Jak sędziowie osłaniają urzędników

 

Jak sędziowie osłaniają korupcję urzędników.

 

Michał Podobin

 

Trudno spokojnie obserwować premiera Tuska, gdy z teatralnym zaangażowaniem, udając dobrego gospodarza pochyla się nad sprawami państwa. Dziś z opóźnieniem / to też sposób traktowania obywateli / w czasie konferencji prasowej usiłował przekonywać ludzi o swoich intencjach. Wiadomo nie od dziś, że wierzą mu tylko jego urzędnicy, naród zaś pokazał na Śląsku i nie tylko, co sądzi o rządzących. Jednym z uwierających obywateli bolączek, jest bezkarność w daleko posuniętej korupcji. Do arogancji władzy dochodzi przestępcze działanie sędziów i prokuratorów. Ilość przypadków nie świadczy o wyjątkach, a zaczyna być problemem. To wszystko jest możliwe, przy aprobacie i milczeniu państwa polskiego wobec przestępczej działalności tzw. aparatu sprawiedliwości.

 

Przecież od dawna piszemy i mówimy, że brak jasnych przepisów prawnych, duża uznaniowość decyzji przy olbrzymiej, niekontrolowanej władzy urzędników na różnych szczeblach władzy, poczucie bezkarności za niegospodarność oraz mnóstwo nieuregulowanych spraw przy słabej i skorumpowanej władzy sądowniczej musi doprowadzić do załamania państwa.

 

Mimo powtarzanych w mediach zjawiskach arogancji i jawnego łamania prawa przez sędziów i prokuratorów odnotowujemy kolejne przypadki przestępstw popełnianych przez sędziów w poczuciu pełnej bezkarności.

 

W ostatnim tygodniku „Sieci”, mamy kolejny przykład korupcji urzędniczej liczonej w milionach / przy jednoczesnym nawoływaniu do oszczędzania/ z działalnością przestępczą byłego sędziego wojskowego. Zamieszczam artykuł w całości ze względu na ograniczony dostęp użytkowników Internetu do tego artykułu.

 

JAK SĘDZIA MUSZYŃSKI ZAMIATAŁ AFERĘ.

 

Marek Pyza

Niewiele warte projekty informatyzacji urzędu, „słupy” tworzące ekspertyzy i milionowe straty wrocławskiego ratusza. Lekceważenie prawa o zamówieniach publicznych i przepisów o kon­troli miejskich finansów. Na Dolnym Śląsku rozpoczął się apelacyjny proces ws. nieprawi­dłowości sprzed dekady. Sędzia, który zadbał o wyciszenie sprawy w pierwszej instancji, awansował.

 

 

Kwiecień 2001 r. Prezydentem Wrocławia jest Bogdan Zdrojewski. Razem z czterema innymi członkami Zarządu podejmuje uchwałę o po­wołaniu Pełnomocnika Prezydenta Miasta ds. Komputeryzacji Urzędu. W budżecie na kolejny rok zapisano na ten cel 5 min zł. Taką kwotę do wyłącznej dyspozycji otrzymuje prof. Tomasz Strzelecki, geotechnik z Politechniki Wrocław­skiej. Wykorzystał prawie połowę tych pienię­dzy. Uprawnienia miał wyjątkowe, bo miasto w jego ręce oddało w zasadzie cały proces decy­zyjny i kontrolny – od zlecania do zatwierdza­nia wypłat. Zrezygnowano więc, z wymaganej zwykle kontroli realizowanej przez Wydział

 

Finansowo-Księgowy. Sprawą zajmował się wcześniej – jako jedyny – miesięcznik (dziś kwartalnik) „Opcja Na Prawo”.

 

Petnomocnik-omnibus

 

Dokumenty, którymi dysponuje redakcja „Sieci”, wyglądają kuriozalnie. Na jednej fak­turze pięć razy umieszczono pieczątkę Strze­leckiego. Widnieje ona pod adnotacjami: „prace wykonano zgodnie z umową”, „sprawdzono pod względem merytorycznym”, „sprawdzono pod względem formalnym”, „sprawdzono pod względem legalności, celowości i gospodarno­ści”, „zatwierdzono do wypłaty”. Pełnomocnik wyręczał kilka miejskich instancji kontrolnych.

Takie praktyki zakwestionowała Regionalna Izba Obrachunkowa, stwierdzając, że Strzelecki bez uprawnień zatwierdził do wypłaty 21 faktur o wartości ponad 2 min zł. Profesor był też sze­fem komisji przetargowych, które powierzały zadania firmom jego znajomych. Gros pienię­dzy płynęło na konto jego córki. Zdarzył się również przypadek, że Strzelecki brał udział w wykonywaniu prac zleconych przez siebie. Zarabiał wówczas z obu stron.

