Józef Kamycki – Rozproszenie emisji na dofinansowanie pracowniczego majątku produkcyjnego

Kamycki

Jest taka ludowa mądrość zawarta w słowach „kijem tego, kto nie pilnuje swojego”. Prze­szukamy teraz obszar architektury monetarnej, aby znaleźć tych – do wybatożenia w pierwszej ko­lejności. Winni jesteśmy wszyscy: jedni proporcjonalnie do roli jaką spełniają w organach państwa, społeczeństwo proporcjonalnie do swojej ilości i tolerancji na „inteligentną” grabież.

            Najpierw musimy wprowadzić pojęcie strategii kotwiczenia waluty. Posłużmy się tu przy­kładem kierowcy. Wsiadając do samochodu można zadecydować, że będziemy się starali jechać ze stałą szybkością, lub dojechać do celu jak najszybciej i przy najmniejszym zużyciu paliwa. Mamy do dyspozycji pedał gazu i hamulec i wszystkie okoliczności, które będą nam w tym przeszkadzały. W każdym z tych przepadków będziemy się inaczej zachowywali. Podobny problem występuje w architekturze monetarnej

            Po odejściu od standardu złota mody na strategie kotwiczenia waluty zmieniają się co kilka lat i końca tych eksperymentów jeszcze nie widać. Podczas gdy w Polsce ciągle stosujemy strategię celu inflacyjnego, w wielu krajach instrumenty polityki monetarnej opiera się o strategię monetar­nego poluzowania. Do nas zawsze dociera echo tych strategii i nie jest bez wpływu na naszą sytu­ację finansowa.

            Zajmijmy się tym co mamy w Polsce. Stosujemy uświęconą w naukach ekonomicznych strategię kontrolowania pełzającej inflacji na poziomie 2,5% rocznie. To tak jakbyśmy chcieli je­chać ze stałą prędkością bez względu na stromizny i spadki występujące na tracie oraz zmieniający się kierunek wiatru dający dodatkowe opory. Do dyspozycji mamy operacje dostrajające Rady Poli­tyki Pieniężnej – to takie manipulowanie pedałem gazu, oraz operacje aprecjacyjne na podobień­stwo operowania hamulcem. Dzieję się to poprzez manipulowanie stopami NBP forsującymi lub ograniczającymi akcje kredytowe i dodatkowo poprzez regulowanie nadpłynnością banków drogą sprzedaży i wykupu bonów pieniężnych. O tym wszystkim przeciętny student ekonomii wie. Jednak kopiąc trochę głębiej ogarnia nas przerażenie.

Problem inflacji.

            Można uznać, że inflacja na poziomie 2,5% jest uzasadniona zarówno ze społecznego jak i ekonomicznego punktu widzenia. Niby dlaczego w obszarze gromadzenia skarbu pieniądz miałby być szczególnie uprzywilejowany w stosunku do innych dóbr, jak ziemia, nieruchomości czy środ­ki produkcji? Wszystkie one ulegają umorzeniu czyli spadku wartości na skutek zużycia fizycznego lub moralnego. Wiemy co staje się z domem nie remontowanym i glebą nie uprawianą linią produk­cyjną nie modernizowaną. Pieniądz powinien „parzyć” w kieszeni. Powinien być zaprzęgany do pracy właśnie przy utrzymywaniu, z tendencją do ciągłego podnoszenia wartości materialnych składników majątku. Dlate­go też, w strategii monetarnego poluzowania forsuje się pogląd utrzymywania poziomu inflacji na wyższym poziomie eksperymentując nawet z poziomem 4,5 -5%. To można zrozumieć jedynie tak – w takich  działaniach wyraża się wybór polityczny pomiędzy interesami rentierów a producentów.

