POLSKIE LOSY – WSPOMNIENIA ZESŁANYCH NA SYBERIĘ

Zsyłka

W 77 rocznicę pierwszej zsyłki Polaków na Syberię prezentujemy dwie autentyczne relacje, co potwierdza treść, dwóch osób: Edwarda Toczka i Marii Jadwigi Łęczyckiej. Polecamy te lekturę czytelnikom, dla głębszej refleksji nad życiem i przemijaniem – w celu zrobienia roztropnego remanentu wartości, przyzwyczajeń i nawyków, pod kątem tego, co jest ważne w życiu: w obecnym konsumpcyjnym społeczeństwie,  także wobec trudności i niedostatków jakie dotykają większość Polaków w czasach współczesnych.

Redakcja KIP

POLSKIE LOSY

 

I. WŚRÓD SWOICH.

  Rodzina Toczków od pokoleń związana była z ziemią rzeszowską, a ściślej z Nozdrzcem, spokojną wioską oddaloną od szlaków komunikacyjnych. Tu urodzili się i dorastali mój Pra-pradziadek , Pradziadek, Dziadek i Ojciec Michał. Tu ożenił się z Jadwigą – z domu Szpindor. Stąd wcielony został do armii austriackiej by walczyć na froncie włoskim. Tu, w czasie rekonwalescencji po odniesionych ranach Ojciec dowiedział się o tworzonych Legionach i niezwłocznie stawił się do służby pod polską komendą.

  Uczestniczył w walkach na froncie wschodnim do końca działań wojennych, służył w Wojsku Polskim aż do zarządzonej demobilizacji.

  Jako weteran wojenny, Ojciec skorzystał z prawa do osadnictwa na terenach wschodnich. W rodzinnych stronach  było już zbyt ciasno dla licznej rodziny. Kupił 5 ha ziemi we wsi Paćkowice, oddalonej około kilkunastu kilometrów na południowy wschód od Przemyśla. Za uzyskany od państwa kredyt wybudował gospodarstwo sadownicze.

  W styczniu 1922 r. Rodzice świętowali moje urodziny już w nowym domu. Byłem ich siódmym i jak się okazało nie ostatnim dzieckiem.

  Pracy w domu i na gospodarce było ogrom, pracowali wszyscy. Z roku na rok stawaliśmy się coraz silniejsi duchem i wiarą. Dobrze rozwijały się stosunki sąsiedzkie, ludzie wzajemnie pomagali sobie. Utrzymanie licznej rodziny, spłata kredytu, bieżących należności podatkowych i ubezpieczenia nie dawała dużych szans na beztroskie życie. Dorastająca młodzież aktywnie włączała się do codziennych prac, niosąc ulgę dla Rodziców. Nasza sytuacja materialna zaczęła poprawiać się na początku lat trzydziestych, sady zaczęły przynosić zyski. Życie rodzinne, już bardziej ustabilizowane, wypełniała nauka i praca.

  W mojej gminie – Niżankowice my młodzi Polacy stanowiliśmy kompanię Strzelców. W skład kompani Strzelców wchodziły drużyny strzeleckie z poszczególnych wsi.  Mundury mieliśmy w domach. Naszą bronią i oporządzeniem opiekował się dowódca drużyny, miejscowy podoficer rezerwy. Ćwiczenia całej kompanii prowadził oficer służby stałej dochodzący z Komendy Powiatowej w Przemyślu.  Zajęcia rozpoczynaliśmy i kończyliśmy hymnem strzeleckim:

          Naprzód drużyno strzelecka!

          Sztandar do góry swój wznieś!

          Żadna nas siła zdradziecka

          Zniszczyć nie zdoła ni zgnieść.

                    Czy przyjdzie nam umrzeć na polu,

                    Czy w tajdze sybiru gdzieś zgnić,

                    Z trudu naszego i znoju

                    Polska powstała by żyć.

       

          Nic nie powstrzyma Rycerzy,

          Ofiarnych na mękę i trud

          Śmiało nasz hufiec uderzy,

          By walczyć za wolność i lud.                      

                     Czy przyjdzie nam umrzeć …

 

          Hufiec nasz ruszy zwycięski

          Do walki za wolność i byt,

          Wrogowi odpłacić za klęski,

          A Polsce swobodny dać świt.

                      Czy przyjdzie nam umrzeć…

 

          Żadna nas siła zdradziecka

          Zniszczyć nie zdoła ni zgnieść.

          Naprzód drużyno strzelecka!

          Sztandar do góry swój wznieś!

                      Czy przyjdzie nam umrzeć …

II. WRZESIEŃ 1939 ROKU – WOJNA.

 Pod koniec sierpnia starsi bracia, Wojciech, Andrzej i Bolesław zostali zmobilizowani do swych jednostek wojskowych. Ja z bratem Władysławem jako, członkowie POW „Strzelec” stawiliśmy się do swojej kompanii (dowódca – podporucznik rez. Józef Bloch), którą włączono do batalionu Obrony Narodowej. Skierowano nas do zadań ochronnych w Przemyślu. Pełniliśmy wartę przy mostach na Sanie, przy bankach, poczcie i innych ważnych obiektach w mieście.

 Gdy działania wojenne zbliżały się do Przemyśla i bombardowania lotnicze stawały się coraz intensywniejsze moja kompania została przerzucona do Drohobycza z zadaniem gaszenia płonących zakładów rafineryjnych. Niestety niewiele mogliśmy pomóc.

