Dr hab. Leszek Jazownik, prof. UZ – Jak uczyć o tragedii Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej?

JazownikMotto do wystąpienia na Konferencji „KRESY – wczoraj, dzisiaj, jutro”: : „Problemów współczesnego świata nie rozwiążemy tym samym poziomem myślenia, który je stworzył „ Albert Einstein.

 

Tytułowe pytanie okazuje się dziś wysoce kłopotliwe. Zupełnie inna bowiem odpowiedź na nie wyłania się z analizy dokumentów i publikacji opracowywanych przez instytucje państwowe odpowiedzialne za kształt szkolnej i pozaszkolnej edukacji polskiej młodzieży, inna zaś wysuwana jest przez środowiska kresowe. To, co oferują instytucje państwowe w dziedzinie przybliżania młodym Polakom problematyki martyrologii polskich Kresów, daleko odbiega od oczekiwań społecznych. W prezentowanym szkicu podjęta została próba scharakteryzowania sytuacji, jaka panuje w tej dziedzinie na uczelniach wyższych i w szkolnictwie niższego szczebla, a także – wskazania dróg wyjścia z impasu. Próba ta poprzedzona została charakterystyką politycznych uwarunkowań funkcjonowania instytucji edukacyjnych; uwarunkowań, bez uwzględnienia, których sytuacji owej zrozumieć nie sposób.

I. Prawda o zagładzie polskich Kresów w cieniu polityki

Historia edukacji traktującej o gehennie Kresów to w istocie dzieje upokorzenia Narodu i Państwa polskiego. Jak wiadomo, w okresie PRL-u problematyka zagłady ludności kresowej była ostro rugowana z przestrzeni dyskursu publicznego. Zwłaszcza w okresie wczesnopowojennym, w czasach stalinowskich, poddano ją daleko idącej tabuizacji. Podnoszenie jej było równoznaczne z uprawianiem działalności rewizjonistycznej; działalności – dodajmy – która stała w sprzeczności z dążeniami Związku Sowieckiego do wymazywania śladów polskości na terenach zagarniętych przez Stalina. Z wydanego w 1952 roku podręcznika Gryzeldy Missalowej i Janiny Schoenbrenner zatytułowanego „Historia Polski” uczeń dowiadywał się, że Polska burżuazyjna miała charakter faszystowski, a „Piłsudski nienawidził rewolucji i bał się jej. Był nacjonalistą i imperialistą, pragnął zagarnąć cudze ziemie, ukraińskie i białoruskie, dla burżuazji i obszarników polskich”[1]. W tej sytuacji powojenne przesunięcie granic jawiło się jako oczywisty w swym charakterze akt sprawiedliwości dziejowej.

Wypracowana w okresie stalinowskim wizja historii nie zmieniła się zasadniczo po roku 1956. Niemniej po przesileniu październikowym otwarta została droga do mówienia o działalności band UPA. Problematyka ta przybliżana była uczniom głównie za sprawą dwóch powieści uwzględnianych w programie nauczania języka polskiego – Wandy Żółkiewskiej Ślady rysich pazurów oraz Jana Gerharda Łuny w Bieszczadach. Jednakowoż w obu tych powieściach obszar działania band w istocie „zawężony” został do rejonów bieszczadzkich. Kresy Wschodnie pozostawały w strefie cienia.

Po roku 1989 zniknęła cenzura. Wraz z likwidacją Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk pojawiło się sporo prac zapełniających białe karty historii, m.in. publikacje Wiktora Poliszczuka, Władysława Filara, Edwarda Prusa, Jacka Wilczura. Nie oznacza to jednak, że wiedza o tragedii Kresów szybko zaczęła przedostawać się do świadomości społecznej. Rychło okazało się bowiem, że nadal nie było ku temu sprzyjającego klimatu politycznego. Przeciwnie, środowiska kresowe natrafiły na silny mur obojętności. Działo się tak nieprzypadkowo. Wskazana sytuacja stanowiła konsekwencję m.in. tego, że do władzy doszli członkowie KOR-u. Większość z nich pozostawała pod silnym wpływem politycznej doktryny redaktora paryskiej kultury Jerzego Giedroycia, wychowanka ukraińskich profesorów zatrudnionych na Uniwersytecie Warszawskim, utrzymującego przyjacielskie stosunki ze Stepanem Banderą i czołowym ideologiem ukraińskich nacjonalistów – Dmytrijem Doncowem. W świetle wspomnianej doktryny istniała konieczność zatarcia animozji między uchodźstwem polskim i ukraińskim w imię walki ze wspólnym wrogiem – Związkiem Sowieckim.

Co więcej, KOR tworzyli w znacznej mierze (choć nie wszyscy, oczywiście) członkowie bierutowsko-bermanowskich elit. Stalinowcy i potomkowie stalinowców, którzy odsunięci zostali od władzy i przywilejów w roku 1956, wkroczyli do polityki w 1976 r. jako przedstawiciele tzw. demokratycznej opozycji. Jak utrzymuje jeden z najwybitniejszych działaczy solidarnościowych Krzysztof Wyszkowski, za sprawą przychylności PRL-owskiej służby bezpieczeństwa „środowisko Kuroniady” urosło do rangi najważniejszej siły opozycyjnej w kraju, dzięki czemu przedstawiciele tego środowiska po roku 1989 mogli stać się pierwszymi rozgrywającymi na polskiej arenie politycznej[2].

Najbardziej zażartym wrogiem środowisk kresowych stała się opiniotwórcza „Gazeta Wyborcza”. Jej większa przychylność dla środowisk neobanderowskich niż dla Kresowian także nie jest dziełem przypadku. Aby to sobie uświadomić, warto zwrócić uwagę, że czołowi redaktorzy pisma wywodzą się ze ścisłego otoczenia Jacka Kuronia, który nie krył się z tym, że bardziej czuje się Ukraińcem niż Polakiem i że cieszy się z tego, że Lwów znalazł się w rękach Ukraińców. Głównych współtwórców „Gazety Wyborczej” – Adama Michnika, Helenę Łuczywo, Ernesta Skalskiego, Edward Krzemienia, Ludmiłę Wujec – łączy nie tylko to, że wyszli spod skrzydeł twórcy stalinowskiego harcerstwa, ale zespalają ich także wspólne, jak można by rzec, tradycje rodzinne. Wszyscy oni są potomkami członków bierutowsko-bermanowskiego establishmentu, wyłonionego z żydowskich działaczy Komunistycznej Partii Polski (KPP) oraz Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU), odbywających w okresie międzywojennym wieloletnie kary więzienia za działalność antypolską, a w tym – jak w wypadku Ozjasza Szechtera (ojca Adama Michnika) – za „próbę oderwania od Państwa Polskiego południowo-wschodnich województw” i przyłączenia ich do Wschodniej Ukrainy[3].

Biorąc pod uwagę wskazaną okoliczność, możemy powiedzieć, że po roku 1989 mamy do czynienia z trzecią fazą współpracy środowisk („genetycznie”) ultralewicowych z ukraińskimi nacjonalistami. Pierwsza faza to – zapoczątkowany w połowie lat dwudziestych – okres współdziałania członków KPP i KPZU z działaczami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w prowadzeniu akcji propagandowych i działań terrorystycznych wymierzonych przeciwko wspólnemu wrogowi, tj. Państwu Polskiemu. Faza druga to okres stalinowski, w którym za sprawą życzliwości ówczesnych – polonofobicznych w swym charakterze – władz komunistycznych banderowscy kaci narodu polskiego szybko przenikali do aparatu państwowego, a zwłaszcza do struktur urzędu bezpieczeństwa i więziennictwa, dzięki czemu mogli czynnie włączyć się w ściganie żołnierzy AK, kresowych rewizjonistów i innych wrogów władzy ludowej. W obecnej – trzeciej – fazie potomkowie stalinowskich elit, sterując procesami destrukcji świadomości narodowej (choćby przez przekonywanie Polaków, że Patriotyzm jest jak rasizm[4]) oraz procesami deformacji pamięci historycznej, stali się promotorami odradzania się nacjonalizmu ukraińskiego. Nasilili oni swą działalność zwłaszcza po wydarzeniach, które rozegrały się na kijowskim Majdanie. Podniósłszy kurtuazyjną wypowiedź Piłsudskiego „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” do rangi fundamentu polskiej polityki zagranicznej, cynicznie wikłają nasz kraj w konflikt na Ukrainie. Wykorzystując podporządkowany im aparat propagandowy, czyli tzw. media głównego nurtu, dokładają starań, aby – z jednej strony – wyrugować pamięć historyczną Polaków i zamaskować faszystowskie oblicze przemian dokonujących się w sąsiadującym z nami państwie, z drugiej zaś – aby bezczelnie wmawiać Polakom, że w imię pojednania i dobrosąsiedzkich stosunków nasz naród musi uszanować prawo Ukraińców do uznawania członków UPA za bohaterów narodowych, a co więcej – że włączenie się w działania wojenne prowadzone przez Ukraińców pod banderowskimi flagami i banderowskimi metodami jest naszą racją stanu i największą misją dziejową[5].

Jak łatwo się domyślić, gdzie polityka stoi na głowie, tam edukacja musi przybierać postać zdegenerowaną.

