Mobbing przykrywką afery?

 

 

Rzekomy mobbing przykrywką dla większej afery? Były pracownik kontra
Narodowy Bank Polski.

NBP

Mobbing to słowo-klucz, którym wytłumaczyć można dziś wszystkie problemy w
pracy. To słowo modne i bardziej niebezpieczne od bomby atomowej. Szczególnie w
kontekście seksualnym. Ofiarą mobbingu może paść każdy. Nawet ten, kto rzekomo
miał być jego… sprawcą. Mobbing to też doskonały sposób na odwrócenie uwagi
od nieprawidłowości w firmie. W tym wypadku – w Narodowym Banku Polskim.

Powiedzmy sobie jasno: mobbing i molestowanie seksualne to zjawiska
rzeczywiste. Boleśnie rzeczywiste i będące ogromnym problemem społecznym.
Należy z nimi walczyć wszelkimi sposobami, a ich ofiarom zagwarantować wszelką
możliwą ochronę i wsparcie. Ale trzeba też pamiętać, że oskarżenia rzucać jest
łatwo, za to znacznie trudniej się przed nimi bronić. Tym bardziej, że nie
wszystkie sprawy są jednakowo proste, a samo oskarżenie czasem staje się bronią
używaną zupełnie niezgodnie z przeznaczeniem.

Historia Andrzeja Radzio nadaje się na scenariusz hollywoodzkiego filmu. Jest
tu wszystko: kariera, stanowisko, władza, wielka korporacja, machlojki
finansowe. Ale filmu nie będzie. Jest za to walka o sprawiedliwość i porządek w
najważniejszej instytucji finansowej Polski oraz bitwa o odzyskanie dobrego
imienia.

Rozdział I. O tym, jak W. dokumenty fałszował

29 stycznia 2013 roku Andrzej Radzio, Dyrektor Zakładu Usług Gospodarczych w
Narodowym Banku Polskim, wyleciał z pracy. Żeby było ciekawiej – wypowiedzenie
otrzymał będąc na zwolnieniu lekarskim. Ale w całej tej sprawie to zaledwie
drobny szczegół. Istotne są natomiast okoliczności, w jakich do zwolnienia
doszło.

Radzio rozpoczął pracę w NBP w lutym 2011 roku, a już w maju otrzymał umowę o
pracę na czas nieokreślony i dyrektorską pensję w wysokości ponad 17 tysięcy
złotych. W maju też ostatecznie upewnił się, że – mówiąc delikatnie – bałagan w
firmie jest wręcz przerażający. Na początek na celowniku znalazł się jego
podwładny Leszek W., naczelnik Wydziału Ogólnego ZUG. Nowy szef odkrył, że W.
fałszował dokumenty kasowe i poinformował o tym profesora Witolda Kozińskiego,
wiceprezesa zarządu NBP.

Może się wydawać, że w konsekwencji takich nadużyć w – jakby nie było –
poważanej instytucji finansowej naczelnik Wydziału Ogólnego powinien stracić pracę.
Leszek W. był jednak wówczas wiceprzewodniczącym Komisji Międzyzakładowej nr
179 NSZZ „Solidarność” w NBP. Nie został zwolniony, przeniesiono go
jedynie na inne stanowisko, tym razem w Departamencie Ochrony. Swoją drogą –
praca w „departamencie” jest ponoć przez pracowników bankowości
postrzegana jako bardziej prestiżowa od pracy w „zakładzie”. W
międzyczasie jednak Radzio odkrył, że W. sfałszował nie jeden ale aż 24
dokumenty kasowe, w związku z czym zasugerował szefostwu złożenie do
prokuratury doniesienia o przestępstwie. Nie doszło do tego, bowiem Leszek W.
ostatecznie sam zrezygnował z intratnej posady w NBP.

Rozdział II. O tym, jak J. porządki robił

W związku z bałaganem będącym skutkiem działalności W. Andrzej Radzio
postanowił zrobić w ZUG wielkie porządki. W związku z tym na stanowisko
zajmowane wcześniej przez Leszka W. awansował Adama J. i przydzielił mu
„wsparcie pracownicze”. Nowemu naczelnikowi Wydziału Ogólnego pomóc mieli
między innymi Magdalena S. oraz Andrzej R. Jak to w wielkich korporacjach bywa
– wszyscy oni pochodzili z tak zwanej „wewnętrznej rekomendacji”, choć
wszyscy też przyszli z zewnątrz. Magdalena S., zatrudniona została na przykład
na podstawie sugestii Przewodniczącej NSZZ „Solidarność” – Komisji
Międzyzakładowej nr 179 w NBP. Tej samej komisji, której Leszek W. był…
wiceprzewodniczącym. Zresztą, podobno obie panie to dalekie krewne… Tak czy
inaczej – nowy skład osobowy Wydziału Ogólnego ZUG miał pod wodzą Adama J.
przeprowadzić dogłębne porządki, włącznie z „odkurzeniem” wszystkich
kątów, do których nie zaglądano od lat. Przez kolejny rok wszystko wydawało się
iść jak po maśle: J. raportował swojemu szefowi kolejne sukcesy, a ten
przyznawał pracownikom (w tym Magdalenie S. i Andrzejowi R.) kolejne premie za
dobrze wykonaną robotę. Do czasu jednak…

