Z literaturą na Ty…

BEATA OBERTYŃSKA cz. I

 

ALEKSANDER SZUMAŃSKI

 

Beata Obertyńska, pseudonim Marta Rudzka – urodzona 18 lipca 1898 roku w Storożce obok Skolego, w Karpatach Wschodnich, zmarła 21 maja 1980 roku w Londynie – poetka i pisarka polska. Była córką Maryli Wolskiej urodzonej 13 marca 1873 we Lwowie, zmarłej 25 czerwca 1930 we Lwowie – poetki polskiej okresu Młodej Polski i przedsiębiorcy naftowego inż. Wacława Wolskiego, inżyniera i wynalazcy, pioniera polskiego przemysłu naftowego w Galicji, wydawcy „Słowa Polskiego” we Lwowie, żoną ziemianina Józefa Obertyńskiego.

Jej matka Maryla Wolska była córką Wandy i Karola Młodnickich. Matka Maryli Wolskiej Wanda ( z domu Mone’) była narzeczoną Artura Grottgera ( do dnia jego śmierci 13 grudnia 1867 roku), zaś ojciec – artystą malarzem i przyjacielem Grottgera. Wyrastała więc w atmosferze sztuki. Nawet rodzice chrzestni Maryli byli ludźmi sztuki – w jednej parze był malarz Henryk Rodakowski z pasierbicą Leonią Blühdorn, w drugiej poeta Kornel Ujejski z Leonią Sawczyńską. Nic więc dziwnego, że Maryla od młodych swoich lat uprawiała obie te sztuki.

Willa Zaświecie u stóp lwowskiej Cytadeli, w pobliżu Ossolineum, gdzie mieszkała Maryla Wolska, była miejscem poetyckich spotkań grupy Płanetnicy, do której należał m.in. Leopold Staff, Edward Porębowicz, Józef Ruffer, Jan Zahradnik i Ostap Ortwin.

Najpopularniejszym jej dziełem był tomik wierszy „Dzbanek malin” wydany w 1929 roku. W swojej twórczości nierzadko wykorzystywała motywy impresjonistyczne.

Z małżeństwa z Wacławem Wolskim miała pięcioro dzieci – trzech synów (Ludwika, Kazimierza i Juliusza) oraz dwie córki (Beatę i Anielę). Najbardziej literacko utalentowany, najstarszy syn Ludwik został zamordowany w 1919 przez Ukraińców, najmłodszy – Juliusz zmarł w 1926 roku.

Beata (Obertyńska) była poetką i prozatorką, Aniela (Lela) Pawlikowska – malarką.

Maryla Wolska została pochowana na cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobie Młodnickich i Wolskich.

 

Beata Obertyńska dzieciństwo i młodość spędziła w rodzinnej willi „Zaświecie” we Lwowie, ucząc się w domu rodzinnym i zdając egzaminy eksternistycznie.  

 

W młodości związana ze „Skamandrem” i środowiskiem artystycznym Medyki Pawlikowskich (domu jej uzdolnionej artystycznie siostry Leli Pawlikowskiej).

 

Związki literackie z grupą „Skamander” stanowiły w jej twórczym życiu niezmiernie ważny, istotny okres, zważywszy, iż właśnie ta grupa stanowiła wnętrze i punkt wyjścia całej młodopolskiej epoki literackiej. Wprawdzie nie była członkiem „Skamandra”, ale niezmiernie ceniona i poważana przez poetów i sympatyków tej grupy.

 

Grupa poetycka „Skamander” założona została w roku 1918 przez Juliana Tuwima, Antoniego Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Kazimierza Wierzyńskiego oraz Józefa Serafinowicza herbu Pobóg – ps. Jan Lechoń. Wzorem dla skamandrytów była przede wszystkim twórczość Leopolda Staffa.