II. Sytuacja w szkolnictwie wyższym

Po roku 1989 – jak słusznie zauważa Lucyna Kulińska:

„nie szczędzono pieniędzy na projekty dotyczące euroregionów, krzewienia kultur mniejszości, tymczasem elementarna wiedza na temat polskiej kresowej kultury deprecjonowała się i ginęła /…/. Lansowano w Polsce hasło: „wybierzmy przyszłość”. Historię postanowiono „zostawić historykom”. Historycy jednak nie za bardzo kwapili się do nowych badań. Kiedy Polacy wraz z prezydentem „wybierali przyszłość”, na Ukrainie nastąpiło coś zupełnie odwrotnego. Wsparte dużymi funduszami z Kanady, USA i Anglii ukraińskie organizacje nacjonalistyczne rozpoczęły realizację na Ukrainie, ale i w Polsce, planu pełnej rehabilitacji OUN i UPA, ze zbrodniczych antypolskich formacji, na „bohaterów walki o nową Ukrainę” i pogromców komunistów[6].”

 Na Ukrainie trwa – jak wykazali to zachodni badacze – masowe fabrykowanie dokumentów, służących „wybielaniu” i heroizacji banderowców. Polscy historycy biernie się temu przyglądają. Przyzwyczajeni do tego, że szybkie awanse i uznanie uzyskuje się za posłuszeństwo władzy, wolą nie podejmować badań, które mogłyby wzbudzić podejrzenia, iż nie zachowują poprawności politycznej. Problematykę kresową penetrują u nas przede wszystkim – jak to ujmuje Czesław Partacz – „zdeklarowani i utajnieni Ukraińcy /…/ (do grupy tej należy m.in. prawie 30 członków Ukraińskiego Towarzystwa Historycznego, w tym rektor Akademii Pomorskiej w Słupsku Roman Drozd /…/)”[7].

Z polskiej perspektywy problematyką Kresów zajmuje się wyłącznie garstka historyków i politologów. Pracują oni w aurze nagonki i podejrzliwości. Traktowani są jako ci, którzy swoją dociekliwością i rozpamiętywaniem przeszłości psują tak pięknie rozwijającą się przyjaźń między Polską a Ukrainą. Częstokroć spotykają się z jednej strony z lekceważeniem jako osoby zajmujące się sprawami nieistotnymi (bo kogóż w „okrągłostołowej” Polsce może interesować śmierć blisko 200 tys. Polaków!), a z drugiej strony – z zastraszaniem i daleko idącym ostracyzmem. Wartość ich dorobku naukowego jest tendencyjnie deprecjonowana przez krypto-Ukraińców zaludniających polskie uczelnie. Komisje do spraw doktoryzowania odrzucają – nierzadko pod wpływem osobistych interwencji tego czy innego „wpływowego” profesora – tematy prac doktorskich niezgodne z regułami poprawności politycznej. Początkujący naukowcy muszą urządzać pielgrzymki po kraju w poszukiwaniu wydziałów, na których bez przeszkód mogliby zająć się problematyką zagłady Kresów. Na granty ministerialne liczyć raczej nie mogą. Wydaje się, że do interesujących wniosków mogłoby prowadzić porównanie, ile pieniędzy MNiSW przeznaczyło w ostatnim ćwierćwieczu na finansowanie badań prowadzonych przez polskie instytucje naukowe na temat Holocaustu Żydów, a ile na temat ludobójstwa dokonanego przez banderowców, i ile instytucje te wydały publikacji traktujących o każdej z tych zbrodni. Blokowanie i deprecjonowanie badań nad problematyką zagłady polskich Kresów sprawia, że nie gości ona zbyt często w programach seminariów i studiów. Rzadko też na uczelniach organizowane są poświęcone jej konferencje.

Marginalizowaniu działalności polskich badaczy towarzyszy honorowanie osób prowadzących działalność antypolską, np. Katolicki Uniwersytet Lubelski nadał tytuł doktora honoris causa gloryfikatorowi OUN-UPA – Wiktorowi Juszczence, zaś Aleksander Kwaśniewski przyznał Order Orła Białego stypendyście Hitlera, a później gloryfikatorowi „Waffen SS” – Bohdanowi Osadczukowi.

Efekty realizowanej w Polsce polityki naukowo-edukacyjnej widoczne są na każdym kroku. Można by sporo o niej mówić, ale zwróćmy uwagę na jedną tylko okoliczność. Oto w styczniu 2007 roku Światowy Kongres Ukraińców zażądał od Polski oficjalnych przeprosin za operację „Wisła”, jak również wypłacenia odszkodowań dla jej ofiar. 27 lutego 2007 r. Lech Kaczyński i Wiktor Juszczenko we wspólnym oświadczeniu potępili tę operację, podkreślając, że była ona sprzeczna z podstawowymi prawami człowieka. Do sprawy energicznie powrócono w 2012 roku. 6 grudnia tego roku sejmowa Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych pod przewodnictwem posła PO – Mirona Sycza (syna banderowskiego zbrodniarza) przyjęła projekt uchwały potępiającej wspomnianą operację. I tylko dzięki determinacji garstki działaczy kresowych, którzy 3 stycznia 2013 odwiedli przewodniczących klubów parlamentarnych od procedowania nad tym projektem, społeczeństwo polskie zostało uchronione przed żenującą debatą, zmierzającą do tego, aby polski podatnik zapłacił odszkodowania za to, że władze PRL-owskie nie dopuściły do destabilizacji państwa.

Można wyraźnie uświadomić sobie skalę kompromitacji polskiego Sejmu, do jakiej chcieli doprowadzić apologeci ruchu neobanderowskiego zasiadający w ławach parlamentarnych oraz występujący w imieniu Związku Ukraińców w Polsce, a także konsultanci z Ukraińskiego Towarzystwa Historycznego oraz domorośli eksperci z otoczenia politycznego polskich prezydentów, gdy zważy się, że w miesiąc po opisywanych tu wypadkach – 9 lutego 2013 roku – Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu oddalił wniesioną przez Związek Ukraińców w Polsce skargę przeciwko państwu polskiemu, potraktowawszy swe orzeczenie jako ostateczne, od którego nie przysługuje odwołanie.

15 lipca 2009 roku Sejm Rzeczypospolitej Polski przyjął uchwałę „w sprawie tragicznego losu Polaków na Kresach Wschodnich”. Zobowiązuje ona władze publiczne wszystkich szczebli do upamiętniania ofiar masowych mordów dokonanych na naszych Rodakach przez ukraińskich nacjonalistów. Głosi ona ponadto, iż „Tragedia Polaków na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej winna być przywrócona pamięci historycznej współczesnych pokoleń”. Należało się spodziewać, że uchwała ta zainspiruje nasze władze państwowe do podejmowania różnego rodzaju inicjatyw, jak choćby finansowanie badań naukowych nad problematyką dokonywanej przez nacjonalistów ukraińskich masowej eksterminacji ludności polskiej, zaangażowanie się w tworzenie Muzeum Kresów, współfinansowanie i wspomaganie przedstawicieli polskiej kinematografii w tworzeniu przez nich zarówno filmów dokumentalnych na temat zbrodni OUN-UPA, jak też ekranizacji najwybitniejszych dzieł literackich o tej tematyce. Niestety, władze naszego państwa, lekceważąc obowiązujące w Polsce prawo, notorycznie uchylają się od rzetelnej realizacji przywołanej tu uchwały.

Funkcjonuje w Polsce placówka naukowa gromadząca dokumentację dotyczącą banderowskiego ludobójstwa – Instytut Pamięci Narodowej. Okazuje się jednak, że wszystkie najważniejsze prace syntetyczne ewidencjonujące zbrodnie ukraińskich nacjonalistów nie powstały na biurkach ani profesorów zatrudnionych w instytutach historii, ani też badaczy IPN-owskich. Wyszły one spod pióra wspaniałych społeczników, m.in. Ewy i Władysława Siemaszków, Szczepana Siekierki i Henryka Komańskiego. Trudno uznać, że to przypadek. Nie jest też dziełem przypadku, że IPN, zwany Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, będąc instytucją o uprawnieniach śledczych, do dnia dzisiejszego nie był w stanie pociągnąć do odpowiedzialności karnej ani jednego spośród banderowskich zbrodniarzy, mimo iż masowo ujawniają się oni jako „heroi Ukrainy”. Niezwykle silna blokada polityczna sprawia, iż wszystkie wysiłki szeregowych prokuratorów IPN idą na marne. Nawiasem mówiąc, kilka lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości utkwiło pismo adresowane do ówczesnego szefa resortu Krzysztofa Kwiatkowskiego, w którym organizacje kresowe domagają się wyjaśnienia, jaki jest w Polsce status prawny organizacji OUN-UPA i dlaczego polskie władze państwowe uchylają się od realizacji umów międzynarodowych, zobowiązujących nasz kraj do takiej konstrukcji prawa, która umożliwia skuteczne ściganie zbrodniarzy wojennych.