  Przemieszczono nas do różnych miejscowości, w końcu 14 września trafiliśmy do Tarnopola. Tam dotarła do nas wiadomość, że Lwów został okrążony i oczekuje pomocy. Decyzją miejscowych władz wojskowych, w trybie alarmowym, sformowano ze wszystkich pododdziałów zbiorcze bataliony piechoty i transportem kolejowym wysłano je do Lwowa.

 Zsyłka 3

Ok. 25 km przed Lwowem, w miejscowości Krasne niemieckie samoloty zbombardował dworzec kolejowy niszcząc torowiska i stojący tam pociąg z wojskiem pułkownika Ludwika Swobody. Artyleria przeciwlotnicza nie zdołała powstrzymać zbójeckich harców niemieckiego lotnictwa.

  Nasz transport na szczęście ocalał ale nie było szans na kontynuację jazdy. Ruszyliśmy piechotą w szyku marszowym pododdziałów. Na wskutek coraz intensywniejszych  działań dywersyjnych, zostaliśmy zatrzymani i nakazano powrót do Tarnopola. Nasze wagony były już zajęte przez wycofujących się, głównie rannych żołnierzy i cywili. Teraz każdy szukał sobie miejsca na swoją rękę, na dachach, buforach, stopniach, wszędzie gdzie tylko można. Nie był to krzepiący widok. Do Tarnopola trafiliśmy 16 września rano, zajęliśmy kwaterę w szkole blisko piekarni.

  17 września pod wieczór od strony wschodniej do miasta zaczęły wchodzić oddziały Armii Czerwonej. Fakt ten jednoznacznie ludność polska odczytała jako drugą agresję. W nocy w mieście słychać było jeszcze odgłosy zaciekłych walk. Zniszczenia były znaczne. 18 września, przed południem z rozkazu dowództwa polskiego nakazano zaprzestać walki i złożyć broń. Nie obeszło się bez scen tragicznych. Kilku oficerów strzeliło sobie w skroń. Rozbrajanie polskich żołnierzy odbywało się w kilku miejscach, moja kompania trafiła na plac Mickiewicza.

  Przed złożeniem broni, nasz dowódca zebrał nas i wyjaśnił powstałą sytuację, zaapelował do zebranych strzelców: „Pamiętajcie, Polska będzie was jeszcze potrzebować!”. Te słowa mocno utkwiły mi w pamięci.

   Oficerów i podoficerów, w oddzielnych kolumnach pod strażą czerwonoarmistów wyprowadzono z placu Mickiewicza w nieznane. Pozostałym – szeregowcom i strzelcom odczytano rozkaz nakazujący niezwłoczny powrót do swoich miejsc zamieszkania.

   Wracałem do domu piechotą w grupie ośmiu kolegów. Po drodze napotkani Polacy raczyli nas chlebem, mlekiem i owocami, ostrzegali aby omijać wioski ukraińskie i unikać kontaktów z Ukraińcami. Głośno było o licznych napadach i mordach powracających do domów polskich żołnierzach. Przemieszczając się na zachód widziałem liczne kolumny czerwonoarmistów w szybkim marszu po wąskich drogach. Wszędzie było ich pełno.

  Do domu wróciłem szczęśliwie 3 października. Po kilku dniach zaczęli powracać bracia. Wrócili wszyscy, poranieni ale żywi. Opowieściom z przebiegu walk nie było końca, nastrój był ponury.

  Szybko odczuliśmy skutki naszej klęski. Mieszkaliśmy blisko, ledwie co wyznaczonej nowej granicy niemiecko – radzieckiej, po stronie radzieckiej. Byliśmy nieustannie nachodzeni przez przedstawicieli sowieckiej władzy okupacyjnej i lokalnej milicji, w sporej części wywodzących się z obywateli polskich narodowości ukraińskiej. Pretekstem tych częstych „wizyt” było szukanie broni i konieczność przesłuchania Ojca w sprawie jego działalności wojskowej i politycznej.

  Nastała ostra zima. W atmosferze przygnębienia obchodziliśmy skromnie święta Bożego Narodzenia i witaliśmy Nowy Rok. Dochodziły do nas różne, mało znaczące i często sprzeczne wieści o wydarzeniach w okupowanej Polsce i Europie: „Już, już rozpoczyna się…, z południa nadchodzi ogromna armia…, sojusznicy nas nie zostawia…”.

  Nastroje rozpaczy i nadziei okolicznej ludności przeplatały się co parę dni. Ojciec tonował emocje przekonując nas, że jakiejkolwiek poprawy naszej sytuacji możemy oczekiwać dopiero wiosną. Trzeba więc przetrwać zimę. Nadzieja zmiany sytuacji nie opuszczała nas ani na chwilę.

III.  ARESZTOWANIE, DROGA NA SYBERIĘ.

 Około północy, z 10 na 11 lutego 1940 roku obudziło nas ujadanie psa. Chwilę później usłyszeliśmy gwałtowne walenie do drzwi i okien. Na podwórzu stały dwie parokonne furmanki, wokół domu rozbiegli się żołnierze radzieccy i jacyś cywile. Stojący przy drzwiach głośno domagali się ich natychmiastowego otwarcia. Nie pamiętam kto z domowników otworzył drzwi i wpuścił do domu trzech nieproszonych gości, jak się okazało funkcjonariuszy NKWD.