Jednak

            Gdy policzymy, to okaże się, że 2,5% od naszego PKB daje 40 mld zł spadku siły nabyw­czej społeczeństwa! Taki wolumen podaży produktów i usług zaczyna zalegać w magazynach nie znajdując nabywcy. Tego kompletnie nie widać z poziomu gospodarstw domowych stąd konsumenci są tu całkowicie rozgrzeszeni. Lepiej to widać z pozycji przedsiębiorców, którzy pierwsi odczuwają zatory płatnicze i doznają ich skutków. Pierwsze co robią, to ratują się kredytami i próbują ciąć koszty. Nie słychać jednak z ich strony oburzenia na strategię celu inflacyjnego – a powinni grzmieć jak przy­słowiowy piorun na ambonie. Nikt nie dał ani rządowi, ani Radzie Polityki Pieniężnej prawa obni­żania poziomu popytu! Nie ma tu także żadnej sprzeczności: spadek wartości pieniądza nie musi od razu oznaczać spadku siły nabywczej ludności. Jeśli tak się dzieje, jeśli społeczeństwo zmuszane jest do zadłużania się w bankach ,aby wykupić to, co przecież samo własną pracą wytwo­rzyło – to mamy pierwszych w kolejce do wybatożenia. Rada Polityki Pieniężnej dostarcza bankom nowego złota czyli kredytobiorców. 40 mld zł to konkretne pieniądze i nie miejmy złudzeń – część z nich trafia gdzie trzeba pod stołem.

Problem wzrostu PKB

            I znowu, problemu nie widać z poziomu gospodarstw domowych. Zaganiani walką o prze­trwanie na rynku przedsiębiorcy, też w większości nie muszą sobie z tego zdawać sprawy. Jednak z poziomu pań­stwa jako całości ktoś powinien zadać takie pytanie: jaki jest sens forsowania wzrostu PKB, brać kredyty inwestycyjne, tylko po to, aby zmuszać społeczeństwo do dalszego zadłużania się w ban­kach. Pieniędzy, bowiem, na obsługę zwiększonej liczby i wartości kontraktów w gospodarce nie ma! Dylemat – wytworzyć u siebie czy kupić gotowe  np. z Chin? – nie daje powodów do żadnej innej refleksji jak tylko sięgać po  prymitywny rachunek ekonomiczny. Rosnąca rzesza bezrobotnych w tych kalkulacjach nie jest niestety uwzględniana. Taką logikę może kierować się przedsiębiorca działający na własny rachunek, jednak to nie on jest w kraju gospodarzem. Nie od niego zależy czy coś ma szerszy sens, czy jest zupełnie go pozbawiony.

            Podobnie jest przy wzroście PKB, gdy wzrasta np o 2,5% powstaje deficyt 40 mld zł. Znowu te pieniądze możemy sobie pożyczyć. Banki otwierają drzwi na oścież i proponują nam: albo kredyt dobrze do­pasowany, albo przyjazny, albo prosto liczony. Zatem mamy następnych do wybatożenia. Wszyst­kich, którzy oddali banksterskiej mafii prawo własności do ekwiwalentu pieniężnego wzrostu PKB. Nie oszczędzał bym tu nikogo. Ani posłów uchwalających poprawkę do Konstytucji RP w art. 220 pkt. 2, ani nauczycieli akademickich, ani kolejnych ministrów, prezydentów i premierów.

            Tego nie można nazwać inaczej. Kolejne rządy są agenturami w rekach naszych ekonomicz­nych okupantów. Ich haniebna polityka czyniona ze zwykłej głupoty lub świadomego zaprzaństwa pozbawia nasze społeczeństwo rocznie siły nabywczej wycenianej na około 80 mld zł. A przecież te problemy były kiedyś rozumiane i rozwiązywane. Przed 1997 rokiem Narodowy Bank Polski suwe­rennie emitował złotówkę i rozpraszał ja do gospodarki za pośrednictwem budżetu. Faktem jest, że od strony technicznej popełniono sporo błędów, jednak od strony moralnej sprawa przedstawiała się zdecydowanie lepiej. Społeczeństwo w formie dotacji do budżetu otrzymywało to, co zabierała im inflacja oraz to, co sobie wypracowali wzrostem PKB. Zgoda na zabronienie nam suwerennej emi­sji pieniądza była bezprzykładnym aktem kapitulacji „elit politycznych”. Zagłodzona baza podatkowa nie mogła wyży­wić budżetu, który nie wsparty emisją musiał zacząć się zadłużać. W tej sytuacji lansowanie tezy o zrównoważonym budżecie jest jakimś koszmarnym snem wariata. W sensie finansowym Polski już nie ma. Międzynarodowa finansjera uzasadnia ten fakt wielkością długu publicznego. Ma na to kwity. Zanim zaczniemy przed światem udowadniać zbrodniczy charakter tej grabieży musimy w sobie zdobyć siłę na rozprawienie się z rodzimymi sprzedawczykami.