Ograniczając się z konieczności do analizy niektórych kwestii, warto zwrócić uwagę, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa wiedzione ideą zacieśniania współpracy z Ukrainą dołożyło w przeszłości wiele starań w celu utworzenia wspólnego Uniwersytetu Europejskiego w Lublinie. Jednakowoż strona ukraińska w ostatniej chwili wystąpiła z żądaniem zmiany przygotowywanej od dawna umowy bilateralnej. Domagała się zwiększenia wpływu rządu na uczelnię i pozbawienia jej organów samodzielności w działaniu, wyraźny rozdział polskich i ukraińskich jednostek (co pozwalałoby oczywiście przekształcić te ostatnie w agendy ukraińskich nacjonalistów), rezygnację z nauczania studentów pochodzących z krajów innych niż Polska i Ukraina, np. Gruzji czy Białorusi (aby niepotrzebnie nie wydawać pieniędzy na obcokrajowców). Nie uzyskawszy szybko aprobaty dla swoich pomysłów, odstąpiła od idei budowania wspólnej uczelni. Uznała najwidoczniej, że jest to jej niepotrzebne, gdyż w Polsce i tak niczym grzyby po deszczu zaczęły powstawać kolegia i instytuty zajmujące się kształceniem na koszt polskiego podatnika ukraińskich studentów. Oto np. w roku akademickim 2010/2011 na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego utworzono Szkołę Prawa Ukraińskiego. Jak można się domyślać, niedługo jej absolwenci będą zajmowali się – zgodnie z duchem nowych ustaw prawnych przyjętych niedawno przez profaszystowską juntę rządzącą na Ukrainie – ściganiem wszystkich tych, którzy będą ośmielali się mówić o ludobójstwie dokonywanym przez OUN-UPA i SS „Galizien”.

Kształceniem ukraińskich studentów zajmują się nie tylko wyspecjalizowane instytuty, ale również wszystkie inne. Za sprawą cynizmu polityków, w sytuacji gdy ukraińska młodzież masowo przyjeżdża do Polski, polska młodzież sposobiona jest do wyjazdu na Ukrainę (w wojskowych mundurach, oczywiście).

Polscy studenci protestują przeciwko zaniżaniu poziomu studiów, spowodowanego dostosowywaniem programów kształcenia do oczekiwań osób nieznających języka polskiego, ale ministerialnych internacjonałów niewiele to obchodzi. I nie to jest jednak najgorsze, ale to, że – jak wskazuje rozwój sytuacji – młodzi ludzie ze Wschodu wkrótce w swoich pracach magisterskich i doktorskich, powstających pod kierunkiem ich poprawnych politycznie profesorów, napiszą nam nową, poprawioną historię.

Na marginesie czynionych tu uwag, warto zaakcentować dwie kwestie:

  1. MNiSW, tak mocno zaangażowane w zacieśnianie związków z Ukrainą, jakimś dziwnym trafem nie parło do utworzenia polsko-ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie. Nie wymagałoby to wielkich wysiłków, gdyż wystarczyłoby tylko odpowiednio przeformułować sposób funkcjonowania Uniwersytetu Jana Kazimierza (obecnie funkcjonujący pod patronatem Iwana Franki), bo zbudowany został przez Polaków już dawno, a w magazynach nieodległego Ossolineum znajdują się tak potężne zbiory poloniców, jakimi nie może się poszczycić większość polskich uczelni. Zbiory te niszczeją i są wyniszczane, a Polska nie podejmuje wysiłków w celu ich odzyskania lub przynajmniej zapewnienia im należytej ochrony.
  2. Działania wojenne objęły wprawdzie tylko niewielki obszar Ukrainy i nigdy nie przybrały tam jakiegoś szczególnego rozmachu, niemniej stały się wygodnym pretekstem do fundowania stypendiów (oczywiście z kieszeni polskiego podatnika) całym rzeszom studentów zza wschodniej granicy. Tymczasem z powodu niewydolności polskiego systemu stypendialnego uczelnie otrzymują zalecenia, aby – obniżając i tak już dość karykaturalny poziom edukacji – ułatwiały polskim studentom studiowanie w trybie indywidualnym w celu umożliwienia im podejmowania w czasie studiów pracy zarobkowej. W moim przekonaniu peowsko-peeselowski rząd zamiast trwonić pieniądze, powinien raczej zachęcić Ukraińców do tego, aby – starając się dokończyć „majdanową rewolucję” – nakłonili tamtejszych oligarchów do przekazania przynajmniej jakiejś części zdefraudowanego przez nich majątku na rozwój ukraińskiego szkolnictwa wyższego.

III. Sytuacja w szkolnictwie niższego szczebla

Nieprzychylna aura dla badań naukowych nad problematyką zagłady Kresów oraz słabe umocowanie tej problematyki w planach i programach studiów kładą się cieniem na edukacji prowadzonej na niższych etapach kształcenia. Wiedza o Kresach, jaką wynoszą uczniowie szkół, jest częstokroć płytka i zdeformowana. Trzeba jednak podkreślić, że za sprawą indywidualnego wysiłku dyrektorów szkół i rzesz patriotycznie usposobionych nauczycieli przybliżanie młodzieży problematyki kresowej realizowane bywa w niektórych gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych na wyższym poziomie i w sposób – jak można by rzec – bardziej propolski niż w murach wielu uniwersytetów. Musimy mieć jednak świadomość, że jeśli edukacja w rozważanej dziedzinie osiąga wysoki poziom, to dzieje się to nie dzięki staraniom Ministerstwa Edukacji, ale niejako wbrew tym staraniom. Od dawna istnieje rozbieżność stanowisk, by nie powiedzieć – zatarg, między Ministerstwem Edukacji Narodowej a środowiskami kresowymi. Istnieją przynajmniej cztery kwestie sporne.

Kwestią pierwszą i w jakimś sensie podstawową jest sprawa ograniczania przez MEN nauczania historii. Zapotrzebowanie polityczne na rezygnację z historii najpełniej wyartykułował u nas prezydent Izraela Szymon Peres. Podczas prelekcji wygłoszonej bodajże w styczniu 2000 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim mówił on: zyskaliśmy nową wolność – spod okupacji złej historii. /…./ Akademia gdyby słuchała mojej rady, to bym zasugerował mocno, ażeby skrócić lekcje historii, obciąć je[8].

Instrukcje izraelskiego prezydenta Ministerstwo Edukacji Narodowej wykonało skrupulatnie. Radykalnie ograniczyło ono liczbę lekcji historii, wprowadzając w to miejsce 9 jakichś dziwacznych modułów. Jak zauważa Andrzej Nowak, polscy uczniowie systematyczny kurs nauczania historii będą kończyć w wieku 16-17 lat. Jego zdaniem: „Istotą tej „reformy”, a właściwie egzekucji nauczania historii w liceach, jest wprowadzenie przedmiotu historia i społeczeństwo. Ma ono na celu połączenie przedmiotów historia i wiedza o społeczeństwie, ale nie w postaci systematycznego wykładu, lecz w radykalnie skróconej wersji. W postaci kilku bloków tematycznych, które nie składają się w żaden spójny kanon[9].”

Po fali protestów i głodówek udało się uprosić MEN, aby blok tematyczny o nazwie „panteon narodowy”, niezmiernie istotny dla wychowania patriotycznego, realizowany był w sposób obligatoryjny, a nie fakultatywny. Odtrąbiono sukces w dziedzinie osiągania społecznego konsensusu. Nie oszukujmy się jednak – byłby to sukces w dobie Apuchtina, ale nie dzisiaj! Zwróćmy też uwagę, że rzecz dzieje się w państwie rządzonym do niedawna przez trzech historyków – Bronisława Komorowskiego, Donalda Tuska i Bogdana Borusewicza.

Środowiska kresowe przeciwstawiają się redukcji nauczania historii. W ich przekonaniu redukcja ta jest szczególnie niebezpieczna, zważywszy, że w ciągu ostatnich ponad 230 lat naszych dziejów tylko przez dwie dekady, w latach 1918-1939, naród polski mógł swobodnie kreować i upowszechniać w Europie własną narrację historyczną. W pozostałym okresie (nie wyłączając współczesności) mamy do czynienia z kształtowaniem i zaszczepianiem młodzieży zupełnie zafałszowanej wizji historii, fundowanej głównie przez osoby i środowiska nieprzychylne Polsce i Polakom. W efekcie tego stanu rzeczy nastąpiła dziś – jak słusznie zauważa Ewa Thompson – całkowita „utrata [przez Polaków] kontroli nad własnym wizerunkiem”[10].

 Drugą kwestią sporną jest usilne dążenie Ministerstwa Edukacji Narodowej do tworzenia wspólnych polsko-ukraińskich komisji historycznych i podręcznikowych. Środowiska kresowe uznają, że nasze państwo i nasze społeczeństwo są w stanie doskonale obywać się bez uzgodnionej z Ukraińcami wizji historii – z tych samych powodów, dla których Żydzi obywają się bez uzgadniania obrazu Holocaustu z niemieckimi neofaszystami z NPD. Seminaria polsko-ukraińskie Trudne pytania to jedna z najbardziej haniebnych kart polskiej nauki, polskiej edukacji i polskiej polityki. O seminariach tych Władysław Siemaszko pisał m.in.: „Działania szkodliwe to seminaria polsko-ukraińskie „Trudne pytania”, których sposób organizacji, przebieg i zakończenie w formie podpisanego protokołu uzgodnień i rozbieżności uważam za skandaliczne.

Po pierwsze. Seminaria były sterowane przez polityków i nacjonalistyczne środowiska ukraińskie, zainteresowanych – oględnie mówiąc – poprawą wizerunku OUN-UPA; ich pomysł wyszedł od Jacka Kuronia i jego kręgu politycznego, w tym związanego z nim ukraińskiego lobby w Polsce. Pomysł ten polegał na szerokim udziale nacjonalistycznych „naukowców” ukraińskich, których zadaniem było zarzucenie nacjonalistycznymi twierdzeniami nieprzygotowanych do ścierania się z hucpą naukowców polskich.

