PRAWDZIWE OBLICZE ARMII.

Polskie media ciągle podnoszą temat stacjonowania na naszym terytorium obcych wojsk. Można odnieś wrażenie, że w obawie o własne bezpieczeństwo niektórzy politycy natowskie jednostki zza Łaby przenieśliby na wschód od Wisły, by w spokoju politykować i wieść jałowe spory. Nikt z nich, zarówno tych z praw, jaki i z lewa nie interesuje stan wyszkolenia i zdolności bojowej naszych wojsk, nikt nie próbuje w obiektywny sposób sprawdzić, na jaki cel rodzimy podatnik wydaje duże pieniądze oraz w jaki sposób działa ta nasza „profesjonalna ” armia? Nie jest bowiem sztuką ubrać ludzi w mundury, dać im godziwe pieniądze , zakupić kilka egzemplarzy sprzętu i sądzić, że mamy wojsko. Mamy coś, co jest czasami zdolne do zorganizowania kilku pokazów w ramach jakiegoś ćwiczenia, co nie jest równoznaczne z utrzymywaniem określonego poziomu zdolności bojowej. Dziś nikt, poza kilkoma   znawcami tematu nie chce otwierać oczu społeczeństwu i mówić wprost, że jesteśmy gorsi niż nasi dziadowie z 1939 roku. Niech nikogo nie wprowadzają w błąd ekspedycyjne wypady do Iraku i Afganistanu, które co najwyżej nauczyły  trochę  zachowania pojedynczego żołnierza na polu walki.

Poniższy artykuł przybliża przykrą prawdę. Czy jednak zostanie odczytany ze zrozumieniem?

WOJSKO POLSKIE

Wysoka gotowość bojowa, czy wygodne życie.

 Generał PIOTR MAKAREWICZ

Miesiąc wrzesień obfituje w momenty związane bezpośrednio i pośrednio z bezpieczeństwem Polski. Okres ten zaczął się od znaczącego wydarzenia, jakim był szczyt NATO w Newport w Walii w dniach 4-5 września. Oczekiwania wobec tego spotkania były w Polsce olbrzymie i zróżnicowane – od decyzji o stacjonowaniu na terenie naszego kraju co najmniej dwóch ciężkich brygad (najlepiej amerykańskich), poprzez zainstalowanie infrastruktury logistycznej, jako bazy do rozwijania wojsk sojuszniczych, po zwiększenie ilości ćwiczeń wojsk sojuszniczych na terenie Polski. Już w toku trwania szczytu z Newport dochodziły sygnały, że nasze szanse na realizację oczekiwań topnieją z każdym dniem. Ostateczne rezultaty tego szczytu owiane są mgłą tajemnicy i nawet posiedzenie Sejmowej Komisji Obrony Narodowej w dniu 11 września, które obejrzałem z zapisu video nie rozwiało moich wątpliwości. Posłowie również umówili się z przedstawicielami MON obecnymi na tym posiedzeniu na spotkanie w trybie niejawnym, gdyż w obecności kamer dyskusja była bardzo niekonkretna. Rozumiem, że o pewnych szczegółach nie można mówić otwarcie, ale z drugiej strony odniosłem wrażenie, iż na szczycie podjęto jedynie kilka decyzji politycznych o charakterze ogólnym pozostawiając szczegóły do opracowania wojskowym. Jednym z konkretów szeroko omawianym przez media była decyzja o utworzeniu tak zwanych sił „bardzo szybkiego reagowania”, dość nieszczęśliwie zwanych w mediach i przez polityków „szpicą”.

Nasze nadzieje trzeba, zatem ograniczyć z dwóch ciężkich brygad sojuszniczych stale stacjonujących w Polsce do bliżej nieokreślonych sił o liczebności zaledwie kilku tysięcy żołnierzy, z nieokreślonym miejscem stacjonowania, nieokreślonym miejscem dyslokacji dowództwa tych sił oraz niesprecyzowanym sposobem dowodzenia. Bardzo istotne jest również to, że mają to być siły zdolne do walki w czasie 2-5 dni od sygnału lub zadania. Ważne jest także to, że obszar działania tych sił został bardzo ogólnie zakreślony i znacznie wykracza on poza obszar naszego kraju. Została, zatem podjęta decyzja polityczna, która była traktowana, jako wymierny sukces szczytu w Newport, dopóki za analizę tej decyzji nie wzięli się wojskowi. Najpierw „sukcesowi” z Newport cios zadała minister obrony Niemiec pani Ursula von der Leyen, która w rozmowie z gazetą „Bild” stwierdziła, że ze względu na trudności w zaopatrzeniu w sprzęt wojskowy jej kraj nie będzie mógł wykonać wszystkich zobowiązań wobec NATO (sic!). Wcześniej niemieckie media poinformowały, powołując się na dowództwo sił zbrojnych, o licznych awariach sprzętu wojskowego oraz braku części zamiennych, co zdaniem wojskowych ogranicza w poważnym stopniu zdolność operacyjną Bundeswehry. Ostateczny cios idei „szpicy” w kształcie wymarzonym sobie przez polityków zadał sam generał Martin E. Dempsey, Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA, a więc najwyższy rangą wojskowy w Stanach Zjednoczonych. Generał Dempsey uważa, że osiągnięcie gotowości przez siły „szpicy” w ciągu 48 godzin jest „nierealistyczne”. Wyjaśnił, że realizacja tego wymogu musiałaby oznaczać, że żołnierze spaliby w mundurach. Inni szefowie sztabów generalnych wyrazili opinię, że natowska „szpica” powinna liczyć, zamiast kilku tysięcy, najwyżej kilkuset żołnierzy, co oczywiście zamienia ideę tych sił w jakąś rzewną komedię i farsę.