Najstarszy z nich, w randze podoficera oświadczył nam: „ Wot, po reszeniju Wierchownogo Sowieta Sowietskowo Sojuza Socjalisticzeskich Riespublik, w tieczeniju 15 minut nada sobratsia, wziat po 12 kilogramow na czełowieka  prodawolstwia, adzietsja, wzjat dowolno adioży i wychadit na podwody!   (Na podstawie decyzji Rady Najwyższej ZSRR, w ciągu 15 minut macie się ubrać, zabrać 15 kg na osobę żywności, dowolną ilość odzieży i wychodzić na furmanki). Staliśmy osłupiali, tylko Ojciec zachował zimna krew i kategorycznie odmówił podporządkowania się takiej decyzji. Zażądał natychmiastowego opuszczenia swojego domu, nazywając takie działanie władz rozbojem. Oświadczył, że ani on ani nikt z jego rodziny nie wyjdzie z domu w mroźną noc, zostawiając dorobek swojego życia na pastwę rabusiów.

Widząc zdecydowaną postawę Ojca i stojących za nim synów funkcjonariusze sięgnęli po broń. Jeden z nich łagodnym głosem oświadczył, że opór nie zda się na nic, maja rozkaz i muszą go wykonać, nawet przy użyciu broni. Inny otworzył drzwi     i do domu weszło kilku żołnierzy z bronią gotową do strzału. Nie mieliśmy żadnych szans oporu. Ojciec próbował jeszcze tłumaczyć, że to chyba jakaś pomyłka, że rano można to wyjaśnić … Nic nie pomagało,  funkcjonariusz sięgnął do torby, wyjął kartkę i wskazując na zapis powiedział;  „Niet oszybki. Wot zdieś jasno napisano – Toczek Michał, bogacz, legionist, wajennyj osadnik, polski patriot, …  smatri …  sobierajś…” (Nie ma pomyłki. O, tutaj jest wyraźnie napisane – Toczek Michał, bogacz, legionista, osadnik wojskowy, polski patriota,…popatrz…ubierać  się…).

   Ojciec wykpił ten „dokument” i gromkim głosem krzyknął – wynoście się!  nigdzie nie pójdziemy!  Żołnierze natychmiast rzucili się w jego stronę. Chwytając za ramiona  usiłowali wyciągnąć go na zewnątrz. Doszło do szamotaniny, krzyk kobiet – Matki i sióstr – ostudził nasze siłowe zapędy. Na szczęście w porę i nie doszło do użycia broni. Byliśmy bez szans.  Zaczęliśmy w pośpiechu ubierać się, zbierać żywność i dokumenty. Nikt nie miał pojęcia dokąd nas wywożą i na jak długo. Pośpiech i atmosfera chwili, jak zwykle w takich sytuacjach, tłumi nieco logikę postępowania. Cały czas popędzani zostaliśmy niemal siłą zaciągnięci do furmanek.

 Furmankami powozili Ukraińcy z pobliskich wiosek, dobrze obeznani z okolicą. Nie kryli, że to  właśnie oni  wskazywali NKWD, których Polaków należy deportować. Dowieziono nas na odległą o 3 km stację kolejową w Niżankowicach i tam zostaliśmy załadowani do jednego z wagonów. Były to dwuosiowe, zakryte stare wagony towarowe. Wewnątrz wagonu zbudowano drewnianą, piętrową prycze. Na środku  posadowiono żelazny piecyk (tzw. kozę) i wiadro z węglem. Za rozsuwanymi drzwiami, w podłodze wagonu wyrąbano otwór, który przykryty wiadrem bez dna miał być ustronnym sanitariatem. Wszystkie okna były zakratowane i wyposażone w drewniane okiennice ryglowane z zewnątrz. Obustronne drzwi rozsuwane zamykano od zewnątrz.

 W wagonie razem z rodziną Michała Toczka – 13 osób, posadowiono rodziny: Michała Gryczana, Piotra Jodłowskiego, Michała Matwiejczyka, Michała Paliwody, Wasyla Sokolskiego (Ukrainiec), Władysława Szpindora, Stanisława Szwarca, Piotra Tropiło i Antoniego Urbana. Razem 46 osób, w tym maleńkie dzieci, kobiety i starcy. Cały ten transport liczył ponad 20 wagonów. Komendantem transportu był major NKWD Reszczetnikow, szybko dał do zrozumienia jak zamierza egzekwować porządek i dyscyplinę. Po godzinie gdy wszystkie wagony zostały zapełnione padła komenda do ryglowania drzwi i zasłaniania okien. Pociąg ruszył w daleką drogę. W nocy z 10 na 11 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza, masowa deportacja Polaków na Syberię.

  Z momentem ruszenia pociągu poczuliśmy przenikający chłód. Wagon nie był szczelną konstrukcją, a na zewnątrz tęga zima i silny mróz. Pobudziło to nas do szybkiego działania, to była walka o ratowania naszego życia. Uszczelnione szmatami ściany wagonu, pocięte nożem szczapy drewnianej konstrukcji pryczy, pozwoliły rozpalić ogień w piecyku i nieco ogrzać zmarznięte ciała. Wszyscy wyciągali ręce, żeby się choć trochę ogrzać. Najbliżej stanęły dzieci, nad ich głowami wyciągały ręce kobiety. Węgiel w wiadrze topniał szybko. Wtedy już  okazało się jak wszyscy byliśmy nie przygotowani do podróżowania w takich warunkach.

