Pilna potrzeba rewolucji w edukacji – cz. I

1.         Dlaczego ten temat?

 

Po pierwsze – edukacja jest fundamentem

W dzisiejszym świecie toczy się walka o świadomość społeczeństw. Świadomość ta jest, bowiem, poddawana obróbce psychologicznej, manipulacjom, lobbingom i grze interesów. Wojna o świadomość, o swoisty rząd dusz, zadecyduje o kierunku rozwoju naszej cywilizacji, naszego kraju, naszego losu.

Świadomość jest efektem wielu czynników, jednak dwa systemy są tu najistotniejsze: system edukacji oraz media informacyjne (lub dezinformacyjne). Najważniejsza jest przy tym edukacja, ponieważ „uzbraja” ona – albo nie – młodego człowieka w fundament myślenia, w narzędzia poznawcze i w umiejętność rozróżniania, wartościowania i samodzielnego decydowania.

Edukacja dotyczy wszystkich i wszystkiego, jest obecna przez całe życie, daje możliwości rozwoju, samospełnienia, osiągnięć zawodowych i osobistych.

Po drugie – jest kołem zamachowym przyszłego rozwoju

Już dawno temu Kanclerz Jan Zamoyski mówił: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.” A przysłowie ludowe do powiada: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Zatem inwestycja w młodych ludzi, w edukację, to warunek przyszłego rozwoju, dobrostanu, siły państwa i narodu.

Trzeba patrzeć wprzód, szukać nowych możliwości, a nie pozwolić blokować postęp i demokrację rozmaitym lobbystom „starych przemysłów” – jak choćby blokowanie postępu w dziedzinie motoryzacji (silniki wodorowe, elektryczne itd.) przez lobby samochodowo-paliwowe. Dziś uczymy młodych ludzi patrzenia wstecz, uczymy schematów historii, a nie myślenia historycznego wprzód, kreatywnego rozwiązywania problemów i zadań stojących przed społeczeństwem.

Po trzecie – to zasadniczy składnik ustroju państwa i organizacji społeczeństwa

System edukacji, a mówiąc szerzej, ustrój oświatowy, jest jednym z dwunastu elementarnych podsystemów ustroju państwowego i społecznego. Dawne podziały i zaszufladkowania niewiele już dziś znaczą – monarchia czy republika czy demokracja przedstawicielska – takie etykietki nic nie tłumaczą. Dopiero, gdy zdefiniujemy ustrój w jego dwunastu zasadniczych elementach: ustrój oświatowy, ustrój pracy, ustrój podatkowy, ustrój pieniężny, ustrój prawny, ustrój gospodarczy, ustrój przedstawicielski, ustrój sądowniczy, ustrój administracyjny, ustrój militarno-polityczny, ustrój opieki socjalnej i zdrowotnej oraz ustrój mecenatu kultury, sztuki, nauki, sportu, rekreacji i stowarzyszeń – dopiero wtedy jasne jest, z jakim państwem mamy do czynienia. Wszyscy mają pełne usta pięknych haseł, ale robią co innego lub nic.

Po czwarte – z edukacją jest źle

Jest nawet bardzo źle. Uczniowie i studenci nudzą się w szkole, niewiele z niej wynoszą, traktują to jako zło konieczne, a w najlepszym wypadku jako bazę do kontaktów towarzyskich.

Jest źle systemowo. System niszczy nauczycieli, obciąża ich biurokracją, bzdurnymi obowiązkami, funkcjonariusze systemu to często ludzie z klucza partyjnego, kolesiowego, a nie z powołania i selekcji merytorycznej. Struktura jest przestarzała, podział na tyle etapów edukacji nieefektywny – wszyscy dziś krytykują utworzenie gimnazjów w takim kształcie jak obecny. Kuratoria to kosztowne struktury, w których nie wiadomo, co tyle osób robi. System edukacji jest – jak było to w komunizmie – pasem transmisyjnym państwa, zamiast zbiorem placówek oświatowych wynikających z dążeń, aspiracji i możliwości obywateli.

Jest źle finansowo. Jakby komuś specjalnie zależało, aby oświata była niedoinwestowana. Trwa dalej, jak było w PRL, finansowa selekcja negatywna nauczycieli. Ludzie, którzy mają edukować nasze młode pokolenie, zarabiają połowę średniej, a w najlepszym wypadku około średniej krajowej. To jest po prostu skandal! Miliardy idą na fantasmagorie typu misje w Afganistanie czy Iraku, aby się przypodobać zachodnim tzw. sojusznikom, na rozbudowę niepotrzebnej armii urzędniczej, a oświata dostaje po prostu ochłapy. W wielu szkołach brakuje pieniędzy na remont budynku, na sprzęt, na komputery, na pomoce naukowe. Uprawiana jest – dzięki zaangażowaniu nauczycieli i rodziców – partyzantka, czyli łata się dziury składkami na tzw. Komitet Rodzicielski, załatwia się „cegiełki” lub sponsora, albo nauczyciele i rodzice robią coś społecznie – coś, co powinno być sfinansowane przez „system”.