 

Działalność Pełnomocnika wzięła pod lupę również NIK – w 2003 i 2005 r. Kontrole koń­czyły się zawiadomieniami do prokuratury o popełnieniu przestępstwa. Śledztwo rozpo­częło się dopiero w 2006 r., po przeniesieniu sprawy do Zielonej Góry.

 

Proces ruszył dwa lata później. Strzelecki zo­stał oskarżony o nadużywanie uprawnień, nie­dopełnienie obowiązków, naruszenie ustawy o zamówieniach publicznych oraz oświad­czenie nieprawdy. Skutek – szkody w budże­cie Wrocławia na ponad milion złotych (tyle zdołali udowodnić śledczy). Wielomiesięczne przesłuchania ujawniły arcyciekawe fakty. Okazało się, że ekspertyzy informatyczne dla urzędu miejskiego – wyceniane na dziesiątki tysięcy złotych – pisali m.in. geodeta, elektro­nik, sekretarka, inżynier górnictwa, politolog, zootechnik, policjant czy emerytka handlująca na bazarze. Przed sądem nie umieli wskazać, co napisali, przyznawali, że nie znali się na zleco­nej pracy itd. Wyszło na to, że byli zwykłymi „słupami”.

 

Ich opracowań nie kontrolowali miejscy eks­perci. Dopiero biegli z NIK oraz powołani przez prokuraturę, analizy zrównali z ziemią i uznali za nieprzydatne, tworzone według chaotycz­nie realizowanego schematu „wytnij-wklej” z innych publikacji. Sprawa wydawała się dość oczywista. Ale przebieg miała zaskakujący.

 

Nieistotne dowody

 

Główną rolę odegrał w niej ppłk Zbigniew Muszyński, sędzia wrocławskiego Sądu Okrę­gowego, wcześniej pracujący w Sądzie Gar­nizonowym. Prawnik od 1984 r. Wtedy też przeszkolony w Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych w Łodzi. 13 grudnia 2011 r. unie­winnił! Tomasza Strzeleckiego. Dokładnie mie­siąc później otrzymał awans – prezydencką nominację na sędziego Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie. Uchwała, jaką na potrzeby tej nagrody sporządziła we wrześniu 2011 r. Krajowa Rada Sądownictwa, wygląda wyjątkowo ciekawie w zderzeniu z wyrokiem wrocławskiego Sądu Apelacyjnego, który na Muszyńskim nie zostawił suchej nitki.

 

Co ciekawe, stanowisko KRS opiera się na opinii kwalifikacyjnej sporządzonej przez wi­ceprezesa warszawskiego sądu wojskowego, a zatem człowieka niemającego na co dzień do czynienia z Muszyńskim. Czytamy w niej m.in.: „Pan sędzia bardzo dobrze wykorzystuje posiadaną wiedzę prawniczą dla realizacji po­wierzonych mu zadań. Jest samodzielny, nie wymaga nadzoru i należycie wyko­rzystuje wiedzę prawniczą w swoim orzecznictwie. Po­stawione zadania realizuje terminowo, a jego praca oceniana jest bardzo wy­soko. Podkreślenia wymaga fakt, że badanie akt spraw, które prowadził sędzia ppłk Zbigniew Adam Muszyński, nie wykazało żadnego przy­padku nieuzasadnionej prze­wlekłości. […] Uzasadnienia wydawanych orzeczeń spo­rządza starannie, bardzo dokładnie przedstawiając ustalenia faktyczne będące podstawą merytorycznego rozstrzygnięcia sprawy.

 

W należyty sposób doko­nuje oceny zgromadzonego w toku pracy materiału do­wodowego, szeroko uzasad­niając kwalifikację prawną czynu, rozstrzygnięcia w przedmiocie kar i środków karnych. […] W kontrolowanych ak­tach nie stwierdzono uchybień ani usterek”.

 

Zupełnie inną wymowę od tej laurki miał wyrok wrocławskiego Sądu Apelacyjnego. We wrześniu ub.r. wypunktował on błędy Muszyń­skiego, konkludując: „Bieg zdarzeń proceso­wych w przedmiotowej sprawie jest trudny do zrozumienia. Sposób procedowania narusza normy procedury karnej”.