  Wydarzenia  tych kilku ostatnich godzin odcisnęły się w mej pamięci na całe życie. Byłem wówczas młodym, nie doświadczonym jeszcze człowiekiem, wielu rzeczy nie rozumiałem. Uczyłem się życia w mocno przyśpieszonym tempie. Niezwykle ważnym czynnikiem w tej dramatycznej sytuacji było to, że wszyscy dobrze się znali i każdy pomagał każdemu jak tylko potrafił. Po kilku godzinach jazdy, gdy widać już było światło budzącego się dnia, pociąg zatrzymał się.

Słysząc polską mowę zaczęliśmy krzykiem i waleniem w ściany wagonu domagać się otwarcia drzwi. Po chwili uchylono zasłonę z okna i zobaczyliśmy, że jesteśmy na stacji towarowej we Lwowie. Zebrani tu Polacy, którzy jakimś sposobem dowiedzieli się o transportach Polaków przybyli na stację. Nie mogli podejść blisko do wagonów więc z oddali wypytywali się skąd jedziemy, komu i co przekazać… Gdzieś tam stał też mój starszy brat Bolesław, mieszkający i pracujący na dworcu kolejowym jako kasjer.

 Od pracujących przy torach Polaków dowiedzieliśmy się, że takich transportów przeszło już przez Lwów już kilka, że to jakaś masowa akcja deportacyjna Polaków w głąb terytorium ZSRR. Po krótkim postoju zasłonięto okno i pociąg ruszył. Zatrzymywaliśmy się co kilka godzin, na otwartym polu i na bocznicach  małych stacyjek, prawdopodobnie w celu przepuszczenia transportów wojskowych i rozładowania dużego ruchu takich transportów jak nasz.

  Pod koniec drugiego dnia podróży, w czasie postoju pociągu już na terytorium ZSRR, uzupełniano nam  zapas węgla, przyznając odtąd jedno wiadro na dobę. Dostawaliśmy też wiadro gorącej wody do picia.  Wszystko to na całą dobę dla 46 osób… Aby zaspokoić pragnienie zbieraliśmy śnieg. Coraz trudniej było oszukiwać żołądek, który domagał się strawy. Zapasy żywności były na wyczerpaniu. Eksploatowany „sanitariat” stawał się coraz bardziej uciążliwy. Trudno tu opisać upokorzenia jakie powstawały w takich momentach; płeć, wiek, wagon w ruchu, zimno…. Do końca podróży ten element współżycia towarzyszy niedoli był poważnym problemem.

   Za Kijowem odsłonięto nam okno i mogliśmy przez chwilę zobaczyć niebo, oglądać okolice – wszędzie białe pustki i odludzie. Dokuczał tęgi mróz i głód. Zasłoniliśmy więc szczelnie okno i w ciemności zmuszaliśmy się do ruchu, by rozgrzać trochę ciało. Po dwóch tygodniach takiej podróży większość z nas nie była w stanie samodzielnie wstać na nogi.

Najsłabsi zaczęli odchodzić, pierwszą osobą była Paliwodowa. Trudno było pogodzić się z faktem, że nie mogliśmy jej godnie pochować. Obcy ludzie zabrali ją z wagonu i odwieźli nie wiadomo dokąd na taczce…Takich scen było coraz więcej, zgony stały się zwykłym zdarzeniem każdego niemal dnia. Zaczęliśmy rozumieć, że taki koniec czeka nas wszystkich.

Dalsza droga naszego zesłania wiodła przez Kujbyszew, Ufę, Ural, Czelabińsk, Kurgan, Piertopawłowsk do Omska. Za Uralem eskorta nieco złagodziła rygory. Do niedomykanych drzwi mogli podchodzić okoliczni mieszkańcy. Ci ludzie niewiele różnili się od nas, nie mogli nam w niczym pomóc,  tylko ciekawość popychała ich w stronę naszych wagonów. W zamian za otrzymywane od nas przedmioty przynosili trochę żywności, różne placki i gotowane ziemniaki, czasem kawałek chleba i zawsze liście tytoniu.

   Dobrze wiedzieliśmy co to głód i za żywność płaciliśmy każdą cenę. Matki by nakarmić swe dzieci oddawały buty, rękawiczki i inne części garderoby, a gdy tych zabrakło zdejmowały obrączki, ojcowie oddawali papierośnice i sygnety.  Ta „wymiana” towarowa to wyrachowanie lokalnych władz. Wiedzieli, że za żywność Polacy oddadzą wszystko, stąd tak częste długie postoje, zmniejszona eskorta, niedomykane drzwi wagonów i łatwy do nich dostęp różnych biedaków, którzy gdyby mogli sami skonsumowaliby te „dary”.

   Byliśmy w podróży już ponad miesiąc, nie umożliwiono nam nawet obmycia rąk.  Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jak wygląda po takim czasie człowiek sponiewierany moralnie i fizycznie, obdarty, wychudzony, nie myty, nie golony, nie strzyżony …  i cuchnący. Na naszym ciele pojawiły się rozległe rany, dokuczały wszy.

