Uderzeniowe Bataliony Kadrowe

Andrzej Owsiński

Uderzeniowe Bataliony Kadrowe

70 lat temu w czerwcu 1943 roku pojawiły się na Białostocczyźnie pierwsze oddziały UBK rozpoczynające „marsz na wschód” w celu obrony polskości na ziemiach kresowych. Nazwa „bataliony” była mocno na wyrost z racji szczupłości oddziałów i dość słabego uzbrojenia. Cały ten przemarsz przeszedłby bez echa gdyby nie tragedia oddziału „Radeckiego” / IV UBK/, który pod Pawłami wpadł w niemiecką zasadzkę i został niemal doszczętnie wybity. Był to skutek braku kontaktów z lokalną konspiracją i łatwowierności w stosunku do miejscowej ludności. Zatrzymali, bowiem jakąś Białorusinkę, którą na skutek błagań wypuścili na tyle wcześnie, że zdążyła ona donieść Niemcom o miejscu pobytu oddziału. Zwróciło to uwagę Komendy Okręgu AK, ale bez odpowiedniej reakcji czynnej, dopiero sprawa oddziału „Dęba” / VI UBK/, który po stoczeniu walk z Niemcami zapadł w lasy w okolicy Rudnicy, nazywane –puszczą rudnicką. Oddział znalazł się w bardzo trudnej sytuacji z rannymi i niedostatkiem amunicji i żywności przeżywał głęboki kryzys wewnętrzny.

 

Tak się złożyło, że mój brat Janusz „Dołęga” przebywał w położonym w pobliżu majątku Sobolewo, do którego przenosiliśmy z Lenc „mp” /miejsce postoju/ komendy Obwodu „Lis, 11” czyli Białystok powiat. Zjawił się u niego „Rawicz” /Eugeniusz Romański/ oficer łącznikowy UBK z prośbą o pomoc w ratowaniu oddziału, Dołęga zdając sobie sprawę z potrzeby błyskawicznego działania nie tracił czasu na uzyskanie pozwolenia komendanta obwodu „Szarego” / Stanisława Grygi/, ale natychmiast zorganizował grupę dla odsieczy, a także transport, żywność i lekarstwa.

Ażeby nie było wątpliwości w odniesieniu do rozkazodawstwa Rawicz korzystając ze swoich pełnomocnictw powierzył dowództwo oddziału „Dęba” Dołędze.

Po zlikwidowaniu niemieckich posterunków obsadzonych przez Ukraińców z SS Galizien udało się całość oddziału wraz z rannymi i chorymi wyprowadzić z okrążenia i doprowadzić do Lenc gdzie została dokonana reorganizacja w postaci przyłączenia „spalonego” w Białymstoku oddziału Kedywu „Czecha” /Krasowskiego/ na prośbę „Czarnego” /Dziejmy/ komendanta AK w Białymstoku i za zgodą białostockiego inspektoratu. Całość została połączona z oddziałem „Czarnego’ / VIII UBK/. Po dość burzliwym spotkaniu z „Sablewskim” / Piaseckim/ zarówno Czarny jak i inni dowódcy oddziałów UBK wyrazili gotowość oddania się do dyspozycji Komendy Okręgu AK, jako oddziały dyspozycyjne dla akcji bojowych. W oczekiwaniu na odpowiedź ze strony Komendy Okręgu przeprowadziliśmy wspólnymi siłami akcje oczyszczające teren puszczy Knyszyńskiej i wsi otaczających ją z posterunków niemieckich i penetrujących grup zwiadowczych sowieckiej partyzantki. W ten sposób przygotowano teren dla koncentracji i stworzenia bazy partyzanckiej.

Odpowiedź Mścisława przyszła dość późno i poraziła nas wszystkich zaangażowanych we wspólne działania partyzanckie, a mianowicie rozkaz nr. 562 nakazywał natychmiastowe zerwanie wszelkich kontaktów z oddziałami UBK, które powinny opuścić teren Okręgu „Bekas” /przedwojenne województwo białostockie/. Skutki tego rozkazu były tragiczne, większość oddziałów pozbawionych sieci wywiadowczej i wsparcia logistycznego jak by to dziś nazwano, poniosła wielkie straty, zginęło wielu najlepszych żołnierzy zarówno z oddziałów UBK jak i miejscowej AK, między innymi mój brat Janusz Owsiński / ppor. AK „Dołęga” odznaczony dwukrotnie KW/.

 

Pan „Godziemba” wspominając w „niezależnej” działania UBK przywołał wspomniany wyżej rozkaz „Mścisława” oceniając negatywnie akcję „Uderzenia”.

Popełnione błędy taktyczne wynikały z zasadniczych błędów strategicznych, a mianowicie:

– skierowanie akcji „Uderzenia” na wschód było przejawem tego samego działania w kierunku obrony polskich Kresów, co akcja „Wachlarz” i inne,

– akcja była najwyraźniej uzgodniona nie tylko z Delegaturą Rządu na Kraj, na co istnieją dowody, ale też i z KG AK, czego wyrazem było włączenie „spalonych” żołnierzy AK z warszawy do szeregów UBK, a także udział oficera łącznikowego por. „Janka” / Postnikoff/, który przedstawił się nam, jako przedstawicielom komendy obwodu zastrzegając poufność swojej misji,

– Komenda Okręgu Białostockiego AK albo była niepowiadomiona, albo zignorowała powiadomienie o misji UBK nie zajęła, bowiem stanowiska w sprawie aż do wydania nieszczęsnego rozkazu o zerwaniu kontaktów,

-wspomniany rozkaz wydany został w imieniu organizacji PZP /Polskie Związki Powstańcze/ co było następnym kryptonimem po nazwie ZWZ / Związek Walki Zbrojnej/ nieposiadającej uprawnień Armii Krajowej, jako części polskich sił zbrojnych, czyli po prostu polskiego wojska,

 

Na tle tych spostrzeżeń nasuwa się uwaga, że „Mścisław” nie wypełnił swoich obowiązków, jako komendant okręgu AK, któremu na jego terenie powinny podlegać wszystkie jednostki wojskowe. W stosunku do UBK powinien jeszcze przed przybyciem, a ostatecznie natychmiast po otrzymaniu meldunków o przybyciu wydać rozkaz podporządkowania z dalszymi stosownymi dyspozycjami.