Swoją nazwę wzięła od mitologicznej rzeki opływającej Troję. Jednocześnie jednak zawarta jest w niej aluzja do słynnego zdania z Akropolis Stanisława Wyspiańskiego: „Skamander połyska, wiślaną świetląc się falą”. Pomimo bardzo silnego utrwalenia się w ogólnej świadomości funkcjonowania poetów Skamandra jako grupy, Michał Głowiński sformułował sąd, że skamandryci to grupa sytuacyjna, czyli taka, której głównym spoiwem jest rzeczywistość pozaliteracka – wspólna działalność kabaretowa, odczyty i działalność „Pod Picadorem” przy stoliku na półpiętrze w kawiarni Ziemiańskiej w Warszawie, obracanie się w tych samych kręgach towarzyskich.

Historię grupy Skamander można podzielić na trzy okresy, z których pierwszy rozpada się jeszcze na dwa podokresy:

 

- integrację grupy – lata 1916-1919,

 

- 1916-1918 – formowanie się grupy na Uniwersytecie Warszawskim wokół czasopisma „Pro Arte et Studio”.

 

Nie było jeszcze wspólnych wystąpień, ani samoświadomości grupy, ale przy pracy w redakcji rysuje się podobieństwo poetów i ich odrębność od innych grup (głównie na gruncie opozycji anty-modernistycznej). W „Pro Arte et Studio” zostaje opublikowany wiersz „Wiosna” Juliana Tuwima.

 

Wiersz ten wywołał wielkie kontrowersje obyczajowe, które doprowadziły do zmian w redakcji pisma. W ich wyniku redakcję objęły osoby związane ze Skamandrem. Wtedy też stało się „Pro Arte” „bojowym organem”, gdzie poeci występowali przeciwko modernistycznym epigonom. 29 listopada 1918 roku otwarta została kawiarnia poetów „Pod Picadorem” w Warszawie. To głównie podczas tutejszych występów ukształtowała się „wielka piątka”. Tu też wykrystalizowały się wspólne dążenia grupy, wspólne sojusze i fobie. Poprzez specyficzny kontakt z publicznością jaki zaistniał po raz pierwszy w historii, właśnie „Pod Picadorem” (stałe odczyty, czy występy kabaretowe za które należało uiścić opłatę), grupa wzięła udział w procesie profesjonalizacji i instytucjonalizacji zawodu literata. Członkowie grupy (poza Julianem Tuwimem) proponowali również oferty matrymonialne za uiszczeniem opłaty.

 

1918 – 1919 – działalność grupy już pod nazwą „Skamander”. Pojawiają się wtedy pierwsze tomiki poszczególnych poetów: Julian Tuwim – Czyhanie na Boga (1918 r.), Jan Lechoń – Karmazynowy poemat (1920 r.), Antoni Słonimski – Sonety (1918 r.), Kazimierz Wierzyński – Wiosna i wino (1919 r.), Jarosław Iwaszkiewicz – Oktostychy (1918 r.)

 

Grupa w najpełniejszy sposób przybrała swoją formę. Skupiona wokół miesięcznika „Skamander” osiągnęła programową jednomyślność. W tym też okresie pojawiają się poeci-satelici Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Józef Wittlin, Stanisław Baliński, Kazimiera Iłłakowiczówna, czy powieściopisarze i krytycy (m.in. Wilam Horzyca).

 

Pierwsze wiersze Beaty Obertyńskiej opublikowane zostały w 1924 roku w „Słowie Polskim” we Lwowie, uważane za jej debiut literacki. Studiowała w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej we Lwowie. W latach 1933-1937 występowała na scenach teatrów lwowskich.

 

Otrzymała wiele nagród literackich, m.in. nagrodę londyńskiego „Przeglądu Powszechnego” – 1967 r., nagrodę Fundacji Lanckorońskich – 1972 r., nagrodę Stowarzyszenia Polskich Kombatantów – 1972 r., nagrodę Jurzykowskich – 1974 r.

 

Przysporzyła sławę rodzimej literaturze i swojemu ukochanemu miastu Semper Fidelis, jako, że sama zawsze była mu wierna.