Do czasu, gdy w wyniku czterech kontroli na jaw nie wyszły następne
nadużycia. Po pierwsze – okazało się, że w ogóle nie rozpoczęto zleconej
archiwizacji dokumentów, a zaległości w tym względzie sięgały 1968 roku! Po
drugie – Andrzej R. przez 6 lat pracy w NBP nie dokonał ani jednego (sic!)
wpisu do informatycznego Systemu Gospodarki Własnej, którego prowadzenie było
jego zadaniem. Po trzecie – nie prowadzono w prawidłowy sposób ewidencji
(rejestracji i rozliczeń) wniosków i wydatków zakupowych o wartości
nieprzekraczającej 14 000 euro – to znaczy wnioski rejestrowano, ale wydatków
już nie rozliczano. Uzupełnienia zaległości można było dokonać raptem w
tydzień, ale przez rok nie zrobiono tego.

Wspomniane nieprawidłowości to zresztą tylko część z problemów wykrytych
podczas audytów. Wystarczyły jednak, by Dyrektor Radzio powiedział „dość”.
Miały być porządki, był jeszcze większy bałagan – przyszedł zatem czas na
radykalne kroki

Rozdział III. O tym jak zwalniać i zostać zwolnionym

Dyrektor Andrzej Radzio postanowił zlikwidować Wydział Ogólny ZUG, a zamiast
niego stworzyć odpowiednie zespoły, które zajęłyby się ostatecznym
uporządkowaniem tej istnej „Stajni Augiasza”. W związku z likwidacją WO
przestałyby istnieć również stanowiska pracy zajmowane dotąd przez Adama J.,
Magdalenę S. i Andrzeja R. To rozwiązanie zostało zaakceptowane przez wiceprezesa
zarządu NBP, zatem dnia 23 października 2012 roku Radzio wprowadził w życie
swoje plany: rozwiązał Wydział Ogólny i – stosownym pismem – przekazał jego
dotychczasowych pracowników do dyspozycji Departamentu Kadr.

O zamierzonych posunięciach szefowa Departamentu Kadr została poinformowana
jeszcze 12 października, a 5 dni później do kadr wpłynęły formalne wnioski. 26
października Radzio dostał powiadomienie z Departamentu Kadr o tym, że 15-go (a
więc na dwa dni przed zatwierdzeniem planowanych zmian) do Departamentu Kadr
wpłynęły zgłoszenia o mobbingu. Doniesienia złożyli – a jakże – Andrzej R. i
Magdalena S., a sprawcą miał być oczywiście Dyrektor Radzio. S. oskarżyła go
dodatkowo o molestowanie seksualne, choć – jak wynika z protokołu – sama przyznała,
że dyrektor Radzio nigdy nie doprowadzał do sytuacji bezpośredniej próby
nawiązania z nią kontaktu.

Dalszego ciągu domyślić się nietrudno: powołano Komisję Antymobbingową,
przesłuchano oboje pracowników oraz (na końcu) Dyrektora, a w efekcie poczynionych
ustaleń uznano, że jest „winny zarzucanych mu czynów” i wywalono z pracy.

Rozdział IV. O tym, jak NBP (nie)przestraszyło się sądu

Powyższa historia została przedstawiona w sporym skrócie, ale opisywanie
wszystkich okoliczności wraz z towarzyszącymi im dowodami oraz stosownymi
paragrafami zajęłaby dobre kilkaset stron maszynopisu. Zarysowane dotąd tło
wystarczy jednak, by zająć się innymi aspektami całej sprawy czyli
„układami” i priorytetami obowiązującymi w Narodowym Banku Polskim.
Zacznijmy więc od samego oskarżenia wobec Dyrektora ZUG i „pracy” Komisji.

Oto okazuje się, że w dniu, w którym ponoć poszkodowani osobiście złożyli

zawiadomienia o mobbingu… nie przekroczyli progów NBP. Dowodem na to są
zapisy z elektronicznego systemu ewidencji czasu pracy i dostępu do pomieszczeń
firmy. Wynika z nich jasno, że Andrzej R. i Magdalena S. feralnego dnia nie
pojawili się w siedzibie NBP przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie, gdzie mieści
się Departament Kadr.

