REWOLUCJA PRACY (04): Stare podziały znikają i co z tego wynika

Napisałem, że „zaciera się granica pomiędzy własnymi pracownikami a współpracującymi, czyli granica między pracownikiem etatowym a współpracownikiem zewnętrznym” oraz „podziałem, który jest bardzo tradycyjny i jeszcze mocno osadzony w podświadomości społecznej, jest podział na pracowników dostających swoje ustalone wynagrodzenie oraz na ludzi czerpiących z zysku firmy (właściciele, zarząd, czasem grupa menedżerów).”

Chodzi o podział na pracujących „na etacie” oraz na tzw. przedsiębiorców i samozatrudnionych.

Doprecyzujmy.

Pracujący na „etacie” (etatowiec) to osoba fizyczna, która pracuje w ustalonych ramach, np. od godziny X do godziny Y, za ustalone wynagrodzenie, na podstawie tzw. umowy o pracę.

Samozatrudniony (pomijam lekko szyderczy podtekst tej kompozycji słownej), a po mojemu „mikro-przedsiębiorca” to osoba fizyczna, która założyła tzw. działalność gospodarczą (nonsens w dzisiejszych czasach – każdy obywatel pełnoletni i niepozbawiony praw publicznych powinien być z definicji podmiotem gospodarczym…, ale o tym w następnym odcinku), wykonuje pracę w ustalonych ramach (np. do określonego terminu) za określone wynagrodzenie, na podstawie umowy cywilnoprawnej.

I tu, i tu osoba fizyczna świadczy pracę, jest spisana jakaś umowa między zleceniodawcą a zleceniobiorcą, są jakieś ramy i uzgodnienia dotyczące jakości, ilości, wynagrodzenia itd.

Gdzie jest, zatem, różnica?

Aby to wyjaśnić, trzeba opowiedzieć historię zjawiska zwanego „etatem”. Czym jest? Skąd się wziął?

Kiedyś nie było instytucji etatu – ludzie pracowali dniówkami, szukając wciąż jakiejś roboty. Wcześnie rano na określonych placach zbierali się szukający i przyjeżdżali ci, którzy potrzebowali rąk do pracy. Odbywał się swoisty rytuał, pracodawcy wybierali sobie pracowników lub krzyczeli, kogo potrzebują i ci, którzy mieli dane umiejętności, zgłaszali się. Inni kształcili się na rzemieślników lub wolne zawody.

Z czasem sprawdzeni pracownicy zostawali na dłużej albo na stałe. Ten proces przyspieszył w XIX wieku, w epoce rozwoju kapitalizmu. Potrzebni byli coraz częściej fachowcy do pracy na stałe.

I oto pojawił się Otto von Bismarck. Scalił on rozbite na drobne ksiąstewka Niemcy pod wodzą Prus. Bismarck był żołnierzem i patrzył na państwo jak na armię. Państwo miało być w jego rozumieniu – podsycanym jeszcze przez niemieckich filozofów, tzw. idealistów – najwyższą formą organizacji narodu, a więc uporządkowaną, karną, szybko i sprawnie reagującą na rozkazy machiną. Niemal jego obsesją stało się zorganizowanie państwa na wzór armii.

Bismarck dostrzegł, że nad wieloma grupami zawodowymi można mieć kontrolę, dając im zatrudnienie, posadę państwową – z francuskiego: etat. Zatrudniając policjantów, nauczycieli, urzędników, aktorów, kolejarzy itd., można im zapewnić bezpieczeństwo socjalne, ale też wymagać. Zatem wprowadził etat na szeroką skalę, obudowując go świadczeniami socjalnymi. To miało miejsce w okresie od lat 70-tych XIX wieku do początku XX weku. Od tego czasu minęło prawie półtora stulecia i siedem pokoleń.

Na początku XX wieku „na etacie” pracowało około 10% społeczeństwa zachodnioeuropejskiego, pod koniec XX wieku proporcje te odwróciły się i tylko 10% to byli ludzie „wolnych zawodów”, przedsiębiorcy, freelancerzy.

W międzyczasie etat „rozlał się” na sektor prywatny i wbrew swojemu pierwotnemu znaczeniu stał się narzędziem porządkującym zatrudnienie i dyscyplinującym zarówno pracodawców, jak i pracowników. Opakowane to zostało w ogromne ilości ustaw, kodeksy pracy itp. Etat stał się wehikułem do ściągania przez państwo danin takich jak podatki, para-podatki zwane składkami (na ZUS) i inne.

Etat zatracił swój sens – jest utrudnieniem i przeszkodą zarówno dla pracującego, jak i dla pracodawcy. W dzisiejszej dobie powszechnego wykształcenia, braku analfabetyzmu, dostępności usług prawnych każdy mógłby sam zawierać umowę cywilnoprawną jako zleceniobiorca ze swoim zleceniodawcą.

Odejście od instytucji etatu uelastyczniłoby ogromnie rynek pracy, spowodowało drastyczne obniżenie kosztów pracy, byłoby z pożytkiem dla rozwoju – zarówno obywateli (którzy musieliby stale podnosić swoje kwalifikacje, by móc podołać konkurencji i zleceniom), jak i biznesu, który dobierałby sobie sprawdzonych, dobrych specjalistów do swoich zespołów zadaniowych. Ponadto likwidacja zjawiska etatu ogromnie przyspieszyłaby dojrzewanie społeczeństwa obywatelskiego, łączenie się w spółdzielnie, kooperatywy, TUW-y i inne formy wspólnotowego prowadzenia działalności gospodarczej.

Etat dziś, w XXI wieku, jest niepotrzebny. Nie oznacza to, broń Boże, wprowadzenia „wolnej amerykanki”, wyzysku czy anarchii – cywilizowane zasady regulujące zawieranie umów i sporów będą zawsze potrzebne.

Na czym więc polega różnica między etatem a pracą wolnego mikro-przedsiębiorcy?

Różnica tkwi w podległości, w wolności, w odpowiedzialności, w ryzyku.

Albo mam „na etacie” bezpieczeństwo (małe ryzyko na co dzień, brak odpowiedzialności za efektywność), ale podlegam komuś i czemuś (brak wolności) i nie mam wpływu na bieg wydarzeń.

Albo mam, jako mikro-przedsiębiorca lub współ-przedsiębiorca, wolność i odpowiedzialność oraz ponoszę ryzyko kosztem bezpieczeństwa, mając wpływ na mój biznes i wynagrodzenie.

Czy dorośliśmy już do wolnego, obywatelskiego społeczeństwa mikro-przedsiębiorców?

Wypowiedz się