Promocja nieodpowiedzialności –o powstaniu warszawskim

powstanie_warszawskie

Wydawać by się mogło, że kolejna smutna rocznica warszawskiej hekatomby 1944 roku powinna wyczerpywać treść tego felietonu. Nawet gdyby tak było, nie byłby to powód do jakiejkolwiek satysfakcji. Niestety, wydarzeń zasmucających w czasie okołopowstaniowym nie brakowało.

Wszystkie składają się na przygnębiający obraz polskiej klasy politycznej żyjącej szkodliwymi mitami i nadającej owym mitom rangę oficjalnej państwowo-narodowej ideologii, od której odstępstwo traktowane jest jako zdrada. Wyklucza to jakąkolwiek dyskusję na forum publicznym. Ktokolwiek nie przyjmuje w całości podanej przez „prawdziwych patriotów” nauki ich „wiary”, jest znaczony piętnem apostaty wysługującego się śmiertelnym wrogom Polski.

Jakkolwiek byśmy na to zagadnienie i na ostatnie wydarzenia nie spojrzeli wypada zacząć od aberracji umysłowych związanych z 1 sierpnia. Przypomnijmy podstawowe fakty. Powstanie warszawskie było bezprzykładną klęską polityczną, militarną i narodową. Pomyślane i przygotowane w sposób rażąco amatorski, bez uzgodnienia, czy nawet poinformowania sojuszników zachodnich, skrajnie naiwnie obliczone na militarne zwycięstwo nad Niemcami wsparte przez Zachód (choć postawiony przed faktem dokonanym, ale przecież pomoże, bo opinia świata się wstrząśnie itd.) oraz z marszu przez Armię Czerwoną i ZSRR (który oczywiście doskonale wiedział przeciwko komu jest to powstanie skierowane politycznie), która przecież pomoże zwalczyć Niemca, a potem pokłoni się prawowitym gospodarzom Warszawy.

Taki był właśnie główny – polityczny – cel powstania. Ratowanie za pomocą hekatomby krwi i krzyku o niej na cały świat bytu rządu londyńskiego poprzez narzucenie Sowietom faktu dokonanego. Nie tylko i nie przede wszystkim logistyka tego przedsięwzięcia była pod psem, to głównie polityczne kalkulacje pozbawione były wszelkich racjonalnych fundamentów. Nie mieliśmy ani siły własnej, ani wsparcia Aliantów zachodnich do przeprowadzenia antystalinowskiej rozgrywki politycznej, ani nie mieliśmy żadnego pomysłu i środków, aby tak pokierować Armią Czerwoną i Stalinem, żeby najpierw pomogła nam wygrać a później uznała nasze racje i żądania.

Powstanie było tragicznym wyrazem mierzenia sił na zamiary i ostatnim gwoździem do trumny rządu londyńskiego. Mikołajczyk, który wówczas przebywał w Moskwie, aby ratować co się da, natychmiast znalazł się w sytuacji beznadziejnej – petenta błagającego o pomoc tych, których powstanie rzekomo miało wyprowadzić w pole. Wkrótce po powstaniu Mikołajczyk przestał być premierem, a z rządem „niezłomnym” Arciszewskiego (co szczególnie przykre dla nas endeków – z pokaźnym udziałem odrealnionych narodowców z grupy prezesa Tadeusza Bieleckiego) już nikt nie rozmawiał…

Taka jest nauka z powstania i to nawet bez wspominania nie mającej precedensu w historii klęski utraty stolicy z całym jej wielowiekowym dziedzictwem kulturowo-materialnym tak w wymiarze wspólnotowym jak indywidualnym. Ale to nie przemawia do ludzi, którzy dziś uparcie widzą w nim… sukces?! Prezydent Duda mówi: „Dzisiaj na Powstanie 1944 roku patrzymy nie jako na klęskę i tragedię, lecz jako na triumf wolnościowego ducha Polaków. Walcząca stolica jest symbolem zwycięskiej, nieujarzmionej Polski, którą można pokonać, ale nie można złamać.(…) I stąd pamięć o Powstaniu Warszawskim nie jest rozpamiętywaniem martyrologii. Polaków, lecz pamięcią zwycięską i skierowaną w przyszłość”.

Brzmi to jak wykład ideologii powstańczej par exellence. Marszałek Kuchciński gwałtownie nabrawszy odwagi po przejściach ukraińskich, grzmi: „Plan „Burza”, którego częścią stały się walki w Warszawie, zaangażował Niemców na wschodzie oraz jednocześnie spowodował spowolnienie ofensywy sowieckiej. Z tych powodów ZSRS nie zagarnął całej Europy Środkowej i można powiedzieć, że powstanie uchroniło Niemcy, a może i Francję, przed komunizmem”. Pomijając już, że jest to nieprawda (w czasie ofensywy styczniowej niemiecka obrona pękła jak bańka i Armia Czerwona osiągnęła przyczółki-kliny na Odrą już po dwóch tygodniach od jej rozpoczęcia; gdyby ofensywa ruszyła w grudniu czy listopadzie, Niemcy nie bronili by się lepiej, bo niby z jakiego powodu), dodatkowo mamy tu do czynienia z dorabianiem po z górą 70 latach argumentów quasi-politycznych do wydarzeń, ale i do motywacji i celów ludzi, którzy powstanie wywołali i w nim walczyli.