Przesłuchania były nagrywane przez Komisję za zgodą samego oskarżonego, ale
jemu na nagrywanie nie pozwolono. Nie pozwolono mu także zadawać pytań obojgu
skarżącym

. Magdalena S. na przesłuchaniu pojawiła się w towarzystwie „męża
zaufania” w osobie swojej (podobno) krewnej czyli Przewodniczącej bankowej
„Solidarności”, która – jak wynika z protokołu – miała więcej do
powiedzenia na temat rzekomego molestowania od samej zainteresowanej!

Członek komisji, radca prawny Agnieszka Kostrubała oświadczyła ponoć, że
Komisji nie dotyczą żadne przepisy prawa – także konstytucyjne – bo działa na
własnych zasadach.

Protokół końcowy z prac Komisji podpisano 24 grudnia 2012 roku – w Wigilię,
kiedy w pracy byli nie wszyscy zainteresowani. Nieobecna była chociażby sama
przewodnicząca Komisji!

Na koniec prawdziwa „wisienka na torcie”: otóż wewnętrzne przepisy NBP
przewidują możliwość zastosowania między innymi takich środków „karnych”,
jak rozmowa dyscyplinująca czy kary finansowe. Dyrektor Andrzej Radzio nie
poczuwał się jednak do winy, w związku z czym – zamiast potulnie „położyć
uszy po sobie” – zapowiedział, że o sprawiedliwość będzie walczył w sądzie.
Ponieważ, jak głosi stare ludowe powiedzenie, „własne brudy pierze się we
własnym gronie” NBP pozwolić na to nie mogło. „Zastraszanie członków
Komisji oraz innych osób, m. in. poprzez grożenie wszczęciem postępowania
prokuratorskiego i sądowego
” (cytat z pisma rozwiązującego umowę o pracę –
przyp. red.) okazało się ponad cierpliwość władz Narodowego Banku Polskiego.

Rozdział V. O tym, co jest dla NBP najważniejsze

Historia Andrzeja Radzio – jako się rzekło – nadaje się na scenariusz
finansowego thrillera rodem z Hollywood. Są nierozliczone miliony (lub ich nie
ma) i jest próba „ukręcenia łba sprawie”. Bałagan w dokumentacji,
fałszerstwa, niedopatrzenia, nadużycia… Wszystko to – jak widać – w obliczu
ewentualności mobbingu jest dla NBP mało istotne.

Instytucja, która de facto sprawuje finansową władzę w Polsce, bardziej dba
o to,

by „krewnym i znajomym królika” (a w tym wypadku osobom powiązanym z
działającym w firmie związkiem zawodowym) nie stała się krzywda, aniżeli o to,
by działać w zgodzie z wszelkimi przepisami prawa i dbać o powierzone sobie
pieniądze. Cóż, być może 24 sfałszowane kwity kasowe i nierozliczone w terminie
130 wniosków zakupowych (każdy poniżej 14 000 euro) to dla NBP niewielki
problem. Wszak na co dzień obraca się tu kwotami o kilka rzędów wielkości
wyższymi. Ale czy naprawdę wątpliwe i nieudowodnione oskarżenie o rzekomy
mobbing warte jest znacznie większego skandalu? Nie mówiąc już o zniszczeniu
dobrego imienia człowieka, który… próbował zadbać o dobre imię Narodowego
Banku Polskiego?

87 pracowników ZUG (w tym wszystkie pracownice mające bezpośrednią
styczność z Dyrektorem) stanęło w obronie Andrzeja Radzio, potwierdzając, że
nigdy nikomu „życia nie utrudniał” a „ręce trzymał zawsze przy
sobie”. Komu i dlaczego – poza Magdaleną S. i Andrzejem R., którzy (co zostanie
zapewne udowodnione przed sądem) nawet nie mogli złożyć osobiście własnych
doniesień o mobbingu i molestowaniu – tak bardzo zależało, aby „wykończyć”
Dyrektora? Dla kogo niewygodne były jego odkrycia, kontrole i „porządki”?
I dlaczego w całej tej sprawie dla NBP ważniejsze było zajęcie się sprawą
rzekomego mobbingu na podstawie mocno chwiejnych przesłanek niż finansowo-formalną
„Stajnią Augiasza” na podstawie twardych dowodów?

To nie jest koniec historii, a afery nie udało się zamieść pod dywan. Do
Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście trafił pozew przeciwko Narodowemu
Bankowi Polskiemu i prywatny akt oskarżenia przeciwko Magdalenie S. i
Andrzejowi R. o pomówienie dyrektora Radzio. Jakkolwiek sprawa się nie skończy
– NBP nie wyjdzie z niej bez skazy. Pytanie tylko, co będzie ważniejsze dla
sądu: ochrona wizerunku najważniejszego polskiego banku za wszelką cenę czy
jednak podstawowa sprawiedliwość gwarantowana prawem, normami społecznymi i
zwykłą ludzką przyzwoitością?

Maciej Lisowski

Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA

Prosimy o rozpowszechnianie powyższego tekstu !


Wypowiedz się