśród komunizującego lumpenproletariatu  Aleksandrowa  i  Włocławka.   Prawdopodobnie donosił na kompanów policji politycznej.  W  czasie wojny z  pewnością współpracował z gestapo.” (Zob. http://www.radiopomost.com z 17.05.2011).

W drugiej połowie lat 1940-stych i w latach 1950-tych krążyła anegdota, ukazująca rodowód i korzenie dzisiejszych elit z genami polskich szumowin:

„Do ministra, do domu, telefonuje kobieta. Słuchawkę podnosi żona i pyta kto mówi, a na odpowiedź,  że  to koleżanka pana ministra ze szkolnej ławy wybucha:

– A wydałaś się ty k…., minister do żadnych szkołów nie chodził.”

Bardziej ukazuje nam okoliczności rodzenia się nowych  „elit”  PRL-owskich i „III RP”, żona czołowego żydowskiego ideologa PZPR-owskiego, Romana Werfla, w rozmowie z żoną innego bandziora żydowskiego, wicepremiera Hilarego Minca.

>> ”Obie panie, to jest Julia Mincowa i Edda Werfel, utrzymują stosunki towarzyskie i prowadzą często dosyć nieostrożne rozmowy.

Towarzyszka  Julia  skarżyła  się  np.  pewnego  dnia, że nie może dostać kucharki.  Na co Edda z miejsca odpowiedziała:

„ –  Cóż  w  tym dziwnego,  skoro  wszystkie  kucharki zostały żonami ministrów”.<< (Zob. „Mówi Józef Światło”, Polska Fundacja Kultural na, Londyn 1985, str.41).

Cytowany wcześniej autor pracy „Komuniści w Polsce” pisze,  w innym  miejscu (str. 82), że:

Największa słabość  PPR  polega  na tym,  że jest ona mozaiką najróżnorodniejszych elementów podłego gatunku moralnego, których przyciąga i łączy jedynie władza oraz przywileje i korzyści z nią związane.”

Coś w tym musi być, bo przyglądając się bliżej dzisiejszym tzw.  „elitom”  pookrągłostołowym,  dziedzictwo  tych  właściwości  rzuca  się  w oczy nad wyraz ostro.

Ale oni sami tego nie dostrzegają. Zapewne nie mają do tego predyspozycji z powodu odziedziczonego po rodzicach ograniczenia intelektualnego, mentalności Żyda, opryszka i koniokrada.

Z  jakich  elementów  tworzono  aparat władzy komunistycznej można dzisiaj dowiedzieć się bardzo dużo z internetu. (Np. zob. wikipedia, „Polscy Żydzi”).

Tutaj przytoczę tylko parę innych przykładów.

W książce pt. „Widziane z ławy obrończej”, A. Steinbergowa wymienia konfindenta i zaufanego szofera gestapo, Urbańskiego, który po wojnie został

„sekretarzem powiatowego czy też zakładowego komitetu PZPR w Lęborku”.

Natomiast inny konfident gestapo, Wierciak, po wojnie był wojskowym prokuratorem w Poznaniu.

W broszurze pt. „Świadek historii – Judeopolonia”, wyd. z serii  „Zeszyty  Historyczne”, nr. 22, Warszawa) , autor podaje przykład PRLowskiego sędziego, Nizilińskiego.

W czasie okupacji niemieckiej był sędzią u Niemców w Poznaniu.

Po wojnie wyjechał do Olsztyna i tam został przez PPR mianowany sędzią tzw. „Sądu Wojskowego”. W czasie funkcjonowania w stopniu majora UB, jako sędzia wojskowy z ramienia „władzy ludowej”, wykonywał bez zmrużenia  każde  jej  polecenia,  sypiąc  na patriotów polskich wyroki śmierci, dożywocie i długoletnie więzienia.

Prawda o roku 1945,  o nieszczęściu kraju,  w  którym  zmontowano  naprędce aparat władzy z rzezimieszków i bandziorów, nigdy nie została opowiedziana, przysypały ją zmyślenia i bajki.

Dotychczas nie jest dla mnie jasne ilu z tych co (jak ja) godzili się na konieczność, zdołało tak sobie żałobne narodziny nowego państwa zracjonalizować, że zapomnieli o świadectwie własnych oczów”. (Gustaw Her- ling-Grudziński, „Kultura”, nr. 7/298-8/299, 1972 r., str. 43).

W 1968 roku, kiedy w kolejnym biegu rozstawnym do władzy  w  PRL, niedawna  „Frakcja PPR”  (Berman, Zambrowski i spółka/”, t.zw. puławianie”)  wyleciała na zewnątrz, głos zabrał ówczesny prezes ZBOWiDu i jednocześnie mini ster spraw wewnętrznych, generał Mieczysław Moczar.

Udzielił on wywiadu „Życiu Warszawy” (Nr. 90/91, w 13/14/15 marca 1968 roku).

Zanim przejdę do zacytowania Moczara, muszę tu na chwilę zboczyć z tematu:

W opinii KPP-owców i ich potomków, komunista M. Moczar był kimś be, osobnikiem moralnie obrzydliwym;  był kimś, kogo należy unikać  i  nie widzieć w nim nic pozytywnego. Zaś powołanie się na niego dyskwalifikuje powoływającego się moralnie i kulturalnie,  nie mówiąc już,  że  osobnik taki staje się tym samym podejrzanym i niewiarygodnym.

Lewica, pociotki i bastardy KPP-owskie z Alei Róż, Parkowej i Alei Przyjaciół, no i dzisiaj z ul. Czerskiej w Warszawie, mają prawo mieć swoje żydowsko-kominternowskie  mniemania i swoją siatkę poglądów.  Ich polskie papugi i szabesgoje również.

Ale, czy etniczni Polacy też mają być mentalną kopią tychże ludzików?!

Jeżeli uważają, że nie mają alternatywy, to trzeba to uznać, ale nie tolerować.

Niech  więc  powiedzą  pociotki KPP-owskie  i  PZPR-owskie  otwarcie,  na czym polega wyższość moralna bandziorów i zbrodniarzy żydowskich takich,  jak  Berman,  Zambrowski,  Minc,  Brystygierowa,  Różański,  Feigin, Romkowski i reszta, od Mieczysława Moczara i jego wspólników?!

Dla Polaków ci pierwsi byli obcy narodowo tak samo jak i ci drudzy.

Pierwsi byli Żydami, drudzy Ukraińcami.

Żydzi, Berman  i  spółka mają  na sumieniu dziesiątki  tysięcy   (dziesięć Katyniów) na sumieniu.

Moczar w mordach tych też uczestniczył jako komunista i członek zbrodniczej organizacji.

I tutaj dochodzimy do punktu, kto jest bardziej wiarygodny  –  Berman i jego pobratymcy, czy Moczar?

Obaj komuniści i obaj bandziory – członkowie zbrodniczej U.B.

Mówi się i pisze o „moczarowcach”, o „moczarowskich poglądach”, o „moczarowszczyźnie” etc., i w taki sposób, żeby ludziom kojarzyło się to z „faszystowskimi” poglądami i z „faszyzmem” w ogóle i w szczególe.

Ale o bermanowcach, o bermanowszczyźnie, o bierutowcach, goldbergowcach (Różański)  i tym podobnych typach nie wspomina się wcale, żeby ludzie,  nawet ci najgłupsi, czegoś nie zaczęli kojarzyć.

Na czym zatem opinie,  konkluzje  i  mniemania ludzi z obozu Bermana (dziś stadnina Michnika)  są  bardziej  wiarygodne  od  poglądów zwolenników gen. M.Moczara?

Zostawmy te pytania otwartymi. Niech na nie odpowiedzą sobie sami czytelnicy i zainteresowani tą problematyką.

Wracając do tematu, od którego odbiegłem,  czyli do wywiadu  M. Moczara  u- dzielonego w marcu 68 r. dla „Życia Warszawy”. Cytuję:

(…). Nie sposób jest przy tej okazji pominąć jeszcze jednego problemu, o którym do niedawna milczało się.

Mam  na  myśli  fakt  przyjścia do nas razem z bohaterskimi żołnierzami pewnych polityków (podkr. moje –W.G.) przybranych w  płaszcze  oficerskie, którzy później uważali, iż z tego tytułu tylko im, Zambrowskim, Bermanom,  przysługuje prawo do przywództwa,  monopol na określenie tego, co jest słuszne dla narodu polskiego.

Fakt ten był wówczas wyrazem niewiary w nas.  Od  tego  zaczęło się zło, które trwało do 1956 roku.

Ludziom tym – choć mieli usta pełne frazesów o jedności –  nie odpowiadało to, że nasza partia, PPR,  głosiła hasło szerokiego frontu narodowego, frontu, w którym byłoby miejsce dla każdego polskiego patrioty, pra gnącego wydźwignąć swoją ojczyznę, uczynić ją zamożniejszą, światlejszą, jeszcze pięknięjszą.

Jakże wymownym jest – warto i o tym przy okazji przypomnieć – iż właśnie z tego to względu ludzie pokroju Radkiewicza,  Romkowskiego,  Mietkowskiego,  Różańskiego  czy  Światły  i  Fejgina  prześladowali   później rzeczników haseł szerokiego,  patriotycznego  frontu narodowego,  sprawie ich nadając kryptonim „bagno”. Dla nich patrioci byli bagnem. (…).”

Kto to byli, ci „pewni politycy” polscy przybrani w płaszcze oficerskie, którzy przyszli do Polski z bohaterskimi żołnierzami (t.zw.”berlingowcami”)?

Z analizy stosunków panujących w armii Berlinga, dokonanej przez inspektorów rosyjskich –  członków Komisji Partyjnej Głównego Zarządu Politycznego w Armii Czerwonej, wynika, że… było gorzej niż sobie wyobrażano.

>> W zbiorze materiałów WKP(b) opublikowanych w 1995 roku pt. ”Polska ZSRR. Struktury podległości”  zamieszczony  został raport  Władysława  Sokołowskiego  (s. Iwana,  inspektora  Wydziału  Organizacyjno-Instruktorskiego, członka WKP(b) od 1931), skierowany 13 czerwca 1944 roku do KC WKP(b).

Zarzuca on oficerom pochodzenia żydowskiego, przede wszystkim szefowi  Zarządu  Politycznego  Armii,  ppłk  Mietkowskiemu  i  jego  zastępcy, Zambrowskiemu,  iż  na  wszystkie  intratniejsze  stanowiska   wsadzają swoich pobratymców,

„którzy  patrzą  na  aparat polityczny  jako na miejsce wypoczynku, przyjemnego spędzania czasu oraz bogacenia się” (s. 75).

Zgodnie z dyrektywą Mietkowskiego (wówczas szefa Zarządu Polityczne go Armii),  Żydzi  pracujący  w aparacie politycznym podają się za Polaków, (…).

„Skład narodowościowy aparatu politycznego Armii Polskiej na dzień 1 czerwca 1944 roku – relacjonuje Sokołowski – wygląda następująco:

na 44 oficerów Zarządu Politycznego (łącznie  z  redakcją  gazety wojskowej i kierownictwa Domu Armii Polskiej – 34  Żydów, 5 Polaków z ZSRR oraz 5 Polaków z Polski, przy czym wszystkie stanowiska kierownicze (szef Zarządu Politycznego, jego zastępca, szefowie wydziałów, redaktor gazety) są obsadzone przez Żydów” (s.76).

Te same stosunki panują na niższym szczeblu:

„na 43 pracowników politycznych na szczeblu pułku – 31 Żydów.

W pułkowym aparacie politycznym  poszczególnych  pułków  (4 Pułk  Artylerii  Przeciwpancernej,  5.  Pułk  Piechoty)  nie ma  ani jednego Polaka” (s.76). <<.

(Cytat za: Bogdan Urbankowski, „Czerwona Msza. Czyli uśmiech Stali- na”, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1998, Wydanie II, Tom I, str.548).

Po przybyciu berlingowców do Polski stosunki te – co możemy być pewni – zostały zachowane nie tylko w wojsku, ale przede wszystkim w zbrodniczym aparacie UBeckim, K.B.W. i G.Z. Informacji Wojskowej.