Po drugie. Zakulisowy dobór wygłaszających referaty i uczestniczących w dyskusji, w dużej mierze narzucony został przez nacjonalistyczny Związek Ukraińców w Polsce (według drugiej wersji narzucony przez sponsorów), a więc [był to] dobór, który eliminował z prezentacji i dyskusji najbardziej niewygodne dla nacjonalistów ukraińskich i polityków głosy /…/[11].”                                          

 Trzecią kwestię sporu Kresowian z Ministerstwem Edukacji Narodowej stanowi kształt programów szkolnych. Środowiska kresowe domagały się silniejszego umocowania problematyki zagłady Kresów w podstawie programowej. Protestowały też przeciwko temu, że MEN, całkowicie ignorując uchwałę Sejmu z 15 lipca 2009 (co oznacza w praktyce – łamiąc polskie prawo), usunęło z kanonu lekturowego jedyny utwór traktujący o problematyce zagłady Kresów – wybitną powieść Włodzimierza Odojewskiego Zasypie wszystko, zawieje…. Lobby skupione wokół Katarzyny Hall usunęło tę powieść, mimo że funkcjonowała ona wyłącznie na rozszerzonym poziomie edukacji polonistycznej, a nie – jak powinno być – na poziomie podstawowym. W odpowiedzi na protest minister Hall stwierdziła, ze lista lektur ma charakter otwarty, w związku z czym nie ma żadnych przeszkód, aby nauczyciel omawiał z uczniami samodzielnie wybrane teksty literackie podejmujące tematykę ludobójstwa dokonanego na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Replika, w której Kresowianie zwrócili uwagę minister Hall, że uchwała Sejmu ma charakter obowiązującego prawa i nie powinna być przedmiotem kontestacji czy choćby negocjacji ze strony tej czy innej agendy rządowej, nie doczekała się ani odpowiedzi, ani – tym bardziej – reakcji[12]. Do dziś w podstawie programowej trudno szukać jakiejkolwiek lektury o tematyce kresowej. Pod tym względem historia zatoczyła koło i znaleźliśmy się w sytuacji sprzed roku 1956.

Czwartą, a zarazem najbardziej sporną kwestią, jest sprawa treści podręczników i materiałów pomocniczych wykorzystywanych w szkole. Kresowianie za przedsięwzięcie szczególnie kontrowersyjne uznają wprowadzenie do szkół przygotowanego przez IPN opracowania pod reakcją Grzegorza Motyki zatytułowanego Teki edukacyjne IPN. Stosunki polsko-ukraińskie w latach 1939 -1947. Opracowanie to miażdżącej krytyce poddał prof. Józef Wysocki, wykazując, że ma ono charakter niekompetentny, tendencyjny i fałszujący historię. W odpowiedzi na pismo kwestionujące zasadność funkcjonowania Tek edukacyjnych w obiegu szkolnym minister Katarzyna Hall stwierdziła: „Ministerstwo Edukacji Narodowej nigdy nie aprobowało tych materiałów – była to autonomiczna inicjatywa Instytutu Pamięci Narodowej, który materiały te, wraz z innymi 10 materiałami przesłał do ok. 10 tysięcy szkół w Polsce. Zgodnie z ustawą z dnia 18 grudnia 1998 r. o Instytucie Pamięci Narodowej /…./ instytucja ta ma prawo prowadzić działalność edukacyjną wystawienniczą i wydawniczą[13].”

 Jest to odpowiedź wręcz rozbrajająca, świadcząca o całkowitym nierozumieniu zadań resortu. Dlatego też w liście do minister Hal pisałem: „Nie ulega wątpliwości, że Instytut Pamięci Narodowej ma prawo /…/ „prowadzić działalność edukacyjną, wystawienniczą i wydawniczą”. Tego rodzaju przywilej nie jest czymś nadzwyczajnym. Nadawany jest on w zasadzie każdej organizacji pożytku publicznego, która zapisze to swoim statucie. /…/ Ma [go] nawet kościół scjentologów /…/. Nie oznacza to jednak, ze kościół ten na ma prawo wpływać na model edukacji w polskich szkołach i ma prawo rozprowadzać jakiekolwiek materiały jako aprobowane do użytku szkolnego /…/. Wedle naszego rozeznania nic jednak nie zwalnia Ministerstwa Edukacji Narodowej z odpowiedzialności za to, czego i z czego uczona jest polska młodzież. Nikt też nie ma prawa bez porozumienia z Ministerstwem Edukacji i bez jego aprobaty wprowadzać w skali masowej do szkół produkowane przez siebie materiały[14].”

 Ministerstwo nie dało się przekonać i do dziś sławetne Teki edukacyjne zatruwają umysły polskiej młodzieży. W roku 2013 zostały one dopełnione nowym opracowaniem IPN-u zatytułowanym Materiały edukacyjne. „Kto tego nie widział, nigdy w to nie uwierzy”. Zbrodnia Wołyńska – historia i pamięć. Jest to publikacja pod wieloma względami wartościowsza od poprzedniej, niemniej również niewolna od błędów i uproszczeń. Jak wykazuje analiza, którą przeprowadziliśmy wespół z Prof. Leszkiem Jankiewiczem[15], należy do nich m.in.:

  • Zawężanie okresu, w którym dokonywane były zbrodnie ukraińskich nacjonalistów (np. Agnieszka Jaczyńska proponuje w temacie lekcji zapisać: Wołyń i Galicja Wschodnia w pożodze – „antypolska akcja” OUN-UPA 1943–1944 /!/. Jest to oczywiście fałszowanie historii. Powszechnie bowiem wiadomo, że masowe mordy, których sprawcami byli ukraińscy nacjonaliści, zainicjowane zostały już w roku 1939 i trwały aż do roku 1947, czyli do zakończenia operacji „Wisła”).
  • Zaniżanie liczby ofiar ukraińskiego ludobójstwa (np. Andrzej L. Sowa zaniża ogólny bilans ogólny ludobójstwa, stwierdzając, że Polaków zginęło 60-100 tysięcy. Tymczasem Leszek Jankiewicz podaje liczbę ofiar udokumentowanych 100 719, liczbę ofiar znanych z nazwiska 47 932 i liczbę szacunkową 158 803 ludzi. Ewa Siemaszko przedstawia liczbę szacunkową 133 800, a Szczepan Siekierka i in. – 185 121).
  • Zawyżanie liczby ofiar ukraińskich (m.in. przez włączanie w ich poczet zarówno Ukraińców, którzy zginęli, walcząc oddziałach OUN-UPA. Kryje się pewnego rodzaju przekłamanie, albowiem ofiarami mogą być nazywane wyłącznie osoby napadnięte. Tych po stronie ukraińskiej było stosunkowo niewiele. Napastnicy, którzy ponieśli śmierć, są nie ofiarami, lecz co najwyżej osobami zabitymi lub poległymi).
  • Zastępowanie kategorii prawnych pojęciami zaczerpniętymi z języka potocznego (charakterystyczne jest to, że w sytuacji gdy piony śledcze IPN-u prowadzą dochodzenie w sprawie ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów, Biuro Edukacji Publicznej IPN upowszechnia określenie „Zbrodnia Wołyńska”).
  • Przejmowanie pokrętnej terminologii wypracowywanej przez historyków neobanderowskich. Takim terminem jest np. wyrażenie „antypolska akcja”. Neobanderowcom bardzo zależy na upowszechnianiu terminu „antypolska akcja”, albowiem termin ten sugeruje, że wchodzi tu w rachubę jakaś – niezbyt zresztą rozciągnięta w czasie – akcyjność, a nie metodycznie realizowany plan zbrodni. Nadto zaś kształtuje on wyobrażenie, że ofiarami zbrodni OUN-UPA byli wyłącznie Polacy, czy wręcz „polscy panowie”, którym uciemiężeni Ukraińcy dali krwawą odpłatę za lata upokorzeń. Tymczasem z rąk ukraińskich ginęli wprawdzie Polacy, głównie zresztą pochodzenia chłopskiego, ale także Żydzi, Ormianie, Romowie, Czesi, a także Ukraińcy, którzy odmówili udziału w zbrodniach. Rzecz jasna, trudno byłoby przekonać kogokolwiek, że banderowcy musieli wyrzynać Ormian czy Romów, ponieważ okupowali oni Ukrainę i stali na przeszkodzie w uzyskiwaniu przez nią niezawisłości.
  • Umniejszanie roli Kościoła greckokatolickiego we wspieraniu współpracy ukraińsko-niemieckiej oraz ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA.
  • Usprawiedliwianie metropolity Szeptyckiego (choćby przez przemilczanie jego listu witającego żołnierzy we Lwowie, co stanowiło pierwszy publiczny akt kolaboracji z Hitlerem, czy też wchodzenia jego bliskiego współpracownika – Iwana Hryniocha – w skład kierownictwa OUN).
  • Wyolbrzymianie skali polskich akcji odwetowych i uznawanie ich za ludobójstwo. Wskazane akcje uznać można co najwyżej za zbrodnie wojenne, ale nie za ludobójstwo. W świetle Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 9 grudnia 1948 r. za ludobójczy uznaje się czyn, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych”. Polskie działania odwetowe nie miały charakteru czystek dokonywanych na tle etnicznym, rasowym czy religijnym. Stanowiły raczej rodzaj samosądów dokonywanych na mieszkańcach miejscowości, które stanowiły bazę wypadową band OUN-UPA).