Do Omska dotarliśmy 16 marca. Kazano  nam zabrać swoje rzeczy, opuścić wagony. Przeszliśmy do dużego baraku niedaleko dworca. Było to dosyć czyste i ciepłe pomieszczenie. Po raz pierwszy od 11 lutego dostaliśmy gorącą zupę i  kawałek chleba, mogliśmy też do woli pić ciepłą wodę. Nasze prośby o łaźnię pozostały bez echa.

 Następnego dnia wczesnym rankiem zarządzono wymarsz. Wydano każdemu ciepły kapuśniak, kromkę chleba i wodę do picia. Zebranych podzielono na kilka ok. 200 osobowych grup i odprowadzono w kierunku stojących kolumn samochodów ciężarowych przykrytych plandeką. Rodzin nie rozdzielano. Po załadowaniu samochodów kolumny ruszyły, każda w inną stronę. Nadal nikt nas nie poinformował  dokąd jedziemy.

W krótkim czasie poczuliśmy, że nasz samochód wjechał na zamarzniętą rzekę. Był to Irtysz, jedyny w czasie zimy szlak komunikacyjny na północ. W czasie jazdy dokuczało nam przenikliwe zimno i spaliny wydzielające się z niesprawnego układu wydechowego. Wzbudzało to silne torsje i omdlenia, wiele osób doznało szoku.

Trudne chwile przeżywał mój Ojciec, osłoniliśmy mu usta tkaniną, myśleliśmy że nie przeżyje. Nasze protesty i błagania o przewietrzenie, o krótki postój pozostały bez echa. Mieliśmy „zaszczyt”, że w szoferce naszego samochodu jechał sam komendant Reszczetnikow. Tempo jazdy było dość duże, jak na warunki drogowe wręcz szalone. Wieźli nas jak przysłowiowe kamienie i szło im to dość sprawnie. Mieli w tym rzemiośle dobre doświadczenie.

  Późnym wieczorem dotarliśmy do Tary, ściślej mówiąc kompleksu koszarowo-więziennego Tara. Cały teren ogrodzony był wysokim płotem z wieżami strażniczymi. Na placu gdzie zatrzymały się ciężarówki pełno strażników, w większości Azjatów. Próby nawiązania kontaktu nie miały sensu, rozmawiali tylko w swoim języku. Nie było to nasze miejsce docelowe ale strachu najedliśmy się potężnie.

Zgonili nas  z samochodów i zagnali niemal biegiem do cel. Moja rodzina otrzymała celę o pow. ok. 6 m2 z jedną szeroką drewnianą pryczą i „sanitariatem” od dawna nie czyszczonym. Pod sufitem małe zakratowane okienko. Na szczęście było to dość ciepłe pomieszczenie. Dostaliśmy wodę do picia.

 Wczesnym rankiem obudziło nas rżenie koni i okrzyki w języku rosyjskim, wydano cienką zupkę i kromkę twardego i czarnego jak asfalt chleba. Popędzali aby wychodzić na zewnątrz. Na placu stały zaprzężone duże sanie. Po załadowaniu nas na sanie i uformowaniu długiej kolumny, komendant transportu, jak się okazało nasz późniejszy nadzorca – Iwan Iwanow, dał sygnał do wyjazdu. Na nie ujeżdżonym, pokrytym sypkim, świeżym śniegiem  trakcie sanie kołysały się niczym statek na fali. Zdarzały się wywrotki, ale woźnicy radzili sobie sprawnie z postawieniem sań i ruszali dalej w drogę nie patrząc czy wszyscy zajęli już swoje miejsca.

Dokąd nas wloką? To pytanie cisnęło się wszystkim bez ustanku. Późnym popołudniem, po przejechaniu ok. 40 km zatrzymaliśmy się na małej leśnej polanie. Stała tu nie duża syberyjska chata. Z chaty wyszedł starszy, dość schludnie wyglądający mężczyzna. Podszedł do niego komendant transportu, chwilę rozmawiali po czym zwracając się do nas wykrzyczał:  „wot i prijechali, zdieś wy budietie żyt, zdies budiet wasza Polsza.” (przyjechaliście na miejsce, tu będziecie mieszkać, tu będzie wasza Polska.) Starszy mężczyzna, stojąc przed chata krzyknął w naszą stronę: „ zdrastwujtie! (witajcie!) i wszedł do środka.

          Woźniacy nakazali nam  zejść z sań po czym szybko odjechali.

  Był to późny wieczór 19 marca 1940 r. staliśmy  w gromadzie, słabi i wynędzniali na odkrytej polanie, w dzikiej syberyjskiej tajdze, w pełni mroźnej, surowej zimy. Byliśmy przerażeni, tu mamy mieszkać…. Trudno opisać rozpacz 204 ludzkich istot, płacz dzieci, kobiet…krzyk bezradnych synów i ojców…

Edward Toczek

Zsyłka 2

ZSYŁKA

  Dziś jest 10 lutego, 77 rocznica gorzko zamarzniętej nocy w 1940 roku, gdy Sowieci włamali się do domów tysiąca śpiących rodzin, w tym mego własnego ojca. Dali ludziom zaledwie kilka minut, pod zbrojną strażą, aby zebrać swoje rzeczy i zmusili ich do opuszczenia domów, pakując do pociągów towarowych na wygnanie do pracy przymusowej w dalekiej głębi Rosji.