A więc wszystkie organy siłowe były praktycznie w rękach żydowskich.

Sądownictwo i prokuratury były całkowicie w rękach Żydów.

Sumując krótko, można –  na podstawie faktów  –  wysunąć tezę,  że  początek nowej władzy (no i oczywiście, nowym poprzednim i dzisiejszym elitom), dały w Polsce dwa rodzaje ludzi: Żydzi z KPP,  ich  pobratymcy  ocalali  (uratowani przez miłosiernych Polaków) z pogromu hitlerowskiego  i  polskie szumowiny czyli ludzie  z  marginesu społecznego (osobnicy spod ciemnej gwiazdy),  którzy  w tej fazie uginali się w pas przed tymi, którzy potrafili lepiej mówić  i  pisać przekonywująco. „Posiadam broń krutkom”.

To wystarczyło. Resztę, co ma robić, dopowiedział mu Żyd Alster z UB.

„Nie chcem być wodzem, ale bendem musiał nim zostać”. (Lech Wałęsa).

Resztę mu dopowiedzieli (dopomogli) „doradcy”, typu T. Mazowiecki, W. Kuczyński (były trockista z lat 1960-tych, – „raczkujący rewizjoniści” z późniejszej formacji A. Michnika), J. Kuroń  i  temu podobne typy z wiadomej  stadniny,  która  dzisiaj bardziej znana jest jako  „D.B.M.”  (Duchowi Bracia Michnika), i których więcej było po stronie „opozycyjnej” przy tzw. „okrągłym stole”, niż po stronie „rządowej”.

Ale wróćmy z powrotem w czasie,  żeby nie pogubić się w chronologii tworzenia  etnicznym Polakom nowych elit, to znaczy: „nowych Polaków”,  których mentalność,  filozofia  życia  i duch, rdzennym Polakom, ocalałym z piekła II wojny światowej i żydowskiego pogromu w latach 1944 –  1956 są tak obce,  że mają wielki problem pojąć ich filozofię i zaakceptować demonstrowaną mentalność.

Ale nie tylko pojąć – również zrozumieć.

Po zmianie nazwisk  na polsko-brzmiące  i  opanowaniu kluczowych  i  węzłowych stanowisk w aparacie partyjnym i resortach siłowych, komuniści żydowscy poczuli się silni.

Ale mieli też problem:

nie mogli pojąć, dlaczego w Polsce, gdzie komuniści mieli już władzę, nie można było odtworzyć „Komunistycznej Partii Polski”.

Przecież przed wojną, kiedy KPP była zabroniona, mogła istnieć.

Dzisiaj  (tj. po 1945 r.), kiedy nie jest zabroniona, zaistnieć nie może.  Sprawa wyglądała podejrzanie.

Przeciw odtworzeniu KPP był Gomułka i jego frakcja PPR, tzw. „krajowcy”.

A to nie dlatego, że Gomułka nie lubiał KPP, ale dlatego, że był chytrym lisem: KPP odstraszałaby ludzi od tzw. „władzy ludowej”.

Komunista Gomułka, w przeciwieństwie do komunistów żydowskich, znał Polaków.  Wiedział,   że  trzeba zastosować odpowiednią taktykę,  żeby ich oszukać. Pozyskał sobie do niej Żyda z KPP, R. Zambrowskiego.

Dlatego KPP nie została odtworzona,  lecz  ukryła  się  pod szyldem PPR i potem PZPR.

Zasadnicza różnica między KPP-owską (żydowską) „Frakcją PPR” a gomułkowską PPR polegała na tym, że ta druga chciała – jak zauważył J. K. Kwiatkowski –

„zaszczepić płonkę komunizmu na narodowym pniu polskim  i  z nielicznej sekty przerodzić się w ruch masowy”.

Dlatego dążenia i oczekiwania komunistów żydowskich Gomułka określił jako „tendencje sekciarskie”.

Na zjeździe PPR w grudniu 1945 r. Zambrowski głosił z trybuny zjazdowej, że:

„Są poszczególni działacze szczególnie z pośród b. członków KPP, którzy nie mogą otrząść się z wpływu tradycji starej linii KPP… (…)  … nie chcą zrozumieć linii partii, …przeciwstawiają jej starą przeżytą linię sekciarską.” (za J. K. Kwiatkowski, j.w. str. 83).

To między innymi stało się przyczyną, że Żydzi zaczęli podejrzewać Gomułkę i jego frakcję o odchodzenie od komunizmu.

Podejrzenia  te  wzrosły wydatnie,  kiedy Gomułka  przeciwstawił się wyeliminowaniu Tity i Jugosławi z Biura Kom. i potem gwałtownej kolektywizacji rolnictwa w Polsce.

Z analizy ówczesnego stanowiska politycznego i partyjnego wyszło  komunistom żydowskim,  że Gomułka  (i spółka, Kliszko, Spychalski) był więcej nacjonalistyczny  niż   internacjonalistyczny.  Oskarżyli go  o  „odchylenie nacjonalistyczne”,  co  w  partiach komunistycznych  i lewicowych nie jest tolerowane:

wszyscy mają być równi, a więc wniosek logiczny: sabotował im wciela nie w życie ideałów komunistycznych.

To był powód, żeby żydowska sekcja etniczna, tzw.  „Frakcja PPR”,  kiedy poczuła się już bardzo silną, ujęła sprawy w swoje ręce.

Po umocnieniu się w najważniejszych organach siłowych władzy,  głównie  w bezpiece, wywiadzie, kontrwywiadzie, wojsku, cenzurze i aparacie propagandowym,  po tzw.  „zjednoczeniu”  PPR z PPS  i po przekształceniu ich w PZPR, wsadziła przywódców krajowego odłamu komunistów,  tj. Gomułkę, Kliszkę i Spychalskiego do klatki,  żeby im, Żydom, nie przeszkadzali.

W ten sposób komuniści żydowscy uzyskali niepodzielną  władzę na wiele lat, bo od 1948 do 1956 r.

Tutaj gwoli prawdy należy dodać, że Gomułka wcale nie był mniej internacjonalistyczny od komunistów żydowskich.

Gomułka  po  prostu  nie godził się  na odtworzenie KPP tylko dlatego,  bo znał duszę polską i wiedział, że pod tym szyldem nie było szans na oszuka nie, nawet najgłupszych Polaków.

Inaczej – kiedy komuniści ukryją siebie i swoje zamiary pod szyldem „Polskiej Partii Robotniczej”, szanse były duże, tak duże, że tabuny przygłupawych Polaków,  polskich  analfabetów  i  kretynów politycznych, dadzą się nabrać  i  potraktują  „PPR”,  jak  i  później  PZPR,  jako polskie ciało, a nie obcy przeszczep.

Jak się później okazało, miał rację.

Podobnie zresztą było z kolektywizacją rolnictwa.

Gomułka nie był przeciwnikiem kolektywizacji, był tylko bardziej przebiegły. Uważał, że kolektywizację w Polsce należy przeprowadzić metodą  salami, czyli po mału i po trochu.

Tego nie rozumieli komuniści żydowscy, zaślepieni Stalinem i talmudem marksistowsko-trockistowskim.

Kiedy latem  1948 r.  Gomułka  znalazł  się  w żydowskiej klatce, zaczął myśleć jak się z niej wydostać.

W grudniu tego samego roku napisał,  śladem  gen. Berlinga,  list  do  Stalina, żaląc się na

„duży odsetek elementu żydowskiego w kierowniczym aparacie państwo wym i partyjnym”,

za co winą obarcza Żydów.

W liście tym m.in. pisze – cytuję:

Można  wprawdzie  i  mnie  czynić  odpowiedzialnym za wysoki odsetek elementu żydowskiego w kierowniczym aparacie państwowym i  partyjnym,  lecz główna wina za wytworzony stan rzeczy  spada przede  wszystkim na towarzyszy żydowskich. (…). (Zob. ”Przegląd” z 7 marca 2008  i http://wiadomości.onet.pl/ 1473976,1292,1, czy_marzec_1968_r_ był, jak wyżej).

Pamiętał, że zmieniał im nazwiska na polsko-brzmiące i wsadzał ich na wyso kie stanowiska państwowe i partyjne.

I równie jak Berling nie dostał od Stalina odpowiedzi. Było już za późno.

Teraz mógł żydowskiej „Frakcji PPR”  nadmuchać do d….  Żydzi  już  załatwili sobie nawet i to, żeby wojsko nie znalazło się pod dowództwem jakiegoś  Pola- ka.

Wyprosili wcześniej, w imieniu „rządu polskiego”, u Stalina, żeby na czele wojska polskiego stanął K. Rokossowski, co zapewniało im bezpieczeństwo władzy.

Przedtem, tzn. od czterech lat szli razem, Bierut, Berman, Gomułka, Zambrowski i Minc. Po uwięzieniu Gomułki,  pełnię  władzy miała już tylko pozostała czwórka – (żydowska) „banda czworga”.

Po latach Jakub Berman mówił T. Torańskiej  (zob. ”Oni”, str. 293),  że  mieli „wizję”. 

Na co Torańska odpowiedziała:

I żeby ją zrealizować UB spaliło ponad 300 gospodarstw w osadzie Wąwolnica w powiecie puławskim;

trzymało Jana Troka ze Stargardu w zimnej piwnicy z nogami w wodzie, która zamarzła;

wieszało ludzi z nogami do góry i wstrzykiwało im wodę do nosa oraz za ciskało obręcze na głowach do zemdlenia;

wbijało  drzazgi  pod  paznokcie więźniom w Bochni oraz biło ich w pięty w Krakowie, Łodzi, Rybniku.

Te mordy, palenia, tortury,  na  taką skalę nieznane w Polsce od wieków, były elementem kampanii wyborczej do referendum oraz  do pierwszego i ostatniego z udziałem PSL-u  sejmu,  które  to wybory mieliście  wygrać jeszcze przed wyborami, jak chciał Stalin.

Berman:

– Najwięcej nadużyć popełniono w pierwszym okresie, przyznaję.”

  1. Torańska przytacza więcej takich tzw. „nadużyć” żydowsko-kominternow- skiej bandy opryszków i rzezimieszków. Na stronach 295 – 298 podaje w roz- mowie z Bermanem więcej:

(…) komendant  UB  w Bochni  zamordował burmistrza Bogucic,  Józefa Kołodzieja, prezesa Wici”, Wojciecha Kaczmarczyka, zarządcę miejsco- wej mleczarni, Władysława Kukiela, działacza PSL-u, Stanisława Maria sza, oraz zamęczył torturami burmistrza Łapanowa, Jana Jarotka, i za- strzelił członka lokalnego komitetu wykonawczego PSL-u, Józefa Szydło wskiego.

Szydłowskiemu przed zastrzeleniem wycięto język, wyrwano pazno- kcie i pogrzebaczem wypalono oczy.

Wójt  wsi  Sarnaki  koło  Siedlec  został zabity w obecności mieszkań- ców całej wsi,  domy  ich  spaliło  UB.

Mjr. Sobczyński, komendant  UB w  Rzeszowie,  i  sekretarz  PPR-u  w Przemyślu wyciągnęli z domu Władysława Kojdera, członka komite- tu wykonawczego PSL-u, znalezio go w lesie zabitego 30 kulami.”

Natomiast z kwartalnika „Krytyka” dowiadujemy się, że:

„(…). Szukano również syna Kołodzieja,  po  drodze  bijąc rewolwerem  i cepami Felgowskiego  i  73  letniego starca  Szymona Nosola.

Inna grupa UB w Mikluszowicach pobiła sołtysa  –  Michała Jarosza  za usunięcie zwłok zamordowanych kierownika mleczarni Kukieli  i Maria- sza.

W Dziewinie aresztowano T. Dąbrowskiego i J. Szydłowskiego z Mikluszowic.