 

Środowiskiem poetki Beaty Obertyńskiej była elita kulturalna oraz intelektualna Lwowa. Najbardziej znani artyści tej epoki odwiedzali letnisko na Storożce oraz dom Wolskich „na Zaświeciu”. Wspomnienia z dzieciństwa i młodości utrwalone zostały w dwóch książkach Obertyńskiej „Qodlibecik”(1974), oraz „Gitara i tamci” (1926). Ich autorka skoligacona była przez siostrę Lelę (Anielę) – malarkę, portrecistkę i ilustratorkę z zasłużoną dla polskiej kultury rodziną Pawlikowskich. W 1918 roku odbył się ślub Beaty z Wolskich z Józefem Obertyńskim (zm. 1937 ), właścicielem Odnowa i Stronibab.

 

W lwowskim „Słowie Polskim” Obertyńska zadebiutowała utworem „Z pokłonem”. Książki poetyckie oraz proza ukazały się w bardzo pięknych wydaniach „Biblioteki Medyckiej” Pawlikowskich. Obertyńska próbowała także swych sił jako artystka teatru we Lwowie; złożyła egzaminy w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i występowała na lwowskich scenach w latach 1933 – 1939. Jest autorką nie wydanego dramatu „Tamta” oraz pantomimy teatralnej „Siedem żon Sinobrodego”, napisanej wspólnie z Anną Pawlikowską – córka Tadeusza – wybitnego twórcy teatru. Wychowana w domu polskiej miłości – patriotycznie i religijnie dawała w swojej twórczości wyraz Bogu, Najświętszej Bogurodzicy ojczyźnie i miłości. Oto kilka jej utworów religijnych i miłosnych ; część z nich pochodzi z książki „Grudki i kadzidła”:

 

Wniebowzięcie

 

Jakże nie miałaś wzwyż pójść – w gwiazd szeleście,

W locie, który Aniołom skrzydła wstecz wyginał,

Skoro nad własnym grobem ujrzałaś nareszcie

Wezwaniem roztryśnięte ręce Twego Syna!?

 

Koronacja

 

Nieba Tobie berło i korona! Słońc blaski!

Mnogość gwiazd i księżyców pod stopy sypnięta!

Krysztale – co na barwy rozbijasz biel Łaski!

Tęczo – nad której łukiem trwa już Trójca Święta!

 

Ulga

 

Gdy mi już czasem bardzo, bardzo źle

i głowę mam ciężką i płonącą,

kiedy w cierpienia popielatym dymie

myśli się wędzą i mącą,

jak płatek róży,

wklęsły i duży

kładę na sercu twe imię…

Bo przez tę prawdę prostą a zawiłą

z życiaś mnie pustką pogodziło

że jesteś…

 

Odjazd

 

I już po wszystkim… Po słońcu, po lecie…

W ogródku kolejowym gdzie kwiaty też gasną,

niski cień pachnie ziemią i późną lewkonią…

Jeszcze wczoraj w zmroku ciepło było przecie.

Jeszcze dzisiaj w południe słońce ciepłą dłonią

gładziło nasze głowy… teraz chłód już… Szkoda.

Milczmy lepiej. Mam serce ściśnięte tak ciasno,

jak kwiaty w pożegnalnym, zmęczonym bukiecie,

który mi potem oknem do przedziału podasz…

 

Kłębek

 

Chcesz serce me wziąć na spytki

by rzekło, co się w nim kryje?

Jak w kłębku ciemnej włóczki

znajdź tylko koniec nitki,

potem już prędko pójdzie…

Serce się cicho potoczy,

Potula, odwije, odkręci…

Nim samo to zauważy

obiegnie siebie sto razy…

I tym nie zdziwi się wcale

że zacznie topnieć i maleć…

Bez tchu, w sprężystych podskokach,

w odwrotną toczy się stronę,

tak się nareszcie odmota,

tak się nareszcie odwinie,

że go samego nie stanie,

a za to, na dywanie,

we czworo ciasno złożone

znieruchomieje Twe imię…

 

Luty

 

Jeszcze tyle tygodni! Po co wiosny czekać?