  Kilka lat temu, przygotowaliśmy kampanię, by zapamiętać tę masową deportację i kolejne fale, które nastąpiły po niej. Zapal znicz dzisiaj w ich pamięci i odwiedzić naszą specjalną stronę internetową www.10luty1940.pl

 „Ostatnim spojrzeniem ogarnęłam nasz sypialny pokój. Różowy abażur sączył różowe światło. Na ziemi walał się przewrócony nocnik. Przywiązałam go do kosza z prowiantami. Żołnierze wyprowadzili nas przed dom. Na drodze stała chłopska furmanka, zaprzęgnięta w parę koni. Noc była ciemna i chłodna. Złożyliśmy na furę walizki i worki w takiej ciszy, jakbyśmy układali na katafalku ciało zmarłego człowieka. Usadowiliśmy się ciasno na tobołku z pościelą.”

Stuknęły końskie kopyta o bruk. W mroku zamajaczył krzak róży. To nie był zwyczajny różany krzak. Jego ukwiecone latem gałązki opadały wokół pnia, tworząc dużą parasolkę, pod którą często chowała się moja mała. Pomyślałam sobie, że jeśli nikt nie będzie go w maju podlewał, uschnie. Pomyślałam sobie również, że koniecznie w tej chwili powinnam zapłakać. Wymagała tego prosta przyzwoitość. Żegnałam przecież własny, budowany kilka lat dom. Dom, w którym rodziłam dzieci. Którego ściany stroiliśmy w obrazy i kilimy. Wokół którego siałam nasturcje i sadziłam pomidory. Łzy nie chciały być posłuszne. Ciężar ich ugrzązł gdzieś aż w żołądku. Wyzbyć się go jednak nie mogłam. Dziwiłam się, że moje dzieci także nie płaczą, choć w ciemności widziałam ich wystraszone oczy. Z obu stron drogi co sto metrów patrzyli na nas żołnierze w pełnym rynsztunku. Trzymali „na ostro” karabiny, z lekka je pochylając. Zupełnie jakby się nam kłaniali. Na drodze dużo fur. Na nich ciche, nie płaczące kobiety i dzieci. Milczący, bez księdza, kondukt pogrzebowy. Stukały podkowy. Branka się zaczęła.

Czerwony, długi łańcuch bydlęcych wagonów. Na razie bez parowozu. Jeszcze jedna walizka. Jeszcze jeden tobół. Koszyk. Bańka. I nagle zgrzytliwy, ciężki chrobot żelaznej zasuwy. Zatrzaśnięto drzwi. (…)

Naprzeciw mnie siedziała półżywa młodziutka matka o bardzo niebieskich oczach i zadartym nosie. Na pewno matka. Ruch, którym obejmowała śpiące niemowlę, był tak wymowny, że nie można było na ten temat mieć jakichkolwiek wątpliwości. W tej chwili była to chyba najbardziej smutna matka na świecie. Jej małe nie miało suchych pieluszek. Były ich dwa tuziny, ale zapakowane w jakiejś walizce, granatowej w brązowym pokrowcu. Jak ją znaleźć w stosie kilkudziesięciu spiętrzonych pod sam sufit bagaży? Może by się i znalazła, ale jak ją stamtąd wytaszczyć?

Wyciągnęłam ze swojego tobołka jakiś stary ręcznik i podałam go matce. Podziękowała mi spojrzeniem ciepłym, macierzyńskim.

-Córeczka? — spytałam raczej z uprzejmości. -Tak. To zresztą widać od razu, prawda? Taka drobniutka. Ma dopiero osiem dni. Jest bardzo grzeczna. Prawie nie płacze… Jak pani myśli? Czy w drodze będą nam dawać gotowane mleko?… Bo ja mam strasznie mało pokarmu. Lękam się, żeby mi w ogóle nie zaginął. Muszę moją Basię dokarmiać.

(…)Ale nie mogę klęknąć, panie kochanieńki. Nogę mam sztywną. Już dwadzieścia lat nią nie władam. Starość, szanowny panie, starość! Dziewięćdziesiąt jeden lat, panie kochanieńki. Do setki dochodzę. Wnuków, prawnuków i praprawnuków już nie zliczę. Też koło setki. -To czemu jedzie pan samotny? – pytaliśmy. -Bo moja rodzina w Siedlcach. W Siedlcach, panie kochanieńki. Tylko jedna wnuczka wyszła za mąż do Trembowli. U niej mieszkałem. Uciekła w ostatniej chwili z córką do Lwowa. Dowiedziała się, że będzie wywóz. Zostawiła mnie w domu, żebym pilnował rzeczy. Myślała, że takiemu staremu, jak ja, dadzą spokój. ..Dotknął wzrokiem młodziutkiej pary, przytulonej do siebie pod sufitem. – Przedwczoraj się pożenili. Takim to dobrze – szepnął, gorzko się uśmiechając – im nawet ta dziura teraz pachnie. Miodowe miesiące!