Dąbrowskiemu kazano uciekać, postrzelono w plecy i w brzuch,

Szydłowskiego zabrano do Bochni, gdzie torturowano, bito po głowie pałkami i karabinami, podcinano język, wbijano drzazgi pod paznokcie, podcięto uszy, palono słomą pod nogami. Na skutek tych tortur Szydłowski zmarł.

Oprawcami  byli  Józef  Bartkowicz, Leon Bartkowicz,  Tadeusz  Powroźniak.

Są świadkowie.

Bracia Bartkowicze znani są na terenie powiatu  Bochnia jako  notoryczni kryminaliści i bandyci. Byli konfidentami żandarmerii niemieckiej w czasie okupacji.”

(Zobacz: „Krytyka, Kwartalnik Polityczny” Nr 6, Warszawa 1980, str. 153 , Łukasz Socha, „Interpelacje posłów PSL”).

W kwietniu 1946 do władz PSL wpłynął list  od  czytelnika  tygodnika  „Piast”, organu PSL. List ten został wysłany do redakcji tego pisma.

Czytelnik ten pisze:

Jestem mimowolnym świadkiem wstrząsającej zbrodni,  jakie dokonują pracownicy  urzędu  bezpieczeństwa  na ludności polskiej,  w pierwszym rzędzie na chłopie polskim.

Chciałbym tylko w paru słowach określić, co słyszałem  i  to,  co  sam wi- działem na własne oczy we wspomnianym urzędzie.

Będąc  w  bezpośrednim  sąsiedztwie  UB, jak również mając na kwaterze tych  zbirów  (tylko  na  takie miano w moich oczach zasługują)  mogłem podsłyszeć ich rozmowy i mogę podać parę identycznych (winno być autentycznych) faktów.

Praca, a praca krecia, w UB odbywa się tylko nocą, gdy na ulicy zamie ra wszelki ruch,  aby  przechodnie  nie  mogli usłyszeć wydobywających się jęków przesłuchiwanych uwięzionych w kaźni.

Uwięzieni przesłuchiwani są kilkanaście razy na noc, przesłuchiwaniu  takiemu  towarzyszy  nieludzkie  bicie,  chcą w ten sposób wydobyć coś od swoich ofiar.

Jest to jeszcze niczym w porównaniu z dalszymi torturami,  jakie  potrafią  „Polacy”  z  Bezpieki w dwudziestym wieku.

Gdy ofiara mimo bicia i pogróżek nie chce mówić, wbijają jej po 5 do 15 szpilek za paznokcie,  a  gdy to nie pomaga, nacinają nożem mięśnie rąk lub nóg  i w rany sypią niegaszone wapno,  a  w  ostatecznym razie  rozciągają  swoją ofiarę na specjalnym rusztowaniu  z haków i wyrywają jej ręce i nogi ze stawów, gdy ofiara mdleje, zlewają ją wodą, aby doprowadzić do przytomności i znowu nadal męczyć.

Dzięki takim torturom lub innym, ofiara kończy życie , a zbiry wyciągają ją najczęściej za skatowane lub przypiekane nogi poprzez wysokie  schody  i  długie  podwórze,  aby  wrzucić ją do dołu wykopanego przez volksdeutschów.

Tak kończą ludzie swe życie w dzisiejszej Polsce komunistycznej  bez sądu i bez wyroku.”

(Zob.: „Krytyka” Nr. 6, jak wyżej, str. 154).

Wprowadzano więźnia  do pokoju za parawanikiem,  niby  do  lekarza.  Za  parawanem, zamiast medyka,  Różański stawiał któregoś ze swoich osiłków z pieciokilogramowym młotem.

Podprowadzano rozebranego do pasa skazańca do zasłony, po czym polecano mu, aby pochylił się do przodu  i  kładziono mu  na  łopatki deskę. W tym momencie zza parawanu wyskakiwał kat  i  walił  młotem w deskę.   Po  takim  uderzeniu  zazwyczaj pękało serce nieszczęśnika”.

(Zob. „Akcje Specjalne”, Henryk Piecuch. Tu cytuję za B.Urbankowskiego, „Czerwona Msza. Czyli uśmiech Stalina”, Wyd. j.w., tom II, str. 535).

Inny przykład bestialstwa, zwyrodnienia  i  trudnego do pojęcia okrucieństwa (zwierzęta tak nie postępują), nieznanego od wieków w Polsce, to potraktowanie majora Hieronima Dekutowskiego, słynnego „Zapory”:

>> 15 listopada 1948 roku  –  pomimo, [że]  formalnie ujawniony i amnestionowany – major Hieronim Dekutowski, kawaler Virtuti Militari,  został skazany na śmierć.

Prócz niego – na śmierć skazano jeszcze sześciu partyzantów „Zapory”.

Tylko w stosunku do siódmego z oskarżonych w tym samym procesie, do Władysława  Siły-Nowickiego  –  „Stefana”,  Bierut  skorzystał  z  prawa łaski.

Do wykonania wyroku „Zaporę” trzymano w mokotowskim więzieniu, jeszcze poddawano przesłuchaniom, a nawet torturom.

Obiecywano darowanie życia za ujawnienie miejsca pobytu  „Uskoka”… Dekutowski nikogo nie zdradził.

Oprawcy przyszli po niego 7 marca 1948 roku.

Autorka pierwszej monografii o „Zaporze” (wydanej w 1995 roku!) tak opisuje jego ostatnie chwile:

„Miał trzydzieści lat (…).  Wyglądał  jak starzec.  Siwe włosy,  wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie.

– My nigdy nie poddamy się!  –  krzyknął, przekazując  przez  współwięźniów swe ostatnie posłanie.

Według dokumentów, wyrok wykonano przez rozstrzelanie.

Mokotowska legenda głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora „Zaporę” do worka, worek podwiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem płynącej spod sufitu niepokornej krwi.

Potem, w pięciomminutowych odstępach, mordowali jego żołnierzy:

„Rysia”, „Zbika”, „Mundka”, „Białego”, „Junaka” i „Zawadę”.

Nie wiadomo, co ludowa władza zrobiła z ciałami  pomordowanych. Martwi, nadal stanowili dla niej śmiertelne zagrożenie. Nie doczekali się pochówku. Nie mają grobów.”

(Zobacz: B.Urbankowski, „Czerwona Msza. Czyli uśmiech Stalina”, tom I, str. 582).

I znowu Torańska:

– „W listopadzie 1945 r.:

w okolicy Tarnobrzegu aresztowano ponad  500  mężczyzn  za  zwołanie zebrania poświęconego pamięci zmarłego Wincentego Witosa;

w rejonie Ostrowa Wielkopolskiego 150 ludzi osadzono w obozie, w którym  poprzednio trzymano  Niemców;

w  Kępnie  wyciągnięto  z  domów  300 osób,  wielu  z  nich  nigdy  nie wróciło.”.

Berman na to odpowiedział, że o tym nie wiedział

nie tkwiłem w tych materiałach”.

Tak samo tłumaczył się na VIII Plenum KC PZPR w 1956 roku., o czym później.

Oczywiście, Berman tu łgał, bo nie mógł nie wiedzieć o dokumencie podpisanym  przez S. Radkiewicza, a wydanym  przez   „Min. Bezp. Publ”.  Warszawa, S.VIII/1233/172, 4.12. 1945,  skierowanym  jako  „TAJNE”  do Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego i placówek UB, gdzie czytamy:

W ostatnich tygodniach na terenie całego kraju wzmogła się działalność band reakcyjnych i konspiracyjna działalność  antypaństwowa.

Jesteśmy w posiadaniu dokumentów stwierdzających,  że  akcja  ta jest popierana przez legalne stronnictwa opozycyjne, które z tą akcją sympatyzują.  Szereg  poufnych wystąpień tych stronnictw miał charakter wybitnie wrogi  dla  Rządu  i  demokratycznego ustroju. Stronnictwa te usiłują rozbić jednolity blok stronnictw demokratycznych.

W związku z tym polecam kierownikom placówek UB,  aby w jak największej tajemnicy przygotowali akcję mającą na celu likwidowanie działaczy tych stronnictw,  przy czym musi być ona upozorowana,  jakoby  robiły to bandy reakcyjne.

Do akcji tej wskazanym jest użyć specjalnych  bojówek  stworzonych latem ub. roku. Akcji tej towarzyszyć ma kampania prasowa skierowana przeciw bandom terrorystycznym,  na które spadnie odpowiedzialność za te czyny. (Podkr. moje – W.G.).

Szczegóły wykonania powierza się kier. placówek  UBP  pod surową  odpowiedzialnością osobistą.”.  Podpisano: ( – ) Radkiewicz – (Zob.”Kryty- ka”, Nr. 6, j.w., str.147).

I ostatni przykład z Torańskiej ”ONI”:

– >>Według Krystyny Kerstenowej  (”Historia  Polityczna Polski  1944 – 1956”):

„Zakres wszystkich form represji  był bardzo duży,  był on przy tym częściowo tylko funkcją realnego oporu, jaki napotkała władza.

Represje  dotykały  nie  tylko  ludzi  występujących  z  bronią w  ręku, lecz także zaangażowanych w działalność polityczną, nie wykraczającą poza zakres swobód, zagwarantowanych umowami jałtańskimi.

Dotykały także masowo ludności wiejskiej”.

I liczby:

pięćdziesiąt, a przed wyborami do sejmu i sto wyroków  śmierci  miesięcznie, ogłaszanych w GŁOSIE LUDU obok cen kartofli i cebuli oraz 100 tysięcy (według obliczeń MPB)  lub 150  tysięcy (według  później- szego MSW) trzymanych w więzieniach i piwnicach UB-owskich.<<

To  był  tzw.  „pierwszy okres”,  jak  określił  Berman, zdobywania i utrwalania władzy ludowej w Polsce przez międzynarodową bandę leninowsko-trockistowską spod znaku KPP-PPR.

Wynik na razie:

kilkadziesiąt tysięcy (według J. Urbana 30 tysięcy)  zamordowanych  patriotów polskich i 150 tysięcy trzymanych w więzieniach i piwnicach UB-owskich (według UB-SB).

Z pracy pt. „Czerwona msza”, Bogdana Urbankowskiego (Warszawa 1995, str. 248 – 249)  dowiadujemy się, że  Żyd  Roman Zambrowski  (Rubin  Nussbaum) kierował specjalną komisją:

>>   Dekret  o  Komisji  Specjalnej  przewidywał  utworzenie  obozów   dla „przestępców gospodarczych”  (…)  i do roku 1949 Komisja zajmowała się przeważnie walką na tym froncie   –  „bitwą o handel”,   wywożeniem  do obozów kupców, działaczy spółdzielczych i chłopów.

Od roku 1949  Komisja Specjalna zajmuje się głównie sprawami politycznymi, uzupełniając działania represyjne UB – m.in. przez administracyjne  zsyłanie  do  „obozów pracy”  tych  podejrzanych,  przeciwko  którym ubowcy nie zgromadzili dowodów winy (…).

W obozach przebywały również kobiety  –  nawet ciężarne i z niemowlętami. (…).

Jeśli w pierwszej połowie(do roku 1949) działalności Komisja skazała na obozy 16,5 tysiąca więźniów, to w drugiej ponad 10 razy tyle, ponad 180 tysięcy.

Ogółem wydano 460 tysięcy wyroków,  co oznacza,  że  co  50  Polak  był ofiarą Komisji Specjalnej (…) << (Zob. Jerzy R. Nowak , „Spory o historię i współczesność”, Wydawnictwo Von Borowiecky, Warszawa 2000, str. 581).

W drugim wydaniu „Czerwonej Mszy” (1998), B. Urbankowski uzupełnia, że – cytuję:

Blisko  200  tysięcy  skazanych  trafiło do obozów  –  i tu dotykamy nie ukaranej zbrodni ludobójstwa.” (Zob.  Bogdan Urbankowski,  „Czerwona Msza…”, Wyd. II, tom I, str. 498).

Jakie możliwości doskonalenia się zawodowego, rozwoju umysłowego i  intelektualnego, mieli Polacy skazani do życia w obozie pracy przymusowej?

