Jaka piękna katastrofa!

katastrofa

„Najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą” – taką ocenę przypisuje się Winstonowi Churchillowi. Niezależnie od tego, czy wypowiedź ta rzeczywiście padła z ust słynnego brytyjskiego polityka, warto zastanowić się nad jej istotą oraz nad tym, czy demokracja, zamiast być szczytowym osiągnięciem zachodniej cywilizacji, nie jest przypadkiem jej gwoździem do trumny.

Według współczesnych poglądów demokracja opiera się na wolności przekonań jednostki i jej prawie do ich swobodnego wyrażania. Jednak w świetle prowadzonej ostatnio walki z mową nienawiści założenie to przestaje być już takie oczywiste. Czy słusznie?

Wolność słowa

W demokracji źródłem władzy jest wola większości obywateli. Może ona zostać określona tylko wtedy, gdy każdy ma możliwość artykułowania swojego stanowiska. Fundamentem demokracji jest zatem absolutna swoboda wypowiedzi.

Okazuje się jednak, że fundament ten stoi na ruchomych piaskach. Wolność słowa oznacza przecież zarówno wolność prawdy, jak i wolność kłamstwa. Wolność mądrości i głupoty. Wolność pochlebstwa i zniewagi. Prawo do wyrażania zarówno miłości, jak i nienawiści.

Nie można bowiem z góry założyć, że to, co ktoś chce głosić, jest kłamstwem lub głupotą. Albo że ma na celu obrażenie adwersarza. Może tak jest, a może nie, jednak prewencyjna cenzura wypacza sens demokracji, w której każdy pogląd ma prawo być wyrażony i zyskać poparcie lub potępienie „ludu”. Wolność nie może zależeć od intencji mówcy. Nawet jeśli jest on wrogiem, trollem czy tylko pożytecznym idiotą, jego słowa mają prawo ujrzeć światło dzienne.

Głupi kaowiec

W kultowym, wykpiwającym „demokrację socjalistyczną” filmie „Rejs”, pojawienie się w damskiej toalecie napisu „Głupi kaowiec” zagroziło hierarchii władzy panującej na statku wycieczkowym. To, co wówczas bawiło, przestaje być śmieszne w przypadku demokracji liberalnej.

Teoretycznie każdy powinien mieć prawo powiedzieć „Głupi X”. Czy tak jest w rzeczywistości? Pod pozorem ochrony demokracji gwałci się ją, wprowadzając ograniczenia wolności słowa. W zależności od tego, o czyich możliwościach intelektualnych wydajemy niepochlebną opinię, możemy być ukarani za znieważenie osoby pełniącej funkcję publiczną, za dyskryminację czy też za naruszenie czyichś uczuć religijnych.

To istotny problem, ponieważ system prawny pozwala dowolnie ograniczać swobodę wyrażania przekonań na podstawie dość ulotnych kryteriów emocjonalnych. Głupota danej osoby zostaje otoczona immunitetem jej uczuć i wrażliwości na krytykę, przez co demokracja zostaje pozbawiona sprzężenia zwrotnego regulującego jej działanie.

Z drugiej strony, domagając się bezwarunkowej wolności słowa, zakładamy, że zbiorowa mądrość społeczeństwa jest w stanie odróżnić to, co służy dobru wspólnemu, od tego, co mu szkodzi. I dokonać racjonalnego wyboru. Czy założenie to jest słuszne? Doświadczenie uczy, że niestety nie. Wyborcy łatwo dają się zwieść tanim obietnicom i kłamstwom, nie bacząc na długoterminowe konsekwencje swoich decyzji.

Dla przykładu: nikt chyba nie ma wątpliwości, jak znaczne poparcie grających w lotto zdobyłby polityk, który obiecałby, że gdy przejmie kontrolę nad Totalizatorem Sportowym, wygrane staną się wyższe i częstsze. Z matematycznego punktu widzenia jest to oczywiście niemożliwe, ale kto by się tam przejmował matematyką. Brzęcząca atrakcyjność obietnicy liczy się bardziej od przyszłej niemożliwości jej spełnienia.

Znany jest również efekt silnego i jednoczącego działania przekazu negatywnego. Dużo łatwiej zdobyć poparcie dla hasła „Precz z głupim kaowcem!” niż dla sloganu „Z kaowcem ku dobrobytowi!”