(…) Im nie było za ciasno, choć przed wieczorem żołnierz wepchnął do wagonu jeszcze jedną rodzinę: ciężarną kobietę z czworgiem dzieci, z których najstarsze, córka, miało lat czternaście, a najmłodsze, syn, cztery. Nie mieli ze sobą żadnych bagaży, a chłopak był bez butów. Przez podarte skarpetki widać było niezbyt czyste nogi. Kobieta zawodziła rzewnie, po chłopsku. -Ludzie! Ratujta! Pomóżta! Matko najsłodsza! Co ja pocznę? Ani pierzyny! Ani poduszki! Ani bocheneczka chleba na drogę! Ani jednej koszuli na zmianę! -Czemu pani nie zabrała ze sobą rzeczy? – spytałam. – Bo mnie wzięli z lasu, paniusieczku! Z lasu mnie wzięli!… Kiedy usłyszałam, że z naszej wsi biorą ludzi do Rosji, tom dzieci za ręce i przez płot! Przez łąkę! Do lasu! Schowaliśmy się w zagajnik i czekamy. Myślałam, że sobie pójdą, a nas zostawią. Może by i ostawili, ale ktoś przyuważył i doniósł, że się kryjemy… I przyjechali furmanką do lasu, i wzięli. Tak jak my stali. Prosiłam, żeby nawrócili furmanką do wsi. O dolo moja! Jakże ja wyżywię tę czwórkę?… Piąte w drodze.. Czym owinę… Dwanaście pieluch z obrąbkami w domu.

(…) Było już ciemno, gdy żołnierze odegnali od pociągu naszych znajomych, krewnych. O godzinie dziesiątej stuknęły o siebie zderzaki. Przystawiają parowóz — pomyślałam. Wydało mi się, że cała cierpnę. Dzieci, zmęczone wrażeniami, spały w ramionach matek. Było tak cicho, że słyszałam własny oddech. O północy parowóz stęknął. Żelaza kół zgrzytnęły. Miałam wrażenie, że poruszyło się całe niebo, wygwieżdżone dziś i jasne, listonosz zaintonował „Serdeczna Matko”. Melodię, zrazu nieśmiało, podchwycili wszyscy. Zagłuszyła ona płacz zbudzonej Basi, stukot kół i gwizd parowozu. Wychyliłam przez okno głowę. W pędzie uciekającego powietrza drgały rozśpiewane głosy sąsiednich wagonów. Śpiewał cały pociąg.

W Husiatynie otoczyła nasz eszelon gromada rodaków. Wszyscy z ostatnimi darami na drogę. Żegnali. Błogosławili. Płakali. Rzucali do okienek placki, suchary, pieniądze, gotowane jaja. Po przesiadce do wielkich rosyjskich wagonów ruszyliśmy ku dawnej polsko-sowieckiej granicy. Udało mi się dostać do okienka. Ogarnęłam ostatnim spojrzeniem skrawek ziemi, która do niedawna była jeszcze polska. Padał ulewny deszcz. Mimo to ludzie nie odchodzili z peronu. Powiewali chusteczkami. Biegli za pociągiem. Jakiś siwy mężczyzna zdjął z głowy kapelusz ruchem takim, jakim się go zdejmuje na widok idącej z krzyżem procesji. Stał z odkryta głową, póki go nie minął ostatni wagon. Jego moknące w strugach deszczu włosy przysłoniła mi mgła. Usłyszałam własne ciężkie westchnienie. Ostatnie westchnienie w ojczyźnie. Pociąg minął dawny szlaban graniczny.

(…) Coraz trudniej było utrzymać harmonię we współżyciu zamkniętych 72 osób, w tym 28 dzieci. Głodne, ściśnięte, wytrącone z równowagi, usiłowały wyładować swoją paraliżowaną ruchliwość wokół dziury klozetowej, stanowiącej wspólną, naturalną granicę między dwiema połówkami wagonu. Było to miejsce najbardziej zapalne. Na trasie Żytomierz – Kijów zanotowałam tylko dwa dni, w których nie lała się krew z nosów naszych pociech. Plac dziecięcych „maratońskich biegów” był jednocześnie miejscem przeznaczonym do odbierania w oznaczonym czasie dwóch wiader zimnej wody do mycia i dwóch wiader kipiatku do picia. Kipiatok po skrupulatnym dzieleniu go przez Starostę na siedemdziesiąt dwie porcje, miał smak pomyj, w których wypłukano tłustą myjkę”.

Młodziutka matka  piła tylko trzy łyki. Resztę zostawiała na „kąpiel” córeczki Basi. Straciła pokarm, zapas mleka podany przez okno w Husiatynie skończył się. Listonoszowa, patrząc ze współczuciem na otępiałą ze zgryzoty młodą matkę, poradziła nakarmić Basię rozmoczoną w kipiatku tartą bułką. – Co pani szkodzi spróbować? I tak umrze, i tak! A może akuratnie nie zaszkodzi? Może Matka Boska Karmiąca pomoże? Widocznie Matka Boska Karmiąca pomogła. Bo Basia nakarmiona łyżeczką dobrze rozmoczonej, osłodzonej i wyciśniętej przez rzadką szmatkę bułki, nareszcie na całą godzinę zasnęła.

(…) Jechaliśmy głębokimi lasami. Stacje rozsiane rzadko. Co sto, lub dwieście kilometrów. Zdarzały się stacyjki, obok których nie było nawet jednego mieszkalnego domku. Nie dostawaliśmy ani zup, ani kipiatka. Słońce dokuczało coraz bardziej. W dzień kąpaliśmy się we własnym pocie. W nocy wycieraliśmy go w pierzyny. Piliśmy surową wodę z rowów. Żółtą, pachnącą siarką lub naftą. Matka Basi wyżebrała trochę wody gotowanej od maszynisty parowozu. Pachniała żelazem, ale ratowała życie dziecka. Mały, pomarańczowego koloru półtrupek nie rósł, nie przybywał na wadze, ale jakimś cudem żył. Wszyscy twierdzili, że karmiła go Matka Boska Karmiąca. Czasami wątlutki płomyk życia zdawał się gasnąć. Wtedy zawsze trafiało się, jak mojżeszowa manna na pustyni, mleko.