Jest źle programowo. Programy (podstawy programowe) są przestarzałe, niedopasowane do wymogów współczesności, niepraktyczne – wymyślają je urzędnicy nie mający często wiele pojęcia o rozwoju gospodarczym i technologicznym, o lokalnych potrzebach danej społeczności. Programy są sztywne, scentralizowane, słabe metodologicznie, przeładowane, a nade wszystko – wciąż hołdujące przestarzałej filozofii wtłaczania wiedzy, zamiast uczenia myślenia, kreatywności, dyskutowania, selekcji i analizy informacji itp.

Jest źle kadrowo. Poprzez mizerię finansową, zbiurokratyzowanie, fatalne perspektywy satysfakcjonującej kariery zawodowej, młodzi ludzie nie garną się do zawodu nauczyciela . Zawód ten jest zbyt sfeminizowany. Kto ma okazję iść do biznesu, założyć własną firmę, a nawet iść do administracji państwowej, w której praca jest spokojniejsza niż w szkole, nie pójdzie do szkoły. Dlatego właśnie duża część nauczycieli to kadra „z przymusu”, która nie ma innych możliwości – w końcu lepsza praca w szkole niż żadna. Ogromna większość nauczycieli nie ma doświadczenia praktycznego – biznesowego, menedżerskiego, nie zna rzeczywistości ekonomicznej, produkcyjnej, finansowej. To teoretycy. Przykładem jest przedmiot „przedsiębiorczość”, do którego dyrektorzy szkół wyznaczali na siłę nauczycieli nie mających o tym pojęcia.

Jest źle metodologicznie. Pokutują stare formy nauczania „ex catedra”. Nauczyciel, zestresowany koniecznością „realizowania programu” i rozmaitymi innymi okolicznościami, boi się eksperymentować, chce mieć „święty spokój” i zmieścić się w czasie z materiałem, sprawdzaniem wiedzy i wszelkimi innymi powinnościami. Relacje nauczycieli z uczniami są przez to formalne, sztywne, zdystansowane, a to nie służy współpracy i dobrej dydaktyce. Gdy system wymusza na wszystkich uczniach realizowanie tego samego programu, z natury rzeczy na każdym przedmiocie znajdzie się grupka mniej zainteresowanych. To powoduje dodatkowe napięcia, uciszanie, cała przyjemność uczeni i uczenia się znika. Już samo ustawienie ławek w stylu „katedra i ławki słuchaczy” powoduje szablonowe nastawienie obu stron do metod pracy. Dominuje praca „całą klasą” lub indywidualnie. Za mało jest pracy w zespołach kilkuosobowych, klasy są do tego nieprzystosowane. Prawie ni ma nauczania projektowego – od postawienia pytania czy problemu, do rozwiązania, opracowania, uzasadnienia. Za mało jest dyskusji, za mało interakcyjnych form.

2.         Rozwój edukacji w rzucie historycznym od średniowiecza do dziś

 W dawnych czasach nauka (edukacja) była elitarna i „kastowa” – przystąpiłeś do kasty lub się dobrze urodziłeś, mogłeś się uczyć. Tak więc, uczyli się bracia zakonni i ludzie Kościoła, uczyli się żołnierze – choć nieco innych rzeczy, o ile byli „zawodowo” w wojsku, lub uczyli się możni – prywatnie.

Wreszcie uczyć się mogli – zawodu – adepci rzemiosł: jako uczniowie, czeladnicy, pomocnicy mistrza, by wreszcie zostać mistrzami w swoich dziedzinach. To była praktyczna nauka zawodu, ale nauka.

Pod koniec średniowiecza zaczynają powstawać uniwersytety, a od XV wieku gimnazja. Elita kształcących się powoli ulega rozszerzeniu – ale o nauce marzyć mogą ci, których stać na sfinansowanie szkoły i studiów.

W XVII wieku żyje i tworzy Kartezjusz, który staje się „ojcem” racjonalizmu. To będzie ważne, bo racjonalizm wywrze duży wpływ na edukację, niestety – niechlubny. Racjonalność ogłoszona cnotą powoduje zaniedbanie innych sfer rozwoju człowieka – wrażliwości, duchowości, moralności.

Stulecie później Jean-Jacques Rousseau tworzy nurt, który jest niejako odpowiedzią na racjonalizm: „rozwój (czysto) umysłowy prowadzi do degradacji moralnej przez stłumienie naturalnych instynktów, które czyniły człowieka dobrym.”

Te dwa nurty – racjonalistyczno-kartezjański oraz humanistyczny Rousseau – będą ze sobą rywalizować w kolejnych wiekach.

Począwszy od osiemnastego wieku systemy edukacyjne zaczynają się przeobrażać, rozwijać, dostosowywać do ery kapitalizmu.

Stanisław Konarski tworzy Collegium Nobilium z nowoczesnym programem nauczania.
W roku 1773 powstaje Komisja Edukacji Narodowej (trwająca do 1794 r.), która wprowadza trzystopniowy system szkół, przejmuje szkoły jezuickie, wytycza kształtowanie obywatela-patrioty i staje się czymś w rodzaju pierwszego „ministerstwa oświaty”.