W omawianym opracowaniu zetknąć się można nie tylko z dyskusyjnymi tezami historycznymi, ale także z kontrowersyjnymi zaleceniami o charakterze dydaktycznym, Przedstawione zostały one w tekście Agnieszki Pisuli Rzeź wołyńska. Ekspertyza psychologiczna dotycząca kwestii prezentacji tematu młodzieży i dzieciom.

Kluczową sprawą dla Autorki staje się problem: „Jak zadbać o bezpieczeństwo odbiorcy, aby go zbytnio nie straumatyzować?”. Niektóre podsuwane przez nią rozstrzygnięcia tej kwestii wprawiają wręcz w osłupienie. Aby uzmysłowić sobie ich absurdalność warto zestawić proponowaną przez A. Pisulę wizję nauczania o ludobójstwie na Kresach z realizowanym w szkole modelem przybliżania uczniom problematyki Holocaustu Żydów. Przyjrzyjmy się owej wizji[16]:

  1. Zdaniem Autorki:

„Jednym ze sposobów, w jaki można by chronić młodych wrażliwych ludzi, jest dawanie im w rożnych momentach lekcji, wystawy – wyboru, czy mają ochotę dalej zgłębiać temat, oraz wielokrotne przypominanie o tej możliwości wyboru, a także o tym, że jakieś prezentowane sekwencje mogą być zbyt drastyczne / s. 56/.

Prezentowane młodym osobom [drastyczne treści] bez możliwości wyboru, czy osoba chce, czy nie chce tego słuchać, mogą być szkodliwe, budzić negatywne emocje – lęku, odrazy, niechęci / s. 57/.”

 Tytułem komentarza należy podkreślić, iż mimo ogromnego nasycenia treści edukacyjnych problematyką zagłady Żydów oraz nierzadkiej drastyczności w jej ujmowaniu, ani Ministerstwo Edukacji Narodowej, ani Instytut Pamięci Narodowej dotychczas absolutnie nie przejmowały się tym, czy aby problematyka ta nie okaże się nazbyt nudna, nużąca lub nadmiernie traumatyzująca młodzież. Nie ma też wątpliwości, że gdyby któryś nauczyciel historii lub polonista nazbyt namolnie dopytywał się uczniów, czy aby nie nużą lub nie nudzą ich omawiane zagadnienia, i gdyby na każdym kroku przypominał podopiecznym, że w każdej chwili mogą zrezygnować z zajmowania się kwestiami nazbyt mało przystającymi do ich psychiki i zainteresowań, to najprawdopodobniej w szkole nie zagrzałby miejsca zbyt długo.

Samo narzuca się pytanie, skąd ta nagła troska IPN-u o zdrowie psychiczne młodzieży przy omawianiu ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II RP i czy aby nie jest ona nadmierna?

  1. W świetle omawianej tu Ekspertyzy…

[…] emocje wzbudzone w odbiorcy mogą nasilać niechęć do prezentowanych treści oraz tendencję do ich unikania. Znacznie bezpieczniej jest korzystać w miarę możliwości z subtelniejszych emocji, a także takich o konotacji pozytywnej, np. zaciekawiać młode osoby, opowiadać o tym, co przez rzeź wołyńską utraciliśmy, jakich Kresów już nie ma (z ich kulturą — muzyką, tradycją, ludźmi), wzbudzając tęsknotę, dumę, że to posiadaliśmy /57/.

 Idąc tropem rozumowania Agnieszki Pisuli należałoby nauczycielom historii zalecić, aby zamiast mówić o obozach koncentracyjnych, zagładzie getta oraz innych tego rodzaju nieprzyjemnych sprawach, zaciekawiali młodzież pisarstwem Janusza Korczaka, muzyką Artura Golda, malarstwem Jerzego Fuchsa itd., starając się wzbudzić dumę z ich twórczości. Jest to, oczywiście, absurd. Trzeba, rzecz jasna, omawiać straty w kulturze, jakie ponieśliśmy w wyniku Zbrodni Wołyńsko-Małopolskiej czy Holocaustu. W żadnym wypadku nie powinno to zastąpić refleksji nad przyczynami zbrodni, jej przebiegiem, rozmachem i okrucieństwem.

  1. Zdaniem Agnieszki Pisuli przy prezentowaniu problematyki Zbrodni Wołyńsko-Małopolskiej:

nieodzowne jest, aby ekspozycja była zrozumiała i trafiająca do odbiorców, korzystała z przekazów multimedialnych (dźwięk, muzyka, światło, głos, obraz, ruch), ale też zrozumiałych dla młodzieży (nie tylko stale podniosłych i pompatycznych, choć temat poważny), ale może czasem nawet korzystający z teledysku, hip-hopu, młodzieżowego slangu /58/.

Pomysł Autorki wydaje się interesujący, ale z jego realizacją należałoby się wstrzymać do czasu, gdy Biuro Edukacji IPN opracuje instruktywne przykłady ilustrujące, jak można np. – odstępując od ujęć „stale podniosłych i pompatycznych” – za pomocą hip-hopu lub młodzieżowego slangu przedstawiać problematykę Holocaustu.

Jak wynika z przedstawionych uwag, Kresowianie niebezpodstawnie z dużą rezerwą odnoszą do opracowywanych przez Biuro Edukacji Publicznej IPN materiałów edukacyjnych. Widać bowiem wyraźnie, że nie można ani polegać na rzetelności historycznej tych materiałów, ani też traktować poważnie tego, co oferują one na płaszczyźnie dydaktycznej.

IV. KONKLUZJE

Przedstawione tu analizy – z konieczności skrótowe – wskazują, że zarówno szkolnictwo wyższe, jak też szkolnictwo niższego szczebla znajduje się w głębokim impasie. Nie istnieje możliwość wyjścia z tego impasu bez gruntownych reform:

  1. Przede wszystkim należy odejść od polityki przemilczania ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich oraz idącej z nią w parze polityki umizgiwania się do neobanderowców. Trzeba dążyć do zamrożenia wszelkiej współpracy z Ukrainą do czasu odstąpienia przez nią od kultywowania tradycji OUN-UPA i SS „Galizien”. Propagandzie szerzonej przez środowisko Kuroniady trzeba przeciwstawić słowa Alberta Krąpca:

„Trudno rozmawiać, a tym bardziej jednać się z ludźmi, którzy bestialskie zbrodnie traktują jako chwalebną postawę obywatelską. /…/ Kresowianie zadają dziś pytanie całemu Narodowi, a szczególnie polskiej klasie rządzącej: Jak można budować przyjazne, sąsiedzkie relacje z państwem, którego głowa chyli czoła przed zbrodniczą organizacją odpowiedzialną za wymordowanie tysięcy bezbronnych polskich obywateli?[17]

Nie pozwólmy wmówić sobie, że w imię wspólnej przyszłości mamy obowiązek puścić w niepamięć zbrodnie banderowskie i uszanować prawo Ukraińców do uznawania członków OUN-UPA za wyzwolicieli Ukrainy[18] i bohaterów narodowych. W opinii Kresowian fundamentem dobrosąsiedzkich stosunków musi być nie narodowa amnezja, ale pamięć; pamięć o wspólnych Bohaterach Polski i Ukrainy, tj. tych Ukraińcach, którzy stracili życie, ratując Polaków[19].

  1. Trzeba doprowadzić do postawienia przed sądem promotorów banderyzmu. Wybitny politolog Wiktor Poliszczuk w pracy Integralny nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmunie pozostawił cienia wątpliwości co do tego, jaki charakter ma ideologia, która legła u podstaw działalności OUN-UPA. W polskim systemie prawnym propagowanie i usprawiedliwianie faszyzmu jest uznawane za przestępstwo. Niestety, funkcjonujące w tej materii zapisy prawne pozostają martwą literą. Za sprawą „okrągłostołowych” elit Państwo Polskie nie potrafi ścigać ani ukraińskich zbrodniarzy, ani też ich współczesnych apologetów.
  2. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwo Edukacji (zdecydowanie na wyrost opatrywanej mianem „Narodowej”) skompromitowały się w relacjach ze stroną ukraińską. Dały sobie narzucić zafałszowaną narrację wypracowaną przez środowiska neobanderowskie. Nie są w stanie sterować rozwojem nauki oraz rozwojem edukacji zgodnym z oczekiwaniami społecznymi oraz żywotnymi interesami Państwa i Narodu Polskiego. W tej sytuacji istnieje konieczność poważnego zastanowienia się nad sensem utrzymywania na koszt podatnika obu tych instytucji (przynajmniej w obecnym ich kształcie).
  3. Należy przeprowadzić repolonizację kierunków humanistycznych polskich uczelni, powiązaną z gruntowną wymianą kadr, poddawanych przez dziesięciolecia negatywnej selekcji realizowanej przy zastosowaniu kryterium poprawności politycznej.
  4. Konieczne jest przeprowadzenie głębokiej rewizji podstaw programowych, podręczników i materiałów edukacyjnych dopuszczonych do użytku szkolnego.
  5. Polska szkoła musi stać się wreszcie instytucją przekazującą rzetelną wiedzę na temat ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów. Nie jest w szkole dopuszczalne epatowanie okrucieństwem, nie oznacza to jednak, że nie należy mówić o okrucieństwie, przedstawiać relacji na jego temat lub pokazywać zdjęć obrazujących jego skutki. Przeciwnie, należy to czynić, dostosowując sposób prezentowania opisów i obrazów okrucieństwa do wieku uczniów i dbając przy tym, aby słownym lub obrazowym ekspozycjom towarzyszyła nie aura sensacji (do czego prowadzi epatowanie zbrodnią), lecz zadumy. Ekspozycje tego rodzaju stanowią niekiedy punkt wyjścia do namysłu nad naturą ludzkiego okrucieństwa, kiedy indziej zaś – do krytycznej refleksji nad współczesną kulturą popularną (gry komputerowe, komiksy, filmy), w której okrucieństwo i (wirtualne) zadawanie cierpienia traktowane są jako forma rozrywki.