Autor  „Czerwonej Mszy…” pisze:

„ Za  próby  ucieczki,  a nawet za niewykonanie normy stosowano bicie i kary  –  np. wielogodzinne zamknięcie w ciemnym  i wilgotnym bunkrze.

Nie oszczędzano ludzi starszych,  zwłaszcza spośród inteligencji, która złośliwie była kierowana do najcięższych i najbardziej upokarzających prac. (Podkr. moje – W.G.)

Wiadomo jednak było, iż właśnie z tych kręgów najczęściej rekrutują się wrogowie ustroju, należało więc ich eliminować. Za zbrodnie Speckomisji, podobnie jak za zbrodnie Informacji Wojskowej,  nikt nie został  ukarany.”

Dziennikarz, Jan Sęk, którego ojciec został zamordowany przez Żydów z UB w 1950 roku, napisał list do „michnikowskiej „G.W.” w 1990 r. (opublikowany 4 maja), gdzie przypomniał, że komuniści

„(…)  sprawili  tu  po  wojnie nie  jeden,  a  dziesięć  Katyniów.  Zabili   w  polskich więzieniach ponad 40 tys. ludzi.”

Drugi okres

To okres umacniania władzy opryszków żydowskich i służących im szumowin polskich.

Przypadł on na czas od 1948r. (uwięzienie gomułkowskiej frakcji PPR i pełnia władzy żydowskiej ”Frakcji PPR”) do 1956 r..

Ten okres jest bardzo ważny, bo w tym czasie – na skutek rozpętanego terroru paraprawnego,  („para”  –  bardzo przypominającego coś  – tu: sądu), t.j. tzw. „terroru  sądowego”  –  straciło  życie  setki  czołowych  postaci  polskich  elit, ocalałych z pożogi wojennej.

Przerzucając się na ten chwyt „prawny”, tworzono pozory, że mordowani giną z mocy prawomocnego wyroku sądowego. A więc z mocy prawa.

Przykładem takiego terrorysty  i  bandziora sądowego może być tutaj  Stefan Michnik,  brat Adama,  właściciela  i  redaktora  ”Gazety  Wyborczej”, albo Wolińska –  żona wysokiego oficera UB,  Z. Baumana,  czy  np. sędzia Górska.

Proszę zauważyć, że w tym, a nie w innym okresie czasu, zamordowany został gen. Fieldorf  – „Nil”, nieco wcześniej zamordowali rotmistrza, Witolda Pileckiego”  i w następnym czasie setki innych patriotów polskich.

Aresztowali ich Żydzi, znęcali sie nad nimi Żydzi,  torturowali ich Żydzi, sądzili ich Żydzi i  wykonywali wyroki Żydzi pod polskimi nazwiskami, co  przypomniała przed swoją śmiercią Maria Fieldorf-Czarska, córka gen.Fieldorfa,

Innym  przykładem  jest  sprawa  19 oficerów,  zamordowanych  z wyroku tzw. „Najwyższego Sądu Wojskowego”.

Byli to wyżsi oficerowie lotnictwa  i  marynarki wojennej  na  początku  lat 1950-tych.

Drakońskie śledztwo przeciw tym Polakom było prowadzone  przez osławioną zbrodniczą „Informację Wojskową”, której trzon kierowniczy stanowili komuniści żydowscy.

21 lipca 1952 r.  ogłoszono  wyroki  śmierci,  które  zostały  wykonane.  Między innymi zamordowani w ten sposób zostali:

Komandor Stanisław Mieszkowski, który dowodził we wrześniu 1939 r. kanonierką „Generał Haller”, a po zatopieniu kanonierki brał udział w obronie Helu.

Komandor-porucznik Zbigniew Przybyszewski,  który  w 1939 r.  dowodził słynną „baterią cyplową” najcięższych dział na Helu. Był odznaczony orderem  Virtuti Militari.   Drakońskie  śledztwo  komandor  Przybyszewski przeżywał przez 22 miesiące.

21 miesięcy  był  katowany  w  podziemiach Informacji Wojskowej komandor Mieszkowski.

Zaś komandor Kasparski przechodził męczarnie żydowskiego śledztwa 17 miesięcy.

Komandor Jerzy Staniewicz, który swą karierę wojskową rozpoczął w sze regach polskiej 5 Dywizji gen. Czumy na Syberii.  W czasie walk wrześniowych na Wybrzeżu był oficerem w Dowództwie Floty Wojennej.

W 1950 roku aresztowany został pułkownik Zdzisław Barbasiewicz,  oficer zawodowy piechoty.  Walczył  w  czasie  kampanii wrześniowej,  a w czasie okupacji  działał  w  A.K.  Był  odznaczony Krzyżem Walecznych i orderem Virtuti Militari. Po aresztowaniu przeszedł bestialskie śledztwo,  po  czym wyrokiem „sądowym”, ogłoszonym 29.XI. 1951 r. skazany na karę śmierci.

Wyrok wykonano w styczniu 1952 r.  A więc w  czasie,  kiedy banda  żydowsko-kominternowska miała w Polsce niepodzielną władzę.

Gehennę i piekło żydowskich zboczeńców i sadystów przeszedł Kazimierz Moczarski.

Warto tu wspomnieć trochę i jego, bo ukazuje żydowskie bestialstwo i okrucieństwo,  do  jakiego  nie  są  zdolne  żadne zwierzęta, nawet gestapowcy nie, ale Żydzi… tak.

30  listopada 1949 roku K. Moczarski został wezwany do tzw. celi śledczej.

Tam czekał na niego komunistyczny t.zw. „wiceminister” UB, R. Romkowski i dyrektor departamentu Józef Różański (Icek Goldberg).

Zażądali od niego, żeby przyznał się do tego, co oni chcieli, żeby się przyznał. Moczarski zaszokowany tym, powiedział im – nie!

>>Istotnie od 2 stycznia 1949 rozpoczęło się owo „piekielne śledztwo” . Siedział wtedy w więzieniu mokotowskim na oddziale XI, a potem w pawilonie A na oddziale XII.  Stamtąd podziemnym korytarzem prowadzono do pokojów śledczych, mieszczących się w tzw. „pałacyku”.

W czasie śledztwa trwającego dwa lata z okładem poddany został 49 rodzajom maltretacji i tortur.

W piśmie do Sądu Najwyższego pisanym w więzieniu w Sztumie  25 lutego  1955 roku  sucho wyliczył numerując owe 49 rodzajów:

bicie  pałką  gumową  w  specjalnie uczulone miejsca  –  nasadę nosa, podbródek, łopatki, pięty; bicie batem obciążonym tzw. lepką gumą, bicie drągiem mosiężnym, drutem, drewnianą linią;

kopanie,  siedzenie  na  drucie,  który  ranił odbytnicę;  przysiady do omdlenia, wielogodzinne stójki, wyrywanie włosów  tzw.  „podskubywanie gęsi”  ze  skroni,  brody,  piersi  i  krocza,  przypalanie ogniem dłoni,  miażdżenie  palców  między  ołówkami,  tortura   bezsenności przez  7-9 dni  –  budzenie  więźnia,  który  stał  w celi uderzeniami w twarz – ta tortura zwana plażą” lub „zakopanem” wywoływała  za- burzenia  psychiczne  zbliżone  do  halucynacji;  tortura pragnienia przez kilka dni.<<.

(Zob. Aniela Steinbergowa, „Widziane z ławy obrończej”, str. 24-25, wyd. Instytut Literacki, Paryż 1977).

Aniela  Steinberg  podaje  przy  tym  informację,  że  polecenia  do  stosowania tych rodzajów tortur wydawał:

„bezpośrednio  płk.  Różański  i płk  Fejgin,  (stąd S. Michalkiewicz nazywa te dzisiejsze elity polityczne,  nie  bez  powodu, „fejginiątka”, albo określa mianem  „szlachta jerozolimska”, dop. mój – W.G.),

i wiceminister gen. Romkowski  (prawdziwe nazwisko:  Natan  Grinsz- pan-Kikiel, członek KPP) 

przez  6 i pół lat nie wypuszczano  Moczarskiego  z celi  na spacer,  przez  4  i  pół  lat  był izolowany od świata zewnętrznego, pozbawiony wiado- mości od rodziny, listów, gazet i książek.”.

Przy  końcu  1952 r. (18 listopada),  kiedy  żydowsko- kominternowska  banda sprawowała praktycznie absolutną władzę już od czterech lat, skazali Moczarskiego na karę śmierci.

Wyroku nie wykonano od razu, jak w kilku innych przypadkach, ale trzymano go w katowniach UBeckich  i  w celi śmierci, przeszło 11 lat.

Dlaczego tego wyroku nie wykonano?

Może  to kwestia  przypadku,  a  może  mieli wobec niego inne plany.  A  może ktoś się gdzieś  w  pewnym momencie pomylił,  albo  zagubił?

>> ”Jest absolutnie bezsporne, że Różański sam bił do krwi, tolerował bicie  i  podżegał  do  niego  podwładnych  mu  funkcjonariuszy, bijąc w ich obecności.

Jego istotną umiejętnością zawodową” było psychiczne dręczenie ludzi w  śledztwie  i  wydostawanie  od nich tą drogą informacji, często fałszywych,  których  wcześniej  nie  podaliby nawet podczas  tortur  w  katowniach gestapo.” << 

–  zauważył  Z. Uniszewski  w  pracy „Józef Różański”. „Karta”.  (zob. Wikipedia, wolna encyklopedia).

„Hitlerowcy i naziści mordowali ludzi za krzywy nos  i  za  niewłaściwe pochodzenie  narodowe,  ale  mordując ich, zostawiali  im  człowieczeństwo.

Staliniści i komuniści mordowali ludzi za niewłaściwe pochodzenie społeczne, ale przedtem odbierali im człowieczeństwo i robili z nich gówno”

– jak przenikliwie zauważył to Leopold Tyrmand w swej rozprawce pt. „Komunizm  – hitleryzm,  Krótkie studium komparatywne”.

Icek (Jacek) Goldberg (Różański),  J.Berman,                                                                                                              B.Bierut, Minc,                                                                                                                            Zambrowski

robili z Polaków gówno w spółce z

  1. Fejginem i  R.  Romkowskim (Grinszpant-Kikielem)  i  w  zmowie   z tysiącami innych żydowskich sadystów i bandziorów.

Dzisiaj ich potomkowie w pierwszym i już często w drugim pokoleniu  oczekują, a nawet domagają się, żeby Polacy lubili ich, poważali, respektowali, zachwycali się nimi, darzyli sympatią, głosowali na nich  i  nie przeszkadzali im w miłościwym sprawowaniu władzy w III RP.

A tych, którzy tego nie czynią i przyjmują inną postawę polityczną,  to  należy najpierw  zdehumanizować,  czyli oczernić,  obszczekać  i  wyzwać  od  „faszystów”, „ksenofobów”, „nienawistników”, „szmalcowników” i „antysemitów”, a potem już z czystym sumieniem przykładnie „ukarać”,  tzn.  zemścić  się  przy pomocy dyspozycyjnego  „wysokiego sądu”  tzw. „III RP”.

I to tak mocno, żeby nie mogli się już podnieść.

Od kiedy to ofiary mają obowiązek poważać i uwielbiać swoich katów i wyrosłe z ich nasienia potomstwo, tworzące dzisiaj nowe i genetycznie obce elity, wyrosłe na krwi polskiej i ze zbrodni dokonanej na Polakach?!

Przecież  jak  i  z  której strony nie spojrzymy na ciągłość pokoleniową dzisiej- szych elit tzw. „III RP” to zauważymy, że

zaczyna się ona w okresie 1944 – 1956 roku,  czyli  w  okresie największych zbrodni dokonanych na Polakach przez żydowskich  bandziorów  i  sadystów  we  współpracy  z  polskimi  opryszkami i rzezimieszkami spod znaku KPP/PPR/PZPR .

Te dzisiejsze elity wyrosły z masowego mordu  i  dojrzewały na krwi i rabunku Polaków.