Tak uczynił komendant okręgu nowogródzkiego „Cyranki” – „Poleszuk” / cichociemny Adam Szydłowski/, który natychmiast po przybyciu wezwał „Sablewskiego” i włączył jego oddziały do 77 pp. AK, jako jeden z batalionów. W ten sposób ocalił je od niechybnego losu, jaki spotkał je na terenie okręgu białostockiego.

Żołnierze UBK wcieleni do jednostek AK spisali się bardzo dzielnie i brali udział w operacji zdobywania Wilna „Ostra Brama”.

Gdyby „Mścisław” zachował się jak prawdziwy dowódca wojskowy i wcielił oddziały UBK do podporządkowanych sobie jednostek to uzyskałby znakomite kadry dla rozbudowy zwartych oddziałów na terenach takich jak puszcza Knyszyńska, Augustowska czy nawet Białowieska. Zabrakło tych oddziałów w trakcie akcji „Burza”, co uniemożliwiło ocalenie Białegostoku od spalenia przez cofających się Niemców. Utworzone na prędce zgrupowanie „Szarego” było zbyt słabe i nieprzygotowane bojowo do takiego zadania, mimo że siły niemieckie w Białymstoku były niewielkie.

Przytaczane przez „Godziembę” oskarżania „Uderzenia” o działania nieodpowiedzialne cytowane za „Mścisławem” obciążają w decydującej mierze dowództwo okręgu białostockiego.

 

Na tle uwag dotyczących akcji „Uderzenia” nasuwa się jeszcze jedno spostrzeżenie, a mianowicie dotyczące kierunku tego „uderzenia”. Niesienie pomocy Kresom było bardzo chwalebne, ale potrzebna była ona przede wszystkim na Wołyniu skąd już w początkach 1943 roku dochodziły niepokojące wieści z Wołynia związane z szykowaną przez Ukraińców akcją przeciwko Polakom. Jeszcze nie było wiadomo, że chodzi o planowane ludobójstwo, ale mając historyczne doświadczenia można było spodziewać się najgorszego.

Reakcja strony polskiej była zdumiewająca Delegatura Rządu na Kraj ograniczyła się do wysłania Siła – Nowickiego do metropolity Andrzeja Szeptyckiego, który wprawdzie twierdził, że stara się powstrzymywać przed najgorszym, ale jego wpływ na bieg wypadków jest ograniczony, a już miarą bezgranicznej głupoty było wysyłanie Zygmunta Rumla w „pokojowej” misji do morderców.

W najgorszym okresie wczesnego lata 1943 roku nawet nie zdobyto się na działania ostrzegawcze, powszechne przekonanie było takie, że ma się do czynienia z pojedynczymi ekscesami. Pamiętam, że kiedy zgłosiliśmy gotowość zorganizowania dobrze uzbrojonego oddziału, który ruszyłby na Wołyń dla obrony rodaków, otrzymaliśmy stanowczy zakaz z zapewnieniem, że polskie władze panują nad sytuacją. Mobilizacja 27 DP AK nastąpiła zbyt późno, a i to największy jej wysiłek został skierowany na walkę z Niemcami, a w znacznie mniejszym stopniu na zwalczanie morderców z UPA.

Zjawienie się na Wołyniu w czerwcu 1943 roku oddziałów „Uderzenia” uratowałoby z pewnością wielu Polaków i wyperswadowałoby ewentualne dalsze próby ludobójstwa.

Były też i inne sposoby samoobrony jak choćby w postaci organizowania polskich oddziałów pomocniczej policji. Podstawą organizacji UPA były ukraińskie oddziały pomocnicze policji. Nasze władze jednak bacznie przestrzegające przed jakąkolwiek kolaboracją pozwoliły na bezkarne mordowanie polskiej ludności.

Ataki upowskie na ludność polską były na rękę zarówno bolszewikom jak i Niemcom, a nie jest wykluczone, że były z obydwu stron inspirowane i wspomagane, przypomina to sytuację z Powstania Warszawskiego.

Jest to jednak odrębna sprawa jakże aktualna wobec zbliżającej się 70 rocznicy 11 lipca – symbolicznej daty wołyńskiego ludobójstwa.

 

Przy okazji załączam kilka wspólnych zdjęć wykonanych przez nas w Lencach przedstawiających żołnierzy AK i UBK po pomyślnej akcji ocalenia oddziału „Dęba”.

Owsiński 1

Stoją od lewej: łączniczka Ala, „Zimek” z UBK, z AK „Dołęga” Janusz Owsińwski, „Rola” Andrzej Owsiński, z UBK „Rawicz” Eugeniusz Romański.

Owsiński2

2 z lewej „Dołęga” Janusz Owsiński

Owsiński3

2 z lewej „Dołęga” Janusz Owsiński

Owsiński4

W środkowym rzędzie: 2 z lewej „Dołęga” Janusz Owsiński, 4 „Czarny” z UBK. Stoją: 2 od lewej „Rola” Andrzej Owsińki, ostatni „Rawicz” Eugeniusz Romański

Owsiński5

 

Wypowiedz się