Problem lichwy

            Świadomość faktu, że wielkość oprocentowania pożyczek nie jest jedynie efektem chciwo­ści banków,  w naszym społeczeństwie nie istnieje. Tymczasem banki stanowią siłowy element wy­konawczy w systemie regulacji dopływu pieniądza na rynek. Według prawa bankowego, banki bę­dące dealerami rynku pieniężnego są zobowiązane do ustalania stóp oprocentowania pożyczek na poziomie czterokrotności stopy lombardowej. W tym tkwi całe nieszczęście naszego systemu ban­kowego. Mechanizm regulacyjny stał się instrumentem totalnej grabieży w majestacie prawa.   Od niedawna stopa lombardowa wynosi 3%, ale w 2001 roku było to 27%. Posłuszne polityce monetar­nej banku były zmuszone do podnoszenia stóp kredytów do poziomu prawie 100% w stosunku rocznym!!!. Cała banksterska swołocz została zaproszona do naszego kraju na żer. Przychodźcie, tu się można dobrze obłowić. (pisał o tym prof. Witold Kieżun w swojej książce „Patologia transformacji”).

Wszystkie odsetki są wasze! Owszem, banki powinny mieć godziwe przychody, ale kto upoważnił nasze władze a zwłaszcza Radę Polityki Pieniężnej do oddania, za bezdurno, wszystkich odsetek od kredytów bankom? Dlaczego żadna z osób, z tzw. elit politycznych nie zainteresowała się tą sprawą i nie przypilnowała grosza ? Nigdzie, w żadnym ośrodku władzy państwowej nie pojawiła się  refleksja nad tym, gdzie kończy się tłumienie inflacji, a gdzie zaczyna się zorganizowana grabież.

Skala zjawiska świadczy, że to nie był przypadek. Można to traktować jako zaplanowane działanie tzw. „zadaniowców”. Wprowadzone u nas instrumenty polityki monetarnej pozbawiły praktycznie banki możliwości konkurowania o klienta niskimi stopami procentowymi! Pytam – ilu Polaków zdaje sobie z tego sprawę?

Tego było jednak za mało!

Walcząc dzielnie z inflacją  zgodzono się na puszczenie bocznego strumienia pieniądza do gospodarki w postaci pożyczek w walutach obcych. Społeczeństwo krwawiło. Nie przeszkadzało to ani kolejnym kacykom partyjnym, parlamentarzystom, ministrom, premierom ani prezydentom, ani premierom. Tu nie o pieniądze na waciki chodzi. Nawet skromne obecne 10 procent w stosunku rocznym od sumy pożyczek daje niewyobrażalną kwotę 110 mld zł rocznego garba odsetkowego! To właśnie  odbiera Polakom chęć do życia, do zakładania rodzin i tu właśnie, a nie w urlopach „tacieżyńskich”, należałoby upatrywać możliwości rozwiązania naszych problemów demograficznych.

Stopa Achillesowa pieniądza fiducjarnego.

            Jednym z najskuteczniejszych ataków na suwerenność gospodarczą kraju jest atak na jego walutę. W przypadku pieniądza fiducjarnego (waluta nie mająca oparcia w dobrach materialnych) kierunek tego ataku zawsze kierowany jest na obniże­nie zaufania społeczeństwa do własnej waluty. Ludzie mogą pieniądze mieć, ale chodzi o to, aby nie mogli za nie nic kupić.

Najpierw każe się społeczeństwu walczyć o „freedom” – chętni do wywoła­nia mody na strajki zawsze się znajdą i nagroda jakiegoś Nobla też. Tu wyjątkowo perfidną rolę odegrał Lech Wałęsa i jest on pierwszym na liście do wybatożenia. Jego winą była – przede wszystkim – głupota użytecznego idioty. Zaufanie do waluty powinno być chronione aktami prawnymi najwyż­szej rangi państwowej, a działania przeciwko walucie powinny być zagrożone najcięższymi karami dopuszczalnymi prawem.

Drogi wyjścia – wariant przejściowy.