Ich  dzisiejsza  pozycja  finansowa, ekonomiczna, kulturalna i polityczna pochodzi  z  przestępstwa.  Rzeczy  i  wartości pochodzące z przestępstwa podlegają konfiskacie.

Takie jest prawo we wszystkich państwach prawa.

Tylko nie w III RP. 

Dlaczego?!

Może dlatego, że prawo w Polsce ustanowili i stoją na straży jego przestrzega- nia, ci  sami etnicznie  i  gatunkowo ludzie,  co w latach 1944 – 1956?!

Pisarka, Maria Dąbrowska, która przez pewien czas flirtowała z reżymem komunistycznym, odnotowała w swych „Dziennikach”:

„UB, sądownictwo są całkowicie w rękach Żydów.

W ciągu tych przeszło dwu lat ani jeden Żyd  nie  miał procesu politycznego. Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków. I jak to nie ma szerzyć w Polsce wrednego antysemityzmu?”   (Cyt. za B. Urbankowski, „Czerwona Msza”,  Wydanie II, Warszawa 1998, t.2, str. 174.).

Jeżeli ktoś odważy się postawić na porządku dziennym kwestię odpowiedzialności za zbrodnie dokonane na Polakach;

za okrucieństwa i sadystyczne znęcanie się nad nimi,

zaraz takiego śmiałka obrzuca się epitetem „antysemity”;

oskarża, że posługuje się „mową nienawiści”; że „zieje jadem nienawiści” i obrzuca temu podobnymi wyzwiskami.

Kto to ustanowił, powiedział, i kiedy, że jednych krwawych bandziorów i bezwzględnych sadystów należy tolerować, uwielbiać i szanować, a innych nienawidzić i zwalczać?

Polska  Żydówka, Alicja Zawadzka-Wetz,  radiowa  propagandzistka  PRLow- skiego radia od 1944 r. (zaczynała już w Lublinie przy bandzie kominternowsko-żydowskiej), członek PPR i PZPR do roku 1962, pisała po wyjeździe z PRL -u, że niechęć i negatywny stosunek Polaków do Żydów po II wojnie światowej ma swoje głębokie uzasadnienie.

Ten tzw. „antysemityzm” – cytuję:

„(…)  –  to  zdrowa  reakcja społeczeństwa polskiego na akty gwałtu, bezprawia i terroru, których wykonawcami, z konieczności, czy też z przekonania byli w przeważającej mierze Żydzi.

To oni, właśnie ci przedwojenni komuniści,  którym  udało  się przetrwać okres wojny  w  Związku Sowieckim, objęli później  najbardziej  odpowiedzialne stanowiska w aparacie bezpieczeństwa, czy propagandy.

To oni w oczach Polaków byli odpowiedzialni za całe zło, za ludzkie cierpienia w okresie stalinizmu.

Nie można się takiej reakcji dziwić. Ci ludzie powinni odejść. Nie dlatego, że przypadkowo byli Żydami, ale dlatego, że ponosili obiektywnie odpowiedzialność  –  jako komuniści i jako polscy obywatele  –  wobec swoich rodaków.”

(Zob.: Alicja Zawadzka-Wetz, „Refleksje pewnego życia”, seria „Dokumenty” nr 19, Instytutut Literacki, Paryż 1967, str.100).

Jak doświadczamy do dzisiaj, nikt  z nich dotąd nie został pociągnięty do odpowiedzialności i nikt nie został ukarany.

Czyżby wymiar sprawiedliwości w III RP (prokuratura i sądownictwo)  nadal znajdowało się w  rękach  tej  samej  formacji  bandy  kominternowsko-żydow- skiej? 

Pytanie wydaje się być tutaj na miejscu:

Przecież jest rzeczą naturalną, że członkowie mafii nie mogą sądzić swoich przywódców i mocodawców, ani ich karać. Tym bardziej jasne jest, że synowie i córki nie będą ścigać swych ojców, matek i dziadków.

Ale  co robią,  jako potomkowie zbrodniarzy,  we  władzach  politycznych tzw. „III RP”?

Czy nie powinni też odejść?!

Dobrowolnie na pewno nie odejdą. Trzeba zatem ich do tego zmusić.

Nieżyjący już Żyd, Stefan Meller, syn Adama Mellera, działacza KPZU a potem oficera i funkcjonariusza zbrodniczej Informacji Wojskowej, napisał o ojcu:

„(…)  funkcjonowanie  ojca  i  jego  kolegów  po  wojnie  było haniebne (…) zachowywali  się  tak,  jakby  byli  władcami  w  podbitym  kraju. 

Meller (…)  wiedział  jednak  dobrze,  że  (…)  rzeczy  najstraszniejsze  w Polsce rządzonej przez komunistów dokonały się w drugiej  połowie  lat 40.  i  w  pierwszej  połowie  lat 50.                                                                           (Vide: „Gazeta Wyborcza”, Sobota-Niedziela,  9-10 lutego  2008,  str. 24, artykuł „Książka na pożegnanie”).

A więc i Meller poświadcza tutaj to, o czym niniejsza praca traktuje.

Na  poparcie  Stefana  Mellera  i  dla  ilustracji,  jak  Żydzi wyniośle traktowali wówczas Polaków,  i  jak się wobec nich haniebnie zachowywali, warto przytoczyć wydarzenie, które odnotował sędzia Sądu Najwyższego,

Mieczysław Szerer, w swym raporcie z czerwca 1957 r. – cytuję:

>>  „Znamienne  wydarzenie  opowiedział  Komisji  sędzia  Najwyższego Sądu Wojskowego  płk. Sieracki.

W krakowskim sądzie rejonowym był szefem ppłk. Staszica.

W roku 1950  zastępował go chwilowo mjr Hollitscher. 

Któregoś  dnia  w godzinach  służbowych,  do  pokoju  kierownika  sekretariatu, w  którym znajdowało się kilku oficerów sądowników,  wszedł oficer Okręgowego  Zarządu Informacji kp. Zweig – w czapce na głowie, z ręką w kieszeni i z papierosem w ustach.

Gdy w chwilę później wszedł mjr Hollitscher, kierując się do swego gabinetu i kpt. Zweig, nie zmieniając pozy, zwrócił się do niego, mjr  Hollitscher zapytał go: „kto jesteście?”. 

Na  odpowiedź  kpt. Zweiga, że jest z Informacji, mjr Hollitscher  oświadczył:

Ale to was nie upoważnia do zachowania się niewłaściwie. Zdejmijcie czapkę i wyjmijcie papierosa z ust. Tu w pokoju wisi godło państwa”.

Dziwnym  zbiegiem  okoliczności  wkrótce  potem  wszczęto przeciw mjr. Hollitscherowi postępowanie  i  2 października 1950 roku  przyszedł  go aresztować nie kto inny, lecz kpt. Zweig.

Warto zapoznać się  bliżej  z  losem śmiałka,  który  porwał się strofować oficera Informacji.

Akt oskarżenia, sporządzony 27 stycznia 1951 roku zarzucał mjr. Hollitscherowi, że przez swe krytyczne wypowiedzi

„usiłował wytworzyć u słuchających go osób wrogie nastawienie psychiczne,  przygotowując  w  ten  sposób  grunt  do obalenia przemocą Demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.

Za przestępstwo takie grozi wedle KKWP kara więzienia do 15 lat.

Wśród owych krytycznych wypowiedzi miało znajdować się także zajmowanie rzekomo negatywnej postawy wobec marksizmu (Hollitscher podawał się za wierzącego katolika) i

„fałszywe  przedstawianie  form  organizacyjnych  spółdzielczości produkcyjnej w Polsce”.

W lipcu 1951 roku  Najwyższy Sąd Wojskowy  nadał  „przestępstwu”  mjr. Hollitschera łagodniejszą formę, potraktował je mianowicie jedynie jako karygodne rozpowszechnianie fałszywych wiadomości i skazał oskarżonego z mocy art. 22 mkk na rok więzienia.

Po odcierpieniu tej kary mjr. Hollitscher co pewien czas składał prośby o zatarcie skazania w drodze łaski.

Ale Najwyższy Sąd Wojskowy prośbom tym nie nadawał biegu.  Dopiero w styczniu 1957 roku Zgromadzenie Sędziów N.S.W. zrehabilitowało Hollitschera, uchylając wyrok z roku 1951 i umarzając postępowanie z b r a k u   c e ch   p r z e s t ę p s t w a   w zarzucanym mu czynie.

Takie były skutki próby ukrócenia arogancji oficera Informacji.”

Tutaj należy się krótkie wyjaśnienie czytelnikowi nie obeznanemu z ówczesnymi  niuansami  organizacyjnymi,  tworzonymi na swój użytek przez bandę ko- minternowsko-żydowską.

A więc, „Państwowy Urząd Bezpieczeństwa”,  w  skrócie „UB” (a potem po 56r. „SB”), to była organizacja (oddział partyjny – takie PRL-owskie  GeStaPo)  do walki z cywilną częścią społeczeństwa;

z obywatelami, którzy mieli inne poglądy od komunistycznych i kominter nowsko-żydowskich.

Ich celem i zadaniem było nakłonić Polaków, żeby wyznawali  i podzielali poglądy, jakie klika żydowsko-kominternowska uzna za właściwe (czytaj: poprawne politycznie, czyli korzystne dla niej)  w danej chwili.

Opornych trzeba było zmusić do wyznawania takich poglądów siłą.

Tę  siłę  zastosowali  np.  wobec prymasa Wyszyńskiego  i biskupa kieleckiego, Kaczmarka;

wobec  chłopów  stojących  ideowo  i  niezłomnie przy Witosie,                        

nie mówiąc już tutaj o ocalałych  z  pogromu niemieckiego, sowieckiego i żydowskiego  (z  I-szego PRL-u)  niedobitkach  resztek  inteligencji   polskiej (ostatniego garnituru) – wyznających i kultywujących wartości bliższe  Polakom,  aniżeli  Niemcom,  Rosjanom,  Ukraińcom,  Czechom   czy Żydom.

UB  była  organizacją  stworzoną  do walki  z  Polakami,  którzy nie  podzielali poglądów czerwonych talmudystów.

Natomiast „Informacja Wojskowa”, to skrót  od  „Głównego Zarządu Informacji  Wojskowej”,  organu,  który  miał  zadania  nieco  inne  (piszę „nieco inne” dlatego, że ze sobą bardzo ściśle współpracowały, np. czy pojmanego patriotę polskiego w tym wypadku postawić przed karnym sądem cywilnym, czy przed wojskowym).

G.Z. I.W.  był organem bandy  kominternowsko-żydowskiej do niszczenia inteligencji polskiej ze stopniami wojskowymi.

Kadra oficerska Armi Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich,przywódców WiN

i im podobnych organizacji niepodległościowych,  podlegała  pod jurysdykcję G.Z.   Informacji Wojskowej  I-szego PRL-u.

Żydzi z bandy KPPowsko – PPRowskiej dopuścili  się  okrucieństw niepospolitych.

Najpierw znęcali się brutalnie i bezlitośnie nad Polakami a potem mordowali ich z zimną krwią za to tylko,  że  byli Polakami i bronili niepodległości swej ojczyzny.

Jako jeszcze jeden przykład bestialstwa bandy żydowsko-kominternowskiej niech posłuży historia legendarnego „Warszyca” i jednego z jego oddziałów partyzanckich.

>> Na ślad grobu „Warszyca” nie natrafiono.  Znaleziony jednakże  został  jeszcze  jeden  makabryczny trop.

Według jednego z  przekazów, „Warszyc”  miał  zostać  po  rozstrzelaniu wrzucony do poniemieckiego bunkra pod Bąkową Górą, gdzie wrzucano też wcześniej zabitych jego żołnierzy –  kilkunastu chłopaków, z których najmłodsi nie mieli 18 lat.

W orzeczeniu rehabilitacyjnym wydanym w  1991 roku przez  Sąd  Wojewódzki w Piotrkowie czytamy na temat ich śmierci:

Egzekucja skazanych na karę śmierci miała wszelkie cechy mordu połączonego z okrutnym okaleczeniem ciała  (łamanie nóg  i  żeber, wydłubywanie oczu,  wbijanie  gwoździ  w głowę,  wycięcie języków, odcięcie dłoni)…” <<                                                                                               (Cyt. za „Czerwona Msza”, B. Urbankowski, j.w., tom I, str. 608).