Bielą mroźnego kwiatu sad dziś w nocy obrósł,

Słońce między pnie poszło szafiry rozwlekać

I siec prętami cienia, biały skrzący obrus.

 

 

Na nisko zwisłą gałąź spada ciężko wrona

I skrzydłem białe puchy zmiata od niechcenia

Wtedy pod nią na śniegu, śmiesznie wydłużona,

Modrą wronę kołysze modra gałąź cienia.

 

Drzewom sen o jesieni w mróz jest jeszcze dalszy

A przecież – patrz – w tym białym roziskrzonym pyle

Płonie już oto pąsem gatunek najtrwalszy

Ścigłych, zimowych jabłek…Przyleciały gile!

 

 

Dzień dobry

 

Myśl się dziś moja jak płótno na trawie

w słońcu nad wodą bieli

i grzeje

Zamykam oczy i nie wiem prawie,

czy śni mi się tak,

czy dzieje?

 

Myśl się dziś moja jak płótno rozściela

w długich wilgotnych pasmach

nad wodą

Niech wiatr ją chłodzi, słońce wybiela,

niech przesiąka

pogodą.

 

Pochwała świętości, która wciela się w stworzoną doskonałą naturę i zachwyt nad naturą świata i wszechświata – hymn pochwalny w którym niebo i ziemia oddaje hołd Bogu – to cechy pisarstwa Beaty Obertyńskiej znane z szeregu jej utworów. W jej poezji religijnej, w samej już formie i treści to wyjątkowa twórczość epoki Młodej Polski. Postawa medytacji, aura modlitwy, myślenie eschatologiczne, doświadczenie wewnętrzne wypełnione potrzebą zjednoczenia z Bogiem, a także powroty do realiów z Pisma Świętego po to, by lepiej zrozumieć problemy zadane ludzkiemu życiu to najważniejsze właściwości „Grudek kadzidła” publikacji wydanej już na emigracji poetki. Splot nadziei i grozy, paradoks bliskości Boga i nieuchwytność Jego planów, radość z odnowy życia i smutek, który płynie z niedoskonałości i osamotnienia człowieka, określa tu dążenie do pełni religijnego przeżycia… Ważny jest wieloraki ogląd własnych duchowych dziejów, stąd kontrasty, sprzeczności, potwierdzenia i negacje. Beata Obertyńska nie tworzy traktatu religijnego, nie pisze pieśni mistycznej, lecz zwykle decyduje się na zwięzłą, skrótową formę czterowiersza, w której ujawnia się skłonność do konceptu, jak również myśli urwanej, niedokończonej, przechodzącej w sferę milczenia. Trudny przedmiot, jakim jest doświadczenie Boga, który nie daje się zamknąć w pojęciach, lepiej przemawia poprzez „przybliżającą” metaforę. To narzędzie mowy poetyckiej Obertyńska przyjmuje jako naturalne. Oczywiście niewielką tylko część doznań życia duchowego mogą wyrazić słowa. Lepsza jest cisza. Stosowniejsza medytacja. To co tworzy istotę przemyślenia znajduje się „na zewnątrz” wiersza. Nie ma w polskiej poezji współczesnej takich przemyśleń religijnych jak zawarte w twórczości Beaty Obertyńskiej. Prawdziwość języka sprawdza się u autorki inaczej niż w poezji kultywującej piękne wysławienia. Przemiana człowieka wewnętrznego w dążeniu do Boga nie daje się uchwycić w zadowalający kształt słowny, zważywszy, iż poezja religijna i patriotyczna praktycznie nie istnieje u dzisiejszych twórców, nawet jej echa. Czy jest to związane z dzisiejszym upadkiem sztuki? Nie wiem. Porównując twórczość poezji Obertyńskiej do dzisiejszych utworów poetyckich obnaża się w nich całkowita nagość słowa, gdzie nawet jako odzienie nie służy liryka. I w takiej chwili uważam, iż autorka lutnią obudziła drzemiący świat i w jednej struny chwili stała się opoką dźwięku. Powierzenie istoty ludzkiej Bogu jest najwyższą formą wykraczania poza własne ja, otwiera bowiem człowieka na działanie Miłości:

 

 

„…Życie bez Ciebie, Miłości Wcielona,

Cóż za opaczna Golgota!