Nie trzeba obawiać się, że przekazywanie uczniom niezafałszowanej wiedzy na temat ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów będzie sprzyjać rozbudzaniu nienawiści do Ukraińców. Uzyskanie świadomości, że członkowie OUN-UPA stanowili zaledwie niewielki odsetek ludności ukraińskiej i że jedynie uzurpowali sobie prawo do reprezentowania narodu ukraińskiego, pozwoli uczniom głęboko zrozumieć tę prawdę, iż – jak pisał Wiktor Poliszczuk – „Nie ma zbrodniczych narodów, są zbrodnicze ideologie i organizacje”[20].

 

Dr hab. Leszek Jazownik, prof. UZ

Wiceprezes Zarządu

Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich

 PS.  Pełny tekst wystąpienia dr hab. Leszka Jazownika, prof. UZ, na Konferencji pt. „KRESY – wczoraj, dzisiaj, jutro”w dniu 10 lipca 2015 r. w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Konferencja została zorganizowana przez: Patriotyczny Związek Organizacji Kresowych i KombatanckichMuzeum Niepodległości Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, pod Patronatem Honorowym: Marszałka Województwa Mazowieckiego Adama Struzika i Prezesa Krajowej Rady Spółdzielczej Naczelnego Organu Samorządu Spółdzielczego Alfreda Domagalskiego, przy współudziale programowym i organizacyjnym członków Stowarzyszenia „Klub Inteligencji Polskiej”. Prezentujemy drugą grupę 3 referatów ( obok siebie na stronie) z zakresu sytuacji obecnej –„dzisiaj”. Pierwszą grupę referatów historycznych z zakresu „wczoraj”, zaprezentowaliśmy wcześniej i dostępne są na linkach poniżej. Ostatnią 3 grupę referatów w zakresie, co wynika z historii i dnia dzisiejszego dla sytuacji Polski na przyszłość, czyli – „jutro”- opublikujemy w ciągu 2-3 tygodni. Nagrania filmowe wystąpień na Konferencji, w części różniące się od tekstów, opublikujemy za 2-4 miesięcy. Całość materiałów w wydaniu książkowym opracowywana przez Muzeum Niepodległości będzie wydana do końca roku.

Pierwsza, opublikowana na naszej stronie grupa referatów dostępna jest na następujących linkach:

Redakcja KIP

Bibliografia

[1] G. Missalowa, J. Schoenbrenner, Historia Polski, Warszawa 1952, s. 263.

[2] Zob. szerzej na ten temat M. i L. Jazownikowie, Poza oficjalną wizją najnowszej historii Polski, http://ljazownik.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=90:poza-oficjaln-wizj-najnowszej-historii-polski&catid=51:artykuy&Itemid=79 (dostęp 30 VI 2015)

[3] http://gazetawyborcza.republika.pl/gazwyb.htm. Zob. też na ten temat: L. Żebrowski, Ludzie UD – trzy pokolenia, „Gazeta Polska” 1993, 30 września oraz J. R. Nowak, Kto jest kim w lobby filosemickim (cykl artykułów tygodniku „Nasza Polska”).

[4] Tytuł artykułu Tomasza Żuradzkiego („Gazeta Wyborcza” z 17.08.2007).

[5] Zob. na ten temat: L. Jazownik, Lekcja Majdanu, http://ljazownik.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=104:lekcja-majdanu&catid=36:pami-kresow-polityka-historyczna&Itemid=66

[6] L. Kulińska, Tragiczne wydarzenia polsko-ukraińskie lat 1939-1947 w świadomości współczesnych Polaków, http://www.ljazownik.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=56:tragiczne-wydarzenia-polsko-ukraiskie-lat-1939-1947-w-wiadomoci-wspoczesnych-polakow&catid=36:pami-kresow-polityka-historyczna&Itemid=66

[7] Cz. Partacz, Przemilczane w ukraińskiej historiografii przyczyny ludobójstwa popełnionego przez OUN-UPA na ludności polskiej, [w:] Prawda historyczna a prawda polityczna w badaniach naukowych. Ludobójstwo na Kresach południowo-wschodniej Polski w latach 1939-1946, red. B. Paź, Wrocław 2011, s. 151-152.

[8] https://www.youtube.com/watch?v=8lekKU-iijc (dostęp: 30 VI 2015).

[9] Głupota czy zdrada? Z Prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana” rozmawia Maciej Walaszczyk, „Nasz Dziennik” 2012, nr 73.

[10] http://rebelya.pl/post/2497/ewa-thompson-o-kolonizacji-europy-srodkowej (dostęp 30 VI 2015).

[11] https://forumemjot.wordpress.com/2013/06/15/biernosc-ofiar-oznacza-usprawiedliwienie-zbrodniarzy-hanba-list-wladyslawa-siemaszko/ (dostęp 30 VI 2015).

[12] Korespondencja z min. Katarzyną Hall [w zbiorach autora].

[13] W zbiorach autora.

[14] Tamże

[15] L. Jankiewicz, L. Jazownik, Analiza krytyczna „Materiałów edukacyjnych pt. »Kto tego nie widział, nigdy w to nie uwierzy«. Zbrodnia Wołyńska – historia i pamięć (Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2013), referat wygłoszony na konferencji w Kędzierzynie-Koźlu 6 czerwca 2015 r. (w druku).

[16] Odwołuję się tu do ustaleń zawartych w cytowanym uprzednio artykule.

[17] Krok wstecz w procesie pojednania. Rozmowa z o. prof. dr. hab. Mieczysławem A. Krąpcem OP, „Nasz Dziennik” 2006, nr 247 (21-22.10.2006).

[18] Ukraina uzyskała suwerenność nie dzięki działaniom zbrodniarzy z OUN-UPA, ale dzięki demokratyzacyjnym przemianom w Europie Wschodniej, zapoczątkowanym przez polski Sierpień.

[19] Każdy, kto ma co tego wątpliwość, powinien powiedzieć, kim byli ci Ukraińcy, którzy stracili życie w obronie swych polskich, żydowskich czy ormiańskich sąsiadów – tchórzami? zdrajcami Ukrainy?

[20] W. Poliszczuk, Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa, Toronto 2004, s. 2.

Comments

  1. nana says:

    Skąd się Polacy wzięli na Kresach? Czy były to naturalne tereny polskie, czy może obszary podbite? Z tego, co się uparcie przemilcza, były to obszary podbite. Majątki polskie powstawały dlatego, że Polacy podporządkowali sobie ludność ukraińską. To rękami Ukraińców budowano te mityczne polskie pałace. To rękami ukraińskich parobków obrabiano tysiące hektarów pól.
    Dlaczego o tym się nie mówi?
    Jak wiadomo z fizyki, jeden człowiek – nawet bardzo silny i zdolny Polak – nie obrobi więcej własnymi rękami niż hektar/dwa na rok. Z zastosowaniem ówczesnych narzędzi, przy pomocy żony i dzieci, może i kilka hektarów udało by się zaorać i obsiać oraz zebrać z nich zboże.
    Więc skąd te ogromne latyfundia? Kto tam pracował? Czy nie podbici przez Polaków Ukraińcy?
    I czy to nie stąd, z tego wyzysku bezwzględnego i ucisku politycznego wyrosła w Ukraińcach chęć zemsty na Polakach za doznane krzywdy?
    Jedna z „Kresowianek” urodzona w PRLu pisała o „syndromie zimnego ziemniaka”. Dlaczego Polacy przejmując ziemię ukraińską nie przejęli odpowiedzialności także za ludność tubylczą? Dlaczego Ukraińcy zmuszeni byli tyrać na „polskich majątkach” a sami mieli do jedzenia tylko „zimne kartofle” jako jedyne pożywienie?
    Polacy zamiast zostawić historię w spokoju i zająć się teraźniejszością, usiłują zrobić z siebie ofiary. To się nie uda.
    Gdyby Polacy nie zajęli siłą terenów ukraińskich – nie byłoby polskiej tragedii.
    Gdyby Polacy, już te tereny zajmując, traktowali Ukraińców z należytym szacunkiem – również by tej tragedii nie było.
    Wychodzi na to, że jeżeli uzna się Kresowian za „ofiary” to również Niemców za ofiary uznać będzie konieczne. I wówczas Polacy będą płacić Niemcom odszkodowania za to, że ich pokonali – z pomocą Bohaterskiej Armii Czerwonej – w maju 1944r.
    Czy o to chodzi w tej histerycznej przepychance o odszkodowania za utracenie terenów podbitych?
    Co do tego, że „niedobry Stalin” kazał wyciszyć sprawę rzezi na Wołyniu, to przecież było to jedyne mądre posunięcie. Obecni utytłani w tytuły naukowe mogą tego nie rozumieć i nie rozumieją, ale normalny człowiek wie, że gdy konieczna jest szybka i wydajna odbudowa kraju, nie ma miejsca na rozgrzebywanie starych konfliktów i przedłużanie ich żywota. Dureń może tak zrobić, ale żaden odpowiedzialny człowiek.
    Jeżeli Polacy faktycznie chcą kiedykolwiek problem polsko-ukraiński rozwiązać, konieczne jest nie tylko wysłuchanie argumentów drugiej strony konfliktu, ale też poważne ich rozważenie i gotowość pójścia na kompromisy.
    Tak się obecnie składa, że Rosja za Słowian nie uważa Polaków, ale uważa za Słowian Białorusinów i właśnie Ukraińców.
    Czy to Polakom nie daje do myślenia?
    Polacy jako nie Słowianie nie mają prawa do ziem słowiańskich, a takie są przecież ziemie ukraińskie.
    Oczywiście, mamy ponoć po 1989 roku wolność i nie ma cenzury. Ale mój post nie zostanie puszczony, co? I po co bezmyślnie krytykować Stalina za coś, co się samemu robi, by swoje było na wierzchu? Cenzura jest także na KIP obecna. Po co oszukiwać ludzi i samego siebie?
    W tych kresowych zamieszaniach wcale nie chodzi o jakieś dobro Polaków. Chodzi o to, by umożliwić żydom udającym Polaków przejąć ukraińską ziemię tak, jak robili to oni polonizując się po powstaniach styczniowym i listopadowym, przejmując polskie nazwiska i herby. Co błogosławił kościół katolicki. No i przecież żyd przechrzta to także katolik. A taki prawosławny to wróg bo się papieżowi nie kłania.
    W porównaniu z tym, co się obecnie dzieje, w PRLu nie było żadnej cenzury. Cenzura jest teraz – wszędzie bez wyjątku. Ale cenzorzy każą się nazywać „administratorami” i usuwanie i nie dopuszczanie komentarzy nie po linii nazywają moderacją. Nic z tego. Jest to cenzura. Tak, CENZURA.
    Polacy osiedlając się na Kresach powinni byli być świadomi, co robią i z czym to się będzie wiązać. Uciskanie i wykorzystywanie Ukraińców też musiało przynieść tylko ten jeden wynik.
    Ale Polacy biorą sobie prawo do wyzysku Ukraińców, ale Ukraińcom odmawiają prawa do walk o wyzwolenie własnego kraju.
    Polacy twierdzą, że Ukraińcy to nie naród. Tak? A Polacy to naród? Ukraińcy walczyli przy pierwszej okazji z najeźdźcą polskim tak samo, jak Polacy walczyli z najeźdźcą niemieckim.
    Rzeź wołyńska była wielką tragedią. Ale nie większą niż rzeź dokonana przez Niemców na plemieniu Herero i Nama.
    (Ponad sto lat temu Niemcy niemal całkowicie wymordowali namibijskie plemiona Hererów i Nama. W obozach koncentracyjnych przeprowadzali na nich eksperymenty, a ich kości wysyłali do Europy na badania. Setki czaszek trafiły do niemieckich uczelni jako rekwizyty naukowe.
    http://konflikty.wp.pl/kat,1020235,title,Najbardziej-przemilczana-z-niemieckich-zbrodni,wid,13932750,wiadomosc.html?ticaid=1158cd)
    (Ocenia się, że w sumie wymordowali 80 proc. całej populacji Herero i 50 proc. Nama.)
    Także całkiem niedawno byliśmy niejako świadkami rzezi dokonanej przez ekstremistów Hutu na ludziach plemienia Tutsi.

    Więc to, co „Kresowianie” usiłują zrobić, to szkodzenie Polsce i Polakom, to naginanie faktów historycznych i przemilczanie prawdziwych przyczyn tragedii.

    No i jak tam, szanowni cenzorzy? Poczujecie się lepiej usuwając prawdę? Prawda istnieje niezależnie od tego, czy ktoś ją zna, czy nie. Istnieje prawda niezależnie od tego, czy jest głoszona czy nie. Istotą prawdy jest jej niezmienność. I prawdy nie można zmienić, bo wówczas jest ona tylko kłamstwem.
    Prawdą jest, że Polacy weszli na Kresy i podbijając to terytorium zmusili Ukraińców do poddaństwa wobec Polaków. Ukraińcy czekali na okazję, by się na Polakach za to zemścić. I taka nadarzyła się w czasie II. wojny, gdy Niemcom do planów pasowało wymordowanie Polaków rękami Ukraińców.
    Polacy zamiast rozumieć, co się stało i wyciągnąć wnioski na przyszłość, chcą by podbici wówczas Ukraińcy zapłacili Polakom odszkodowania za to, że nie chcieli już więcej pracować na Polaków i chcieli swoją ziemię mieć dla siebie.
    I co, stalinówka jestem? A może nie Polka? A może jestem zwyczajnie człowiekiem, który ma dość zamieniania trupów na gotówkę i ziemię i chce żyć w spokoju i pokoju z sąsiadami i resztą ludzkości?
    Cenzura, cenzura, cenzura!
    A prawda jest tym czym jest i żadna cenzura jej nie zmieni ani nie zakrzyczy.

    • eljot says:

      Szanowna Pani Nano Says, z Pani wypowiedzi wynika, że jest Pani starszą osobą, która podejmuje ze mną polemikę, kierując się długoletnim doświadczeniem życiowym oraz wyrastającą z niego dbałością o prawdę historyczną, bezstronne widzenie zjawisk historycznych, a wreszcie – troską o Polskę i pomyślną przyszłość jej obywateli. Jednakowoż przyjęty przez Panią nick, rodzaj słownictwa i typ argumentacji sugerują coś zupełnie odmiennego. Nie wykluczam zatem, że Pani wypowiedź jest tylko jedną z prowokacji, jakich wiele znaleźć można na innych forach internetowych. Pomimo to postaram się krótko odpowiedzieć na Pani pytania i sugestie, biorąc za dobrą monetę to, co Pani pisze o sobie.
      Rozpocznę od ostatniej z poruszanych przez Panią kwestii. Sformułowała Pani obraźliwe słowa pod adresem przedstawicieli Klubu Inteligencji Polskiej. Jak Pani widzi, moderatorzy strony KIP zamieścili Pani wypowiedź, mimo że zawiera ona całą masę nieścisłości i fałszywych presupozycji. Myślę zatem, że zdobędzie się Pani na to, aby przeprosić Ich za wysoce niestosowne porównania do cenzorów z epoki stalinowskiej. Jako miłośniczce prawdy i rzeczniczce uczciwości w debatach publicznych sformułowanie przeprosin zapewne przyjdzie Pani bez trudu. Wyrażając taką nadzieję, przejdę do kwestii merytorycznych

      1. SKĄD SIĘ POLACY WZIĘLI NA KRESACH? CZY BYŁY TO NATURALNE TERENY POLSKIE, CZY MOŻE OBSZARY PODBITE? Z TEGO, CO SIĘ UPARCIE PRZEMILCZA, BYŁY TO OBSZARY PODBITE.
      O wiele łatwiej sformułować niedorzeczną sugestię niż udzielić rzetelnej, a tym bardziej – wyczerpującej odpowiedzi. To co, dziś nazywamy Kresami, w okresie dwudziestolecia międzywojennego stanowiło centralną Polskę, Kresami nazywano ziemie utracone w wyniku zaborów. Różne były dzieje szeroko rozumianych ziem kresowych. Niektóre z nich weszły w obręb Rzeczypospolitej w wyniku zmagań zbrojnych.
      Jeśli poszukuje Pani odpowiedzi na pytanie, skąd Polacy wzięli się wzięli na Kresach węziej rozumianych, to znajdzie ją Pani choćby w zamieszczonym na tym serwisie internetowym referacie konferencyjnym Pana Krzysztofa Bąkały „Osadnictwo i historyczne przemiany polityczne zachodzące na obszarach dzisiejszej Ukrainy oraz w pracach, na które Autor ten się powołuje. Zapewne zdziwi się Pani, jak dalece odpowiedź ta (uwzględniająca najstarsze wzmianki historyczne) odbiega od tego, co może Pani wyczytać w podręcznikach z epoki stalinowskiej oraz w dzisiejszych elukubracjach badaczy ukraińskich. To po pierwsze. Po drugie, sugeruje Pani, że w Polsce „uparcie przemilcza się, że „były to obszary podbite”. Otóż muszę Panią zmartwić. To, że w pracach historycznych ziem kresowych nie przedstawia się jako podbitych, nie wynika z dążenia do przemilczania niewygodnych faktów, ale z obawy przed kompromitacją. Nikt, kto słyszał choćby tylko o unii lubelskiej nie będzie obnosił się z tezą, którą Pani formułuje.