Można  za  te  najstraszniejsze rzeczy obarczać winą  „słoneczko narodów”,  J. Stalina, tak jak Adolf Eichman obarczał Hitlera. I że on, Eichman, wykonywał tylko rozkazy,  co zresztą było prawdą, ale nie miało wpływu na jego los.  I tak został powieszony.

Powoływanie się na Stalina i „stalinizm” nie zmienia jednak faktu, że to właśnie  w  czasie  niepodzielnych  rządów żydowskiej bandy czworga (Bierut, Berman,  Minc,  Zambrowski) aresztowano  19  biskupów  i wielu księży, żeby rozprawić się z religią katolicką i Kościołem.

Prymas S. Wyszyński został aresztowany przy końcu 1953 roku.

W  1954  rozpoczęto  proces  sądowy  przeciwko  biskupowi  kieleckiemu,  Cz. Kaczmarkowi.

10  października  1953 roku  rozstrzelany  został major  Armii Krajowej, poeta  Andrzej Czaykowski   –  cichociemny, dowódca batalionu „Ryś” i „Oaza-Ryś”  w  Powstaniu Warszawskim,  odznaczony  za  bohaterstwo Krzyżem Virtuti Militari.” (Cyt.  za  Bogdan Urbankowski,  „Czerwona Msza”,  j. w., tom I,  str.  523- 524).

Przy wykonywaniu wyroku asystował m.in. Żyd Stefan Michnik,  brat  Adama Michnika,  redaktora  żydowskiego  dziennika  przeznaczonego  dla  polskich szabesgojów.

W 1956 roku, kiedy „wizja” zaczęła się im rozłazić, na żydowską „Frakcję PPR ”  padł blady strach.

Winę za wszystko zaczęli zwalać na „stalinizm”.

A przecież Stalin już od wielu miesięcy nie żył, kiedy aresztowano prymasa Wyszyńskiego.

Stalin leżał w grobie już od przeszło roku, kiedy wytaczano proces sądowy bp. Kaczmarkowi.

A kiedy trzymano  w  więzieniach i  piwnicach UBeckich  jeszcze ponad 70 tysięcy politycznych Polaków (maj 1956 r.),

Stalin nie żył już od ponad 3 lat (zmarł w marcu 1953r.).

Jak tu za to obarczać winą Stalina?!

Warto tutaj przypomnieć jeszcze inny znamienny fakt, mianowicie ten, że W. Gomułka i jego spółka (Spychalski, Kliszko i inni), t.zw. „odchyleńców nacjonalistycznych

„niemal połowę czasu swego przebywania w więzieniu, tzn. prawie dwa lata,  przesiedzieli  już  po  śmierci Stalina,  a  półtora roku po likwidacji Berii.”                                                                                                                                       

(Zob. „Archiwum Bolesława Bieruta”, „KRYTYKA”, nr.8, Warszawa 1981, str. 80).

Nie wiem,  jak tu  w  takich okolicznościach obwiniać za wszystko Stalina czy Berię.

4  maja 1956 r.  żydowski  bandzior  komunistyczny,  Jakub Berman,  który był odpowiedzialny  za  UB i zbrodnie dokonane na Polakach, ustąpił ze stanowi- ska  I-go zastępcy  prezesa Rady Ministrów  i  ze  składu  tzw.  „Biura politycznego”  KC PZPR.

Parę dni później podjęta została uchwała tegoż „Biura Politycznego”, mówiąca  o „błędach i wypaczeniach” popełnionych przez Bermana.

Jakub Berman złożył samokrytykę, gdzie powiedział,  że nie wiedział,  co  się działo w UB.

19 października rozpoczęło obrady VIII Plenum KC PZPR. Na tym plenum wy stąpił PZPR-owiec, tow. Stanisław Tkaczow, gdzie powiedział – cytuję:

„Nie  mogę  zatem  teraz  zrozumieć  tej  samokrytyki,  według której tow. Berman nie wiedział, co dzieje się na badaniach w więzieniach czy w bezpieczeństwie, nie wiedział, że ludzi maltretują i nad nimi się znęcają,  jeśli  o  tych sprawach mówiono w Warszawie.”                                                  (Zob. „Nowe Drogi”, Nr. 10 (88), Październik 1956, str. 265).

Na wyżej wymienionym Plenum wystąpił m.in. też inny, tak zwany  „krajowy” („krajowy”,  t.zn. tubylczy,  czyli nie przywleczony  z  armią  bolszewicką) komunista, tow. Leon Wudzki. Mówił on – cytuję:

(…) ludzi łapano na ulicach i wypuszczano po  7  dniach  badania  niezdolnych do życia. Ludzi tych trzeba było odwozić do Tworek.

Ludzie chronili się do Tworek,  ażeby nie dostać się do UB.  Udawali  wariatów.

Ludzie w popłochu, w panice, nawet porządni ludzie, uciekali za granicę, żeby tylko uniknąć naszego systemu. (…).

Całe miasto wiedziało,  że ludzi mordują,  całe  miasto wiedziało, że  są karce, w  których ludzie  po  trzy  tygodnie stoją w ekskrementach  po kostki,  całe  miasto wiedziało,  że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rąk, całe miasto wiedziało, że oblewa się ludzi zimną wodą  i  stawia na  mrozie, tow. Berman, członek komisji do spraw bezpieczeństwa – nie wiedział.”

(„Nowe Drogi”, jak wyżej, strona 60 – 61).

Kiedy żydowsko-kominternowskiej bandzie zaczął palić  się  grunt  pod  nogami, 27 kwietnia 1956 r. ogłoszono naprędce ustawę o amnestii.

Obejmowała ona „przestępstwa”, które były traktowane jako polityczne.

13 października, 6  dni  przed wyżej wymienionym  VIII Plenum,  w  Sejmowej  Komisji  tzw.  „Wymiaru Sprawiedliwości  i  Administracji Publicznej” składa no sprawozdanie z przebiegu wykonania ustawy amnestyjnej i  akcji  rehabilitacyjnej.

>> Według sprawozdania Zofii Wasilkowskiej  (Ministra Sprawiedliwości) „spośród przebywających w więzieniach na dzień 1 maja blisko  70 tysięcy więźniów śledczych i po wyrokach, na 20 maja pozostało w więzieniach już tylko niespełna 30 tysięcy więźniów, (…)” <<

( Zob. Marek Tarniewski „Porcja wolności”, Wydawca: NSZZ ”Solidarność ”  przy WSM w Gdyni, 1977 – 1979r. ).

Inny komunista żydowski i później, naturalnie, wielki sympatyk KOR-u,  Stefan Staszewski (z imienia i nazwiska typowo rdzenny Polak – nieprawda?!

A prawdziwe nazwisko etniczne: Gustaw Szusterman)

– tak relacjonuje Teresie Torańskiej:

”Ale na miły Bóg  –  nie było takiego okresu gwałtu,  okrucieństwa  i  bezprawia, jakiego doświadczyła Polska w latach 1944 – 1947.

Wtedy padło nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy ludzi  i  oficjalne procesy, które zorganizowano po 1949 r. były już tylko epilogiem likwidacji Armii Krajowej, działaczy niezależnych partii i w ogóle niezależnej myśli.”

Radzę czytelnikowi i to zapamiętać, czytając te i inne dokumenty.

W „Kulturze” paryskiej (Nr. 4, Kwiecień 1979), Bolesław Sulik pisze, że:

” pokolenie A.K. najniższe piętro piekła osiągnęło nie w klęsce Powstania ( Warszawskiego – dop. mój: W.G.),  ale w latach  stalinowskiej  inkwizycji”.

Tutaj, na marginesie wypowiedzi Staszewskiego:

Wielu tych ludzi widziałem po wyjściu z UBeckich więzień  we  Wronkach, w Rawiczu i z ul. Klęczkowskiej we Wrocławiu.

Niektórzy byli naszymi sąsiadami. Wrócili do domu z przetrąconymi krzyżami,  wybitymi zębami, połamanymi kościami rąk i nóg, z nieruchomymi palcami u rąk, chorymi na gruźlicę, z odbitymi nerkami itp.

Krótko mówiąc: były to ludzkie wraki.

Wraki resztek inteligencji etnicznie polskiej.

Wypuszczono z więzień dziesiątki tysięcy  (niektórzy operują liczbą 550 – 650 tysięcy) inwalidów na resztę życia,  zniszczonych nie tylko fizycznie ale i psychicznie;

niezdolnych do jakiejkolwiek pracy dla  Kraju,  nie mówiąc już tutaj  o pracy twórczej.

Pozostało im tylko lizać rany i dogorywać.

Ich rodziny zabiedzone, pozbawione środków do życia, przymierające głodem, zastraszone i zaszczute 11-stoma latami terroru, musiały potem utrzymywać ich przy życiu.

I tutaj znowu muszę, tytułem przykładu, sięgnąć do wspomnień  Anieli Steinbergowej, która pisze, że:

„(…) Antoni Zdanowski, zwolniony w toku śledztwa, zmarł bezpośrednio po wywiezieniu go w stanie agonalnym karetką z więzienia.

Dzięgielewski zmarł  na gruźlicę,  której  nabawił  się  w  więzieniu,  kilka miesięcy po wyjściu na wolność.

Misiorowski ciężko torturowany  w  śledztwie przebył w więzieniu zawał serca i zmarł wkrótce po zwolnieniu.

Do  Pużaka zastosowano  szczególnie zaostrzony reżym.  Ciężko  chorego umieszczono w wilgotnej, nie opalonej celi –  zmarł w więzieniu  w  Rawiczu 30 kwietnia 1950 roku.”

(Zob. Aniela Steinbergowa  „Widzanie z ławy obrończej”,  str. 85).

Tutaj na miejscu chyba będzie wreszcie postawić pytanie:

Kto za te nieszczęścia, cierpienia, mordy, bestialstwo, zbrodnie i całe piekło stworzone Polakom po II wojnie – ponosi winę?!

Jakub Berman,  odpowiedzialny  za bezpieczeństwo, nie poczuwa się do winy.

Członek KC,  biorący udział w debacie na VIII Plenum,  były  KPP-owiec,  Wiktor Kłosiewicz, powiedział T. Torańskiej (zob. „ONI”, str. 184), że w 1955 roku wszyscy dyrektorzy departamentów w  Urzędzie Bezpieczeństwa byli  Żydami.

Ale  Kłosiewicza  można oskarżyć o stronniczość,  ponieważ był bardziej Polakiem, niż Żydem. I za tę informację przyczepić mu etykietkę „narodowych komunistów”, ergo: „nazistów”,  lub  coś z wokół tego,  –   plasującą  go  w  obozie antysemitów”.

Gorzej ma się sprawa z Żydem, Adamem Humerem, który był wicedyrektorem Departamentu Śledczego.

Z jego informacji,  zresztą szczerej,  wynika,  że nie tylko wszyscy  dyrektorzy, ale i wicedyrektorzy byli Żydami.

W liście datowanym 16.XII. 1978r.

” skierowanym na ręce towarzyszy, Kani, Kowalczyka (szefa SB, w czasie Gierka)  i  Łukaszewicza,  przypomina,  że  członkowie  KPP tworzyli „zasadniczy trzon kierownictwa kadry organów bezbieczeństwa publicznego”.

(Zob. „Zeszyty Historyczne”  Nr. 55,  Instytut Literacki,  Paryż 1981,  str. 216).

To, że członkowie KPP, czyli głównie Żydzi, tworzyli zasadniczy trzon kierownictwa sadystycznych i zbrodniczych  organów bandy komunistycznej  w  Polsce, nie ulega wątpliwości.

Wątpliwość budzi natomiast to, czy tworzyli tylko zasadniczy trzon?   A inne piony i poziomy, to kto tworzył?

