REWOLUCJA PRACY (10): Praca, wolność i bezpieczeństwo

Czy praca ma nam dawać wolność? Wolność finansową, wolność kupowania, co chcemy, jedzenia, co lubimy, inwestowania, podróżowania?

Czy praca ma nam dawać bezpieczeństwo? Bezpieczeństwo socjalne, bytowe, finansowe, które sprowadzać się będzie do braku ryzyka utraty dochodów, do „spokojnego życia”, regularnych wpływów na konto i braku zamartwiania się, czy będzie co do garnka włożyć?

Prawda jest taka, że równocześnie nie osiągniemy codzienną, nawet mozolną pracą zarówno wolności jak i bezpieczeństwa.

Urzędnik bismarckowski miał bezpieczną posadę, regularną pensję, zorganizowane stanowisko pracy, dobre tzw. warunki socjalne, ale nie miał wolności, bo tkwił w machinie państwowej z daną państwu obietnicą posłuszeństwa, dyspozycyjności i podporządkowania się poleceniom przełożonych.

Wolnomyśliciel czy artysta, który tworzy, co chce, cieszy się chwilą, pracuje nieregularnie tak jak chce i jak pozwala mu natchnienie, niezwiązany żadną umową i miejscem pracy, ma ogrom wolności, jednak egzystencjalnie często nie czuje się bezpiecznie.

Pogodzenie wolności z bezpieczeństwem jest niedoścignionym celem. Z czegoś trzeba zrezygnować – z bezpieczeństwa, z wolności lub po części z jednego i drugiego.

Z bezpieczeństwa bytowo-socjalnego rezygnuje – przynajmniej na jakiś czas – każdy, kto podejmuje własną działalność gospodarczą. To wymaga po prostu odwagi.

Z wolności rezygnuje każdy, kto tkwi w przedsiębiorstwie i jego strukturach, nie mogąc podejmować decyzji czy wykazać się inicjatywą, będąc skrępowanym sztywnymi godzinami pracy lub regulaminami, pracując w ustalonym przez kogoś innego rytmie grafików, dyżurów czy zajęć. To wymaga determinacji i podporządkowania się.

Oczywiście, jest do pomyślenia pogodzenie wolności i bezpieczeństwa – na poziomie ogromnych środków materialnych, które pozwolą mi kupić wszystko, zatrudnić, kogo zechcę, zabezpieczyć się pancernymi szybami i skrzynią złotych sztabek w banku. Ilu ludzi na świecie na to stać? Dla normalnego „zjadacza chleba”, człowieka pracy jest „cos za coś”.

Tym bardziej, że państwo ingeruje w sferę naszej wolności i natarczywie reguluje – pod hasłami zwiększania naszego bezpieczeństwa – nasze relacje zarobkowe, zawodowe, wewnątrzfirmowe, stosunki pracy i podejmowania działalności gospodarczej. Państwowe prawo pracy i prawodawstwo dotyczące prowadzenia działalności gospodarczej, zamiast pomagać, często utrudnia i „dusi” wolność za cenę pozornego bezpieczeństwa, a raczej „świętego spokoju”. Jest kłopotem dla pracodawcy i pracownika, usztywnia działania, zwiększa koszty, generuje niepewność rozmaitymi niejasnościami i interpretacjami, kontrolami i karami.

Aparat państwowy nastawiony jest na wyciskanie podatków, kontrolowanie wszystkiego, ograniczanie ryzyka dla samego siebie (słynne urzędnicze asekuranctwo w postaci „dupokrytek”) przy równoczesnym ograniczaniu wolności i bezpieczeństwa ludzi pracujących – czy na swoim, czy u kogoś.

Wypowiedz się