REWOLUCJA PRACY (07): Praca a podatki

Co roku słychać „werble i trąby” ogłaszające tzw. Dzień Wolności Podatkowej, czyli, wg Wikipedii, dzień, w którym (średnio) łączny dochód od początku roku zrównuje się z (przewidywanymi) zobowiązaniami podatkowymi na ten rok, a więc symbolicznie obywatele przestają płacić państwu, a zaczynają zarabiać na siebie. W Polsce dzień ten oscyluje wokół przełomu czerwca i lipca, a zatem połowy roku. Oznacza to, że połowa tego, co wypracuje każdy Polak, jest w rozmaitych formach oddawana państwu.

Pokazuje to skalę wyzysku przez państwo – w formie podatków, para-podatków, obowiązkowych „składek”, obciążenia pracy różnymi dodatkowymi świadczeniami, licencjami, opłatami, ubezpieczeniami, zezwoleniami i innymi obowiązkami, które są kosztowne dla pracodawcy, przedsiębiorcy lub pracownika.

Obrońcy „państwa-łupieżcy” mówią wiele na temat solidarności społecznej i konieczności opieki nad tymi, którzy nie mają pracy. W praktyce wygląda to tak, że ludziom bez pracy nie daje się wędki tylko jałmużnę lub gania od urzędu do urzędu, by wykazać, że coś się robi, a równocześnie większość środków „pomocowych” jest przejadana przez aparat urzędniczy lub wykorzystywana przez cwaniaków-nierobów. Czasem zakrawa to wręcz na demoralizację, gdy ktoś pracuje cały miesiąc po 8 godzin dziennie i dostaje około tysiąca złotych na rękę, a inny, który nic nie robi i pobiera zasiłek, ma mniej więcej połowę tego. To po prostu kpina.

Ciekawe jest przy tym to, że operacje (spekulacje) finansowe nie są opodatkowane ani w połowie tak jak praca.

Państwo przymusza człowieka pracującego do płacenia wielu danin, mimo że niewiele z nich wynika. Średnio zarabiające małżeństwo, gdzie oboje pracują w pełnym wymiarze, płaci ponad 20 tysięcy złotych rocznie na ZUS. W ciągu 25 lat jest to kwota (bez procentów z lokat!) na poziomie pół miliona złotych. Co ci ludzie mają z tych składek? Praktycznie nic. Do lekarza chodzi się coraz częściej prywatnie albo trzeba dawać „do ręki”. Żadnych gwarancji zatrudnienia ani nic podobnego też nie mają, a na koniec – głodową emeryturę.

Praca, zamiast podatkowo dyskryminowana, powinna być wspierana, tym bardziej, że mamy bezrobocie. Co to powinno oznaczać?

Każde utworzenie i utrzymanie miejsca pracy powinno się wiązać z ulgą podatkową. System podatkowy powinien wspierać i promować pracowitość, oszczędność, niską kosztochłonność i wysoko zaawansowane technologicznie prace. To oznacza, że cały system podatkowy należałoby przebudować. Nie obciążałby on pracy i przedsiębiorczości, lecz wiązał się z konsumpcją, użytkowaniem przestrzeni i gruntów, niszczeniem środowiska. Oznaczałoby to zniesienie podatków od dochodów, a wprowadzenie podatków takich jak gruntowy, pogłówny, ekologiczny, VAT, akcyza od używek i dóbr luksusowych, od operacji finansowych. To dawałoby dopiero podstawę do prawdziwego wyzwolenia pracy w nowoczesnym, nie komunistycznym sensie.

Ponadto każdy obywatel powinien się sam rozliczać podatkowo, a nie „przez zakłady pracy”. Wtedy świadomość podatkowa obywateli byłaby dużo większa, a decyzje, wyborcze i finansowe, byłyby podejmowane dużo bardziej świadomie.

Wypowiedz się