Nie  potrzeba  tu  chyba większej wyobraźni, żeby zauważyć,  iż wszystkie inne stanowiska decyzyjne, do najniższego stopnia, były obsadzane przez ludzi zaufanych.

Przecież zatrudnienie tu etnicznego Polaka,  który  nie  wiadomo  jaki kamień nosi  za pazuchą, w tej sytuacji nie wchodziło w rachubę.

Gdy zabrakło Żydów z KPP,  dobierano  ludzi  spośród  swoich, bo z  „braku laku” zawsze lepsi byli pobratymcy.

I chociażby n.p. dlatego, żeby uniknąć błędów i pomyleń na tym odcinku walki z Polakami i polskością.

Nie bez powodu zatem powierzono rolę  strażnika  bezpieczeństwa  interesów żydowskich, wypróbowanej towarzyszce, Julii Brystygier, znanej jako „krwawa Luna”.

(Warto tutaj zapamiętać sobie to nazwisko, bo będzie jeszcze o niej mowa później w innym kontekście).

Luna (Julia) Brystygier była obywatelką ZSRR.

W 1944 r.  została  przyjęta do „PPR”.  Zasiadała  nieco  później  z  tego  tytułu w  „KRN”.

Co to była za „Polska Partia R.”, ta „PPR”,  która  przyjmowała  w  swe  szeregi, na  pełnoprawnych  członków”,  obywateli  obcych  –  i  w  dodatku  –  wrogich państw?!

W czasie wojny w Rosji Minc żył z towarzyszką Luną Brystygierową, do spółki zresztą z Bermanem i Szyrem.

Z tą samą Brystygierową, która później za czasów Radkiewicza, była dyrektorem piątego departamentu w  Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego  i dzięki tym wojennym stosunkom z Mincem uchodziła nawet za piątego wiceministra. Tak mocną miała pozycję”.

(Zob. „Mówi Józef Światło – Za kulisami Bezpieki i Partii”, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1985,str.41).

Od grudnia 1944 roku Luna Brystygier dostała stanowisko w „Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego”, czyli w oddziale bandy kryminalistów S. Radkiewicza –  jak organ  ten  określił gen. Berling.  Następnie była dyrektorką „Departamentu V”  M.B.P..                                                                                                                                   Po 1945 roku zajmowała się głównie sprawami kadrowymi (kluczowymi w systemie komunistycznym). (Zob.: http://pl.wikipedia.org/wiki/Julia _Brysty-gier).

Powołana na takie stanowisko, wiedziała dobrze jakie są jej zadania i jakie są oczekiwania jej zwierzchników żydowskich. Przecież musiała w tej pracy trzy mać się wytycznych, sformułowanych przez H. Minca, J. Bermana, R. Zambrowskiego  i  B. Bieruta.

Będąc posadzoną na tak wysokim stołku, wyższym od Liwki  (Zofii) Gomułkowej, już tam dobrze zadbała o to, żeby stanowiska nie stracić.

Pilnowała gorliwie, kto, gdzie  i  kiedy może zostać zatrudniony,  żeby  nie było niepożądanych niespodzianek.

Jakimi kryteriami kierowała się przy doborze  (i wyborze) kadr  –  nie  trudno już odgadnąć.

Dla przykładu można tutaj przytoczyć Józefa Światłę

(nazwisko etniczne: Izaak Fleischfarb).

Ten żydowski szewc przedwojenny i wojenny, nigdy nie był członkiem KPP. W książce „ONI”, T. Torańskiej, na stronie 92, Roman Werfel mówi, że:

„Światło był operatywny, przed wojną nie miał nic wspólnego z komunizmem, a po wojnie szybko awansował, bo nie miał takich skrupułów,  które mieli inni.”.

A więc nie musiał być starym,  wypróbowanym towarzyszem, obywatelem  sowieckim.

Wystarczyło, że był Żydem.  Przy doborze kadr decydowało kryterium etniczne.

A czy dużo zmieniło się od tamtych czasów?

W pewnym momencie, już po tzw. „okrągłym stole”, szefem dyplomacji III RP został B. Geremek.

To zaowocowało wysypem całej watachy  żydowskich „dyplomatów” na ambasadorów i konsulów.

Schnepfy, Mellery, Rotfeldy a nawet Żydzi, którzy  z  dyplomacją wcześniej nie mieli nic wspólnego, jak na przykład Daniel Passent,  pismak z żydowskiej  „Polityki”  i współpracownik SB,  został mianowany ambasadorem w Ameryce Łacińskiej.

A co to? – nie było Polaków, żeby wysłać ich na placówki w tych krajach?

A jeżeli takich Polaków nie było, to dlaczego?!

Kto o to zadbał?!

Głośno wówczas było, że Geremek,  po objęciu stanowiska szefa MSZ,  przy obsadzaniu stanowisk stosował kryteria etniczne.

W  latach  1995-96  wiceministrem  w  MSZ  był Stefan Meller,  syn  oficera zbrodniczej  Informacji Wojskowej, 

dyrektorem Departamentu Studiów i Planowania MSZ  był (jest jeszcze?) DBM (Duchowy Brat Michnika), Henryk Szlajfer,  syn  Ignacego  Szlajfera, oficera UB we Wrocławiu w latach 1947 – 1952.

Ofiary  jego  zbrodniczej działalności  były  chowane  w  bezimiennych grobach na peryferiach cmentarza Osobowieckiego.

Dyrektorem  Departamentu  Promocji  i  Informacji  MSZ  była  Małgorzata Lavergne, córka KPPowca późniejszego szefa PRLowskiego GZP Ludowego Wojska gen. Wiktora Grosza (Izaaka Medres).

Takich przykładów-osób można wymienić cały szereg, ale te chyba wystarczą, żeby zdać sobie sprawę z powagi sytuacji.

Gdy dodamy jeszcze fakt, że żona R. Sikorskiego Anne Appelbaum jest żydówką  z  nie wiadomo  jakimi  kontaktami  z  żydowskimi organizacjami  w USA i Izraelu, to nasuwa się pytanie: kto steruje polskim MSZ?                                           

MOSSAD, CIA czy amerykańskie organizacje żydowskie?

To chyba też wyjaśnia nam, dlaczego Radosław Sikorski,  typ spod żydowskiej gwiazdy (co nie omieszkał przypomnieć,  jego pochodzenie etniczne tygodnik ANGORA po wyborze Obamy na prezydenta USA)  jest dzisiaj szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Żyd ministrem Spraw Zagranicznych Polski???!!!

Polska to nie jest USA,  Australia  czy Kanada,  gdzie wszyscy są emigrantami.

Polska jest krajem narodowym o rdzennej ludności, osiadłej od wieków.

Sikorski stosuje te same kryteria co Geremek,

dlatego taka kanalia, jak R. Schnepf na przykład, jest dzisiaj amabasadorem III RP w Hiszpanii.

Takich przykładów można przytoczyć dużo więcej, ale nie o to tu chodzi.

Dzisiaj mamy dużo Żydów pełniących funkcję ambasadorów i konsulów  „III RP”  na całym świecie. Trudno ich rozpoznać, bo posługują się polskimi nazwiskami.

I tu Polacy mają wielki problem: kto jest kto?

Dlaczego nie ma etnicznych Polaków, którzy mogliby sprawować funkcję ambasadora czy konsula III RP?

Zostali wymordowani, dlatego muszą to robić Żydzi,  potomkowie  zbrodniarzy KPPowsko-PZPRowskich.

Tutaj ktoś mógłby postawić znak zapytania przy tym, co wyżej napisałem, tzn . że  Żydzi mają w swych rękach MSZ, ambasady i konsulaty.

Ale to nie tylko ja twierdzę.

Żeby nie być gołosłownym,  przytaczam poniżej fragment wywiadu nieżyjące- go  dzisiaj  prezydenta  Lecha Kaczyńskiego,  udzielonego  tygodnikowi „Wprost”.  „(…).

Pytanie: – Pańskie wpływy w rządzie są jednak większe niż Pana poprzednika.

W Polsce są dwie sfery kondominialne, w których prezydent ma istotny  i  realny  wpływ  na bieżącą  politykę:  są to  sprawy  zagraniczne  i sprawy dotyczące obrony.

Mamy tu z premierem swobodę podziału zadań i nie zamierzamy z tego zrezygnować.  Ja bardziej  angażuję się w  sprawy zagraniczne.  Jest  to zgodne z konstytucją.

Jest Pan zadowolony z tego, co dzieje się w resorcie spraw zagranicznych?

Tak i podziwiam dzielność pani minister Anny Fotygi. Jest obiektem tak wielkiej agresji, że niejeden mężczyzna by tego nie wytrzymał.

Jest dobrym ministrem?

Dobrym. Jej jedyny grzech polega na tym, że nie należy do korporacji, która opanowała polską dyplomację.

Korporacji  stworzonej  w największym stopniu  przez  prof.  Bronisława Geremka – choć w  MSZ  jest także grupa osób zatrudnionych za czasów ministra Skubiszewskiego.

Korporacji?

–  To właściwe określenie.  Wpływy profesora Geremka w dyplomacji  są bardzo duże,  choć istotnie był on szefem polskiego MSZ  tylko dwa i  pół roku, a przedtem był przewodniczącym komisji spraw zagranicznych.

Ci ludzie samowolnie przyznali sobie monopol na tę sferę życia i bronią swego korporacyjnego interesu.

(Zobacz: „Wprost”, nr 11, z 18 marca 2007, str. 25).

Jeżeli ktoś ma tutaj wątpliwości co do rodowodu K. Skubiszewskiego, to obecny ambasador  „III RP”  w  Hiszpanii,  Żyd Ryszard Schnepf, wyjaśnił nam,  że

Skubiszewski to Żyd polski i nazywał się przedtem  „Szymon Schimel”.

Teraz nie mamy już chyba wątpliwości,  w czyich rękach znalazło  się  polskie MSZ po „okrągłym stole”.

A jak wygląda sytuacja w innych resortach?

To pytanie pozostawiam otwarte.

Cdn.

Posted on 28 Grudzień 2011

Za; http://wiernipolsce.wordpress.com/2011/12/28/elity-iii-rp-rodowod/

Opublikowano za: https://forumemjot.wordpress.com/2013/10/05/elity-iii-rp-rodowod-cz-1-wladyslaw-gauza-radze-czytelnikowi-to-zapamietac-czytajac-te-dokumenty/

Comments

  1. fiesta says:

    Polecam opracowanie historyczne S.Zochowskiego i H.Pajaka pt.
    „RZADY ZBIROW 1940-1990″, Wyd. Retro 1996r.

    ZA KULISAMI BEZPIEKI I PARTII
    https://www.polskieradio.pl/39/1024

    L.Zebrowski: MITY PRZECIWKO POLSCE
    https://www.youtube.com/watch?v=10049Ed-VxM

  2. fiesta says:

    Cytat:

    „Praca ta powstała też z myślą o tych Rodakach, którzy historię PRL-u i pookrągłostołowej „III RP” znają słabo, albo w ogóle nie znają ze względu na niedostępność w Polsce pewnych źródeł historycznych i faktów niewygodnych dla elit rządzących Polską.
    Pragnę przy tym zaznaczyć, że najmniej interesujące jest dla mnie to, czy Żydzi opanowali w Polsce władzę i że sprawują faktyczne rządy. Jeżeli zdobyli tę władzę drogą legalną, to jest to sprawa ich i Polaków, którzy na taką sytuację dają przyzwolenie. To, co stanowi dla mnie ciekawość, to okoliczności, metody i droga, jaką doszli do tej władzy i wpływów w Polsce”.

    KOMENTARZ „fiesta”

    Brak dostepu do rzetelnych zrodel informacji powoduje, ze ludzie maja przyslowiowy „groch z kapusta” w glowach i nie dotyczy to wylacznie Polakow , ale wiele innych narodowosci.