Wzgórze, skąd w próżnię wyciąga ramiona

Samotny krzyż Złego Łotra…”

 

Po agresji ZSRR na Polskę , w czasie okupacji sowieckiej Lwowa, w lipcu 1940 roku została aresztowana przez NKWD. Była osadzona w areszcie w osławionych lwowskich „Brygidkach”, następnie więziona kolejno w Kijowie, Odessie, Charkowie, Starobielsku, wreszcie zesłana do łagru Loch-Workuta.

 

Po ataku Niemiec na ZSRR uwolniona w konsekwencji układu Sikorski-Majski, wstąpiła do Armii Polskiej w ZSRS pod dowództwem gen. Władysława Andersa. W 1942 roku ewakuowała się wraz z Armią Andersa do Iranu, przeszła cały szlak bojowy Armii Polskiej – Iran, Palestyna, Egipt i Włochy. Służyła w randze porucznika w kwaterze Oświaty II Korpusu w Rzymie. Na okres kilku miesięcy została odkomenderowana do napisania wspomnień które zatytułowała „W domu niewoli”, napisanych w Johannesburgu.

Po wojnie osiadła w Londynie. Publikowała w „Dzienniku Polskim” , „Dzienniku Żołnierza”, „Orle Białym”, „Polsce Walczącej”, „Ochotniczce”, „Wiadomościach”, „Życiu”, „Przeglądzie Polskim”.

 

Oto fragmenty jej wspomnień z „Domu niewoli”:

 

[…]Ta książka nie jest „moja”. Pisała ją historia. Pisała ją krzywda i cierpienie ponad milionowej rzeszy Polaków, rzuconych „na przemiał” w zatajoną głąb rosyjskiej ziemi, skąd część z nas zaledwie wyszła z życiem[…].

 

BRYGIDKI

 

[…]Nie chcę nazywać tego przeczuciem, bo z reguły nie miewam żadnych, to pewne jednak, że na dobrych parę dni przed aresztowaniem obsiadł mnie jakiś obcy mi niepokój i nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Nie bardzo wiedząc dlaczego postanowiłam pewnego dnia spalić wszystkie papiery, którym pragnęłam oszczędzić ewentualnego dostania się w nieodpowiednie, wrogie ręce. Żelazny piecyk w moim pokoju rozhuczał się mimo lata, jak za najlepszych zimowych dni. Bardzo to dziwne uczucie niszczyć tak za życia swoje „pośmiertne papiery”, patrzeć jak ogień oskrzydla i topi – od lat gromadzone, strzeżone i kochane – listy, pamiątki, fotografie, wychwytać jeszcze ostatni raz wzrokiem na zwijających się płomienistych kartkach, jakieś lepiej pamiętne zwroty, strzępki zdań, wreszcie samo niknące na zawsze pismo. Mimo całej żałości i roztrzęsienia, w miarę jak to się wszystko węgliło i przestawało być, czułam coraz wyraźniej, że je zabezpieczyłam nareszcie , że nie mogłam znaleźć dla tych pamiątek pewniejszego schronienia nad czysty płomień i własną pamięć. Tam mi ich już nic – nawet NKWD – ani sprofanować, ani odebrać nie potrafi. Samo aresztowanie nie zaskoczyło mnie znienacka. Dano mi znać w tajemnicy, na dobrych parę godzin naprzód, że NKWD zainteresowało się moją osobą[…]

 