 

SA zarzucił pierwszej instancji „obrazę ko­deksu postępowania karnego”. Jednoznacznie stwierdził, że przetargi były organizowane z na­ruszeniem ustawy o zamówieniach publicznych. Wśród licznych zastrzeżeń wymienił m.in.:

 

-Nieuwzględnienie zeznań wskazujących na „nieefektywność” ekspertyz – powielanie tematów dostępnych w istniejących publi­kacjach, przepisywanie całych rozdziałów z innych prac, oczywistości w opracowa­niach i ich nieprzydatność dla Urzędu Miasta (w 90 proc.).

 

-Odrzucenie wniosku o wydanie opinii przez Polskie Towarzystwo Informatyczne. „Nie można zaakceptować takiego stanowi­ska sądu pierwszej instancji” – pisze SA. Bezpodstawne i nieuzasadnione odrzuce­nie opinii kluczowego biegłego powołanego przez prokuraturę, a wskazującego na liczne uchybienia w zamawianych ekspertyzach.

 

-Zignorowanie dokumentu Urzędu Kontroli Skarbowej, który informował, że większość zleceń dla jednej ze zwycięskich w przetargach firm wykonywali córka i zięć oskarżonego.

 

-Zignorowanie wątku ewidentnego fałszowa­nia dokumentów. Jedna z firm przez wiele miesięcy startowała w przetargach, wygry­wała je, otrzymywała od Strzeleckiego zlece­nia, wystawiała faktury. W papierach widniał podpis prezesa, od półtora roku niepracują­cego w spółce. Oskarżony twierdził, że nie miał o tym pojęcia. Tymczasem pełnomoc­nictwo do reprezentowania owej firmy Urząd Miasta wydał… zięciowi Pełnomocnika. Mógł więc nie wiedzieć? Krótko mówiąc, ppłk Zbigniew Muszyński dysponował mnóstwem dokumentów i zeznań świadków, które jednoznacznie wskazywały na nieprawidłowości. Wystarczyło chcieć je za­uważyć. Sędzia zrobił wiele, by je ukryć, nawet przed samym sobą. Świadectwa niekorzystne dla oskarżonego pominął, wyjaśnieniom jego samego dał wiarę.

 

Pułkownik w panteonie

 

Proces, w którym formalnie oskarżonym był geotechnik występujący jako Pełnomocnik Pre­zydenta Wrocławia, de facto dotyczył polity­ków rządzących jednym z ważniejszych miast. W tej sprawie może chodzić o łatwe, wręcz bez­czelne wyprowadzanie publicznych pieniędzy za pośrednictwem fikcyjnych ekspertyz. Miej­scy urzędnicy, powierzając wszystkie kompe­tencje do dysponowania mi­lionowym budżetem jednemu człowiekowi, po mistrzowsku zrzucili z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność. Nie dosięgnęła ona również prezydenc­kiego pełnomocnika. To aku­rat zasługa sędziego.

 

Czy ppłk Zbigniew Muszyń­ski zdawał sobie sprawę, że zamykając oczy na tak liczne dowody przekrętów, naraża się na zawodową dyskwalifika­cję? Czy może wręcz przeciw­nie – liczył na przenosiny do stolicy, mimo uchybień w to­czącej się sprawie „człowieka prezydenta Wrocławia”? A może – popuszczając wodze fantazji – właśnie dzięki tym uchybieniom?

 

W poczcie polskich sędziów początku XXI w. znajdziemy sporo nietuzinkowych postaci. Kończą się lata chude, gdy nikt nie był w stanie przeskoczyć sędzi, co sprawę matki wszyst­kich afer gotowa była rzucić (a tym samym zabić proces) dla paru miesięcy w ministe­rialnym fotelu.

 

Pojawiają się nowi bohate­rowie, których zapamiętamy na długo. W Gdańsku – elastyczni, gotowi przy­jąć każde, nawet najtrudniejsze zlecenie z kan­celarii premiera. W Warszawie – w pojedynkę rozprawiający się ze znienawidzoną służbą specjalną, potrafiący jednozdaniowym rysem historycznym obnażyć totalitarne upodobania siepaczy, którym zachciało się walczyć z korup­cją. We Wrocławiu zaś – mistrzowie sądowej ślepoty, gotowi rozprawić się z najoczywist­szymi dowodami.

 

Zbiera się coraz więcej materiału do „Pante­onu polskiego sądownictwa”, by strawestować pomysł Ewy Szańskiej z „Kilera”. Dolnośląski epizod będzie się jeszcze pisał – następna roz­prawa w kwietniu.  

Marek Pyza

 

Trackbacks

  1. […] został awansowany na sędziego Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie (informację podajemy za: http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/03/jak-sedziowie-oslaniaja-urzednikow/ ). 19 wrześnie 2013 roku odebrał z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego ponowną nominację […]