Profesor i pijacy

Wojciech Cejrowski powiedział kiedyś: „Nie podoba mi się system, w którym dwaj pijacy spod budy z piwem mają w demokratycznym głosowaniu dwa razy więcej do powiedzenia niż profesor.”

W wielu sprawach można się nie zgadzać z „naczelnym kowbojem RP”, jednak w tym przypadku wskazuje on na najpoważniejszy problem demokracji: równość głosów. Tak, to stwierdzenie jest bardzo niepoprawne politycznie, ale czy w imię poprawności politycznej należy odrzucać oczywistą prawdę, że społeczeństwo nie składa się z identycznych klonów wzorcowego obywatela? Różnimy się między sobą genami, wiedzą i doświadczeniem, a to w konsekwencji powoduje istotne różnice w naszych zdolnościach postrzegania i analizowania rzeczywistości oraz podejmowania racjonalnych decyzji dotyczących naszej przyszłości.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi na zlecenie OECD w latach 2011-2012 („OECD Skills Outlook 2013: First Results from the Survey of Adult Skills”, OECD Publishing, 2013) zdolnością do zaawansowanego rozumienia słowa pisanego (tabela A2.1, poziom 4 i 5) dysponuje w Polsce 9,7% dorosłych obywateli (w całym OECD 11,8%, w Finlandii 22,2%, w USA 11,5%, ale we Włoszech tylko 3,4%). Zdolność do zaawansowanego rozumienia danych liczbowych (tabela A2.5, poziom 4 i 5) posiada w Polsce 8,4% dorosłych obywateli (w całym OECD 12,5%, w Finlandii 19,4%, w USA 8,5%, we Włoszech 4,5%).

Wynika z tego, że tylko niewielka część społeczeństwa jest w stanie podjąć trud zrozumienia złożonych modeli ekonomicznych i ich związku z dobrobytem obywateli oraz ogólną kondycją państwa. Ale przy urnie wyborczej wszyscy mają jednakowy wpływ na wybór swoich przedstawicieli. Co więcej, każdy ma prawo takim przedstawicielem zostać, epatując swoją powierzchownością i elokwencją w celu zamaskowania niewiedzy i braku kompetencji.

Oprócz tego różnimy się także w dziedzinie krytycznego myślenia i podatności na perswazję. Większość obywateli nie ma ani czasu, ani ochoty sprawdzać, czy autorytatywnie wypowiadane kwestie mają jakikolwiek sens. Często wystarczy, iż stanowią potwierdzenie ogólnej linii partii i służą pognębieniu przeciwnika.

Wszelkie argumenty merytoryczne przestają mieć znaczenie – zastępuje je „logika Kalego”, w ramach której „ciemny lud kupuje” dowolną prawdę lub kłamstwo stawiające oponenta w złym świetle i dowolną prawdę lub kłamstwo potwierdzające własne przekonania. A wszystko to, co się z tymi komunikatami nie zgadza, jest rutynowo oznaczane etykietą „ataku politycznego”. W ten sposób pole do dalszej dyskusji zostaje skutecznie zaorane.

Demokracja medialna

W XXI wieku wszystkie wyżej opisane czynniki i zjawiska uległy niesłychanemu wzmocnieniu ze względu na powstanie globalnych konglomeratów medialnych. Ich przetrwanie w konsumpcyjnym modelu gospodarczym zależy bezpośrednio od wielkości audytorium, do którego są w stanie dotrzeć z reklamami. W związku z tym ogólny poziom przekazu informacyjnego jest dostosowywany do możliwości percepcyjnych tak zwanej szerokiej publiczności. Dostosowywany czyli – nie bójmy się tego określenia – obniżany!

Głębsza refleksja umiera, kiedy jej miejsce zajmuje rolnik szukający żony albo kucharz przypalający jajecznicę w piekielnej kuchni. Igrzyska zastępują namysł i skupienie. Alternatywa „być albo nie być” zamienia się w brutalne „bić albo nie bić”. A w przerwach między jedną medialną awanturą a drugą modelka o nienagannej urodzie prezentuje wzorzec szczęścia w postaci najnowszego kremu przeciwzmarszczkowego.

Na tym jałowym gruncie pleni się demokracja trywialna, bazująca na pierwotnych instynktach, które wciąż drzemią w człowieku. Strach, kłamstwo i seks decydują dziś o tym, kto zostanie prezydentem, premierem czy parlamentarzystą. Rzeczywiste lub sfingowane skandale seksualne kończą kariery polityków. Obietnice bez pokrycia oślepiają wyborców swym blaskiem, choć wiadomo, że są tylko elementem gry. A strach? Strach jest najlepszym spoiwem każdego ugrupowania. Strach przed obcymi: członkami innej partii, innego narodu, innej rasy albo ludźmi wyznającymi inną religię lub światopogląd.