Pewnie zdziwiliby się, gdyby powiedziano im, że walczą co prawda z Niemcami, ale tak naprawdę w obronie Niemiec! Tak się dzieje, gdy za robienie polityki biorą się ideologowie, polityczni doktrynerzy, którzy wszystko muszą dostosować do swojej wizji. Z kolei min. Macierewicz wołał: „Ale gdzie są te wielkie dzieła, które powinny powstać? Gdzie są te wielkie filmy, które powinny oglądać miliony w Polsce i poza Polską?” Jak to? Przecież wiele filmów, seriali, dokumentów powstało właśnie ostatnio. Zapewne nie spełniają jednak warunków ideologicznych, jak chociażby wstrząsający swoim naturalizmem w pokazaniu ludzkiej strony klęski powstania film Jana Komasy „Miasto 44”. Brak w nim jednak patosu i szczęśliwych, wolnych od komunizmu dzieci niemieckich machających chorągiewkami w słonecznym Bonn w latach 50-tych, jako puenty naturalnie.

„Prawdziwi patrioci” dostają ataku nerwowego, kiedy ktoś głosi „komunistyczną” tezę o chwale dla bohaterów walczących i ginących w powstaniu a o potępieniu dla przywódców. Ich samopoczucie musi jednak ustąpić przed stwierdzeniem, że jest to teza na wskroś prawdziwa i słuszna. Trzeba ją odważnie głosić i jej bronić przed tymi, którzy nie licząc się z przyszłością także własnych dzieci nasycają młode pokolenia Polaków fałszywą legendą i stawiają za wzorzec polityczną indolencję i jej konsekwencje w postaci potwornej klęski.

Kolejne przykłady polityki „dobrej zmiany inaczej” przyszły ze strony niezawodnego min. Błaszczaka, który raczył przywrócić tzw. Mały Ruch Graniczny z Ukrainą, ale uznał, że nie przywróci go z Rosją, czyli Obwodem Kaliningradzkim (obowiązywał on od lipca 2012 do końca czerwca 2016). Może go przywrócić później, kiedy ustąpią przyczyny związane z bezpieczeństwem państwa polskiego. A cóż to znaczy, ktoś spyta? Pewne wyjaśnienia zawarte są w odpowiedzi ministra na list marszałka województwa pomorskiego w tej sprawie.

Błaszczak stwierdził: „Przecież pan marszałek na pewno wie, że w 2008 roku to Rosja Putina napadła na Gruzję, stosunkowo niedawno Rosja Putina napadła na Ukrainę i anektowała Krym i wciąż toczy się wojna w Donbasie. Taka jest postawa Rosji”. MRG cieszył się wielką popularnością wśród Polaków i Rosjan. Zawieszono go rzekomo w związku ze szczytem NATO i ŚDM. Teraz widać, że był to tylko wygodny pretekst. Pełzające wygaszanie wszelkich stosunków z Rosją, o czym pisałem już jesienią ub. r. trwa.

Kolejnym zagrożeniem dla Polski ze strony Rosji ma być moneta okolicznościowa, która weszła tam 1 sierpnia do obiegu w kilkunastu wariantach pod tytułem serii „Miasta – stolice państw wyzwolonych przez wojska radzieckie od najeźdźców niemiecko-faszystowskich”. Jednym z miast jest Warszawa, co wzburzyło naturalnie nasz MSZ, który stwierdził, że Rosja utwierdza w ten sposób sowiecką wersję historii, wspomniał Katyń, wywózki i wszystko to, co zawsze. Co ciekawe w oświadczeniu padły słowa, że Polska nie neguje ogromnej ofiary złożonej przez narody Związku Sowieckiego (Sowieckiego – to nowa, ipn-owska nazwa ZSRR, chociaż w polskich dokumentach oficjalnych, od 1923 r. jest właśnie ZSRR) w wyzwoleniu ziem polskich spod okupacji hitlerowskiej. Zdaje się, że to samo wyraża właśnie tytuł serii monet… Wraz z Polską zareagowały MSZ Łotwy i Litwy. Zważywszy na kolaborację litewską i łotewską dywizję SS Lettland, nie po raz pierwszy Polska sprawia wrażenie, jakby była po zupełnie innej stronie w II wojnie światowej.

Adam Śmiech
fot. Kadr z filmu „Miasto 44″
Myśl Polska, nr 33-34 (14-21.08.2016)

Wypowiedz się