Polska wyparła się rzezi wołyńskiej

 

Prof. Anna Raźny

 Kijow prawy sektor bandera

Powszechnie wiadomo, że istotną siłą rewolucji ukraińskiej były i są neonazistowskie środowiska skupione w Swobodzie i Prawym Sektorze. Ostatnie informacje na temat tej drugiej formacji nadają euromajdanowi dodatkowy groźny rys: powiązania z terrorystami czeczeńskimi, o jakie oskarżany jest przez Rosję lider Prawego Sektora Dmytro Jarosz.

Na euromajdanie polscy politycy wyparli się pamięci o rzezi wołyńskiej i ten akt zdrady jej ofiar powtórzyli w sejmie III RP. Najpierw poprzez poparcie rewolucji ukraińskiej i uznanie dokonanego w jej wyniku zamachu stanu, a następnie poprzez poparcie kijowskich puczystów oraz ich polityki, m.in. w sprawie Krymu i działań legalnych jego władz na rzecz włączenia półwyspu do Federacji Rosyjskiej zgodnie z krymską konstytucją. Powszechnie wiadomo, że istotną siłą rewolucji ukraińskiej były i są neonazistowskie środowiska skupione w Swobodzie i Prawym Sektorze. Ostatnie informacje na temat tej drugiej formacji nadają euromajdanowi dodatkowy groźny rys: powiązania z terrorystami czeczeńskimi, o jakie oskarżany jest przez Rosję lider Prawego sektora Dmytro Jarosz. Ponadto bez odpowiedzi pozostaje pytanie o powiązania z neonazistami snajperów strzelających do obu stron rewolucyjnych barykad w Kijowie. Poparcie euromajdanu, czy wręcz jego przygotowanie – co zarzuca Polsce Władimir Putin – oznacza nie tylko zdradę ofiar rzezi wołyńskiej, ale również zgodę na przemoc w polityce, łamanie konstytucji, anarchię, cynizm, podwójne standardy. W odmętach takiego żywiołu zła pogrążona została pamięć o polskich ofiarach ludobójstwa na Ukrainie.

Kijów prawy sektor

W prorewolucyjnej propagandzie w Polsce, uprawianej przez wszystkie media – od lewicowych po prawicowe i katolickie – zniknęła prawda o istocie rewolucji ukraińskiej, jej zachodnich sponsorach i organizatorach. Na czoło wysunęła się w niej Rosja i Władimir Putin jako główni wrogowie nie tylko Ukrainy, ale również Polski, Europy i całego „cywilizowanego” – w rzeczywistości ateistyczno-demoliberalnego i genderowego – świata. Prorewolucyjni propagandyści polityczni i medialni, wspierani przez różnych tzw. ekspertów – przeważnie takich, którzy nie tylko nie znają Rosji, ale również języka rosyjskiego i całą swoją wiedzę na jej temat czerpią ze źródeł anglojęzycznych i pobytów stypendialnych w USA – zrobili wszystko, aby wzniecić w polskim społeczeństwie antyrosyjskie nastroje. Dołożyli wszelkich starań, aby w podstępny sposób ukierunkować naszą świadomość narodową na „odwiecznego wroga” Polski, który znowu jej zagraża. I choć w kategoriach rozumnego myślenia Rosja obecnie nam nie zagraża, w logice antyrosyjskiej propagandy ona właśnie, nie neonazim ukraiński, jest przedstawiana jako nasze realne i największe niebezpieczeństwo. W ten sposób propaganda polityczna i medialna przekreśliła na długo apel o pojednanie narodów: polskiego i rosyjskiego, wystosowany w 2012 roku przez ks. arcybiskupa Józefa Michalika i patriarchę Wszechrusi Cyryla. Zarówno politycy, jak i propagandyści wszystkich mediów poszli na całość w antyrosyjskim zapamiętaniu. Gdy kilka dni temu MSZ Rosji przekazało światowej opinii publicznej udokumentowaną informację o powiązaniach Bandery-OUN-UPA z armią niemiecką i o ludobójstwie dokonanym przez te ukraińskie ugrupowania na ludności polskiej, reakcją ze strony polskiej było milczenie. Polska wyparła się tym samym ofiar rzezi wołyńskiej. Wolała wybrać drogę zdrady, niż uznać Rosję za adwokata tej tragicznej sprawy polskiej.

kijów upa

Z politycznego, historycznego i kulturowego punku widzenia wyprzeć się pamięci o kimś znaczy zdradzić kogoś. Nadużywane w prymitywnych kłótniach politycznych o partykularne interesy słowo zdrada utraciło wprawdzie swój pierwotny sens i uzyskało łagodny, wręcz neutralny charakter. Trudno jednak zastąpić je innym w sytuacjach sprzeniewierzenia się wartościom najwyższym, porzucenia ideałów, wykluczenia osób bliskich, słabych i po-krzywdzonych, odcięcia się od ojczyzny i narodu. Gdy mamy do czynienia z takimi posta-wami, trudno nie przywoływać ikony zdrady wszechczasów – Judasza. Judaszowa zdrada ponawiana jest od wieków. I choć później naród się z niej otrząsa, jednak spowodowane przez nią straty są ogromne. Tym razem zmieniły one morale polskiego społeczeństwa, posiały w jego świadomości idee nowego porządku światowego.