Bywało, że pociąg nasz stawał daleko przed stacją dla nabrania wody lub reperacji parowozu. Wówczas przychodzili do naszych wagonów wieśniacy. Za kolorowy łaszek lub ręcznik – połotience przynosili gotowane jajka i gotowane mleko. Przeważnie kozie. Tylko dzięki temu Basia wegetowała. A nawet po swojemu wyrażała radość życia, objawiającą się tylko dla matki zrozumiałymi dźwiękami, podobnymi do miauczenia kociaka. Przed Omskiem wydawało się, że dla małej wybiła ostatnia godzina. Nie było przez kilka dni kipiatka, nie było ludzkich osiedli, pociąg gnał jak trąba powietrzna, nie zatrzymując się na małych stacjach. Nie widzieliśmy przez okno ani krów, ani kóz, ani żadnego śladu ludzkiego bytowania. Skończył się również zapas tartej bułki, zabranej przypadkowo przez jedną z kobiet.

Głód, smród, wszy, pojękiwania Basi, strach przed mrozem i głodem – wszystko to razem zwróciło ludzi ku sile nadprzyrodzonej. Modlili się wszyscy. Wierzący i niewierzący. Cały dzień słyszało się litanie, koronki, nowenny, pobożne pieśni. Ludzie przyrzekali, ślubowali piesze pielgrzymki do Częstochowy, Kalwarii, Ludźmierza. Na gołych kolanach! O suchym chlebie! Byle tylko Bóg pozwolił im te antychrystowe czasy przetrwać i wrócić do ojczyzny.

(…) Jakaś kobieta o skośnych oczach przyniosła dzbanek surowego mleka. Nie zaszkodziło Basi. Dzieciak był przeraźliwie chudy, ale wyraźnie zahartował się przez te cztery tygodnie podróży jak Cyganiątko. Kobieta nie rozumiała po rosyjsku. Jej mowa przypominała do złudzenia gdakanie starej kwoki Na migi pokazywała, że nie chce za mleko pieniędzy, tylko coś do ubrania. Matka Basi podarowała jej sukienkę. Prosiła o dalsze porcje mleka, ale przegotowanego. Listonoszowa zgorszona była taką rozrzutnością: Niedługo odda pani ostatnią koszulę z grzbietu. Wróci pani do kraju z listkiem figowym.

Matka Basi śmiała się: – A choćby z listkiem, aby z Basią. Wiecie co, panie? Gdy wrócę do kraju to zaraz za pierwsze pieniądze kupię sobie obraz… Matki Boskiej Karmiące. To będzie strasznie głupie i śmieszne… -Dlaczego śmieszne? — zagadnęła z oburzeniem Listonoszowa.

-Bo ja… jestem protestantką.”

(…) Pod wieczór żołnierz odsunął drzwi na całą szerokość. Obok niego stał milicjant. Władze wojskowe oddawały nas w ręce władz cywilnych.

- Wychodit!

Wychodzić! Ba! Nie było to wcale łatwe. Nogi skurczone przez cztery tygodnie nie chciały chodzić! Dotknęłam stopami ziemi. Zawróciło mi się w głowie, jakbym wypiła kielich mocnego wina. Jakbym kołysała się w chmurach. – Pan Bóg wiedział, do czego stworzył nogi – pomyślałam z czułością. Nad nami świeciło słońce. Wielkie, czerwone jak zorza. Za nami siedem tysięcy kilometrów krzyżowej zaiste drogi. Przed nami – w całym majestacie azjatyckiej urody bezkresny, bezdrzewny… step… step… step.

(fragmenty powieści Marii Jadwigi Łęczyckiej „Zsyłka”)

 Zsyłka 4

W Warszawie, w edukacyjnej siedzibie IPN Przystanek Historia 10 lutego (piątek), godz. 16.00 odbędzie się wernisaż wystawy prac profesora Stanisława Kulona Świadectwo II. 1939-1946 z udziałem autora. Uroczystość odbędzie się w 77 rocznicę pierwszej deportacji obywateli polskich do ZSRR.

Stanisław Kulon urodził się w 1930 r. w Siółku (Sobiesko) w kresowym województwie tarnopolskim. 10 lutego 1940 r. Sowieci wywieźli go wraz z rodziną na Ural. Przyszły rzeźbiarz pisał o tych latach: „dla zesłańców nie było szans na życie na tej bezdusznej ziemi (…) Wszyscy byliśmy przeznaczeni do masowej zagłady”. Głód, mróz i praca ponad siły stały się przyczyną śmierci ojca, matki i trzech młodszych braci Stanisława. On sam, wraz z dwójką ocalałego rodzeństwa, trafił do sowieckiego domu dziecka. Z „nieludzkiej ziemi” udało im się powrócić w marcu 1946 r.

Bożena Ratter

Fundacja Kresy – Syberia

Wypowiedz się