[…]Już od tego co komu pisane nikt się jeszcze widocznie nie wykręcił! Dosłownie bowiem w chwili kiedy wchodziłam w ogrodową furtkę, spotkałam się w niej nos w nos z dwoma bolszewikami w cywilu. No, a potem już bardzo prędko poszło. Krótka indagacja i rewizja w moim pokoju. Nie wiem jak sobie dziękować, żem spaliła moje papiery! Wszystko odbywa się grzecznie, dość pobieżnie i bardzo głupio. Ani jednej na przykład z pięciu szuflad mojego biurka nie tknęli nawet. Zabierają natomiast rachunki za wodę i światło(!). Biorą mój paszport i każą mi się zbierać. Pozwalają mi wziąć z sobą, co bym chciała. Prócz teczki z rzeczami do mycia, nie biorę jednak nic. Opada mnie prześmieszne uczucie, najdoskonalszej obojętności wobec rzeczy, taką, jaka dla wszystkiego co materialne, odczuwać muszą, wyobrażam sobie – umierający. Nic i wszystko – ma nagle tę samą wywietrzałą, nieistotną wartość. Ktoś z domowych wtyka mi w teczkę trochę chleba i cukru. Nie wiem dlaczego nie biorę pieniędzy. Sprzedałam ostatnio znów dywan i pieniądze miałam. Pomyślałam natomiast o nożyczkach. Gdyby mi przyszło siedzieć, wolę mieć krótkie włosy. Ktoś próbuje jeszcze dowiedzieć się od nich dokąd mnie biorą. Uśmiech. Wzruszenie ramion i coś w ten sens, że to może być tylko przesłuchanie, że może dziś jeszcze wrócę, żeby się nie przejmować, itd. Ja jednak wiem swoje i wcale się nie łudzę. Pozwalają się mi pożegnać i wcale nie są tacy brutalni, jak ci którzy brali Kasię. Ponieważ mam na sobie tylko letni płaszcz, ktoś już w hallu wtyka mi w ręce, prawie siłą koc. Wychodzę pierwsza. Oni za mną. Jest już ciemnawo i deszcz widocznie kropił, bo chodnik do bramy mokry[…].

 

[…]Co miesiąc mamy „ławeczkę”, czyli więzienny sklepik. Kto ma pieniądze – nie w ręce oczywiście, bo przysłane więźniowi ruble zostają u nich, a on dostaje tylko kwit – może sobie kupić cebulę, śledzie, bielszy chleb, czosnek, cukier, zapałki i papierosy. Celi nie wietrzy się n i g d y ! Powietrze zmienia się leniwie, wysysane szparami w deskach i to dopiero przy nocnym chłodzie. Pręgi słońca wdzierające się o zachodzie w naszą celę są błękitne i mętne od dymu tysiąca ohydnych, dzień i noc kopconych papierosów. Kiedy zaś dodam jeszcze, że w „ławeczce” kupuje cela przeciętnie 80 kg czosnku – c z o s n k u i 100 kg cebuli – czy potrafi sobie ktoś wyobrazić, w jakim smrodzie się wędzimy.

 

Przez cały czas dniem i nocą – ale najczęściej nocą – wywołują od nas kogoś na śledztwo. Zjawia się „korpuśny” z kartką i zabiera wezwaną, która wraca czasem po paru godzinach, czasem po kilku dniach dopiero. Ze strachu przed „kapusiami”, których pełno na celi, zazwyczaj szczegóły śledztwa trzyma się w tajemnicy. O ile jednak można się zorientować, śledztwo na Brygidkach nie było tym, czym na Zamarstynowie. Prócz zamykania w karcerze, prócz słownego ranienia w człowieku najświętszych uczuć religijnych i narodowych czy godności własnej – nie słyszałam aby kogo bito czy katowano – prócz ślepej Zośki oczywiście – ale ta już sama chciała. Mam też podejrzenia co do jednej Ukrainki. Wracała ze śledztwa po kilku dobach, zanosząc się od płaczu, ale nigdy – mnie przynajmniej – nie mówiła co się z nią działo. W karcerze nie byłam ani razu. Ale byłam za to na „bolnicy”[…].