      2. MAJĄTKI POLSKIE POWSTAWAŁY DLATEGO, ŻE POLACY PODPORZĄDKOWALI SOBIE LUDNOŚĆ UKRAIŃSKĄ. TO RĘKAMI UKRAIŃCÓW BUDOWANO TE MITYCZNE POLSKIE PAŁACE. TO RĘKAMI UKRAIŃSKICH PAROBKÓW OBRABIANO TYSIĄCE HEKTARÓW PÓL. DLACZEGO O TYM SIĘ NIE MÓWI?
      Pragnę Panią zapewnić, że mówi się o tym. Ale podnosi się także i to, że sytuacja polskiego chłopstwa nie była wiele lepsza. Swoją drogą, rusińscy możnowładcy, do których należała niemała część kresowych latyfundiów, też nie budowali pałaców własnymi rękami. Co z tego wynika? Otóż to, że mit o polskich panach i uciemiężonych Ukraińcach pełen jest uproszczeń.
      3. /…/ SKĄD TE OGROMNE LATYFUNDIA? KTO TAM PRACOWAŁ? CZY NIE PODBICI PRZEZ POLAKÓW UKRAIŃCY? I CZY TO NIE STĄD, Z TEGO WYZYSKU BEZWZGLĘDNEGO I UCISKU POLITYCZNEGO WYROSŁA W UKRAIŃCACH CHĘĆ ZEMSTY NA POLAKACH ZA DOZNANE KRZYWDY?
      /…/ TO, CO „KRESOWIANIE” USIŁUJĄ ZROBIĆ, TO SZKODZENIE POLSCE I POLAKOM, TO NAGINANIE FAKTÓW HISTORYCZNYCH I PRZEMILCZANIE PRAWDZIWYCH PRZYCZYN TRAGEDII.
      Nie wymagam od Pani znajomości moich tekstów, skoro jednak zdecydowała się Pani komentować mój artykuł, to dobrze byłoby ustosunkować się do przedstawianych w nim tez, a nie powtarzać jak mantrę zasłyszane gdzieś idee. W artykule tym krytycznie odniosłem się do podejmowanych współcześnie prób usprawiedliwiania działalności UPA za pośrednictwem „mitu rozrachunkowego”. Powtórzę więc, ze w ramach tego mitu okrutne rzezie dokonywane przez banderowców opatruje się mianem „akcji antypolskich”. Termin ten „kształtuje /…/ wyobrażenie, że ofiarami zbrodni OUN-UPA byli wyłącznie Polacy, czy wręcz »polscy panowie«, którym uciemiężeni Ukraińcy dali krwawą odpłatę za lata upokorzeń. Tymczasem z rąk ukraińskich ginęli wprawdzie Polacy, głównie zresztą pochodzenia chłopskiego [!], ale także Żydzi, Ormianie, Romowie, Czesi, a także Ukraińcy, którzy odmówili udziału w zbrodniach. Rzecz jasna, trudno byłoby przekonać kogokolwiek, że banderowcy musieli wyrzynać Ormian czy Romów, ponieważ okupowali oni Ukrainę i stali na przeszkodzie w uzyskiwaniu przez nią niezawisłości”. Zastanawia mnie, czy w imię elementarnej konsekwencji w rozumowaniu skłonna byłaby Pani dowodzić, że kilka tysięcy Ukraińców pomordowanych banderowców, to w większości latyfundyści, którzy wraz z polskimi panami pili krew ukraińskiego ludu?
      4. WYCHODZI NA TO, ŻE JEŻELI UZNA SIĘ KRESOWIAN ZA „OFIARY” TO RÓWNIEŻ NIEMCÓW ZA OFIARY UZNAĆ BĘDZIE KONIECZNE. I WÓWCZAS POLACY BĘDĄ PŁACIĆ NIEMCOM ODSZKODOWANIA ZA TO, ŻE ICH POKONALI – Z POMOCĄ BOHATERSKIEJ ARMII CZERWONEJ – W MAJU 1944R. CZY O TO CHODZI W TEJ HISTERYCZNEJ PRZEPYCHANCE O ODSZKODOWANIA ZA UTRACENIE TERENÓW PODBITYCH?
      Zrównywanie przez Panią sytuacji Kresowian z sytuacją Niemców, którzy opuścili Ziemie Zachodnie, jest niezasadne:
      1. Nie Polacy zadecydowali o wypędzeniu Niemców. Była to decyzja państw koalicji antyfaszystowskiej.
      2. Nieurodzajne i wyniszczone Ziemie Zachodnie były niezbyt wartościową rekompensatą za bezprawnie zagarnięte przez Stalina żyzne i obfitujące w bogactwa naturalne ziemie kresowe.
      3. Niemcy, tracąc Ziemie Zachodnie, zostali na swój sposób ukarani za rozpętanie wojny i za dokonanie bestialskich zniszczeń. Proszę zastanowić się, za co ukarana została Polska?
      5. CO DO TEGO, ŻE „NIEDOBRY STALIN” KAZAŁ WYCISZYĆ SPRAWĘ RZEZI NA WOŁYNIU, TO PRZECIEŻ BYŁO TO JEDYNE MĄDRE POSUNIĘCIE. OBECNI UTYTŁANI W TYTUŁY NAUKOWE MOGĄ TEGO NIE ROZUMIEĆ I NIE ROZUMIEJĄ, ALE NORMALNY CZŁOWIEK WIE, ŻE GDY KONIECZNA JEST SZYBKA I WYDAJNA ODBUDOWA KRAJU, NIE MA MIEJSCA NA ROZGRZEBYWANIE STARYCH KONFLIKTÓW I PRZEDŁUŻANIE ICH ŻYWOTA. DUREŃ MOŻE TAK ZROBIĆ, ALE ŻADEN ODPOWIEDZIALNY CZŁOWIEK.
      Idąc śladem Pani rozumowania, należałoby konsekwentnie uznać, że Stalin miał także rację, że wyciszył zbrodnię katyńską. Niestety, tego „jedynie mądrego posunięcia” nie uszanowali ludzie „utytłani w tytuły naukowe”, którzy rozgrzebali stare konflikty, nie zważając na konieczność szybkiej i wydajnej odbudowy kraju. Ci – mówiąc w Pani języku – durnie doprowadzili do tego, że dziś składamy hołd ofiarom zbrodni dokonanych w Katyniu, Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie, a także potępiamy sprawców tych zbrodni.
      Jeżeli rzeczywiście Pani tak myśli, jak pisze, to jest mi Pani szczerze żal. Proszę wybaczyć, ale na podstawie Pani słów można odnieść wrażenie, że wyrobiono w Pani duszę niewolnika, który angażując się w bieżące prace zapomina o swej przeszłości.
      5. JEŻELI POLACY FAKTYCZNIE CHCĄ KIEDYKOLWIEK PROBLEM POLSKO-UKRAIŃSKI ROZWIĄZAĆ, KONIECZNE JEST NIE TYLKO WYSŁUCHANIE ARGUMENTÓW DRUGIEJ STRONY KONFLIKTU, ALE TEŻ POWAŻNE ICH ROZWAŻENIE I GOTOWOŚĆ PÓJŚCIA NA KOMPROMISY. TAK SIĘ OBECNIE SKŁADA, ŻE ROSJA ZA SŁOWIAN NIE UWAŻA POLAKÓW, ALE UWAŻA ZA SŁOWIAN BIAŁORUSINÓW I WŁAŚNIE UKRAIŃCÓW. CZY TO POLAKOM NIE DAJE DO MYŚLENIA? POLACY JAKO NIE SŁOWIANIE NIE MAJĄ PRAWA DO ZIEM SŁOWIAŃSKICH, A TAKIE SĄ PRZECIEŻ ZIEMIE UKRAIŃSKIE.
      1. Mówienie o konflikcie polsko-ukraińskim jest nieusprawiedliwione. Stanowi próbę przerzucenia odpowiedzialności za zbrodnie banderowskie na cały naród ukraiński.
      2. Na czym, Pani zdaniem, ma polegać polska gotowość do kompromisów? Na odstąpieniu od dążenia do godnego upamiętnienia ofiar banderowskiego ludobójstwa? Na zrezygnowaniu z apeli o potępienie zbrodni i zaprzestania heroizowania przez Ukrainę zbrodniarzy wojennych?
      3. Końcowe zdania przytoczonej wypowiedzi wprawiają w zdumienie. Nie podejmuję się z nimi polemizować, gdyż sprowadziłoby to dyskusję na taki poziom, do którego nigdy nie powinna schodzić.
      7. RZEŹ WOŁYŃSKA BYŁA WIELKĄ TRAGEDIĄ. ALE NIE WIĘKSZĄ NIŻ RZEŹ DOKONANA PRZEZ NIEMCÓW NA PLEMIENIU HERERO I NAMA.
      Pani wypowiedź znów zdumiewa. Czy to, ze Niemcy przed pierwszą wojną światową zbroczyli ręce niewinną krwią ludności afrykańskiej, może w Pani przekonaniu usprawiedliwiać zbrodnie banderowskie?
      8. I CO, STALINÓWKA JESTEM? A MOŻE NIE-POLKA? A MOŻE JESTEM ZWYCZAJNIE CZŁOWIEKIEM, KTÓRY MA DOŚĆ ZAMIENIANIA TRUPÓW NA GOTÓWKĘ I ZIEMIĘ I CHCE ŻYĆ W SPOKOJU I POKOJU Z SĄSIADAMI I RESZTĄ LUDZKOŚCI?
      Na te pytania musi Pani sama znaleźć odpowiedź. Ja mogę jedynie podpowiedzieć, iż jeśli chce Pani, żyć w „spokoju i pokoju” z sąsiadami, to nie powinna Pani dążyć do przemilczania popełnionych przez nich zbrodni. Historia poucza bowiem, że jeśli zbrodnie nie zostaną potępione i osądzone, to mogą się powtarzać.

Wypowiedz się