Muszę otwarcie przyznać, że znając realia nowego, profesjonalnego Wojska Polskiego, całkowicie zgadzam się ze stanowiskiem generała Dempseya z zastrzeżeniem, że nawet spanie w mundurach takiemu wojsku niewiele pomoże. Powstaje, bowiem pytanie o relację między nowymi wymogami służby, o przepraszam – pracy, a wymogami gotowości bojowej. Powstaje pytanie o całą doktrynę gotowości bojowej w sytuacji, gdy wojsko przestało służyć w jednostkach, lecz uczęszcza do pracy do jednostek jak do urzędów w ściśle wyznaczonych i przestrzeganych godzinach. Twierdzę, że owa dowolnie umundurowana grupa pracownicza, jaką stało się wojsko, nie jest w stanie podołać wymogom stawianym im obecnie przez polityczne kierownictwo Sojuszu. Nie wiem jak w innych państwach członkowskich NATO, ale nasi politycy zapomnieli, że rezygnując z zasadniczej służby wojskowej, niszcząc system mobilizacyjny, obniżając kryteria szkoleniowe, wydłużając czas osiągania przez jednostki pełnej gotowości bojowej i pozbawiając jednostki samodzielności logistycznej oraz komplikując system dowodzenia do granic absurdu, pozbawili tym samym armię możliwości szybkiego reagowania. Pamiętam czasy, gdy osiągnięcie gotowości do działania w ciągu 48 godzin nie było wyczynem, lecz nakazem i rzeczą oczywistą. W czasach, gdy służyłem w 11. Dywizji Pancernej w Żaganiu i dowodziłem 8. pułkiem czołgów, jednostka miała tylko godzinę czasu, aby w trybie alarmowym wyprowadzić cały sprzęt poza obręb koszar, a więc wyprowadzić stan osobowy i technikę spod możliwych uderzeń rakietowych i lotniczych, po czym w rejonie alarmowym, skrycie, w ciągu zaledwie jednej doby osiągnąć pełną gotowość bojową. Nikt wtedy w mundurach nie spał, ale w koszarach ciągle utrzymywany był odpowiedni kontyngent żołnierzy służby zasadniczej i kadry zawodowej w garnizonie, aby można było sprawnie zapoczątkować przechodzenie pułku ze stanu stałej gotowości bojowej do stanu pełnej gotowości bojowej. Dlatego na przepustki wychodził z koszar tylko pewien procent żołnierzy służby zasadniczej, aktualizowano codziennie tzw. rozliczenie bojowe, aby były zastępstwa za nieobecnych i było zapewnione wyprowadzenie 100% sprzętu bojowego. Kadra zawodowa musiała uzyskać zezwolenie przełożonego na opuszczenie garnizonu i zadbać o to, aby była możliwość ich szybkiego powiadomienia o alarmie (a nie było wtedy telefonów komórkowych). Funkcjonowało wiele ograniczeń dotyczących i kadry zawodowej i żołnierzy służby zasadniczej spowodowanych wymogami utrzymania wysokiej gotowości bojowej. To była służba przez duże „S”. Do wyższych szkół oficerskich nie było wtedy natłoku chętnych, bo w świadomości społecznej utrwalony był schemat, że zawodowa służba wojskowa jest związana nierozerwalnie z wyrzeczeniami i ograniczeniami swobód. Wygodne życie było w cywilu. Obecnie wszystko się odwróciło. Służba, a właściwie praca w wojsku wiąże się z godziwie opłacanym, stałym zatrudnieniem, z dużym zabezpieczeniem socjalnym, z niezbyt intensywnym szkoleniem i zajęciami specjalistycznymi, z niewielką wymagalnością przełożonych, którzy czasami niewiele więcej wiedzą i umieją niż podwładni, z niezbyt surową dyscypliną. Natomiast obecnie dostanie się do jakiejkolwiek uczelni wojskowej graniczy z cudem. Nic dziwnego, skoro życie w wojsku stało się wygodne, a do tego, co miesiąc na konto wpływa spora „kasa”. Jest jednak jeden poważny mankament takiego systemu, a mianowicie „coś za coś” – to wszystko odbywa się kosztem gotowości bojowej i zdolności do działania sił zbrojnych zgodnie z przeznaczeniem. Nie pomogą w tej chwili żadne, nawet najlepsze pomysły polityków, żadne spanie w mundurach, a nawet z bronią, w plecaku i w hełmie. Takiej gotowości bojowej, jak opisana przeze mnie wyżej, już się nie osiągnie i cała nadzieja w tym, że potencjalny przeciwnik boryka się z podobnymi problemami i ma te same dylematy: wysoka gotowość bojowa, czy wygodne życie? Nadzieja jednak, jak wiadomo, bywa złudna.

Piotr Makarewicz.

Wypowiedz się