    Przez caly okres istnienia PRL (1945-1989) oraz przez okres istnienia PRL”bis” (1990-2017) , czyli lacznie przez 72 lata , Polacy przeszli wielkie pranie mozgu przez 3 pokolenia. A biorac pod uwage media opanowane w wiekszosci przez obcych cywilizacyjnie koczownikow plemiennych wychowanych na Talmudzie , ktory naucza , ze nie-Zyd to nie czlowiek , ale „goim” (bydle) , ktore ma sluzyc Zydom , to w zwiazku z tym stosunek koczownikow plemiennych do „bydla” zawsze byl wrogi i pozostaje niezmienny , a dowodem na to sa negatywne opinie znanych i slawnych ludzi o Zydach na przestrzeni ponad 2 tysiecy lat oraz opracowania historyczne polskich i zagranicznych historykow o Zydach (Konopczynski , Jeske-Choinski , Didier , Webster etc).
    Dodatkowym problemem „goim” jest rowniez brak zainteresowania historia oraz niechec do poznania prawdy , wiec nalezy liczyc sie z tym , ze podane przez Autora informacje nie wzbudza zainteresowania wsrod tej grupy osobnikow , ktorzy zawsze machna reka.
    Nalezy liczyc sie rowniez z tym , ze istnieje wiele podobnych wersji opowiadan na dany temat , ale roznia sie one szczegolami , ktore sa bardzo istotne przy analizowaniu wydarzen , poniewaz prowadza do roznych wnioskow.
    I tak np. chodzi o osobnika nazywajacego sie W.Gomulka , o ktorym jest wiadomo , ze byl czlonkiem KPP , ktora powstala w Moskwie – KPP byla sowiecka agentura i wchodzila w sklad miedzynarodowki komunistycznej , ktorej glownym i oficjalnym celem bylo zaprowadzenie komunizmu w Europei i swiecie , zas nieoficjalnie , KPP realizowala zydowskie interesy.
    W.Gomulka byl agentem sowieckim oraz za swoja anty-polska dzialalnosc odsiadywal wyroki w wiezieniach II RP, a po wyjsciu z wiezienia za kazdym razem wyjezdzal do ZSRR.
    W.Gomulka jest rowniez wspolodpowiedzialny za zbrodnie na Zolnierzach Niezlomnych, ktorzy walczyli z nowymi okupantami Polski: Sowietami i UB-kami.

    Autor artykulu W.Gauza podal jeden bardzo istotny szczegol n/t W.Gomulki , a mianowicie zastosowany przez Gomulke podstep polegajacy na odejsciu od reaktywacji KPP i stworzenie nowej organizacji o nazwie PPR (PPR rowniez powstala w Moskwie jak KPP i byla agentura sowiecka) w celu zdobycia zaufania Polakow , pomimo tego , ze KPP i PPR dazyly do realizacji zydowskich interesow lokalnych i globalnych.
    Ten podstep W.Gomulki swiadczy , ze chcial oszukac Polakow oraz ze byl zagorzalym zwolennikiem komunizmu , ktory byl realizowany „po trupach do sukcesu”, o czym dobitnie swiadcza slowa W.Gomulki:
    „Wladzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”.
    Slowa Gomulki to rowniez potwierdzenie istnienia specjalnej kasty rzadzacej w Polsce , kasty , ktora zapewnila sobie specjalne przywileje i nietykalnosc.

    W drugiej czesci cytatu, Autor W.Gauza nie przyklada wiekszej wagi do zydowskich rzadow w Polsce , przyjmujac za pewnik swoje watpliwe przypuszczenie „jezeli”.
    Otoz faktem jest , ze wybory w Polsce byly falszowane przez rzadzacych komunistow , niezaleznie od tego , czy na czele stal Zyd czy Polak i na tym m.inn. polegala dyktatura komunistyczna.
    Falszowanie wyborow to jedna z metod sluzaca do opanowania wladzy w Polsce przez Zydow i ten fakt jest powszechnie znany przez Polakow od dziesiecioleci.

    • fiesta says:

      Ciag dalszy poprzedniego komentarza…

      Jest to zarazem odpowiedz dla Autora artykulu W.Bulzy, ktora dowodzi, ze jedna z metod dojscia do wladzy i utrzymywania sie przy wladzy Zydow w Polsce bylo FALSZOWANIE WYBOROW i Polacy nie mieli na to wplywu, a wszelki sprzeciw byl surowo karany przez rzadzaca zydo-komune w Polsce, wspierana przez wladcow ZSRR i okupujaca Polske armie czerwona do 1993r.
      W zwiazku z tym nie bylo takiego przypadku w historii PRL i PRL”bis”, ze Polacy swiadomie i masowo glosowali na Zydow.
      Dlatego twierdzenie Autora W.Bulzy, ze… cytat: „… najmniej interesujące jest dla mnie to, czy Żydzi opanowali w Polsce władzę i że sprawują faktyczne rządy. Jeżeli zdobyli tę władzę drogą legalną, to jest to sprawa ich i Polaków, którzy na taką sytuację dają przyzwolenie”… jest niedorzeczne i swiadczy, ze Autor popelnil gafe i tym samym wprowadza Polakow w blad.
      Wystarczy zapoznac sie z raportami IPN dotyczacymi TERRORU przeprowadzanego przez NKWD, MBP-UB , KBW i ARMIE CZERWONA w pierwszych latach rzadow komunistycznych w Polsce wobec polskiej ludnosci cywilnej niechetnej wladzom komunistycznym, wobec ksiezy i biskupow KK czy tez wobec zolnierzy polskiego podziemia zbrojnego zwalczajacego nowego sowieckiego i komunistycznego okupanta Polski, aby jednoznacznie stwierdzic, ze Zydzi przejmowali wladze w Polsce poprzez TERROR i ZBRODNIE i to byla glowna metoda ich dzialania, gdyz mieli wsparcie ARMII CZERWONEJ.
      W tym przypadku mozna dywagowac, czy rozwiazanie AK liczacego ponad 300 tysiecy zolnierzy w styczniu 1945r rozkazem gen. Okulickiego mialo sens, poniewaz
      armia czerwona poszla na Berlin, a na jej tylach grasowaly jednostki NKWD i MBP-UB w sile kilkudziesieciu tysiecy, ktore czyscily obszar Polski z Polakow wrogo nastawionych do sowieckiego okupanta i komunistow i utrwalaly wladze komunistyczna w okupowanej przez nich Polsce.
      To utrwalanie wladzy komunistycznej poszlo im dosc latwo, poniewaz mieli do czynienia zaledwie z jedna dziesiata bylych sil AK.
      Ponadto NKWD, Smiersz i kolaborujace z nimi jednostki MBP-UB i KBW podstepnie wylapywali i mordowali zolnierzy polskiego podziemia zbrojnego oraz polskich dzialaczy politycznych lub mieli w swoich rekach masowo ujawniajacych sie bylych zolnierzy AK, ktorych zamykali w wiezieniach i w bylych niemieckich obozach koncentracyjnych, a takze wywozili ich do karnych obozow pracy przymusowej na Syberie.
      Sposrod bylych AK-owcow znalezli sie tez zdrajcy, glownie Zydzi, ktorzy poszli na kolaboracje z komunistami i w ten sposob ulatwili komunistom infiltracje polskiego podziemia zbrojnego, a sami robili kariery w PRL.
      Na dodatek w marcu 1945r zostaje aresztowanych 16-tu dzialaczy polskiego rzadu podziemnego przez gen. NKWD I.Sierowa pod Warszawa, ktorzy nastepnie zostali wywiezieni do Moskwy i zamknieci w wiezieniu NKWD, a po 3 miesiacach, czyli w czerwcu tego samego roku zostali skazani przez wladze ZSRR na dlugoletnie wiezienie i kary smierci.
      Powyzszy opis ukazuje w wielkim skrocie sytuacje panujaca na obszarze Polski pod okupacja sowiecka i glowna wine ponosi za to okupant sowiecki.
      Jest jednak w tym rowniez troche winy polskich przywodcow wojskowych i politycznych, badz to winy osobistej, badz za namowa innych osob.
      Ale wieksza wine od nich ponosza tzw. Alianci (Anglia i USA) pod kierownictwem Churchilla i Roosevelta, ktorzy oddali Polske Stalinowi na pozarcie, nie liczac sie z glosem Polskiego Rzadu na uchodztwie w Londynie.
      A biorac pod uwage ZYDOWSKICH DORADCOW i POLITYKOW znajdujacych sie w otoczeniu Churchilla i Roosevelta, ktorzy popierali STALINA, rowniez otoczonego ZYDAMI, mozna smialo postawic teze, ze Polska i Polacy mieli przeciwko sobie MIEDZYNARODOWE ZYDOSTWO ZE WSCHODU I ZACHODU i to zydostwo bylo dobrze zorganizowane i mialo z gory nakreslony plan dzialania, o czym z kolei swiadczy MAPA GOMBERGA z pazdziernika 1941r , ktora ukazuje powojenny podzial i wplywy w Europie i swiecie, zanim USA przystapilo do II wojny swiatowej.
      Jak nie jest trudno domyslec sie, glowna role odegrala w tym ZYDOMASONERIA, ktora dzialala za kulisami rzadow i korporacji i oczywiscie pociagala za sznurki.
      Jednym z agentow Zydomasonerii byl zydo-mason J.Retinger, ktory jako tlumacz przebywal w bliskim otoczniu gen. W.Sikorskiego, czyli znal prawie wszystkie tajne sprawy Polskiego Rzadu na uchodztwie w Londynie, a po wojnie, J.Retinger bral udzial w zalozeniu Klubu Bilderberg, ktorego glownym zadaniem bylo zaprowadzenie Nowego Porzadku w Europie i Swiecie, co tylko utwierdza w przekonaniu i wskazuje na udzial MIEDZYNARODOWEJ MAFII ZYDOWSKIEJ w zaprowadzaniu nowego porzadku w Europie i Swiecie.
      Dodatkowym dowodem na udzial MIEDZYNARODOWEJ MAFII ZYDOWSKIEJ w ustalaniu Nowego Porzadku w Europie i swiecie jest TAJNY REFERAT BERMANA z 1946r , ktory okresla Zydow jako ELEMENT REWOLUCYJNY, znajdujacy sie po obydwu stronach barykady, czyli zarowno po stronie ZSRR jak i panstw zachodnich na czele z USA, ktorzy pozornie walcza ze soba dla zmylenia „gojow”.

      Autor artykulu W.Gauza skupil sie na dzialaniach i metodach Zydow z Polski i ZSRR, ktorzy zdobyli wladze w Polsce, ale nalezy zaznaczyc, ze ci Zydzi dzialali z polecenia J.Stalina, ale jednoczesnie realizowali interesy Stalina i swoje wlasne na co Churchill i Roosevelt patrzyli z przymruzeniem oka.
      Zas za naiwnosc i wynikajace z tego zle decyzje przywodcow Polski w Londynie i w okupowanej Polsce zaplacila Polska i Polacy.
      Z tego wynika wniosek, ze bez wlasnej i silnej polskiej armii, Polska i Polacy sa zdani na laske i nielaske obcych.
      Z kolei, zeby zbudowac silna armie to potrzebna jest silna polska ekonomia.
      Skoro do dnia dzisiejszego (20 listopad 2017r) Polska nie posiada ani silnej armii, ani silnej ekonomii to przyczyn takiego stanu rzeczy nalezy szukac w ostatnich 27 latach KONTRAKTOWYCH ZYDOWSKICH RZADOW w Polsce, ktore rzadza niepodzielnie z powodu naiwnosci i niewiedzy Polakow i realizuja w pierwszej kolejnosci zydowskie interesy lokalne i globalne kosztem Polski i Polakow.

      fiesta

      • fiesta says:

        p.s.
        W procederze oslabiania Polski i wynaradawiania Polakow bierze rowniez udzial hierarchia zazydzonego KK w Polsce oraz zydo-masoneria zagniezdzona w Watykanie na czele z tamtejszym Judaszem Franciszkiem I (Bergoglio).
        Towarzyszy temu zalew Polski przez Zydow, ktorzy byli i sa ZARAZA WEWNATRZ, ZARAZA CIAGLE OSLABIAJACA POLSKE.

Wypowiedz się