Adam Gierek – Górniczy pat

Rewolucja przemysłowa rozpoczęła się na dobre z chwilą wprowadzenia maszyny parowej, dla której węgiel stał się podstawowym źródłem energii. Spowodowało to burzliwy rozwój przemysłu ciężkiego, zwłaszcza hutnictwa oraz przemysłu budowy maszyn m.in. na Śląsku.

W Małopolsce Zachodniej po upadku Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego powstało natomiast Zagłębie Dąbrowskie (obecny subregion województwa śląskiego), którego ideowym ojcem założycielem był Stanisław Staszic.

To, w jakich bólach rodził się przemysł zagłębiowski i jakie temu towarzyszyły okoliczności społeczne, dobrze przedstawił Stefan Żeromski w „Ludziach bezdomnych”. Intensywny rozwój górnictwa węgla kamiennego nie tylko na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, ale także w nowych zagłębiach, Jastrzębskim i Nadwiślańskim, przypada na okres PRL.

W tym czasie rozpoczęto też udostępnianie bogatych zasobów węgla lubelskiego w kopalni Bogdanka.

W szczytowym okresie wydobywano 200 mln ton węgla rocznie, z czego ok. 40 mln kierowano na eksport.

Zmianom ustrojowym po 1989 r. towarzyszyły przemiany gospodarcze wprowadzone pod wpływem szokowej reformy Balcerowicza, na którą zgodziła się, niestety, zasiadająca w ówczesnym parlamencie lewica i którą zatwierdził gen. Jaruzelski.

Nic zatem dziwnego, że szkodliwe skutki tej reformy, prowadzące do likwidacji przemysłu, a w konsekwencji do bezrobocia i masowej emigracji, nie były przez lewicę ani oceniane, ani kontestowane.

Pośpieszne likwidowanie kopalń

Według planu Balcerowicza, górnictwo miało stanowić „kotwicę” jego reformy. Oznaczało to, że w kraju rosły ceny produktów i usług, podczas gdy poziom cen węgla pozostawał niezmienny.

Gdyby bowiem węgiel drożał, mogłoby to spowodować protesty wielu grup społecznych, np. rolników.

Mimo tych założeń ówczesny rząd wyliczył, że dług branży górniczej wynosił ok. 20 mld zł, choć należało go przecież rozłożyć na wszystkich, którzy korzystali z taniego węgla.

Wcześniej sytuację górnictwa pogorszyły strajki w 1980 r., a także wstrzymanie eksportu węgla w połowie lat 80., w geście poparcia dla protestujących górników brytyjskich. Doszło wtedy nawet do zatrzymania w portach statków już załadowanych węglem na eksport.

Ograniczenie eksportu i zafundowany nam przez pseudoreformatorów upadek przemysłu, będącego głównym konsumentem energii opartej na węglu, doprowadziły do znacznego zmniejszenia zapotrzebowania na węgiel i w efekcie do znacznej jego nadprodukcji.

Wiele lat później wspominał o tym w rozmowie ze mną były premier Jerzy Buzek. – Człowieku! Co mieliśmy robić z taką ilością węgla? – mówił. – Trzeba było szybko zamykać kopalnie.

I dokonało się – zlikwidowano wtedy w pośpiechu 20 kopalń, głównie tych w Zagłębiu, w tym kopalnię Niwka-Modrzejów z udostępnionym do eksploatacji pokładem na poziomie 560, zawierającym kilkadziesiąt milionów ton węgla. Sprawa ta była przedmiotem mojej interpelacji senackiej. Sądziłem bowiem, że decyzja o likwidacji górnictwa w Zagłębiu miała podłoże czysto polityczne. Dzisiaj mogę to już śmiało potwierdzić.

Targ polityczny

A co teraz? Jaka jest kondycja całej branży, gdy ceny paliw kopalnych na świecie dotknął chwilowy spadek?
Wcześniej należy zastrzec, że sytuacja zależy od rodzaju wydobywanego węgla. Na węgiel koksowy istnieje stały popyt i będzie on się utrzymywał dopóty, dopóki hutnictwo nie zmieni podstawowych technologii produkcji surówki i stali. Węgiel brunatny natomiast – najtańsze paliwo kopalne – jest dużym konkurentem węgla kamiennego w energetyce, ale jego stosowanie ma ograniczenia. Kiedy zatem mówimy o energetycznym węglu kamiennym, mamy na myśli głównie twarde kopalne węgle humusowe, czyli te, które są wykorzystywane przez elektrownie nie zawsze usytuowane w pobliżu miejsc wydobycia, a także węgiel przeznaczony na eksport i do spalania w gospodarstwach domowych, w tym w gospodarstwach rolnych. Węgiel to również ważny, ale słabo w naszym kraju wykorzystywany surowiec chemiczny.