 

[…]Obok mnie z drugiej strony leży Kalmuk, biedna, nieszczęśliwa Helena Kalmuk, odesłana tu z Zamarstynowa. Ma twarz tak obrzękłą, że jej oczu nie widać, ostatnie stadium gruźlicy i miazgę z nerek. Ledwie mówi. Kiedy musi wstać czepia się łóżka i ścian i ledwie sunie wpółzgięta z bólu. Młodą, znaną w świecie sportowym lekkoatletkę, długoletniego członka POWK – odesłali po śledztwie z Zamarstynowa – ludzką ruiną, strzępem, kaleką. O śledztwie jej opowiadano mi potem potworne, trudne wprost do powtórzenia rzeczy, ale od niej samej wiem tylko o tych uszkodzonych w czasie tortur nerkach, więc tylko to notuję. Umarła wkrótce potem. Na drugim łóżku pani Nieduszyńska. Siwa, około pięćdziesięciu kilku lat kobieta. Nie znała, czy nie chciała podać adresu brata, który chcieli od niej wydobyć na śledztwie. Też na Zamarstynowie. Umarła w krótki czas potem. Dalej Helena Żak, złapana na granicy. Wracała z bratem do rodziny. Śliczna, 18 letnia dziewczyna, o twarzy Brygidy Halm. Jest w ostatnim stadium suchot. Dostała zapalenia płuc w „bani”, czy w karcerze – nie pamiętam. Nie przetrzymała zimy. Na łóżku przy drzwiach majaczy młoda Ukrainka. Ma kompres na oczach i widać jej tylko spieczone gorączką, dziecinne, naiwne usta. Nikt do niej godzinami nie podchodzi. Przynieśli ją na noszach i zrzucili w łóżko. Kompres jej dała któraś z nas.

 

Doktorów mamy różnych. Jeden to Żyd ze Lwowa, reszta „oni”. Naczelnik „bolnicy’ jeden jedyny wygląda na człowieka i po ludzku traktuje chorych. Lekarek jest kilka. Jedna Żydówka ze Lwowa. Wszystkie pełnią obowiązki z bezosobową obojętnością, żona naczelnika zwłaszcza. Ma się wrażenie , że nie słyszy niczego co się do niej mówi, czy o co się ją prosi. Jest duża, ciężka, ciemna.

 

Sprzątać i zmywać podłogę musimy tu co dzień same. Robią to te które są zdrowsze. Prócz grypy mam jeszcze coś z gruczołem tarczykowym i okropnie mnie teraz przy dźwiganiu boli szyja. Ponieważ jednak należę do zdrowszych – nie ma rady. Baseny chorym podkładamy także my, bo „siostra” zjawia się rzadko. Wikt lepszy trochę niż na celi. Dają pszenny grysik, więcej cukru, trochę mleka, grudkę masła i – co ze wszystkiego najważniejsze – surowe jarzyny! Jeden cudowny błyszczący pomidor udało mi się przemycić na celę, dla tamtych.

 

O sposobach leczenia trudno mi cokolwiek powiedzieć. Sama na ten mój gruczoł i bicie serca dostawałam tylko brom. Co brały inne nie wiem. To tylko pamiętam, że przed zapisaniem lekarstwa, „wracz” pytał zawsze jaki kto ma paragraf. Obawiam się, że nie bez szkodliwych dla siebie następstw, podawał człowiek uczciwie swój Wrah naroda – czyli & 54/12 – nie ma przecież prawa do należytego leczenia. Lepiej być u nich złodziejem! Na „bolnicy” byłam wtedy tylko tydzień.

Aleksander Szumański

                                                                                                  cdn.

cz. II W sowieckich „tiurmach” Czarny „woron” przewozi nas na teren „tiurmy”…