Nie ma żadnych przeszkód, aby w założeniach polityki pieniężnej na następny rok znalazły się roz­strzygnięcia, które nie naruszałyby dotychczasowych zasad prowadzenia operacji dostrajających i aprecjacyjnych a więc nie wymagające zmian prawnych:

  1. Wprowadzenie zerowych stawek na kredyty lombardowe zabezpieczane obligacjami skarbu pań­stwa. Byłoby to z bieżne z polityką monetarną prowadzona przez FED i EBC. Jeśli nie można zmu­sić administracyjnie krajowe ekspozytury zagranicznych banków do dokonywania pierwotnej kre­acji pieniądza w NBP, to przynajmniej niech nie będzie to wybór podyktowany względami ekono­micznymi.
  2. Wprowadzenie ograniczenia dla banków komercyjnych w oprocentowaniu pożyczek do 4% w stosunku rocznym. Nadwyżka pomiędzy tą stopą, a rzeczywistym oprocentowaniem powinna być przekazana na rachunek pozabudżetowych dochodów skarbu państwa.
  3. Kwoty uzyskane z wpływów określonych w p. 2 powinny być przeznaczone na wykup zadłuże­nia polskich obywateli z banków zagranicznych a kwoty uzyskane w płat powinny być przeznaczo­ne na wykup udziałów skarbu państwa w przedsiębiorstwach o znaczeniu strategicznym.

            Konieczność zastosowania wariantu przejściowego podyktowana jest brakiem zastosowania instytucjonalnych form powszechnego rozproszenia emisji do gospodarki. Temat ten będzie rozwi­nięty w dalszej części.

Drogi wyjścia – wariant docelowy.

           Jeśli docelowo będziemy rozumieli emisję pieniądza jako proces wyliczenia jego ilości po­trzebnej gospodarce do płynnego regulowania transakcji, przy (w miarę) stałych cenach, to jakiejś szczególnej rewelacji tu nie proponujemy.   Proponujemy powrót do emisji pieniądza z wykorzysta­niem formuł emisyjnych. W tej dziedzinie mamy bogate doświadczenie oparte o kanony ilościowej teorii pieniądza. Zasadnicze zmiany muszą nastąpić w formach rozproszenia emisji.

            Jak zatem mogłyby wyglądać w nowej architekturze monetarnej operacje aprecjacyjne i do­strajające?

  1. Proponujemy powrót do matematycznych formuł wyznaczających wielkość emisji w okreso­wych operacjach dostrajających. Formuły te powinny być oparte o wzory Locke’a – Ricardo dla których parametrami obserwowanymi powinny być: dynamika inflacji oraz dynamika PKB. Formu­ły powinny działać inteligentnie szczególnie w sytuacjach zastoju gospodarczego, nadmiernej infla­cji czy wystąpienia zjawiska stagflacji. Nadmieniam, że polska myśl ekonomiczna ma tu spory do­robek i można do niego powrócić. Tę strategię monetarną będziemy nazywali „strategia kotwicze­nia waluty na parytecie gospodarczym i celu inflacyjnym.
  2. Okresowo wyliczane kwoty operacji dostrajających nie mogą być wykorzystywane do finanso­wania żadnych wydatków o charakterze stałym w tym wydatków budżetowym. Przeczyłoby to bo­wiem samej istocie operacji dostrajających mogących wykazywać bardzo duże wahania a nawet przeistaczać się w operacje aprecjacyjne. Tu nie można sobie pozwolić na żadne kompromisy nawet uzasadnione interesem społecznym.
  3. Przy ustalaniu okresu dla operacji dostrajających powinno się uwzględnić kompromis pomiędzy kosztem rozproszenia emisji a częstotliwością ich przeprowadzania. Powinien być to okres nie dłuższy niż pół roku.
  4. Banki powinny być sprowadzone do roli wygodnych portmonetek, bez prawa zarówno pierwot­nej (opartej o pożyczki lombardowe i redyskontowe) jak i wtórnej (opartej o system rezerwy cząst­kowej) możliwości kreacji pieniądza.
  5. Operacje aprecjacyjne powinny być oparte na zdolność kredytowej będącej funkcją nadpłynności banków oraz okresów i wielkości utrzymywanych w bankach depozytów. Rozwiązanie takie stosują niektóre unie kredytowe. Wielkość oprocentowania pożyczek powinna być sprowadzona do pozio­mu zapewniającego jedynie pokrycie kosztów działalności banków pracujących jako instytucje non-profit. Do banków zatem z powrotem powróciłyby takie zjawiska jak nadpłynność oraz brak środków.
  6. Wykreowane pieniądze, tzn nadwyżka udzielonych pożyczek ponad depozyty powinna być prze­jęta na rachunek pozabudżetowych dochodów skarbu państwa.