Obecne wydobycie krajowe węgla kamiennego to 70-80 mln ton rocznie, z czego ok. 60% wykorzystuje energetyka, reszta zaś przeznaczona jest na eksport oraz dla odbiorców indywidualnych.

W symulacjach rządowych rozpatrywane są dwa scenariusze wykorzystywania węgla w roku 2030.

Pierwszy zakłada ograniczenie użytkowania różnych typów węgli energetycznych przez elektrownie o ponad połowę, czyli do 22 mln ton rocznie. Rodzi się wówczas pytanie, czym wypełni się powstałą lukę.

Drugi wariant, tzw. wysoki, praktycznie niewiele się różni od obecnego sposobu wykorzystania węgla. Kiedy jednak zapoznajemy się z przyszłościowymi planami, widać wyraźnie, że rząd nie przewiduje rozwoju gospodarczego kraju ani reindustrializacji. Gospodarka bowiem wymagałaby wtedy wzrostu wskaźnika użytkowanej energii.

Dobrobyt w każdym kraju jest ściśle związany z ilością użytkowanej energii per capita.

W USA, Luksemburgu i Szwecji każdy mieszkaniec zużywa rocznie ponad cztery razy więcej energii elektrycznej niż obywatel naszego państwa, w Niemczech, Francji, Austrii czy Belgii – dwa razy więcej.

Gdyby więc istniały perspektywiczne plany rozwoju Polski, zużycie energii byłoby co najmniej na poziomie 5,5-6,0 kWh na osobę rocznie, jak w Hiszpanii i Czechach, a nie na poziomie obecnych ok. 3,5 kWh.

Ktoś w przeszłości popełnił gruby błąd, określając cel polityczny na 2020 r., w którym zakłada się, że Polska może zmniejszyć (a nie zwiększyć) zużycie energii o 20% oraz że efektywność energetyczna brutto dla całego kraju może być mierzona jedynie zmniejszonym wskaźnikiem jej użytkowania.

Przecież wtedy każda awaria, każdy blackout powodowałyby wzrost efektywności energetycznej. W 2008 r. Polska powinna była zdecydowanie zawetować pakiet klimatyczno-energetyczny jako szkodliwe dla naszej gospodarki narzędzie realizacji błędnego celu politycznego.

Tymczasem prawdopodobnie doszło do swoistego targu politycznego – stanowisko szefa Parlamentu Europejskiego dla Jerzego Buzka za brak polskiego weta dla pakietu klimatyczno-energetycznego.

7 mld opłat

Energetyka i górnictwo to dziedziny strategiczne, gdyż wymagają wielkich i długotrwałych inwestycji, zarówno pierwotnych, jak i wtórnych, modernizacyjnych. Z tego względu paliwa kopalne są wykorzystywane przez rządy i korporacje w globalnej grze politycznej. Węgiel będący naszym bogactwem gwarantuje nam aktualnie i w najbliższych 20-30 latach bezpieczeństwo energetyczne. Dlatego nie może być bezwzględnie podporządkowany globalnym siłom rynkowym. Rząd jednak, próbując dostosować się do przyjętych regulacji europejskich, długo, za długo czekał z opracowaniem realnego programu rozwoju energetyki na bazie węgla, tworząc wizję energetyki nuklearnej w Polsce po 2020 r., której realizacja odłożona jest ad Kalendas Graecas. Łudził się także wizją energetyki opartej na gazie łupkowym, ale i ta na razie nie może być brana pod uwagę.

Okres od podpisania pakietu klimatyczno-energetycznego do chwili obecnej został de facto dla polskiego górnictwa węglowego stracony. W górnictwo, aby było ono rentowne, należy inwestować w sposób ciągły. Brak dostatecznych inwestycji w kopalnie, a także ciągłe ograniczanie wydobycia to najprostsza droga do wzrostu kosztów (zasada ta dotyczy zresztą każdej produkcji).

Czy można twierdzić, że wszyscy obywatele dopłacają do górnictwa? Jeśli ktoś tak mówi, to – moim zdaniem – zwyczajnie kłamie, szczując jednocześnie mieszkańców naszego kraju przeciwko górnikom. Przyjrzyjmy się nadmiernym obciążeniom tej branży, w skład których wchodzą: wpłaty do budżetu państwa, wpłaty na państwowe fundusze celowe, składki do ZUS, opłaty za korzystanie ze środowiska, opłaty i podatki lokalne oraz wiele innych. W latach 2000-2013 wynosiły one łącznie ok. 91 mld zł, co stanowi kwotę ok. 7 mld rocznie. Jedna trzecia kosztów wydobycia tony węgla, które wynoszą obecnie ok. 300 zł, to obciążenia z tytułu podatków i innych opłat. Jeśli więc „dług” górnictwa wobec skarbu państwa mieści się w przedziale 1-2 mld zł, nie ma mowy o prawdziwym zadłużeniu. Wyobraźmy sobie, że cała branża węgla kamiennego nagle upadnie. Wtedy nie tylko nie będzie żadnych wpływów do budżetu, ale dodatkowo pojawią się koszty likwidacji kopalń oraz odpraw dla pracowników.