Pozytywne programy przestały już wygrywać wybory, ponieważ ich spójna konstrukcja jest zbyt skomplikowana i wymaga wysiłku umysłowego zarówno w procesie ich tworzenia, jak i odbioru. Nie są tym, czego pożądają media. Media łakną tragedii, którą można sfilmować i ciepłej krwi wypływającej z poranionych ciał, a nie spokoju i ciepłej wody w kranie.

Koniec

Źródłem najpoważniejszego problemu demokracji medialnej jest to, że – tak jak w każdym środowisku – w gronie ludzi o najwyższym współczynniku inteligencji znajdują się zarówno jednostki szlachetne, którym drogie jest wspólne dobro, jak i jednostki cyniczne, samolubne i szalone, które dbają jedynie o swoje wpływy i bogactwo lub pielęgnują własne obsesje. Wykorzystując istniejące, bardzo sprawne kanały docierania do milionów odbiorców, zniekształcają zbiorowe postrzeganie rzeczywistości. Kłamią, oszukują i straszą nas sztucznymi wrogami, których sami stworzyli na potrzeby walki politycznej.

Kreowanie alternatywnych światów i narracji powoli zastępuje naturalny rozwój wypadków. Wyborcy przestają decydować zgodnie z własną oceną faktów. Głosują na podstawie podsuniętych im opowieści o Kopciuszku i Złej Macosze. Bo do tego sprowadzono ich wybór. Przyszły kształt Polski jest tylko tłem konkursu piękności, w którym startują „zdradziecki Donald Tusk” i „mściwy Jarosław Kaczyński”. Strategiczna, światowa rola Stanów Zjednoczonych stanowi jedynie dekorację pojedynku pomiędzy „kłamiącą w żywe oczy Hillary Clinton” a „molestującym wszystko, co się rusza, Donaldem Trumpem”.

Dno, do którego dotarła zachodnia cywilizacja, jest tak grząskie, że nawet nie ma się jak od niego odbić. Pozostaje nam jedynie stanąć na wzgórzu i patrzeć na tę piękną katastrofę. Dostąpiliśmy zaszczytu obejrzenia jedynego w swoim rodzaju spektaklu – wielkiego finału, którego klamrą spinającą jest SŁOWO. Ono zapoczątkowało nasz świat i – zmanipulowane – doprowadza go do końca.

wolnosc-miara

A może jednak nie? Może uda nam się uwolnić słowa z więzów zakłamania i przywrócić im ich pierwotne znaczenia? Jest taka nadzieja, jeśli tylko się postaramy i zaczniemy od tego, co sami mówimy i piszemy. Bo – jak powiedział Mahatma Gandhi – to my sami powinniśmy być zmianą, którą pragniemy ujrzeć w świecie.

(tekst napisany w dniach 20-23 października 2016 roku, na ponad dwa tygodnie przed zwycięstwem Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych)

Opublikowano za: https://biznesbezstresu.pl/2016/11/14/jaka-piekna-katastrofa/

Od redakcji KIP: Na początku ubiegłej dekady przeprowadzono badania społeczeństw europejskich ( przedstawił to II program telewizji niemieckiej w 2003 r.) m.in. w zakresie podatności ludzi na przysłowiowe „pranie mózgów” przez polityków, media, edukacje, religie etc. Czyli inaczej mówiąc, jaki odsetek populacji myśli samodzielnie w oparciu o własny „zdrowy rozsądek” nie przyjmując nic na „wiarę”, tak jak dobry złotnik nie przyjmuje na „wiarę” dostarczonego mu kruszcu – złota, srebra, platyny czy innych kosztowności.

Otóż z tych badań wynika, że średnio w całej Europie zaledwie 5 % populacji myśli samodzielnie i nie daje sterować i programować innym, w tym także poprzez zaawansowane metody kontroli umysłów.

Podsumowując należy stwierdzić tak:

„Wyższe wykształcenie to nie to samo, co samodzielne myślenie, to drugie jest niestety rzadkie, dużo ważniejsze niż wykształcenie, chociaż dostępne dla każdego”.

Redakcja KIP

Wypowiedz się