W sferze etycznej i psychologicznej zdrada na euromajdanie i w sejmie ma dodatkowe konotacje: jest również wyrazem pogardy wobec współczesnych pokoleń Polaków, a ponadto – czy może nade wszystko – próbą złamania ich moralnego kręgosłupa. Jest to kolejna już próba, w której biorą udział wszystkie polityczne i opiniotwórcze – również katolickie – środowiska. Wcześniej podjęto kilka takich prób – niestety – udanych. Pierwszą było nakłonienie Polaków z pomocą szarej i czarnej propagandy (ta pierwsza miesza prawdę z kłamstwem, druga jest wyłącznie kłamstwem) do zgody na wejście Polski do UE. Drugą udaną próbą łamania kręgosłupa moralnego Polaków było spektakularne pogwałcenie etyki chrześcijańskiej w 2007 roku przez polski sejm, który odrzucił wniosek o wprowadzenie do konstytucji zapisu o ochronie życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Wyjątkowym cynizmem wykazał się wówczas PiS występujący w katolickich mediach jako reprezentant katolików. Wstrzymało się bowiem wówczas lub nie głosowało 94 posłów tej partii (109 po-słów PO), odrzucając tym samym moralny i polityczny obowiązek ochrony najsłabszych. Takim samym cynizmem wykazała się polska klasa polityczna oraz związane z nią środowiska i media, gdy pod koniec VI kadencji sejmu (w 2011 roku) przepadł 5. głosami społeczny projekt ustawy chroniącej życie, identyczny z odrzuconym w 2007 roku wnioskiem o noweli-zacji konstytucji. Mamy obowiązek nieustannego przypominania tych aktów demoralizacji polskiego społeczeństwa, zwłaszcza w przypadku tzw. prawicowych czy katolickich partii. One bowiem nade wszystko odpowiadają za upadek ducha w narodzie polskim i obecny jego kryzys moralny. One też ponoszą odpowiedzialność za kulminacyjny akt w procesie demoralizacji polskiego społeczeństwa: podpisanie przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i ratyfikowanie przez sejm traktatu lizbońskiego. Ten akt zdrady miał znaczenie historyczne. Przekreślił cywilizację chrześcijańską i rolę Polski jako jej obrońcy. Kręgosłup moralny polskiego społeczeństwa był już na tyle przetrącony, że nikt specjalnie nie protestował. Politycy udający patriotów zatroszczyli się wtedy o dopłaty do rolnictwa i inne zastępcze tematy, które przysłoniły słabemu społeczeństwu horyzont cywilizacyjny. To był najważniejszy test na nasz katolicyzm, patriotyzm, wierność wartościom chrześcijańskim. Od tej pory wszystko stało się dozwolone, w dodatku w poetyce i narracji zawierającej symbolikę chrześcijańską. Katastrofę smoleńską można było z łatwością przedstawić jako zamach. W kontekście zamierzonej i celowej demoralizacji polskiego społeczeństwa warto przyjrzeć się tezie o zamachu smoleńskim i towarzyszącej jej mistyfikacyjnej narracji. Jaki dzięki nim osiągnięto cel? Bardzo wysoki. Teza o zamachu nadała bowiem śmierci ofiar katastrofy smoleńskiej wymiar heroiczny, który stworzył dla nich swoisty immunitet historyczny i moralny, a prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu dał miejsce na Wawelu. Immunitet taki zwalnia z odpowiedzialności za działania niezgodne z wartościami chrześcijańskimi i polskim interesem narodowym oraz uzasadnia otrzymanie miejsca w panteonie polskich królów i wybitnych Polaków. Okazało się, że za podpisanie traktatu lizbońskiego, który oznaczał przyspieszenie końca chrześcijańskiej Europy, można było otrzymać tak znaczące w historii Polski wyróżnienie. Warto uprzytomnić sobie, że przed ponad trzystu laty otrzymał je Jan III Sobieski – Lew Lechistanu, odznaczony przez Innocentego XI tytułem Obrońcy Wiary – będący dla przeciętnego Polaka ikoną wierności chrześcijaństwu. Lech Kaczyński w kontekście traktatu jest zaprzeczeniem tej ikony. Obaj leżą na Wawelu.

Zdrada ofiar rzezi wołyńskiej nie jest czymś nowym, wpisuje się w ciąg tych wszystkich działań, których celem było i jest złamanie kręgosłupa moralnego Polaków. Zdrady dopuściły się te same partie, które jeszcze niedawno kłóciły się między sobą o kształt uchwały upamiętniającej rocznicę ludobójstwa dokonanego przez siły banderowskie na Polakach na Wołyniu i zachodniej Galicji. Zdradziły te same, towarzyszące partiom, media i środowiska. Zdradzie towarzyszył chór propagandystów piejących z zachwytu nad „wyjątkową jednomyślnością” polskich polityków w sprawie ukraińskiej rewolucji. Zachwyt nad ową „jednomyślnością” rozlega się do dziś w wielu mediach, również katolickich, zwłaszcza tych, które stały się tubą PiS – z „Naszym Dziennikiem” na czele, pełniącym rolę biuletynu tej partii. Wyjątek stanowią tutaj „Najwyższy Czas”, „Myśl Polska” czy parę niszowych wydawnictw, które stawiły czoła globalnym ideom i odcięły się od prorewolucyjnej propagandy, jakiej pa-tronuje duch Bandery. Wiemy jednak, że prawda nie zginie, dopóki w jej sztafecie jest ciągłość i kolejni jej głosiciele – aż do ostatniego – zabierają głos.

 

Anna Raźny

Wypowiedz się