Problemy w górnictwie narastały przez wiele lat i są one efektem neoliberalnego traktowania całego przemysłu przez niektórych niedouczonych warszawskich ekonomistów – doradców rządowych, którzy chętnie wygłaszają swoje złote myśli, adresując je m.in. do mnie: „Wy tam, na Śląsku, lepiej zamknijcie te swoje huty i kopalnie, bo wtedy nie będziemy musieli do was dopłacać”. Oczywiście ci „specjaliści”, nie mając pojęcia o przemyśle, nie traktują go systemowo, lecz bardzo schematycznie i wybiórczo, dzieląc na zbędny – według nich – przemysł ciężki, do którego należy górnictwo, i pożądany przemysł lekki.

Brak wizji polityki energetycznej

Żadna szokowa reforma w branży górniczej nie jest dopuszczalna, podobnie jak niedopuszczalna była likwidacja wielu kopalń za czasów premiera Buzka. Nie wolno obecnie likwidować kopalń bez próby sanacji całej branży, zwłaszcza gdy mają one już udostępnione do eksploatacji pokłady węgla. Jeśli bowiem myślimy poważnie o bezpieczeństwie energetycznym kraju, o jego reindustrializacji, o konkurencyjności naszej gospodarki i o wzroście dobrobytu obywateli, produkcja energii elektrycznej oparta na energii pierwotnej, jakiej dostarcza węgiel, powinna w najbliższych 15-20 latach nie maleć, lecz wzrosnąć co najmniej do poziomu hiszpańskiego lub czeskiego, a więc o ok. 30-40%.
Jak to zrobić? Sądzę, że istniejące kopalnie wymagają nakładów modernizacyjnych, ponadto należy je podzielić na trzy grupy celowe – na te, które:

1. zostaną przyłączone do elektrowni i stworzą z nimi jeden spójny system gospodarczy;
2. będą wydobywać węgiel na eksport;
3. będą zaopatrywać rynek krajowy: miliony gospodarstw domowych, 1,5 mln rolników oraz ciepłownie i elektrociepłownie osiedlowe, w węgiel ekologiczny w postaci np. ekogroszku i granulatu.

Jakże inaczej będą wówczas naliczane różne opłaty i podatki (zwłaszcza VAT), inaczej będzie też określana rentowność kopalń.

Kopalnie to specyficzne, niewidoczne, bo znajdujące się pod ziemią, liczne miejsca pracy, ściśle skojarzone z górniczymi osiedlami.

Na ich odtworzenie w innych branżach przemysłu – jak wskazuje przykre doświadczenie mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego – po prostu brakuje przestrzeni. Likwidacja kopalń może więc spowodować śmierć całej infrastruktury na powierzchni. Całe miasta lub dzielnice i osiedla na Górnym Śląsku mogą w ten sposób stracić rację bytu.

Wcześniej, w rezultacie reformy Buzka, taką traumę przeżyli mieszkańcy Zagłębia. O tym, jak likwidacja ostatniej w Zagłębiu kopalni Kazimierz-Juliusz mogła dotknąć mieszkańców osiedli górniczych, przekonała się ostatnio premier Ewa Kopacz.

Jestem jej wdzięczny za to, że wbrew opinii wątpliwych autorytetów gospodarczych, takich jak prof. Balcerowicz, miała odwagę i serce, by pochylić się nad losem górników i ich rodzin.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że w kwestii górnictwa mamy sytuację patową.

  • Z jednej strony, obowiązują niedobre europejskie regulacje klimatyczno-energetyczne i nasila się presja lobbystów z różnych krajów i międzynarodowych korporacji (np. finansowych czy gazowych) na likwidację w Polsce górnictwa węgla kamiennego,
  • z drugiej zaś rządzący nie mają konkretnej wizji polityki energetycznej. Brakuje im ponadto zdecydowania i odwagi, by wytłumaczyć partnerom unijnym, że polska energetyka musi stać węglem.A górnicy i mieszkańcy Śląska z niepokojem czekają.

Adam Gierek

Artykuł pochodzi z tygodnika „Przegląd”.[2015-02-04 18:33:11]

Wypowiedz się