Mnożą się inicjatywy próbujące ożywić szkołę w duchu Rousseau i humanizmu. Przykładem jest Jan Henryk Pestalozzi (1746-1827), głoszący ideę organicznego rozwoju. Według niego zadaniem pedagogiki jest odkrycie praw rozwoju człowieka, a w nauczaniu ważne są poglądowość, kształcenie spostrzegawczości, aktywizacja ucznia i wspieranie samodzielności.

Jednak wiek XIX to czas intensywnego rozwoju kapitalizmu i przemysłu, który zaznacza swoje potrzeby wobec systemu edukacji. Potrzeba coraz więcej ludzi z choćby podstawowym wykształceniem – na potrzeby fabryk i tworzących się państw. Dlatego wprowadza się w kolejnych krajach systemy szkolnictwa powszechnego. Rozwija się szkolnictwo techniczne i zawodowe.

To prowadzi do dominacji nurtu kartezjańskiego – jednym z przejawów jest tzw. herbartyzm, od nazwiska J.F. Herbarta (1776-1841), propagującego pedagogikę „naukową“, uczenie ex catedra, encyklopedyzm, a tym samym uczenie przez słuchanie i bierność ucznia.

Pod koniec XIX wieku w opozycji do herbartyzmu rodzi się nowy prąd stawiający na pragmatyzm, aktywność ucznia i rozwój zainteresowań – przykładowymi jego przedstawicielami są J. Dewey czy też „szkoła pracy” Kerschensteinera.

W roku 1903 dochodzi do ważnego wydarzenia. Nowa elita kapitalistyczna, bankiersko-przemysłowa, powołuje w USA General Education Board (Główną Radę Edukacyjną), której celem jest dostosowanie szkoły i systemu edukacji do własnych potrzeb, czyli mówiąc inaczej – “sformatowanie” szkoły do fabryki posłusznych pracowników korporacji. Założyciele owej Rady to to samo środowisko, które dziesięć lat później założy niesławny FED.

Proces formalizowania przez rządy systemów szkolnych dobiega końca w okresie międzywojennym, np. w Polsce w roku 1919 wydany zostaje dekret „O obowiązku szkolnym”, który ujednolica system oświaty w niepodległej Polsce oraz wprowadza obowiązek szkolny dla dzieci w wieku od 7 do 14 lat.

Tak oto edukacja szkolna staje się sformalizowana, powszechna, obowiązkowa i definiowana przez państwo. Platoński spór o prymat między obywatelem a państwem wygrywa na tym etapie, na polu edukacji, zdecydowanie państwo. Ale to nie koniec – będzie jeszcze gorzej.

Powstają wprawdzie próby ratowania edukacji, np. w latach 1921-1932 (jakże krótko) działa Międzynarodowa Liga Nowego Wychowania, stawiająca sobie za cel indywidualność dziecka, rozwój zainteresowań, samorządność, współpracę, koedukację oraz zakaz kar fizycznych i psychicznych. Ale cóż można zrobić przez jedenaście lat…

Tym bardziej, że w ofensywie są totalitaryzmy XX wieku – komunizm i faszyzm. Szkoła zostaje poddana jeszcze ściślejszej kontroli państwowej, jest upolityczniona, ideologiczna i zastraszona. Za „niesłuszne” poglądy nauczyciele i profesorowie są wyrzucani, a „niewłaściwe” książki są palone lub mielone.

Świat powojenny drugiej połowy XX wieku otrzymuje, zatem, mało ciekawą spuściznę poprzednich stu lat. Większość naleciałości racjonalizmu, odgórnego paternalizmu państwowego, kontroli, centralizacji, ideologizacji pozostaje – szkoła „współczesna” jest masowa, obowiązkowa, przeładowana programowo, zbiurokratyzowana, hierarchiczna, autorytarna, „encyklopedyczna”, nudna.

Stąd na przełomie tysiącleci pojawia się coraz więcej głosów krytycznych wobec systemu edukacji. Powstają szkoły eksperymentalne, stowarzyszenia, organizacje, które próbują wyrwać szkołę z kolein, marazmu i nieefektywnych dogmatów, ożywić ją i podnieść poziom nauczania. Mnożą się nowe inicjatywy, pomysły, koncepcje. Zaczyna się o tym coraz głośniej mówić.

Następuje swoista faza przedrewolucyjna: podobnie jak 25 lat temu biliśmy się – założyciele warszawskiego STO, Wrocławskiego Stowarzyszenia Edukacyjnego i podobnych grup z Krakowa i Gdańska oraz kilku innych miast – o zgodę ówczesnego, PRL-owskiego MEN-u na powoływanie szkół społecznych, w domyśle niekomunistycznych, tak teraz nadchodzi bitwa o wyzwolenie szkoły z gorsetu państwowości, biurokracji, „ram programowych”, przestarzałych paradygmatów i sposobów finansowania.

Wypowiedz się