Rozproszenie emisji a elementy równowagi towarowo-pieniężnej w punkcie startowym.

            Po wyeliminowaniu lichwy jako „siłowego elementu” regulującego podaż pieniądza do go­spodarki możliwe się stanie znaczne obniżenie stóp oprocentowania pożyczek. Społeczeństwu zo­staną zaoszczędzone środki szacowane na 70-90 mld zł rocznie. Mogłyby one znacznie naruszyć równowagę towarowo-pienieżną i sprowokować znaczną inflację. Dlatego w tym okresie wszystkie środki z emisji pieniądza powinny być skierowane na wzmocnienie kondycji polskiej gospodarki, która powinna skierować na rynek tę dodatkową podaż towarów i usług. W późniejszych okresach zarysują się inne możliwości i inne potrzeby. Wart rozważenia będzie postulat użycia części emisji pieniądza do realizacji postulatu minimalnego dochodu gwarantowanego.

            Projektując nową instytucję rozproszenia emisji należy wziąć pod uwagę zarówno jej ekono­miczną skuteczność jak i społeczną akceptowalność. Trudno byłoby bowiem uzasadnić w katego­riach akceptowalności społecznej dofinansowywanie przedsiębiorstw dla których zysk jest jedyną i ostateczna strategia działania. Muszą to być przedsiębiorstwa wspólnotowe działające według stra­tegii długookresowej maksymalizacji dochodów pracowniczych. Puki co, polskie prawo gospodar­cze głęboko tkwi w konfliktowym modelu stosunków przemysłowych i trudno sobie wyobrazić skuteczną formę rozproszenia emisji. Pracownik jest bowiem traktowany w nim na obraz i podo­bieństwo inwentarza. Rozwiązania upatrujemy w spółkach właścicielsko-pracowniczych posiadają­cych dwa plany własnościowe: kapitał statutowy (właściciela, bez względu na jego formę) oraz pra­cowniczy majątek produkcyjny powstający drogą kapitalizacji na imiennych kontach pracowni­czych przyrostu aktywów przedsiębiorstwa finansowanych w ciężar kosztów operacyjnych. Z punktu widzenia instytucjonalnego zabezpieczenia rozproszenia emisji pieniądza do przedsię­biorstw będzie posiadanie przez nie urządzeń księgowych do jego ewidencji oraz procedur zapew­niających audyt. Konkretne rozwiązania będą szczegółowo dyskutowane w drugiej grupie tema­tycznej. Jedno jest niezbędne. Spółka właścicielsko-pracownicza powinna uzyskać swoją osobo­wość prawną w ramach kodeksu spółek handlowych.

            Do rozstrzygnięcia pozostanie problem: czy kwotami z emisji bezpośrednio dofinansowy­wać pion własności pracowniczej, czy pośrednio finansując przedsiębiorstwom wspólnotowym możliwość korzystania z kredytu ujemnie oprocentowanego.

            Nawet gdybyśmy mieli w tym względzie zdecydowanego faworyta, to dyskusja na ten temat jest niezwykle potrzebna.

            W gospodarce pieniądz może być przejedzony, gdy ucieknie nam nam za granice, lub może powrócić do niej zwielokrotniony gdy zostanie zainwestowany. Wie o tym każdy, kto pilnuje swe­go.

Józef Kamycki

Referat wygłoszony na Konferencji pt. „PIENIĄDZ PRACA I WŁASNOŚĆ. Od Staszica, przez Wieleżyńskiego, Zdziechowskiego i co dalej…” w dniu 22 października 2014 r. w Warszawie, zorganizowanej przez Krajową Radę Spółdzielczą, Stowarzyszenie Klub Inteligencji Polskiej i Warszawską Szkołę Zarządzania – Szkołę Wyższą.

Wypowiedz się